# W pustyni i w puszczy (poziom B1)

*Henryk Sienkiewicz*

## Rozdział I

— Wiesz, Nel — powiedział Staś Tarkowski do swojej przyjaciółki, małej Angielki. — Wczoraj przyszli zabtie (policjanci) i aresztowali żonę dozorcy Smaina i jej troje dzieci. To ta Fatma, która już kilka razy przychodziła do biura do twojego ojca i do mojego.

Mała Nel, podobna do ślicznego obrazka, podniosła na Stasia swoje zielonawe oczy. Zapytała na wpół ze zdziwieniem, a na wpół ze strachem:

— Wzięli ją do więzienia?

— Nie, ale nie pozwolili jej wyjechać do Sudanu. Przyjechał urzędnik, który będzie jej pilnował, żeby nie ruszyła się z Port-Saidu ani na krok.

— Dlaczego?

Staś kończył czternaście lat. Swoją ośmioletnią towarzyszkę bardzo kochał, ale uważał ją za zupełne dziecko. Powiedział więc z bardzo zarozumiałą miną:

— Jak dojdziesz do mojego wieku, to będziesz wiedziała wszystko, co się dzieje wzdłuż kanału, od Port-Saidu do Suezu. I nie tylko tam, ale w całym Egipcie. Czy ty nic nie słyszałaś o Mahdim?

— Słyszałam, że jest brzydki i niegrzeczny.

Chłopiec uśmiechnął się z politowaniem.

— Czy jest brzydki, nie wiem. Sudańczycy mówią, że jest piękny. Ale o człowieku, który zamordował już tylu ludzi, tylko ośmioletnia dziewczynka może powiedzieć, że jest niegrzeczny. Dziewczynka w sukience, o! takiej — do kolan!

— Tatuś mi tak powiedział, a tatuś wie najlepiej.

— Powiedział ci tak dlatego, że inaczej byś nie zrozumiała. Do mnie by tak nie powiedział. Mahdi jest gorszy niż całe stado krokodyli. Rozumiesz? Dobre mi słowo: „niegrzeczny”! Tak się mówi do niemowląt.

Ale gdy zobaczył zachmurzoną twarz dziewczynki, zamilkł, a potem powiedział:

— Nel! Wiesz, że nie chciałem ci zrobić przykrości. Przyjdzie czas, że i ty będziesz miała czternaście lat. Obiecuję ci to na pewno.

— Aha! — odpowiedziała z troską w oczach. — A jeżeli Mahdi przedtem wpadnie do Port-Saidu i mnie zje?

— Mahdi nie jest ludożercą, więc ludzi nie zjada, tylko ich morduje. Do Port-Saidu też nie wpadnie. A gdyby nawet wpadł i chciał cię zabić, najpierw miałby do czynienia ze mną.

Te słowa bardzo uspokoiły Nel co do jej własnego losu. Uspokoił ją także świst, z jakim Staś wciągnął nosem powietrze. Ten świst nie zapowiadał nic dobrego dla Mahdiego.

— Wiem — odpowiedziała. — Ty byś mnie nie dał. Ale dlaczego nie puszczają Fatmy z Port-Saidu?

— Bo Fatma jest cioteczną siostrą Mahdiego. Jej mąż, Smain, powiedział rządowi egipskiemu w Kairze, że pojedzie do Sudanu, gdzie jest Mahdi. Obiecał, że załatwi wolność dla wszystkich Europejczyków, którzy wpadli w ręce Mahdiego.

— To Smain jest dobry?

— Czekaj. Twój i mój tatuś znali Smaina bardzo dobrze i wcale mu nie ufali. Ostrzegali Nubara Paszę, żeby mu nie ufał. Ale rząd zgodził się wysłać Smaina i Smain już od pół roku jest u Mahdiego. Jeńcy jednak nie wrócili. Co więcej, z Chartumu przyszła wiadomość, że mahdyści traktują ich coraz okrutniej. Przyszła też wiadomość, że Smain wziął od rządu pieniądze i zdradził. Przeszedł całkiem na stronę Mahdiego i został mianowany emirem. Ludzie mówią, że Smain dowodził artylerią Mahdiego w tej okropnej bitwie, w której zginął generał Hicks. Podobno to on nauczył mahdystów obchodzić się z armatami. Przedtem, jako dzicy ludzie, wcale tego nie umieli. Ale teraz Smainowi chodzi o to, żeby wydostać z Egiptu żonę i dzieci. Fatma widocznie z góry wiedziała, co zrobi Smain. Chciała po cichu wyjechać z Port-Saidu i dlatego rząd aresztował ją teraz razem z dziećmi.

— A co rządowi przyjdzie z Fatmy i jej dzieci?

— Rząd powie Mahdiemu: „Oddaj nam jeńców, a my oddamy ci Fatmę...”

Na razie rozmowa się urwała, bo Staś zauważył ptaki lecące od strony Echtum om Farag ku jezioru Menzaleh. Leciały dość nisko. W czystym powietrzu było wyraźnie widać kilka pelikanów, które miały szyje zagięte na grzbiety. Powoli poruszały ogromnymi skrzydłami. Staś zaraz zaczął naśladować ich lot. Zadarł głowę i biegł kilkanaście kroków po grobli, machając rozłożonymi rękami.

— Patrz, lecą też czerwonaki! — zawołała nagle Nel.

Staś natychmiast się zatrzymał. Rzeczywiście, za pelikanami, ale trochę wyżej, było widać zawieszone na błękicie jakby dwa wielkie kwiaty, różowe i purpurowe.

— Czerwonaki! Czerwonaki!

— One pod wieczór wracają do swoich domów na wysepkach — powiedział chłopiec. — Ach, gdybym miał strzelbę!

— A po co miałbyś do nich strzelać?

— Kobiety takich rzeczy nie rozumieją. Ale chodźmy dalej, może zobaczymy ich więcej.

Wziął dziewczynkę za rękę i poszli ku pierwszej przystani na kanale za Port-Saidem. Za nimi szła Murzynka Dinah, dawna niania małej Nel. Szli wałem, który oddzielał wody jeziora Menzaleh od kanału. Po kanale płynął właśnie duży angielski parowiec, prowadzony przez pilota. Zbliżał się wieczór. Słońce stało jeszcze dość wysoko, ale przesunęło się już nad jezioro. Jego słonawe wody zaczynały lśnić złotem i drżeć blaskami podobnymi do pawich piór. Na arabskim brzegu, jak okiem sięgnąć, ciągnęła się płowa, piaszczysta pustynia — głucha, groźna, martwa. Między szklanym, jakby umarłym niebem a ogromem pomarszczonych piasków nie było śladu żywej istoty. Na kanale wrzało życie, kręciły się łodzie, rozlegały się gwizdy parowców. Nad Menzaleh migotały w słońcu stada mew i dzikich kaczek. A tam, na arabskim brzegu, była jakby kraina śmierci. Tylko gdy słońce się zniżało i stawało się coraz czerwieńsze, piaski zaczęły zmieniać kolor. Stały się liliowe, takie jak wrzosy w polskich lasach jesienią.

Idąc ku przystani, dzieci zobaczyły jeszcze kilka czerwonaków, a ich oczy śmiały się do tych ptaków. Potem Dinah oświadczyła, że Nel musi wracać do domu. W Egipcie nawet zimą dni bywają często upalne, ale po nich przychodzą bardzo zimne noce. Zdrowie Nel wymagało wielkiej ostrożności. Dlatego jej ojciec, pan Rawlison, nie pozwalał, żeby dziewczynka była nad wodą po zachodzie słońca. Zawrócili więc do miasta. Na jego końcu, blisko kanału, stała willa pana Rawlisona. W chwili gdy słońce zanurzyło się w morzu, byli już pod dachem. Wkrótce przyszedł też zaproszony na obiad inżynier Tarkowski, ojciec Stasia. Całe towarzystwo, razem z Francuzką, panią Olivier, nauczycielką Nel, usiadło do stołu.

Pan Rawlison był jednym z dyrektorów kompanii Kanału Sueskiego. Władysław Tarkowski był starszym inżynierem tej samej kompanii. Od wielu lat byli bardzo bliskimi przyjaciółmi. Obaj byli wdowcami. Pani Tarkowska, z pochodzenia Francuzka, umarła, gdy przyszedł na świat Staś, czyli ponad trzynaście lat temu. Matka Nel umarła na gruźlicę w Heluanie, gdy dziewczynka miała trzy lata. Obaj wdowcy mieszkali w sąsiednich domach w Port-Saidzie i z powodu pracy widywali się codziennie. Wspólne nieszczęście jeszcze bardziej ich do siebie zbliżyło i umocniło ich dawną przyjaźń. Pan Rawlison pokochał Stasia jak własnego syna. Pan Tarkowski poszedłby za małą Nel w ogień i w wodę. Po pracy najmilszym odpoczynkiem była dla nich rozmowa o dzieciach, ich wychowaniu i przyszłości. Zwykle wyglądało to tak, że pan Rawlison chwalił zdolności, energię i odwagę Stasia. Pan Tarkowski zachwycał się natomiast słodyczą i anielską twarzyczką Nel. I jedno, i drugie było prawdą. Staś był trochę zarozumiały i lubił się trochę chwalić, ale uczył się doskonale. Nauczyciele angielskiej szkoły w Port-Saidzie, do której chodził, przyznawali, że ma niezwykłe zdolności. Odwagę i zaradność odziedziczył po ojcu, bo pan Tarkowski miał te cechy w wysokim stopniu. W dużej części im zawdzięczał swoje obecne wysokie stanowisko. W roku 1863 walczył bez przerwy przez jedenaście miesięcy. Potem, ranny, dostał się do niewoli i został skazany na Sybir. Uciekł z głębi Rosji i przedostał się za granicę. Zanim poszedł do powstania, był już inżynierem. Mimo to przez następny rok studiował jeszcze hydraulikę. Potem dostał pracę przy kanale. Gdy poznano się na jego wiedzy, energii i pracowitości, w ciągu kilku lat zajął wysokie stanowisko starszego inżyniera.

Staś urodził się, wychował i dożył czternastego roku życia w Port-Saidzie, nad kanałem. Dlatego inżynierowie, koledzy ojca, nazywali go „dzieckiem pustyni”. Później, gdy chodził już do szkoły, jeździł czasem w wakacje i święta z ojcem lub z panem Rawlisonem. Z obowiązku musieli oni robić wycieczki od Port-Saidu aż do Suezu. Kontrolowali wtedy prace przy wale i przy pogłębianiu kanału. Staś znał wszystkich: inżynierów, urzędników komory celnej, robotników, Arabów i Murzynów. Wszędzie się kręcił i wszędzie się wciskał. Wyrastał, gdzie go nie posiali. Robił długie wycieczki wałem, pływał łódką po Menzaleh i nieraz zapuszczał się dość daleko. Przeprawiał się na brzeg arabski, łapał czyjegoś konia, a gdy nie było konia, to wielbłąda albo nawet osła. Udawał wtedy pustynnego jeźdźca. Krótko mówiąc, jak mówił pan Tarkowski, „bobrował” wszędzie. Każdą wolną od nauki chwilę spędzał nad wodą.

Ojciec mu tego nie zabraniał. Wiedział, że wiosłowanie, jazda konna i ciągłe życie na świeżym powietrzu wzmacniają zdrowie chłopca i uczą go zaradności. I rzeczywiście, Staś był wyższy i silniejszy niż inni chłopcy w jego wieku. Wystarczyło spojrzeć mu w oczy, by odgadnąć, że w razie wypadku raczej za bardzo zaryzykuje, niż się przestraszy. W czternastym roku życia był jednym z najlepszych pływaków w Port-Saidzie. To dużo znaczyło, bo Arabowie i Murzyni pływają jak ryby. Strzelał z małych karabinków, i tylko kulami, do dzikich kaczek i egipskich gęsi. Dzięki temu miał niezawodną rękę i oko. Marzył, że kiedyś będzie polował na wielkie zwierzęta w środkowej Afryce. Dlatego chciwie słuchał opowieści Sudańczyków pracujących przy kanale. W swojej ojczyźnie spotykali oni wielkie drapieżniki i gruboskórne zwierzęta.

Miało to i tę dobrą stronę, że uczył się przy tym ich języków. Kanału Sueskiego nie wystarczyło wykopać, trzeba go jeszcze utrzymać. Inaczej piaski z pustyń leżących po obu jego stronach zasypałyby go w ciągu roku. Wielkie dzieło Lessepsa wymaga ciągłej pracy i czujności. Dlatego do dziś pod nadzorem dobrych inżynierów pracują przy pogłębianiu kanału potężne maszyny i tysiące robotników. Przy kopaniu kanału pracowało ich dwadzieścia pięć tysięcy. Dziś, gdy dzieło jest skończone, a maszyny są nowe i lepsze, potrzeba ich znacznie mniej. Mimo to jest ich nadal dość dużo. Większość to miejscowi ludzie, ale są też Nubijczycy, Sudańczycy, Somalijczycy i różni Murzyni znad Białego i Niebieskiego Nilu. To okolice, które przed powstaniem Mahdiego zajął rząd egipski. Staś przyjaźnił się ze wszystkimi. Polacy mają zwykle niezwykłą zdolność do języków. Staś też ją miał i nauczył się wielu tamtejszych gwar, sam nie wiedząc, jak i kiedy. Urodził się w Egipcie, więc mówił po arabsku jak Arab. Od Zanzibarczyków, z których wielu pracowało jako palacze przy maszynach, nauczył się języka ki-swahili. Ten język jest bardzo rozpowszechniony w całej środkowej Afryce. Umiał się nawet porozumieć z Murzynami z plemion Dinka i Szylluk, którzy mieszkają poniżej Faszody nad Nilem. Poza tym mówił biegle po angielsku, po francusku i po polsku. Jego ojciec, gorący patriota, bardzo dbał o to, by chłopiec znał język ojczysty. Staś oczywiście uważał ten język za najpiękniejszy na świecie i uczył go małą Nel, nawet z pewnym powodzeniem. Nie mógł tylko osiągnąć tego, żeby wymawiała jego imię „Staś”, a nie „Stes”. Z tego powodu nieraz się kłócili. Ale kłótnie trwały tylko do chwili, gdy w oczach dziewczynki zaczynały świecić łzy. Wtedy „Stes” ją przepraszał i był zły na samego siebie.

Miał jednak brzydki zwyczaj: mówił lekceważąco o jej ośmiu latach, a podkreślał swój poważny wiek i doświadczenie. Twierdził, że chłopiec, który kończy czternaście lat, może nie jest jeszcze całkiem dorosły, ale nie jest już dzieckiem. Jest za to zdolny do wszelkich bohaterskich czynów, zwłaszcza jeśli ma w sobie krew polską i francuską. Bardzo pragnął, żeby kiedyś zdarzyła się okazja do takich czynów, szczególnie w obronie Nel. Oboje wymyślali różne niebezpieczeństwa, a Staś musiał odpowiadać na jej pytania. Co by zrobił, gdyby na przykład do jej domu przez okno wlazł krokodyl długi na dziesięć metrów? Albo skorpion tak duży jak pies? Żadnemu z nich ani przez chwilę nie przyszło do głowy, że wkrótce groźna rzeczywistość przewyższy wszystkie ich fantastyczne pomysły.

### Słowniczek

- **zabtie**: egipscy policjanci.
- **dozorcy**: dozorca to człowiek, który pilnuje pracy lub miejsca.
- **zarozumiałą**: taką, która pokazuje, że ktoś uważa się za lepszego od innych.
- **Mahdi**: człowiek, który mówi, że Bóg go posłał, by zbawić świat; przywódca powstania w Sudanie.
- **politowaniem**: litością połączoną z lekceważeniem.
- **ludożercą**: człowiekiem, który je ludzkie mięso.
- **świst**: ostry, wysoki dźwięk.
- **cioteczną siostrą**: córką ciotki lub wuja.
- **mahdyści**: ludzie, którzy walczą po stronie Mahdiego.
- **emirem**: emir to muzułmański wódz.
- **jeńców**: ludzi złapanych na wojnie.
- **czerwonaki**: flamingi.
- **Murzynka**: (stare, dziś obraźliwe) czarnoskóra kobieta.
- **wałem**: wał to długi nasyp z ziemi nad wodą.
- **bobrował**: chodził wszędzie, szukał przygód i wszystko sprawdzał.

## Rozdział II

Tymczasem w domu czekała ich podczas obiadu dobra nowina. Kilka tygodni wcześniej panów Tarkowskiego i Rawlisona zaproszono do pewnej pracy jako doświadczonych inżynierów. Mieli obejrzeć i ocenić roboty przy całej sieci kanałów w prowincji El-Fajum. Prowadzono je w okolicach miasta Medinet, blisko jeziora Karoun oraz wzdłuż rzeki Jussef i Nilu. Mieli tam zostać około miesiąca i dostali na to urlopy od swojej kompanii. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, a obaj nie chcieli się rozstawać z dziećmi. Postanowili więc, że Staś i Nel też pojadą do Medinet. Gdy dzieci to usłyszały, o mało nie wyskoczyły ze skóry z radości. Dotąd znały miasta nad kanałem, czyli Izmailę i Suez, a poza kanałem Aleksandrię i Kair. Pod Kairem oglądały wielkie piramidy i Sfinksa. Ale to były krótkie wycieczki. Wyprawa do Medinet-el-Fajum wymagała całego dnia jazdy koleją. Najpierw jechało się wzdłuż Nilu na południe, a potem od El-Wasta na zachód, ku Pustyni Libijskiej. Staś znał Medinet z opowieści młodszych inżynierów i podróżników. Jeździli oni tam polować na różne ptaki wodne, a także na pustynne wilki i hieny. Wiedział, że to osobna wielka oaza na lewym brzegu Nilu. Nie zależy ona od wylewów rzeki i ma własny system wodny. Tworzą go jezioro Karoun, Bahr-Jussef i cała sieć małych kanałów. Ci, którzy widzieli tę oazę, mówili, że kraina ta należy do Egiptu. Oddziela ją jednak od niego pustynia, więc tworzy osobną całość. Tylko rzeka Jussef łączy tę okolicę z doliną Nilu, jakby cienkim niebieskim sznurkiem. Mnóstwo wody, żyzna ziemia i wspaniałe rośliny robią z niej jakby raj na ziemi. Ogromne ruiny miasta Krokodilopolis przyciągają tam setki ciekawych podróżników. Stasia jednak najbardziej pociągały brzegi jeziora Karoun z chmarami ptaków i wyprawy na wilki na pustynne wzgórza Gue-bel-el-Sedment.

Ale jego wakacje zaczynały się dopiero za kilka dni. Kontrola robót przy kanałach była pilna i starsi panowie nie mogli tracić czasu. Ustalili więc, że wyjadą od razu, a dzieci z panią Olivier tydzień później. Nel i Staś chcieli jechać natychmiast, ale Staś nie śmiał o to prosić. Zaczęli za to wypytywać o różne sprawy związane z podróżą. Z nowymi wybuchami radości przyjęli wiadomość, że nie będą mieszkać w niewygodnych hotelach prowadzonych przez Greków. Będą mieszkać w namiotach dostarczonych przez Towarzystwo Podróżnicze Cooka. Tak zwykle robią podróżnicy, którzy wyjeżdżają z Kairu do Medinet, nawet na dłuższy pobyt. Cook dostarcza namiotów, służby, kucharzy, żywności, koni, osłów, wielbłądów i przewodników, więc podróżnik nie musi o niczym myśleć. Taki sposób podróżowania jest dość drogi, ale panowie Tarkowski i Rawlison nie musieli się tym martwić. Wszystkie koszty ponosił rząd egipski, który zaprosił ich do oceny i kontroli prac przy kanałach. Nel najbardziej na świecie lubiła jeździć na wielbłądzie. Ojciec obiecał jej, że dostanie własnego garbatego wierzchowca. Będzie na nim jeździła z panią Olivier albo z Dinah, a czasem i ze Stasiem. Razem z innymi będzie brała udział w wycieczkach na pobliską pustynię i nad Karoun. Stasiowi pan Tarkowski obiecał, że pozwoli mu kiedyś pójść nocą na wilki. Jeżeli zaś chłopiec przyniesie dobre świadectwo szkolne, dostanie prawdziwy angielski sztucer i wszystko, czego potrzebuje myśliwy. Staś był pewny swoich ocen, więc od razu zaczął się uważać za właściciela sztucera. Obiecywał sobie, że dokona z nim różnych niezwykłych czynów, o których świat nigdy nie zapomni.

Na takich planach i rozmowach szczęśliwym dzieciom minął obiad. Najmniej zapału do podróży okazywała pani Olivier. Nie chciało się jej ruszać z wygodnej willi w Port-Saidzie. Przestraszała ją myśl, że przez kilka tygodni będzie mieszkać w namiocie, a zwłaszcza wycieczki na wielbłądach. Już kilka razy próbowała takiej jazdy, jak z ciekawości robią wszyscy Europejczycy mieszkający w Egipcie. Zawsze kończyło się to źle. Raz wielbłąd wstał za wcześnie, gdy jeszcze dobrze nie usiadła w siodle, i stoczyła się przez jego grzbiet na ziemię. Innym razem trafił się jej dromader, który bardzo trząsł. Przez dwa dni nie mogła potem dojść do siebie. Pan Rawlison pozwolił Nel na dwie czy trzy przejażdżki. Po nich twierdziła, że nie ma nic wspanialszego na świecie. Pani Olivier miała natomiast tylko przykre wspomnienia. Mówiła, że to jest dobre dla Arabów albo dla takiej kruszynki jak Nel. Ona wytrzęsie się nie bardziej niż mucha, która usiądzie na garbie wielbłąda. Ale nie dla osób poważnych i niezbyt lekkich, które w dodatku mają pewną skłonność do okropnej choroby morskiej. Co do Medinet-el-Fajum miała jednak także inne obawy. W Port-Saidzie, w Aleksandrii, w Kairze i w całym Egipcie mówiono tylko o powstaniu Mahdiego i okrucieństwach derwiszów. Pani Olivier nie wiedziała dokładnie, gdzie leży Medinet. Zaniepokoiła się, czy to nie jest za blisko mahdystów, i w końcu zapytała o to pana Rawlisona.

Ale on tylko się uśmiechnął i powiedział:

— Mahdi oblega w tej chwili Chartum, którego broni generał Gordon. Czy pani wie, jak daleko jest z Medinet do Chartumu?

— Nie mam o tym żadnego pojęcia.

— Tak mniej więcej jak stąd do Sycylii — wyjaśnił pan Tarkowski.

— Mniej więcej — potwierdził Staś. — Chartum leży tam, gdzie Nil Biały i Niebieski schodzą się i tworzą jedną rzekę. Dzieli nas od niego ogromna przestrzeń Egiptu i cała Nubia.

Chciał jeszcze coś dodać. Nawet gdyby Medinet leżało bliżej krajów zajętych przez powstanie, to przecież on tam będzie ze swoim sztucerem. Ale przypomniał sobie, że za takie przechwałki nieraz dostał od ojca burę, i zamilkł.

Starsi panowie zaczęli jednak rozmawiać o Mahdim i o powstaniu, bo była to najważniejsza sprawa dotycząca Egiptu. Wiadomości spod Chartumu były złe. Dzikie hordy oblegały miasto już od półtora miesiąca. Rządy egipski i angielski działały powoli. Pomoc dla miasta dopiero wyruszyła. Wszyscy się bali, że mimo sławy, odwagi i zdolności Gordona to ważne miasto wpadnie w ręce barbarzyńców. Tak myślał też pan Tarkowski. Podejrzewał, że Anglia w głębi duszy chce, by Mahdi odebrał Sudan Egiptowi. Chce tego po to, by później odebrać go Mahdiemu i zrobić z tej ogromnej krainy posiadłość angielską. Nie powiedział jednak o tych podejrzeniach panu Rawlisonowi, bo nie chciał urazić jego uczuć patriotycznych.

Pod koniec obiadu Staś zaczął pytać, dlaczego rząd egipski zabrał wszystkie kraje na południe od Nubii. Chodziło o Kordofan, Darfur i Sudan aż do Albert-Nianza. Dlaczego pozbawił tamtejszych ludzi wolności? Pan Rawlison postanowił mu to wytłumaczyć, bo wszystko, co robił rząd egipski, robił z polecenia Anglii. Anglia miała protektorat nad Egiptem i naprawdę rządziła nim tak, jak chciała.

— Rząd egipski nikomu tam nie zabrał wolności — powiedział. — Przeciwnie, przywrócił ją setkom tysięcy, a może milionom ludzi. W Kordofanie, Darfurze i Sudanie nie było w ostatnich czasach żadnych niezależnych państw. Tylko tu i tam jakiś mały władca uważał pewne ziemie za swoje i zabierał je siłą, wbrew woli mieszkańców. Zwykle jednak mieszkały tam niezależne plemiona Arabo-Murzynów, czyli ludzi, którzy mają w sobie krew obu tych ras. Te plemiona ciągle ze sobą walczyły. Napadały na siebie i zabierały sobie konie, wielbłądy, bydło, a przede wszystkim niewolników. Popełniano przy tym wiele okrucieństw. Ale najgorsi byli kupcy, którzy polowali na kość słoniową i niewolników. Tworzyli oni jakby osobną klasę ludzi, do której należeli prawie wszyscy wodzowie plemion i bogatsi kupcy. Urządzali zbrojne wyprawy daleko w głąb Afryki. Wszędzie rabowali kły słoniowe i chwytali tysiące ludzi: mężczyzn, kobiety i dzieci. Niszczyli przy tym wsie i osady, pustoszyli pola, przelewali rzeki krwi i bez litości zabijali wszystkich, którzy się opierali. Południowe części Sudanu, Darfuru i Kordofanu oraz kraje nad górnym Nilem aż po jeziora miejscami prawie zupełnie opustoszały. Ale arabskie bandy zapuszczały się coraz dalej, tak że cała środkowa Afryka stała się ziemią łez i krwi. Anglia, jak wiesz, ściga na całym świecie handlarzy niewolników. Zgodziła się więc, by rząd egipski zajął Kordofan, Darfur i Sudan. Tylko tak można było zmusić tych rabusiów do porzucenia obrzydliwego handlu i trzymać ich w posłuszeństwie. Nieszczęśliwi Murzyni odetchnęli. Napady i rabunki ustały, a ludzie zaczęli żyć pod jakim takim prawem. Oczywiście handlarzom się to nie podobało. Znalazł się wśród nich Mohammed-Achmed, zwany dziś Mahdim. Zaczął on głosić świętą wojnę pod pretekstem, że w Egipcie upada prawdziwa wiara Mahometa. Wtedy wszyscy chwycili za broń jak jeden człowiek. I tak wybuchła ta okropna wojna, która, przynajmniej na razie, idzie Egipcjanom bardzo źle. Mahdi pobił wojska rządowe we wszystkich bitwach i zajął Kordofan, Darfur i Sudan. Jego hordy oblegają teraz Chartum i zapuszczają się na północ aż do granic Nubii.

— A czy mogą dojść aż do Egiptu? — zapytał Staś.

— Nie — odpowiedział pan Rawlison. — Mahdi zapowiada wprawdzie, że podbije cały świat, ale to dziki człowiek, który o niczym nie ma pojęcia. Egiptu nie zajmie nigdy, bo Anglia by na to nie pozwoliła.

— A jeśli wojska egipskie zostaną zupełnie rozbite?

— Wtedy wystąpią wojska angielskie, których nikt nigdy nie pokonał.

— A dlaczego Anglia pozwoliła Mahdiemu zająć tyle krajów?

— Skąd wiesz, że pozwoliła? — odpowiedział pan Rawlison. — Anglia nie śpieszy się nigdy, albowiem jest wieczna.

Dalszą rozmowę przerwał służący Murzyn. Oznajmił, że przyszła Fatma Smainowa i błaga o posłuchanie.

Kobiety na Wschodzie zajmują się prawie wyłącznie domem i rzadko wychodzą nawet z haremów. Tylko uboższe chodzą na targi lub pracują w polu, jak żony fellachów, czyli egipskich chłopów. Ale i one zasłaniają wtedy twarze. W Sudanie, skąd pochodziła Fatma, tego zwyczaju się nie przestrzega. Fatma przychodziła już wcześniej do biura pana Rawlisona. Mimo to jej wizyta wywołała pewne zdziwienie, zwłaszcza o tak późnej porze i w prywatnym domu.

— Dowiemy się czegoś nowego o Smainie — powiedział pan Tarkowski.

— Tak — odpowiedział pan Rawlison i dał znak służącemu, żeby wprowadził Fatmę.

I rzeczywiście, po chwili weszła wysoka, młoda Sudanka. Twarz miała zupełnie odkrytą, cerę bardzo ciemną, a oczy przepiękne, chociaż dzikie i trochę złowrogie. Zaraz po wejściu padła na twarz. Gdy pan Rawlison kazał jej wstać, podniosła się, ale została na klęczkach.

— Sidi — powiedziała — niech Allach błogosławi ciebie, twoje dzieci, twój dom i twoje stada!

— Czego chcesz? — zapytał inżynier.

— Miłosierdzia, ratunku i pomocy w nieszczęściu, o panie! Jestem uwięziona w Port-Saidzie, a nade mną i nad moimi dziećmi wisi zguba.

— Mówisz, że jesteś uwięziona, a przecież mogłaś tu przyjść, i to w nocy.

— Przyprowadzili mnie tu zabtie, którzy w dzień i w nocy pilnują mojego domu. Wiem, że mają rozkaz wkrótce poucinać nam głowy.

— Mów jak rozsądna kobieta — odpowiedział pan Rawlison, wzruszając ramionami. — Nie jesteś w Sudanie, ale w Egipcie, gdzie nikogo nie zabija się bez sądu. Możesz być pewna, że włos nie spadnie z głowy ani tobie, ani twoim dzieciom.

Ale ona zaczęła go błagać, żeby jeszcze raz wstawił się za nią u rządu i załatwił jej pozwolenie na wyjazd do Smaina.

„Anglicy tak wielcy jak ty, panie (mówiła), wszystko mogą. Rząd w Kairze myśli, że Smain zdradził, a to nieprawda! Byli u mnie wczoraj arabscy kupcy, którzy przyjechali z Souakimu. Przedtem kupowali gumę i kość słoniową w Sudanie. Powiedzieli mi, że Smain leży chory w El-Faszer i wzywa mnie z dziećmi do siebie, by je pobłogosławić...”

— Wszystko to wymyśliłaś, Fatmo — przerwał pan Rawlison.

Ale ona zaczęła przysięgać na Allacha, że mówi prawdę. Potem mówiła, że jeśli Smain wyzdrowieje, to na pewno wykupi wszystkich chrześcijańskich jeńców. A jeśli umrze, to ona, jako krewna wodza derwiszów, łatwo do niego dotrze i uzyska, co zechce. Niech jej tylko pozwolą jechać, bo serce w jej piersi skowyczy z tęsknoty za mężem. Czym ona, nieszczęsna kobieta, zawiniła rządowi i chedywowi? Czy to jej wina i czy może za to odpowiadać, że ma nieszczęście być krewną derwisza Mohammeda-Achmeda?

Przy „Anglikach” Fatma nie śmiała nazwać swojego krewnego Mahdim. To słowo znaczy: odkupiciel świata, a ona wiedziała, że rząd egipski uważa go za buntownika i oszusta. Ciągle biła czołem i wzywała niebo na świadka swojej niewinności i nieszczęścia. Przy tym zaczęła płakać i żałośnie wyć, jak kobiety na Wschodzie po stracie mężów lub synów. Następnie znów rzuciła się twarzą na ziemię, a raczej na dywan, który przykrywał podłogę, i czekała w milczeniu.

Nel pod koniec obiadu chciało się trochę spać, ale teraz zupełnie się rozbudziła. Miała dobre serduszko, więc chwyciła rękę ojca i całując ją raz po raz, zaczęła prosić za Fatmą:

— Niech jej tatuś pomoże! Niech jej pomoże!

Fatma widocznie rozumiała po angielsku, bo odezwała się wśród szlochu, nie odrywając twarzy od dywanu:

— Niech cię Allach błogosławi, kwiatku rajski, rozkoszy Omaja, gwiazdko bez zmazy!

Staś w głębi duszy bardzo nienawidził mahdystów, ale prośba i ból Fatmy także go wzruszyły. Przy tym Nel wstawiała się za nią, a on w końcu zawsze chciał tego, czego chciała Nel. Po chwili odezwał się więc niby do siebie, ale tak, żeby wszyscy go słyszeli:

— Ja, gdybym był rządem, pozwoliłbym Fatmie odjechać.

— Ale ponieważ nie jesteś rządem — odpowiedział mu pan Tarkowski — lepiej nie mieszaj się do tego, co do ciebie nie należy.

Pan Rawlison też miał litościwą duszę i współczuł Fatmie. Ale w jej słowach uderzyły go różne rzeczy, które wydały mu się zwykłym kłamstwem. Prawie codziennie miał do czynienia z komorą celną w Izmaili. Wiedział dobrze, że ostatnio żadne nowe ładunki gumy ani kości słoniowej nie przechodziły przez kanał. Handel tymi towarami prawie zupełnie ustał. Arabscy kupcy nie mogli też wracać z sudańskiego miasta El-Faszer. Mahdyści bowiem na początku w ogóle nie dopuszczali do siebie kupców, a tych, których mogli złapać, rabowali i więzili. Było więc prawie pewne, że opowieść o chorobie Smaina jest kłamstwem.

Ale oczka Nel wciąż błagalnie patrzyły na tatusia. Nie chciał zasmucać dziewczynki, więc po chwili powiedział do Fatmy:

— Fatmo, pisałem już do rządu na twoją prośbę, ale bez skutku. A teraz słuchaj. Jutro razem z tym oto mehendysem (inżynierem), którego tu widzisz, wyjeżdżamy do Medinet-el-Fajum. Po drodze zatrzymamy się na jeden dzień w Kairze. Chedyw chce bowiem z nami porozmawiać o kanałach prowadzonych od Bahr-Jussef i dać nam polecenia. W czasie tej rozmowy postaram się przedstawić mu twoją sprawę i uzyskać dla ciebie jego łaskę. Ale nic więcej zrobić nie mogę i nic nie obiecuję.

Fatma wstała, wyciągnęła obie ręce na znak podziękowania i zawołała:

— A więc jestem ocalona!

— Nie, Fatmo — odpowiedział pan Rawlison. — Nie mów o ocaleniu, bo powiedziałem ci już, że śmierć nie grozi ani tobie, ani twoim dzieciom. Ale nie ręczę, czy chedyw pozwoli ci wyjechać, bo Smain nie jest chory, tylko jest zdrajcą. Zabrał rządowe pieniądze i wcale nie myśli o wykupieniu jeńców od Mohammeda-Achmeda.

— Smain jest niewinny, panie, i leży w El-Faszer — powtórzyła Fatma. — A gdyby nawet zdradził rząd, to przysięgam przed tobą, moim dobroczyńcą. Jeśli pozwolą mi wyjechać, będę błagać Mohammeda-Achmeda tak długo, aż wyproszę waszych jeńców.

— A więc dobrze. Obiecuję ci jeszcze raz, że wstawię się za tobą u chedywa.

Fatma zaczęła bić pokłony.

— Dzięki ci, sidi! Jesteś nie tylko potężny, ale i sprawiedliwy. A teraz błagam cię jeszcze, pozwól, abyśmy ci służyli jak niewolnicy.

— W Egipcie nikt nie może być niewolnikiem — odpowiedział z uśmiechem pan Rawlison. — Służby mam dosyć. Z twoich usług nie mogę skorzystać także dlatego, że, jak ci powiedziałem, wyjeżdżamy wszyscy do Medinet. Może zostaniemy tam aż do ramazanu.

— Wiem, panie, bo powiedział mi o tym dozorca Chadigi. Kiedy się o tym dowiedziałam, przyszłam nie tylko błagać cię o pomoc. Chcę ci też powiedzieć, że dwaj ludzie z mojego plemienia Dangalów, Idrys i Gebhr, są wielbłądnikami w Medinet. Uderzą przed tobą czołem, gdy tylko przyjedziesz, i oddadzą na twoje rozkazy siebie i swoje wielbłądy.

— Dobrze, dobrze — odpowiedział dyrektor — ale to sprawa kompanii Cooka, nie moja.

Fatma ucałowała ręce obu inżynierów i dzieci, a potem wyszła, błogosławiąc szczególnie Nel. Dwaj panowie przez chwilę milczeli, a potem pan Rawlison powiedział:

— Biedna kobieta... Ale kłamie tak, jak tylko na Wschodzie kłamać umieją. Nawet w jej podziękowaniach brzmi jakaś fałszywa nuta.

— Na pewno — odpowiedział pan Tarkowski. — Ale prawdę mówiąc, czy Smain zdradził, czy nie, rząd nie ma prawa zatrzymywać jej w Egipcie. Ona nie może odpowiadać za męża.

— Rząd nie pozwala teraz żadnemu Sudańczykowi wyjeżdżać bez osobnego pozwolenia do Souakimu i do Nubii. Ten zakaz nie dotyczy więc tylko Fatmy. W Egipcie jest ich wielu, bo przychodzą tu zarabiać. Wśród nich jest pewna liczba Dangalów, czyli ludzi z tego plemienia, z którego pochodzi Mahdi. Należą do niego na przykład, oprócz Fatmy, Chadigi i ci dwaj wielbłądnicy w Medinet. Mahdyści nazywają Egipcjan Turkami i prowadzą z nimi wojnę. Ale także wśród tutejszych Arabów znalazłoby się wielu zwolenników Mahdiego, którzy chętnie by do niego uciekli. Należą do nich wszyscy fanatycy, wszyscy dawni stronnicy Arabiego paszy i wielu najuboższych ludzi. Mają oni za złe rządowi, że całkiem poddał się wpływom angielskim, i twierdzą, że cierpi na tym religia. Bóg wie, ilu uciekło już przez pustynię, omijając zwykłą drogę morską do Souakimu. Gdy więc rząd dowiedział się, że Fatma też chce uciec, kazał jej pilnować. Tylko za nią i za jej dzieci, krewnych samego Mahdiego, będzie można może odzyskać jeńców.

— Czy niższe klasy w Egipcie naprawdę sprzyjają Mahdiemu?

— Mahdi ma zwolenników nawet w wojsku, które może dlatego bije się tak źle.

— Ale w jaki sposób Sudańczycy mogą uciekać przez pustynię? Przecież to tysiące mil?

— A jednak tą drogą sprowadzano niewolników do Egiptu.

— Myślę, że dzieci Fatmy nie wytrzymałyby takiej podróży.

— Dlatego chce ją sobie skrócić i jechać morzem do Souakimu.

— W każdym razie biedna kobieta...

Na tym skończyła się rozmowa.

A dwanaście godzin później ta „biedna kobieta” zamknęła się starannie w domu z synem dozorcy Chadigiego. Szeptała do niego ze zmarszczonymi brwiami, a jej piękne oczy patrzyły ponuro:

— Chamisie, synu Chadigiego, oto pieniądze. Pojedziesz jeszcze dziś do Medinet i oddasz Idrysowi to pismo. Na moją prośbę napisał je do niego świątobliwy derwisz Bellali... Dzieci tych mehendysów są dobre, ale jeśli nie uzyskam pozwolenia na wyjazd, to nie ma innego sposobu. Wiem, że mnie nie zdradzisz... Pamiętaj, że ty i twój ojciec też pochodzicie z plemienia Dangalów, w którym urodził się wielki Mahdi.

### Słowniczek

- **żyzna**: taka, na której dobrze rosną rośliny.
- **chmarami**: wielkimi grupami (ptaków, owadów).
- **wierzchowca**: wierzchowiec to zwierzę, na którym się jeździ.
- **sztucer**: dobra strzelba myśliwska.
- **dromader**: wielbłąd do jazdy.
- **derwiszów**: derwisz to muzułmański mnich; w tej książce też żołnierz Mahdiego.
- **burę**: bura to ostra nagana.
- **hordy**: (obraźliwe) dzikie, groźne grupy wojowników.
- **Arabo-Murzynów**: (stare, dziś obraźliwe) ludzi, którzy mają arabskich i czarnoskórych przodków.
- **posłuchanie**: rozmowa z ważną osobą, o którą trzeba prosić.
- **fellachów**: fellach to egipski chłop.
- **Sidi**: arabskie słowo: panie.
- **chedyw**: władca Egiptu.
- **mehendysem**: mehendys to inżynier (po arabsku).
- **ramazanu**: ramazan to (stare) ramadan, muzułmański miesiąc postu.

## Rozdział III

Obaj inżynierowie wyjechali następnego dnia w nocy do Kairu. Mieli tam odwiedzić angielskiego rezydenta i zostać przyjęci przez wicekróla. Staś obliczał, że może im to zająć dwa dni. Okazało się, że miał rację, bo trzeciego dnia wieczorem dostał od ojca, już z Medinet, taką depeszę: „Namioty przygotowane. Macie wyruszyć z chwilą rozpoczęcia twoich wakacji. Fatmie daj znać przez Chadigiego, że nie mogliśmy dla niej nic zrobić...” Podobną depeszę dostała pani Olivier. Zaraz zaczęła przygotowania do podróży z pomocą Murzynki Dinah.

Sam widok tych przygotowań ucieszył serca dzieci. Ale nagle zdarzył się wypadek, który poplątał wszystkie plany i mógł nawet całkiem przeszkodzić w wyjeździe. W dniu, w którym zaczęły się zimowe wakacje Stasia, czyli w przeddzień wyjazdu, panią Olivier ukąsił skorpion. Stało się to w ogrodzie, podczas jej popołudniowej drzemki. Te jadowite stworzenia nie są zwykle w Egipcie bardzo niebezpieczne. Tym razem jednak ukłucie mogło być wyjątkowo groźne. Skorpion pełzł po górnej części oparcia płóciennego krzesła. Ukłuł panią Olivier w szyję w chwili, gdy przycisnęła go głową. Wcześniej chorowała ona na różę na twarzy, więc obawiano się, że choroba wróci. Natychmiast wezwano lekarza, ale przyszedł dopiero po dwóch godzinach, bo był zajęty gdzie indziej. Szyja, a nawet twarz były już spuchnięte. Potem pojawiła się gorączka ze zwykłymi objawami zatrucia. Lekarz oświadczył, że w takich warunkach o wyjeździe nie może być mowy, i kazał chorej położyć się do łóżka. Dzieciom groziło więc spędzenie świąt Bożego Narodzenia w domu. Trzeba przyznać, że Nel, zwłaszcza na początku, więcej myślała o cierpieniach swojej nauczycielki niż o straconych przyjemnościach w Medinet. Popłakiwała tylko po kątach na myśl, że ojca zobaczy dopiero za kilka tygodni. Staś nie przyjął tego wypadku z takim spokojem. Wysłał najpierw depeszę, a potem list z pytaniem, co mają robić.

Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Pan Rawlison najpierw porozumiał się z doktorem. Dowiedział się od niego, że bezpośrednie niebezpieczeństwo minęło. Doktor nie pozwalał pani Olivier wyjechać z Port-Saidu tylko z obawy, że wróci róża. Pan Rawlison najpierw zapewnił jej więc opiekę, a dopiero potem przysłał dzieciom pozwolenie na podróż z Dinah. Ale Dinah, mimo całego przywiązania do Nel, nie poradziłaby sobie na kolei i w hotelach. Dlatego przewodnikiem i skarbnikiem w czasie drogi miał być Staś. Łatwo zrozumieć, jak był dumny z tej roli. Z rycerską miną zapewniał małą Nel, że włos jej z głowy nie spadnie. Mówił tak, jakby droga do Kairu i do Medinet była naprawdę trudna lub niebezpieczna.

Wszystkie przygotowania były już wcześniej skończone. Dzieci wyruszyły więc tego samego dnia kanałem do Izmaili, a z Izmaili koleją do Kairu. Tam miały przenocować, a następnego dnia jechać do Medinet. Wyjeżdżając z Izmaili, zobaczyły jezioro Timsah. Staś znał je już, bo pan Tarkowski, w wolnych chwilach zapalony myśliwy, brał go tam czasem na ptaki wodne. Potem droga szła wzdłuż Wadi-Toumilat, tuż przy kanale słodkiej wody, który prowadzi od Nilu do Izmaili i Suezu. Ten kanał wykopano jeszcze przed Sueskim. Inaczej robotnicy pracujący nad wielkim dziełem Lessepsa nie mieliby w ogóle wody do picia. Ale wykopanie go miało jeszcze inny dobry skutek. Kraina, która przedtem była jałową pustynią, zakwitła na nowo, gdy przepłynął przez nią potężny i ożywczy strumień słodkiej wody. Z okien wagonu dzieci widziały po lewej stronie szeroki pas zieleni. Były tam łąki, na których pasły się konie, wielbłądy i owce. Były też pola, na których rosła kukurydza, proso, alfalfa i inne rośliny na paszę. Nad brzegiem kanału widać było różne studnie. Jedne miały kształt wielkich kół z wiadrami, inne były zwykłymi żurawiami. Czerpały one wodę, którą fellachowie pracowicie rozprowadzali po zagonach. Rozwozili ją także w beczkach na wózkach ciągniętych przez bawoły. Nad młodym zbożem krążyły gołębie, a czasem zrywały się całe stada przepiórek. Po brzegach kanału poważnie spacerowały bociany i żurawie. W oddali, nad glinianymi chatami fellachów, wznosiły się korony palm daktylowych, podobne do pióropuszy.

Natomiast na północ od linii kolejowej ciągnęła się prawdziwa pustynia, ale niepodobna do tej po drugiej stronie Kanału Sueskiego. Tamta wyglądała jak równe dno morskie, z którego uciekła woda, a został tylko pomarszczony piasek. Tutaj piaski były bardziej żółte i usypane jakby w wielkie kopce. Na ich zboczach rosły kępy szarych roślin. Między tymi kopcami, które miejscami zmieniały się w wysokie wzgórza, leżały szerokie doliny. Od czasu do czasu widać było w nich idące karawany.

Z okien wagonu dzieci widziały objuczone wielbłądy, które szły długim szeregiem, jeden za drugim, przez piaszczyste pustkowia. Przed każdym wielbłądem szedł Arab w czarnym płaszczu i białym zawoju na głowie. Małej Nel przypomniały się obrazki z Biblii, które oglądała w domu. Przedstawiały one Izraelitów wchodzących do Egiptu za czasów Józefa. Wyglądały zupełnie tak samo. Niestety, nie mogła dobrze przyglądać się karawanom. Przy oknach z tej strony wagonu siedzieli bowiem dwaj angielscy oficerowie i zasłaniali jej widok.

Gdy tylko powiedziała o tym Stasiowi, zwrócił się do oficerów z bardzo poważną miną. Przyłożył palec do kapelusza i powiedział:

— Dżentelmeni, czy nie zechcecie zrobić miejsca tej małej miss, która chce przyglądać się wielbłądom?

Obaj oficerowie przyjęli tę prośbę z taką samą powagą. Jeden z nich nie tylko ustąpił miejsca ciekawej miss, ale podniósł ją i postawił na siedzeniu przy oknie.

A Staś zaczął wykład:

— To jest dawna kraina Goshen, którą faraon oddał Józefowi dla jego braci Izraelitów. Kiedyś, jeszcze w starożytności, płynął tu kanał ze słodką wodą, więc ten nowy jest tylko przeróbką dawnego. Ale później kanał poszedł w ruinę i kraj stał się pustynią. Teraz ziemia znów zaczyna być żyzna.

— Skąd dżentelmen to wie? — zapytał jeden z oficerów.

— W moim wieku takie rzeczy się wie — odpowiedział Staś. — A poza tym niedawno profesor Sterling opowiadał nam o Wadi-Toumilat.

Staś mówił po angielsku bardzo biegle, ale jego trochę inny akcent zwrócił uwagę drugiego oficera. Zapytał więc:

— Czy mały dżentelmen nie jest Anglikiem?

— Małą jest miss Nel, nad którą ojciec powierzył mi opiekę w drodze. A ja nie jestem Anglikiem, lecz Polakiem i synem inżyniera przy kanale.

Oficer uśmiechnął się, słysząc odpowiedź śmiałego chłopca, i powiedział:

— Bardzo cenię Polaków. Należę do pułku jazdy, który za czasów Napoleona kilka razy walczył z polskimi ułanami. Ta tradycja do dziś jest jego chwałą i zaszczytem.

— Miło mi pana poznać — odpowiedział Staś.

I rozmowa potoczyła się łatwo, bo oficerów widocznie to bawiło. Okazało się, że obaj też jadą z Port-Saidu do Kairu. Mieli się tam spotkać z angielskim ambasadorem i dostać ostatnie instrukcje przed długą podróżą, która ich wkrótce czekała. Młodszy z nich był lekarzem wojskowym. Ten, który rozmawiał ze Stasiem, nazywał się kapitan Glen. Z rozkazu swojego rządu miał jechać z Kairu przez Suez do Mombassa. Miał tam objąć zarząd nad całym krajem wokół tego portu, aż do nieznanej krainy Samburu. Staś z wielką przyjemnością czytał książki o podróżach po Afryce. Wiedział, że Mombassa leży kilka stopni za równikiem. Wiedział też, że okoliczne kraje należą już do strefy wpływów angielskich, ale naprawdę są jeszcze mało znane i zupełnie dzikie. Pełno w nich słoni, żyraf, nosorożców, bawołów i różnych antylop, które zawsze spotykają wyprawy wojskowe, misjonarskie i kupieckie. Z całej duszy zazdrościł więc kapitanowi Glenowi. Zapowiedział, że musi go odwiedzić w Mombassa i zapolować z nim na lwy lub bawoły.

— Dobrze, ale proszę o odwiedziny razem z tą małą miss — odpowiedział ze śmiechem kapitan Glen. Wskazał przy tym na Nel, która właśnie odeszła od okna i usiadła przy nim.

— Miss Rawlison ma ojca — odpowiedział Staś — a ja jestem tylko jej opiekunem w drodze.

Na to drugi oficer szybko się odwrócił i zapytał:

— Rawlison? Czy nie jeden z dyrektorów kanału, ten, który ma brata w Bombaju?

— W Bombaju mieszka mój stryjek — odpowiedziała Nel, podnosząc w górę paluszek.

— A więc twój stryjek, darling, jest żonaty z moją siostrą. Nazywam się Clary. Jesteśmy rodziną i naprawdę się cieszę, że cię spotkałem i poznałem, mały, kochany ptaszku.

I doktor rzeczywiście się cieszył. Mówił, że zaraz po przyjeździe do Port-Saidu pytał o pana Rawlisona. W biurach dyrekcji powiedziano mu jednak, że wyjechał na święta. Żałował też, że statek, którym mają płynąć z Glenem do Mombassa, odpływa z Suezu już za kilka dni. Dlatego nie będzie mógł wpaść do Medinet.

Poprosił tylko Nel, żeby pozdrowiła ojca, i obiecał napisać do niej z Mombassa. Obaj oficerowie zajęli się teraz głównie rozmową z Nel, więc Staś został trochę na boku. Za to na wszystkich stacjach pojawiały się całe tuziny mandarynek, świeże daktyle, a nawet doskonałe sorbety. Oprócz Stasia i Nel korzystała z nich także Dinah, która przy wszystkich swoich zaletach była niezwykle łakoma.

W ten sposób droga do Kairu szybko dzieciom minęła. Przy pożegnaniu oficerowie ucałowali rączki i główkę Nel i uścisnęli prawą rękę Stasia. Kapitanowi Glenowi bardzo się podobał ten śmiały chłopiec. Powiedział mu pół żartem, pół serio:

— Słuchaj, mój chłopcze! Kto wie, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach możemy się jeszcze spotkać w życiu. Pamiętaj jednak, że zawsze możesz liczyć na moją życzliwość i pomoc.

— I wzajemnie! — odpowiedział Staś z pełnym godności ukłonem.

### Słowniczek

- **rezydenta**: rezydent to urzędnik, który reprezentuje swój kraj w innym państwie.
- **wicekróla**: wicekról to władca Egiptu, chedyw.
- **depeszę**: (stare) telegram.
- **jadowite**: takie, które mają jad.
- **różę**: (stare) chorobę skóry z gorączką.
- **skarbnikiem**: osobą, która pilnuje pieniędzy.
- **alfalfa**: roślina na paszę dla zwierząt.
- **żurawiami**: żuraw to tutaj studnia z długą belką do czerpania wody.
- **zagonach**: zagon to długi kawałek pola.
- **fellachowie**: egipscy chłopi.
- **karawany**: grupy ludzi i zwierząt, którzy razem podróżują.
- **zawoju**: zawój to tkanina owinięta wokół głowy.
- **ułanami**: ułani to dawni żołnierze na koniach.
- **stryjek**: brat ojca.
- **darling**: angielskie słowo: kochanie.

## Rozdział IV

Pan Tarkowski bardzo ucieszył się z przyjazdu dzieci. Ucieszył się też pan Rawlison, który kochał swoją małą Nel nad życie. Dzieci także powitały ojców z radością, ale zaraz zaczęły oglądać namioty. Były już całkiem urządzone i gotowe na przyjęcie miłych gości. Okazało się, że są wspaniałe: podwójne, wyłożone od środka flanelą, jedne niebieską, drugie czerwoną. Na dole leżał wojłok, a w środku było tyle miejsca co w dużych pokojach. Kompanii zależało na opinii wysokich urzędników Towarzystwa Kanałowego, więc bardzo się starała, by mieli dobrze i wygodnie. Pan Rawlison na początku się obawiał, czy długi pobyt w namiocie nie zaszkodzi zdrowiu Nel. Zgodził się na to tylko dlatego, że w razie złej pogody zawsze można było przenieść się do hotelu. Teraz jednak obejrzał wszystko dokładnie na miejscu i zmienił zdanie. Uznał, że dni i noce na świeżym powietrzu będą dla jego jedynaczki sto razy zdrowsze niż zatęchłe pokoje miejscowych hotelików. Pomagała temu także przepiękna pogoda. Medinet, czyli El-Medine, otoczone ze wszystkich stron piaszczystymi wzgórzami Pustyni Libijskiej, ma znacznie lepszy klimat niż Kair. Nie na próżno nazywa się je „krainą róż”. Miasto leży w osłoniętym miejscu, a w powietrzu jest dużo wilgoci. Dlatego noce nie są tam tak zimne jak w innych częściach Egiptu, nawet tych położonych dużo dalej na południe. Zima jest po prostu cudowna, a właśnie od listopada rośliny rosną tam najlepiej. Rosną tam palmy daktylowe i oliwki, których w Egipcie jest w ogóle mało. Są też drzewa figowe, pomarańczowe, mandarynki, olbrzymie rycynusy, granaty i różne inne południowe rośliny. Wszystkie razem pokrywają tę cudowną oazę jednym lasem. Ogrody są jakby zalane olbrzymią falą akacji, bzów i róż. W nocy każdy powiew wiatru przynosi ich odurzający zapach. Oddycha się tu pełną piersią i „nie chce się umierać”, jak mówią miejscowi mieszkańcy.

Podobny klimat ma tylko Heluan, który leży po drugiej stronie Nilu, ale znacznie dalej na północ. Brakuje mu jednak takiej bujnej roślinności.

Ale z Heluanem pan Rawlison miał smutne wspomnienie, bo tam umarła matka Nel. Dlatego wolał Medinet. Patrzył teraz na rozjaśnioną twarz dziewczynki i obiecywał sobie w duchu, że niedługo kupi tu ziemię z ogrodem. Zbuduje na niej wygodny angielski dom i będzie spędzał w tej błogosławionej okolicy wszystkie urlopy, jakie dostanie. A po zakończeniu pracy przy kanale może nawet zamieszka tu na stałe.

Były to jednak plany na daleką przyszłość i jeszcze nie całkiem pewne. Tymczasem dzieci od chwili przyjazdu kręciły się wszędzie jak muchy. Chciały jeszcze przed obiadem obejrzeć wszystkie namioty oraz osły i wielbłądy, które Cook wynajął na miejscu. Okazało się jednak, że zwierzęta są na dalekim pastwisku i można je będzie zobaczyć dopiero jutro. Za to przy namiocie pana Rawlisona Nel i Staś z przyjemnością zobaczyli Chamisa, syna Chadigiego, swojego dobrego znajomego z Port-Saidu. Nie należał on do służby Cooka i pan Rawlison był nawet zdziwiony, że spotkał go w El-Medine. Ale wcześniej Chamis nosił mu narzędzia, więc przyjął go i teraz jako chłopca do posyłek i do różnych posług.

Wieczorny obiad był znakomity, bo stary Kopt, od wielu lat kucharz w kompanii Cooka, chciał się popisać swoją sztuką. Dzieci opowiadały o znajomości z dwoma oficerami, których spotkały w drodze. Szczególnie zainteresowało to pana Rawlisona. Jego brat Ryszard, żonaty z siostrą doktora Clarego, rzeczywiście od wielu lat mieszkał w Indiach. Małżeństwo to nie miało dzieci, więc stryjek bardzo kochał swoją małą bratanicę, którą znał głównie z fotografii. We wszystkich listach dokładnie o nią wypytywał. Obu ojców rozbawiło też zaproszenie do Mombassa, które Staś dostał od kapitana Glena. Chłopiec brał je zupełnie poważnie i obiecywał sobie stanowczo, że kiedyś musi odwiedzić nowego przyjaciela za równikiem. Dopiero pan Tarkowski musiał mu wytłumaczyć, że angielscy urzędnicy nigdy nie zostają długo w tym samym miejscu. Powodem jest zabójczy klimat Afryki. Zanim Staś dorośnie, kapitan będzie już na dziesiątym z kolei stanowisku albo nie będzie go już na świecie.

Po obiedzie całe towarzystwo wyszło przed namioty. Służba ustawiła tam składane płócienne krzesła, a dla starszych panów przygotowała syfony z wodą sodową i brandy. Była już noc, ale bardzo ciepła. Księżyc był w pełni, więc było jasno jak w dzień. Białe mury miejskich budynków naprzeciw namiotów świeciły zielono. Na niebie błyszczały gwiazdy, a w powietrzu unosił się zapach róż, akacji i heliotropów. Miasto już spało. W nocnej ciszy słychać było tylko czasem głośne krzyki żurawi, czapli i flamingów, które leciały znad Nilu ku jezioru Karoun. Nagle jednak rozległo się głębokie, basowe szczekanie psa. Stasia i Nel to zdziwiło. Zdawało się bowiem, że szczekanie dochodzi z namiotu, którego jeszcze nie oglądali. Trzymano w nim siodła, narzędzia i różne rzeczy potrzebne w podróży.

— Co to za ogromny musi być pies! Chodźmy go zobaczyć — powiedział Staś.

Pan Tarkowski zaczął się śmiać, a pan Rawlison strząsnął popiół z cygara i powiedział, też ze śmiechem:

— Well! na nic nie zdało się zamknięcie.

Potem zwrócił się do dzieci:

— Jutro, pamiętajcie, jest Wigilia. Ten pies miał być niespodzianką od pana Tarkowskiego dla Nel. Ale ponieważ niespodzianka zaczęła szczekać, muszę ją zapowiedzieć już dziś.

Gdy Nel to usłyszała, w jednej chwili wdrapała się na kolana pana Tarkowskiego i objęła go za szyję. Potem przeskoczyła na kolana ojca:

— Tatusiu, jaka ja jestem szczęśliwa! Jaka szczęśliwa!

Uściskom i pocałunkom nie było końca. W końcu Nel stanęła na własnych nogach i zaczęła zaglądać panu Tarkowskiemu w oczy:

— Mister Tarkowski...

— Co, Nel?

— Bo jeśli ja już wiem, że on tam jest, to czy ja mogę go dziś zobaczyć?

— Wiedziałem — zawołał pan Rawlison z udanym oburzeniem — że ta mała mucha nie zadowoli się samą nowiną.

A pan Tarkowski zwrócił się do syna Chadigiego i powiedział:

— Chamisie, przyprowadź psa.

Młody Sudańczyk zniknął za namiotem kuchennym. Po chwili wrócił, prowadząc za obrożę olbrzymie zwierzę.

Nel aż się cofnęła.

— Oj! — zawołała, chwytając ojca za rękę.

Staś natomiast wpadł w zachwyt:

— Ależ to lew, nie pies!

— Nazywa się Saba (lew) — odpowiedział pan Tarkowski. — Należy do rasy mastyfów, a to są największe psy na świecie. Ten ma dopiero dwa lata, ale naprawdę jest ogromny. Nie bój się, Nel, bo jest łagodny jak baranek. Śmiało! Puść go, Chamisie.

Chamis puścił obrożę, za którą trzymał brytana. Pies poczuł, że jest wolny, i zaczął machać ogonem. Łasił się do pana Tarkowskiego, którego już dobrze znał, i poszczekiwał z radości.

Dzieci z podziwem patrzyły w blasku księżyca na jego potężny, okrągły łeb z obwisłymi wargami i na grube łapy. Patrzyły na jego wielkie ciało, które płowożółtym kolorem naprawdę przypominało lwa. Nigdy w życiu nie widziały nic podobnego.

— Z takim psem można by bezpiecznie przejść Afrykę! — zawołał Staś.

— Spytaj się go, czyby potrafił zaaportować nosorożca — powiedział pan Tarkowski.

Saba wprawdzie nie mógł odpowiedzieć na to pytanie. Ale machał ogonem coraz weselej i tak serdecznie garnął się do ludzi, że Nel od razu przestała się go bać. Zaczęła go głaskać po głowie.

— Saba, miły, kochany Saba.

Pan Rawlison pochylił się nad nim, podniósł jego łeb ku twarzyczce dziewczynki i powiedział:

— Saba, przyjrzyj się tej panience. Oto twoja pani! Masz jej słuchać i strzec, rozumiesz?

— Wow! — odezwał się basem Saba, jakby rzeczywiście zrozumiał, o co chodzi.

I zrozumiał nawet lepiej, niż można się było spodziewać. Jego głowa była prawie na wysokości twarzy dziewczynki. Na znak hołdu polizał więc szerokim językiem jej nosek i policzki.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nel musiała pójść do namiotu, żeby się umyć. Gdy wróciła po kwadransie, zobaczyła Sabę z łapami na ramionach Stasia, który uginał się pod tym ciężarem. Pies był od niego wyższy o głowę.

Zbliżał się czas spoczynku, ale mała wyprosiła jeszcze pół godziny zabawy, żeby lepiej poznać nowego przyjaciela. I rzeczywiście poszło to tak łatwo, że pan Tarkowski wkrótce posadził ją bokiem na grzbiecie psa. Podtrzymywał ją, żeby nie spadła, a Stasiowi kazał prowadzić psa za obrożę. Przejechała tak kilkanaście kroków. Potem Staś też spróbował dosiąść tego dziwnego wierzchowca. Ale wtedy Saba usiadł na tylnych łapach i Staś niespodziewanie znalazł się na piasku koło ogona.

Dzieci miały już iść spać, gdy z daleka, na rynku oświetlonym księżycem, pojawiły się dwie białe postacie. Szły w stronę namiotów.

Łagodny dotąd Saba zaczął głucho i groźnie warczeć. Chamis na rozkaz pana Rawlisona musiał znów chwycić go za obrożę. Tymczasem dwaj ludzie w białych burnusach stanęli przed namiotami.

— A kto tam? — zapytał pan Tarkowski.

— Przewodnicy wielbłądów — odezwał się jeden z nich.

— Ach! To Idrys i Gebhr? Czego chcecie?

— Przyszliśmy zapytać, czy będziemy potrzebni jutro.

— Nie. Jutro i pojutrze są wielkie święta i nie wypada nam wtedy robić wycieczek. Przyjdźcie pojutrze rano.

— Dziękujemy, efendi.

— A wielbłądy macie dobre? — zapytał pan Rawlison.

— Bismillach! — odpowiedział Idrys. — Prawdziwe hegin (wierzchowe), z tłustymi garbami i łagodne jak ha’-ga (owce). Inaczej Cook by nas nie wynajął.

— Nie trzęsą za bardzo?

— Można, panie, położyć garść fasoli na grzbiecie każdego z nich. W najszybszym biegu nie spadnie ani jedno ziarnko.

— Jak przesadzać, to już po arabsku — powiedział ze śmiechem pan Tarkowski.

— Albo po sudańsku — dodał pan Rawlison.

Tymczasem Idrys i Gebhr stali ciągle jak dwie białe kolumny i uważnie przyglądali się Stasiowi i Nel. Księżyc oświetlał ich bardzo ciemne twarze, które w jego blasku wyglądały jak wykute z brązu. Białka ich oczu błyszczały zielonkawo spod turbanów.

— Dobranoc wam! — powiedział pan Rawlison.

— Niech Allach czuwa nad wami, efendi, w nocy i w dzień.

Powiedzieli to, skłonili się i odeszli. Towarzyszyło im głuche warczenie Saby, podobne do dalekiego grzmotu. Dwaj Sudańczycy widocznie mu się nie podobali.

### Słowniczek

- **flanelą**: flanela to miękka, ciepła tkanina.
- **wojłok**: gruby filc.
- **jedynaczki**: jedynaczka to jedyna córka.
- **zatęchłe**: takie, w których czuć stary, nieświeży zapach.
- **rycynusy**: rycynus to wysoka południowa roślina.
- **heliotropów**: heliotrop to roślina o pachnących fioletowych kwiatach.
- **Wigilia**: wieczór przed Bożym Narodzeniem.
- **mastyfów**: mastyf to bardzo duży pies.
- **brytana**: brytan to bardzo duży pies.
- **zaaportować**: przynieść coś w pysku, tak jak robi to pies.
- **hołdu**: hołd to znak wielkiego szacunku i posłuszeństwa.
- **burnusach**: burnus to arabski płaszcz z kapturem.
- **efendi**: grzeczne słowo: pan.
- **hegin**: wielbłądy do jazdy.

## Rozdział V

Przez następne dni nie było żadnych wycieczek. Za to wieczorem w Wigilię na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda. Wtedy w namiocie pana Rawlisona zabłysło setkami świeczek drzewko dla Nel. Choinkę zastępowała wprawdzie tuja wycięta w jednym z ogrodów El-Medine. Mimo to Nel znalazła między jej gałązkami mnóstwo słodyczy i wspaniałą lalkę, którą ojciec sprowadził dla niej z Kairu. Staś znalazł swój wymarzony angielski sztucer. Od ojca dostał też naboje, różne myśliwskie przybory i siodło do jazdy konnej. Nel była ogromnie szczęśliwa. Staś uważał, że kto ma prawdziwy sztucer, powinien też mieć odpowiednią powagę. Nie mógł jednak wytrzymać. Wybrał chwilę, gdy koło namiotu nie było nikogo, i obszedł go dookoła na rękach. Tej sztuki, bardzo popularnej w szkole w Port-Saidzie, nauczył się doskonale. Nieraz bawił nią Nel, która szczerze mu jej zazdrościła.

Wigilia i pierwszy dzień świąt minęły dzieciom częściowo na nabożeństwie, a częściowo na oglądaniu prezentów i tresurze Saby. Nowy przyjaciel okazał się mądrzejszy, niż ktokolwiek się spodziewał. Już pierwszego dnia nauczył się podawać łapę i aportować chustki do nosa, których jednak niechętnie oddawał. Zrozumiał też, że mycie językiem twarzy Nel nie jest godne psa-dżentelmena. Nel z palcem na nosku dawała mu różne nauki, a on potakiwał ruchami ogona. W ten sposób pokazywał, że słucha uważnie i bierze je sobie do serca. Podczas spacerów po piaszczystym placu miejskim sława Saby w Medinet rosła z każdą godziną. Ale jak każda sława, zaczynała mieć też przykrą stronę, bo przyciągała całe tłumy arabskich dzieci. Na początku trzymały się z daleka. Potem jednak, ośmielone łagodnością „potwora”, podchodziły coraz bliżej. W końcu otoczyły namioty tak, że nikt nie mógł się swobodnie poruszać. Poza tym każde arabskie dziecko ssie od rana do nocy trzcinę cukrową. Dlatego za dziećmi zawsze ciągną całe legiony much. Muchy same w sobie są dokuczliwe, a bywają też niebezpieczne, bo roznoszą zarazki egipskiego zapalenia oczu. Służba próbowała więc dzieci rozpędzać, ale Nel stawała w ich obronie. Co więcej, rozdawała najmłodszym helou, czyli słodycze. Zdobywała tym ich wielką miłość, ale oczywiście dzieci przychodziło coraz więcej.

Po trzech dniach zaczęły się wspólne wycieczki. Częściowo jeździli wąskotorowymi kolejkami, których w Medinet-el-Fajum Anglicy zbudowali dużo, częściowo na osłach, a czasem też na wielbłądach. Okazało się, że w pochwałach Idrysa było wprawdzie dużo przesady. Nie tylko fasoli, ale i ludziom niełatwo było utrzymać się w siodłach. Ale była w nich też prawda. Wielbłądy należały oczywiście do rodzaju hegin, czyli wierzchowych. Dobrze je karmiono durrą (kukurydzą miejscową lub syryjską), więc miały tłuste garby. Tak chętnie biegły, że trzeba je było powstrzymywać. Sudańczycy Idrys i Gebhr, mimo dzikiego błysku w oczach, zdobyli zaufanie i serca całego towarzystwa. Zawdzięczali to swojej wielkiej uprzejmości i niezwykłej trosce o Nel. Gebhr miał zawsze okrutny i trochę zwierzęcy wyraz twarzy. Ale Idrys szybko zauważył, że ta mała osóbka jest oczkiem w głowie całego towarzystwa. Przy każdej okazji powtarzał więc, że zależy mu na niej bardziej niż na „własnej duszy”. Pan Rawlison domyślał się wprawdzie, że przez Nel Idrys chce trafić do jego kieszeni. Uważał jednak, że każdy człowiek na świecie musi pokochać jego jedynaczkę. Był mu więc wdzięczny i nie żałował „bakszyszów”.

W ciągu pięciu dni towarzystwo zwiedziło ruiny starożytnego Krokodilopolis, leżące blisko miasta. Egipcjanie czcili tam kiedyś bożka zwanego Sebak, który miał ludzkie ciało i głowę krokodyla. Następna wycieczka prowadziła do piramidy Hanara i do resztek Labiryntu. Najdłuższa, cała na wielbłądach, była nad jezioro Karoun. Jego północny brzeg to prawdziwa pustynia, gdzie oprócz ruin dawnych egipskich miast nie ma żadnego śladu życia. Na południe ciągnie się natomiast żyzny, wspaniały kraj. Same brzegi, porośnięte wrzosem i trzciną, roją się od pelikanów, czerwonaków, czapli, dzikich gęsi i kaczek. Tam dopiero Staś mógł się popisać celnością swoich strzałów. Strzelał ze zwykłej strzelby, a na pokaz ze sztucera. Strzały były tak niezwykłe, że po każdym słychać było zdumione cmokanie Idrysa i arabskich wioślarzy. Ptakom spadającym do wody stale towarzyszyły okrzyki: Bismillach i Maszallach!

Arabowie zapewniali, że na przeciwległym, „pustynnym” brzegu jest dużo wilków i hien. Mówili, że gdy rzuci się wśród piaszczystych wzgórz martwą owcę, prawie na pewno będzie można strzelić. Dlatego pan Tarkowski i Staś spędzili dwie noce na pustyni, przy ruinach Dine. Ale pierwszą owcę ukradli Beduini, zaraz po odejściu myśliwych. Druga zwabiła tylko kulawego szakala, którego Staś zastrzelił. Dalsze polowania trzeba było odłożyć, bo dla obu inżynierów nadszedł czas wyjazdu. Mieli skontrolować roboty wodne przy Bahr-Jussef, koło El-Lahum, na południowy wschód od Medinet.

Pan Rawlison czekał tylko na przyjazd pani Olivier. Niestety, zamiast niej przyszedł list od lekarza. Pisał, że dawna róża na twarzy wróciła po ukąszeniu i że chora jeszcze długo nie będzie mogła wyjechać z Port-Saidu. Sytuacja stała się naprawdę kłopotliwa. Nie można było zabierać ze sobą dzieci, starej Dinah, namiotów i całej służby. Choćby dlatego, że inżynierowie mieli być dziś tu, jutro tam. Mogli też dostać polecenie, by dotrzeć aż do wielkiego Kanału Ibrahima. Po krótkiej naradzie pan Rawlison postanowił zostawić Nel pod opieką starej Dinah i Stasia. Opiekować się nią mieli też włoski ajent konsularny i miejscowy mudir (gubernator), którego wcześniej poznał. Nel było żal rozstawać się z ojcem. Obiecał jej więc, że z pobliskich miejscowości obaj z panem Tarkowskim będą wpadać do Medinet. A jeśli znajdą coś ciekawego, wezwą dzieci do siebie.

— Bierzemy ze sobą Chamisa — mówił — i w razie potrzeby po was go przyślemy. Dinah niech zawsze towarzyszy Nel. Ale Nel robi z nią, co chce, więc ty, Stasiu, czuwaj nad nimi obiema.

— Może pan być pewny — odpowiedział Staś — że będę pilnował Nel jak rodzonej siostry. Ona ma Sabę, a ja sztucer, więc niech ktoś spróbuje ją skrzywdzić...

— Nie o to chodzi — powiedział pan Rawlison. — Saba i sztucer nie będą wam z pewnością potrzebne. Bądź tak dobry i chroń ją tylko przed zmęczeniem. Uważaj też, żeby się nie przeziębiła. Prosiłem konsula, żeby wezwał zaraz doktora z Kairu, gdyby poczuła się źle. Będziemy tu przysyłać Chamisa po wiadomości jak najczęściej. Mudir też będzie was odwiedzał. Mam poza tym nadzieję, że nigdy nie będzie nas długo.

Pan Tarkowski też nie żałował Stasiowi przestróg. Mówił mu, że Nel nie potrzebuje jego obrony. W Medinet i w całej prowincji El-Fajum nie ma bowiem ani dzikich ludzi, ani dzikich zwierząt. Myślenie o czymś takim byłoby śmieszne i niegodne chłopca, który niedługo kończy czternaście lat. Ma być tylko troskliwy i uważny. Nie wolno mu robić żadnych wypraw na własną rękę, a tym bardziej razem z Nel. Zwłaszcza nie na wielbłądach, bo jazda na nich zawsze męczy.

Ale gdy Nel to usłyszała, zrobiła tak smutną minkę, że pan Tarkowski musiał ją uspokajać.

— Owszem — powiedział, głaszcząc ją po czuprynce — będziecie jeździć na wielbłądach, ale z nami albo do nas, jeśli przyślemy po was Chamisa.

— A sami nie możemy robić żadnych wycieczek, choćby tycich, tyciutkich? — pytała dziewczynka.

I zaczęła pokazywać na paluszku, o jak małe wycieczki jej chodzi. Tatusiowie w końcu się zgodzili, ale pod warunkiem. Wycieczki mają się odbywać na osłach, nie na wielbłądach. Nie mogą prowadzić do ruin, gdzie łatwo wpaść do jakiejś dziury. Mają iść drogami na pobliskie pola i do ogrodów za miastem. Dragoman i inna służba Cooka mieli zawsze towarzyszyć dzieciom.

Potem obaj starsi panowie wyjechali, ale niedaleko, do Hamaret-el-Makta, i po dziesięciu godzinach wrócili na noc do Medinet. Powtarzało się to przez kilka dni z rzędu, aż obejrzeli najbliższe roboty. Potem ich praca przeniosła się dalej, ale jeszcze niezbyt daleko. Wtedy w nocy przyjeżdżał Chamis. Wczesnym rankiem zabierał Stasia i Nel do miasteczek, w których ojcowie chcieli im pokazać coś ciekawego. Dzieci spędzały większość dnia z tatusiami, a przed zachodem słońca wracały do namiotów w Medinet. Były jednak dni, gdy Chamis nie przyjeżdżał. Wtedy Nel z tęsknotą wyglądała posłańca, chociaż miała przy sobie Stasia i Sabę, w którym odkrywała coraz to nowe zalety. W ten sposób minął czas aż do święta Trzech Króli, na które obaj inżynierowie wrócili do Medinet.

Dwa dni później znów jednak wyjechali. Zapowiedzieli, że tym razem wyjeżdżają na dłużej. Prawdopodobnie dotrą aż do Beni-Suef, a stamtąd do El-Fachen. Tam zaczyna się kanał o tej samej nazwie, który biegnie daleko na południe wzdłuż Nilu.

Dzieci bardzo się więc zdziwiły, gdy trzeciego dnia, około jedenastej rano, w Medinet pojawił się Chamis. Pierwszy spotkał go Staś, który poszedł na pastwisko przyglądać się wielbłądom. Chamis rozmawiał z Idrysem. Powiedział Stasiowi tylko tyle, że przyjechał po niego i po Nel. Zaraz przyjdzie do namiotów i powie, dokąd mają jechać z polecenia starszych panów. Chłopiec od razu pobiegł z dobrą nowiną do Nel, która bawiła się z Sabą przed namiotem.

— Wiesz! jest Chamis! — zawołał już z daleka.

A Nel zaraz zaczęła podskakiwać ze złączonymi nóżkami, jak dziewczynki skaczące przez sznur.

— Pojedziemy! Pojedziemy!

— Tak, pojedziemy, i to daleko.

— A dokąd? — zapytała, odgarniając rączkami czuprynę, która spadła jej na oczy.

— Nie wiem. Chamis powiedział, że za chwilę tu przyjdzie i powie.

— To skąd wiesz, że daleko?

— Bo słyszałem, jak Idrys mówił, że on i Gebhr ruszą z wielbłądami natychmiast. To znaczy, że pojedziemy koleją, a wielbłądy zastaniemy tam, gdzie będą tatusiowie. Stamtąd będziemy robić jakieś wycieczki.

Od ciągłych podskoków czupryna znów przykryła nie tylko oczy, ale całą twarz Nel. Jej nóżki odbijały się od ziemi, jakby były z kauczuku.

Kwadrans później przyszedł Chamis i ukłonił się im obojgu.

— Khanagé (paniczu) — powiedział do Stasia — jedziemy za trzy godziny pierwszym pociągiem.

— Dokąd?

— Do El-Gharak-el-Sultani, a stamtąd razem ze starszymi panami na wielbłądach do Wadi-Rajan.

Serce Stasia zabiło z radości, ale jednocześnie zdziwiły go słowa Chamisa. Wiedział, że Wadi-Rajan to wielki krąg piaszczystych wzgórz na Pustyni Libijskiej, na południe i południowy zachód od Medinet. A przecież pan Tarkowski i pan Rawlison zapowiedzieli, że jadą w zupełnie przeciwną stronę, w kierunku Nilu.

— Co się stało? — zapytał Staś. — To mój ojciec i pan Rawlison nie są w Beni-Suef, tylko w El-Gharak?

— Tak im wypadło — odpowiedział Chamis.

— Ale przecież kazali pisać do siebie do El-Fachen.

— W tym liście starszy efendi pisze, dlaczego są w El-Gharak.

Przez chwilę szukał przy sobie listu, a potem wykrzyknął:

— Och, Nabi (proroku)! Zostawiłem list w torbie przy wielbłądnikach. Polecę zaraz, póki Idrys i Gebhr nie odjadą.

I pobiegł do wielbłądników, a dzieci razem z Dinah zaczęły przygotowywać się do drogi. Zapowiadała się dłuższa wycieczka, więc Dinah spakowała dla Nel parę sukienek, trochę bielizny i cieplejsze ubranie. Staś też pomyślał o sobie. Nie zapomniał zwłaszcza o sztucerze i nabojach, bo miał nadzieję spotkać wśród piaszczystych wzgórz Wadi-Rajan wilki i hieny.

Chamis wrócił dopiero po godzinie, tak spocony i zdyszany, że przez chwilę nie mógł złapać tchu.

— Nie znalazłem już wielbłądników — mówił — i goniłem za nimi, ale na próżno. Nic to jednak nie szkodzi, bo i list, i samych starszych efendich znajdziemy w El-Gharak. Czy Dinah też ma jechać z nami?

— A dlaczego pytasz?

— Może lepiej, żeby została. Starsi panowie wcale o niej nie mówili.

— Ale zapowiedzieli przed wyjazdem, że Dinah zawsze ma towarzyszyć panience, więc pojedzie i teraz.

Chamis ukłonił się, przyłożył dłoń do serca i powiedział:

— Śpieszmy się, panie, bo inaczej katr (pociąg) odjedzie.

Rzeczy były gotowe, więc przyszli na stację na czas. Z Medinet do Gharak jest nie więcej niż trzydzieści kilometrów. Ale boczna kolejka, która łączy te miejscowości, jedzie wolno i bardzo często się zatrzymuje. Gdyby Staś był sam, na pewno wolałby jechać na wielbłądzie niż koleją. Obliczył bowiem, że Idrys i Gebhr, którzy wyruszyli dwie godziny przed pociągiem, będą w El-Gharak przed nimi. Ale dla Nel byłaby to zbyt długa droga. Mały opiekun wziął sobie do serca ostrzeżenia obu ojców i nie chciał jej męczyć. Zresztą czas minął im szybko i ani się obejrzeli, a stanęli w Gharak.

Mała stacyjka, z której Anglicy robią zwykle wycieczki do Wadi-Rajan, była zupełnie pusta. Zastali tam tylko kilka kobiet z zasłoniętymi twarzami, które miały kosze mandarynek, i dwóch nieznajomych wielbłądników-Beduinów. Byli też Idrys i Gebhr z siedmioma wielbłądami. Jeden z nich był mocno objuczony. Ale po panu Tarkowskim i panu Rawlisonie nie było ani śladu.

Idrys wyjaśnił ich nieobecność tak:

— Starsi panowie pojechali na pustynię, żeby ustawić namioty, które przywieźli z Etsah. Kazali nam jechać za sobą.

— A jak znajdziemy ich wśród wzgórz? — zapytał Staś.

— Przysłali przewodników, którzy nas poprowadzą.

I wskazał na Beduinów. Starszy z nich ukłonił się, przetarł palcem jedyne oko, jakie miał, i powiedział:

— Nasze wielbłądy nie są tak tłuste, ale nie mniej szybkie od waszych. Za godzinę tam będziemy.

Staś cieszył się, że spędzą noc na pustyni. Nel była trochę zawiedziona, bo przedtem była pewna, że zastanie tatusia w Gharak.

Tymczasem naczelnik stacji, zaspany Egipcjanin w czerwonym fezie i ciemnych okularach, podszedł bliżej. Nie miał nic innego do roboty, więc zaczął przyglądać się europejskim dzieciom.

— To dzieci tych Inglezi, którzy pojechali rano ze strzelbami na pustynię — powiedział Idrys, sadzając Nel na siodle.

Staś oddał sztucer Chamisowi i usiadł obok niej, bo siodło było szerokie i miało kształt palankinu, tylko bez dachu. Dinah usiadła za Chamisem, inni zajęli osobne wielbłądy i ruszyli.

Gdyby naczelnik stacji patrzył za nimi dłużej, może by się zdziwił. Ci Anglicy, o których mówił Idrys, pojechali prosto do ruin na południe. A karawana skierowała się od razu ku Talei, w przeciwną stronę. Ale naczelnik wrócił wcześniej do domu, bo tego dnia żaden pociąg nie przyjeżdżał do Gharak.

Była piąta po południu. Pogoda była wspaniała. Słońce przeszło już na tę stronę Nilu i zniżyło się nad pustynią. Tonęło w złotych i purpurowych zorzach, które płonęły na zachodniej stronie nieba. Powietrze było tak pełne różowego blasku, że oczy mrużyły się od jego nadmiaru. Pola zrobiły się liliowe, a dalekie wzgórza, ostro widoczne na tle zórz, miały kolor czystego ametystu. Świat tracił cechy rzeczywistości i wydawał się jedną grą nieziemskich świateł.

Póki jechali przez zieloną, uprawną okolicę, przewodnik-Beduin prowadził karawanę spokojnym krokiem. Ale gdy tylko pod nogami wielbłądów zaskrzypiał twardy piasek, wszystko od razu się zmieniło.

— Yalla! yalla! — zawyły nagle dzikie głosy.

Jednocześnie rozległ się świst batów. Wielbłądy przeszły z kłusa w cwał i zaczęły pędzić jak wicher, wyrzucając spod nóg piasek i żwir pustyni.

— Yalla! yalla!

Kłus wielbłąda bardziej trzęsie, a cwał, którym te zwierzęta rzadko biegną, bardziej kołysze. Dlatego ta szalona jazda na początku dzieci bawiła. Ale choćby z huśtawki wiadomo, że zbyt szybkie kołysanie powoduje zawrót głowy. I rzeczywiście, po pewnym czasie, gdy pęd nie ustawał, małej Nel zaczęło się kręcić w głowie i ciemnieć w oczach.

— Stasiu, czemu my tak lecimy? — zawołała do towarzysza.

— Myślę, że za bardzo pozwolili wielbłądom się rozpędzić, a teraz nie mogą ich zatrzymać — odpowiedział Staś.

Ale zauważył, że twarz dziewczynki trochę zbladła, i zaczął wołać na Beduinów pędzących z przodu, żeby zwolnili. Jego wołanie miało jednak tylko taki skutek, że znów rozległy się okrzyki: Yalla! Zwierzęta pobiegły jeszcze szybciej.

Chłopiec na początku myślał, że Beduini go nie usłyszeli. Ale na kolejne wołanie też nie było odpowiedzi. Jadący za nimi Gebhr ciągle smagał wielbłąda, na którym oboje siedzieli. Staś pomyślał więc, że to nie wielbłądy poniosły. To ludzie tak się śpieszą, z jakiegoś nieznanego mu powodu.

Przyszło mu do głowy, że może pojechali złą drogą. Może chcą nadrobić stracony czas, bo boją się, że starsi panowie ich skrzyczą za spóźnienie. Ale po chwili zrozumiał, że to niemożliwe, bo pan Rawlison bardziej by się rozgniewał za zbytnie zmęczenie Nel. Co to więc znaczy? I dlaczego nie słuchają jego rozkazów? W sercu chłopca zaczęły rosnąć gniew i obawa o Nel.

— Stój! — krzyknął z całej siły do Gebhra.

— Ouskout (milcz)! — zawył w odpowiedzi Sudańczyk.

I pędzili dalej.

Noc zapada w Egipcie około szóstej, więc zorze wkrótce zgasły. Po pewnym czasie na niebo wypłynął wielki księżyc, czerwony od blasku zórz, i rozjaśnił pustynię łagodnym światłem.

W ciszy słychać było tylko zdyszany oddech wielbłądów, głuche, szybkie uderzenia ich nóg o piasek, a czasem świst batów. Nel była już tak zmęczona, że Staś musiał podtrzymywać ją w siodle. Co chwila pytała, czy szybko dojadą. Widocznie dodawała jej sił tylko nadzieja, że wkrótce zobaczy ojca. Ale na próżno oboje rozglądali się dookoła. Minęła godzina, potem druga, a nigdzie nie było widać ani namiotów, ani ognisk.

Wtedy włosy stanęły Stasiowi na głowie, bo zrozumiał, że ich porwano.

### Słowniczek

- **sztucer**: dobra strzelba myśliwska.
- **tresurze**: tresura to uczenie zwierzęcia posłuszeństwa i sztuczek.
- **helou**: słodycze.
- **durrą**: durra to afrykańskie zboże.
- **bakszyszów**: bakszysz to napiwek.
- **bożka**: (stare, lekceważące) figurkę lub istotę czczoną jak bóg.
- **ajent**: (stare) urzędnik, który załatwia sprawy swojego państwa za granicą.
- **mudir**: gubernator prowincji.
- **Dragoman**: przewodnik i tłumacz na Wschodzie.
- **palankinu**: palankin to siedzenie z dachem na grzbiecie zwierzęcia.
- **zorzach**: zorza to czerwone i złote światło na niebie o zachodzie słońca.
- **Yalla**: naprzód, szybko.
- **cwał**: najszybszy bieg zwierzęcia.
- **smagał**: bił batem.

## Rozdział VI

Panowie Rawlison i Tarkowski rzeczywiście czekali na dzieci, ale nie wśród piaszczystych wzgórz Wadi-Rajan. Nie mieli tam ani potrzeby, ani ochoty jechać. Czekali w zupełnie innej stronie, w mieście El-Fachen. Leży ono nad kanałem o tej samej nazwie, przy którym oglądali roboty skończone przed końcem roku. Z El-Fachen do Medinet jest w prostej linii około czterdziestu pięciu kilometrów. Ale nie ma bezpośredniego połączenia i trzeba jechać przez El-Wasta, co prawie podwaja drogę. Dlatego pan Rawlison sprawdzał w przewodniku kolejowym i obliczał tak:

— Chamis wyjechał przedwczoraj wieczorem — mówił do pana Tarkowskiego — i w El-Wasta złapał pociąg z Kairu. W Medinet jest więc dziś rano. Dzieci spakują się w godzinę. Gdyby jednak wyjechały w południe, musiałyby czekać na nocny pociąg jadący wzdłuż Nilu. A ja nie pozwoliłem Nel jechać nocą, więc wyruszą dziś rano i będą tu zaraz po zachodzie słońca.

— Tak — powiedział pan Tarkowski. — Chamis musi trochę odpocząć. Staś to wprawdzie gorąca głowa, ale gdy chodzi o Nel, zawsze można na niego liczyć. Zresztą posłałem mu też kartkę, żeby nie wyjeżdżali na noc.

— Dzielny chłopiec i ufam mu zupełnie — odpowiedział pan Rawlison.

— Prawdę mówiąc, ja też. Staś przy wszystkich swoich wadach ma prawy charakter i nigdy nie kłamie, bo jest odważny, a kłamią tylko tchórze. Energii też mu nie brakuje. Jeśli z czasem nauczy się spokojnego rozsądku, myślę, że da sobie radę na świecie.

— Z pewnością. A co do rozsądku, to czy ty byłeś rozsądny w jego wieku?

— Muszę przyznać, że nie — odpowiedział ze śmiechem pan Tarkowski. — Ale może nie byłem tak pewny siebie jak on.

— To przejdzie. Tymczasem ciesz się, że masz takiego chłopca.

— A ty, że masz takie słodkie i kochane stworzenie jak Nel.

— Niech ją Bóg błogosławi — odpowiedział ze wzruszeniem pan Rawlison.

Dwaj przyjaciele uścisnęli sobie dłonie, a potem usiedli do przeglądania planów i kosztorysów robót. Zajęło im to czas aż do wieczora.

O szóstej, gdy zapadła już noc, przyszli na stację. Chodzili po peronie i dalej rozmawiali o dzieciach.

— Pyszna pogoda, ale chłodno — odezwał się pan Rawlison. — Czy Nel wzięła ze sobą ciepłe ubranie?

— Staś będzie o tym pamiętał, Dinah także.

— Żałuję jednak, że zamiast sprowadzać ich tutaj, nie pojechaliśmy sami do Medinet.

— Przypomnij sobie, że właśnie tak radziłem.

— Wiem. I gdyby nie to, że stąd mamy jechać dalej na południe, zgodziłbym się na to. Ale obliczyłem, że droga zajęłaby nam dużo czasu i bylibyśmy krócej z dziećmi. Przyznam ci się zresztą, że to Chamis podsunął mi myśl, żeby je tu sprowadzić. Powiedział mi, że bardzo za nimi tęskni i że byłby szczęśliwy, gdybym go po nie posłał. Nie dziwię się, że tak się do nich przywiązał...

Dalszą rozmowę przerwały sygnały, że zbliża się pociąg. Po chwili w ciemności pojawiły się ogniste oczy lokomotywy. Jednocześnie rozległ się jej zdyszany oddech i gwizd.

Szereg oświetlonych wagonów przesunął się wzdłuż peronu, zadrżał i stanął.

— Nie widziałem ich w żadnym oknie — powiedział pan Rawlison.

— Może siedzą głębiej i pewnie zaraz wyjdą.

Podróżni zaczęli wysiadać, ale byli to głównie Arabowie. W El-Fachen oprócz pięknych gajów palmowych i akacjowych nie ma bowiem nic ciekawego do oglądania. Dzieci nie przyjechały.

— Chamis albo nie złapał pociągu w El-Wasta — odezwał się pan Tarkowski z odrobiną złego humoru — albo po nocnej podróży zaspał. Wtedy przyjadą dopiero jutro.

— Może być — odpowiedział z niepokojem pan Rawlison. — Ale może też któreś z nich zachorowało.

— W takim razie Staś by zatelegrafował.

— Kto wie, czy depesza nie czeka na nas w hotelu.

— Chodźmy.

Ale w hotelu nie czekała na nich żadna wiadomość. Pan Rawlison był coraz bardziej niespokojny.

— Wiesz, co jeszcze mogło się zdarzyć? — powiedział pan Tarkowski. — Jeśli Chamis zaspał, to nie przyznał się do tego dzieciom. Przyszedł do nich dopiero dziś i powiedział, że mają jechać jutro. Przed nami będzie się tłumaczył, że nie zrozumiał naszych rozkazów. Na wszelki wypadek zatelegrafuję do Stasia.

— A ja do mudira Fajumu.

Po chwili wysłano dwie depesze. Nie było jeszcze wprawdzie powodów do niepokoju, ale inżynierowie, czekając na odpowiedź, źle spędzili noc. Wczesny ranek zastał ich już na nogach.

Odpowiedź od mudira przyszła dopiero około dziesiątej i brzmiała tak:

„Sprawdzono na stacji. Dzieci wyjechały wczoraj do Gharak-el-Sultani.”

Łatwo zrozumieć, jakie zdumienie i gniew ogarnęły ojców po tej niespodziewanej wiadomości. Przez jakiś czas patrzyli na siebie, jakby nie rozumieli słów depeszy. Potem pan Tarkowski, który był człowiekiem gwałtownym, uderzył dłonią w stół i powiedział:

— To pomysł Stasia, ale ja go oduczę takich pomysłów.

— Nie spodziewałem się tego po nim — odpowiedział ojciec Nel.

Ale po chwili zapytał:

— No a co z Chamisem?

— Albo ich nie zastał i nie wie, co robić, albo pojechał za nimi.

— Ja też tak myślę.

Godzinę później wyruszyli do Medinet. W namiotach dowiedzieli się, że wielbłądników nie ma. Na stacji potwierdzono, że Chamis wyjechał z dziećmi do El-Gharak. Sprawa wyglądała coraz gorzej, a wyjaśnić ją można było tylko w El-Gharak.

I rzeczywiście, dopiero na tej stacji zaczęła się odsłaniać straszna prawda.

Zawiadowca, ten sam zaspany Egipcjanin w ciemnych okularach i czerwonym fezie, opowiedział im, co widział. Widział chłopca w wieku około czternastu lat, ośmioletnią dziewczynkę i niemłodą Murzynkę, którzy pojechali na pustynię. Nie pamiętał, czy wielbłądów było razem osiem, czy dziewięć. Zauważył jednak, że jeden był objuczony jak na daleką drogę, a dwaj Beduini też mieli przy siodłach duże juki. Pamiętał też, że gdy przyglądał się karawanie, jeden z wielbłądników, Sudańczyk, coś mu powiedział. Mówił, że to dzieci Anglików, którzy wcześniej pojechali do Wadi-Rajan.

— Czy ci Anglicy wrócili? — zapytał pan Tarkowski.

— Tak. Wrócili jeszcze wczoraj z dwoma zabitymi wilkami — odpowiedział zawiadowca. — Zdziwiło mnie nawet, że nie wracają razem z dziećmi. Ale nie pytałem ich o powód, bo to nie moja sprawa.

Po tych słowach odszedł do swoich obowiązków.

Podczas tej opowieści twarz pana Rawlisona zrobiła się biała jak papier. Patrzył nieprzytomnym wzrokiem na przyjaciela. Zdjął kapelusz, podniósł dłoń do spoconego czoła i zachwiał się, jakby miał upaść.

— Rawlison, bądź mężczyzną! — zawołał pan Tarkowski. — Nasze dzieci zostały porwane. Trzeba je ratować.

— Nel! Nel! — powtarzał nieszczęsny Anglik. — Nel i Staś! To nie wina Stasia. Zwabiono ich tu podstępem i porwano. Kto wie, dlaczego. Może dla okupu. Chamis na pewno jest w spisku. Idrys i Gebhr także.

Tu przypomniał sobie, co mówiła Fatma. Obaj Sudańczycy należą do plemienia Dangalów, w którym urodził się Mahdi. Z tego samego plemienia pochodzi Chadigi, ojciec Chamisa. Na to wspomnienie serce na chwilę mu zamarło. Zrozumiał bowiem, że dzieci mogły zostać porwane nie dla okupu, ale po to, żeby je wymienić na rodzinę Smaina.

Ale co z nimi zrobią współplemieńcy groźnego proroka? Nie mogą się ukryć na pustyni ani gdzieś nad brzegiem Nilu. Bo na pustyni wszyscy umarliby z głodu i pragnienia, a nad Nilem na pewno by ich złapano. Chyba więc uciekną z dziećmi aż do Mahdiego.

Ta myśl przeraziła także pana Tarkowskiego, ale energiczny dawny żołnierz szybko doszedł do siebie. Zaczął w myślach przebiegać wszystko, co się stało, a jednocześnie szukał sposobów ratunku.

„Fatma — rozumował — nie miała powodu mścić się ani na nas, ani na naszych dzieciach. Jeżeli więc zostały porwane, to widocznie po to, by wydać je w ręce Smaina. W żadnym razie nie grozi im śmierć. To jest szczęście w nieszczęściu. Ale czeka je za to straszna droga, która może je zgubić.”

Natychmiast podzielił się tymi myślami z przyjacielem, a potem mówił tak:

— Idrys i Gebhr, jako dzicy i głupi ludzie, wyobrażają sobie, że wojska Mahdiego są już niedaleko. Tymczasem Chartum, do którego Mahdi dotarł, leży stąd o dwa tysiące kilometrów. Tę drogę muszą przebyć wzdłuż Nilu i nie mogą się od niego oddalać. Inaczej wielbłądy i ludzie padliby z pragnienia. Jedź natychmiast do Kairu i żądaj od chedywa, żeby wysłano depesze do wszystkich posterunków wojskowych. Niech urządzą pościg wzdłuż rzeki, po prawej i po lewej stronie. Szejkom nad rzeką obiecaj wielką nagrodę za schwytanie uciekinierów. We wsiach niech zatrzymują wszystkich, którzy przyjdą po wodę. W ten sposób Idrys i Gebhr muszą wpaść w ręce władz, a my odzyskamy dzieci.

Pan Rawlison odzyskał już zimną krew.

— Jadę — powiedział. — Te łotry zapomniały, że angielska armia Wolseleya śpieszy na pomoc Gordonowi. Jest już w drodze i odetnie ich od Mahdiego. Nie uciekną. Nie mogą uciec. Wysyłam w tej chwili depeszę do naszego ministra, a potem jadę. Co ty zamierzasz?

— Telegrafuję o urlop i nie czekając na odpowiedź, ruszam ich śladem Nilem do Nubii, żeby dopilnować pościgu.

— Więc musimy się spotkać, bo ja też zrobię to samo z Kairu.

— Dobrze! A teraz do roboty.

— Z pomocą Bożą! — odpowiedział pan Rawlison.

### Słowniczek

- **kosztorysów**: kosztorys to obliczenie, ile będzie kosztować praca.
- **gajów**: gaj to mały las.
- **depesze**: (stare) telegramy.
- **mudira**: mudir to gubernator prowincji.
- **Zawiadowca**: człowiek, który kieruje stacją kolejową.
- **Murzynkę**: (stare, dziś obraźliwe) czarnoskórą kobietę.
- **objuczony**: obciążony bagażem (o zwierzęciu).
- **juki**: bagaż na grzbiecie zwierzęcia.
- **okupu**: okup to pieniądze za uwolnienie porwanego człowieka.
- **spisku**: spisek to tajny plan kilku osób przeciw komuś.
- **współplemieńcy**: ludzie z tego samego plemienia.
- **chedywa**: chedyw to władca Egiptu.
- **Szejkom**: szejk to starszy i przywódca u Arabów.
- **zimną krew**: spokój w trudnej chwili.

## Rozdział VII

Tymczasem wielbłądy pędziły jak huragan po piaskach błyszczących w świetle księżyca. Zapadła głęboka noc. Księżyc, na początku wielki jak koło i czerwony, zbladł i wzniósł się wysoko. Dalekie wzgórza pustyni pokryły się srebrną mgiełką, lekką jak muślin. Nie zasłaniała ich, ale zmieniała je jakby w świetliste zjawy. Od czasu do czasu zza rozrzuconych tu i tam skał dochodziło żałosne skomlenie szakali.

Minęła znowu godzina. Staś objął Nel ramieniem i podtrzymywał ją, żeby choć trochę złagodzić męczące wstrząsy szalonej jazdy. Dziewczynka coraz częściej pytała, dlaczego tak pędzą i dlaczego nie widać ani namiotów, ani tatusiów. Staś postanowił w końcu powiedzieć jej prawdę, która i tak prędzej czy później musiała wyjść na jaw.

— Nel — powiedział — zdejmij rękawiczkę i upuść ją tak, żeby nikt nie widział.

— Dlaczego, Stasiu?

Przytulił ją do siebie i odpowiedział z niezwykłą u niego czułością:

— Zrób, co ci mówię.

Nel trzymała się jedną ręką Stasia i bała się go puścić. Poradziła sobie więc tak, że zaczęła ściągać rękawiczkę ząbkami, z każdego palca osobno. W końcu zsunęła ją zupełnie i upuściła na ziemię.

— Po jakimś czasie rzuć drugą — odezwał się znowu Staś. — Ja rzuciłem już swoje, ale twoje łatwiej będzie zauważyć, bo są jasne.

Widział, że dziewczynka patrzy na niego pytająco, więc mówił dalej:

— Nie przestrasz się, Nel... Ale widzisz... może wcale nie spotkamy ani twojego, ani mojego ojca... Może ci okropni ludzie nas porwali. Ale się nie bój... Bo jeśli tak jest, to ruszy za nami pogoń. Na pewno nas dogonią i odbiorą. Dlatego kazałem ci rzucić rękawiczki, żeby pogoń znalazła ślady. Na razie nie możemy zrobić nic innego, ale później coś wymyślę... Na pewno coś wymyślę, tylko się nie bój i ufaj mi...

Nel dowiedziała się, że nie zobaczy tatusia i że uciekają gdzieś daleko na pustynię. Zaczęła drżeć ze strachu i płakać. Tuliła się do Stasia i wśród szlochu pytała, dlaczego ich porwali i dokąd ich wiozą. Pocieszał ją, jak umiał, prawie takimi samymi słowami, jakimi jego ojciec pocieszał pana Rawlisona. Mówił, że ojcowie sami będą ich ścigać i zawiadomią wszystkie wojskowe załogi nad Nilem. Na koniec zapewnił ją, że cokolwiek się stanie, on jej nigdy nie opuści i zawsze będzie jej bronił.

Ale żal i tęsknota za ojcem były w niej silniejsze nawet od strachu. Długo więc nie przestawała płakać. I tak pędzili, oboje smutni, przez jasną noc po bladych piaskach pustyni.

Serce Stasia ściskało się jednak nie tylko z żalu i strachu, ale też ze wstydu. Nie był wprawdzie winien temu, co się stało. Przypomniał sobie jednak swoją dawną chełpliwość, za którą ojciec tak często go ganił. Wcześniej był przekonany, że nie ma takiej sytuacji, w której nie dałby sobie rady. Uważał się za jakiegoś niezwyciężonego bohatera i gotów był wyzywać cały świat. A teraz zrozumiał, że jest małym chłopcem, z którym każdy może zrobić, co zechce. Pędził na wielbłądzie wbrew swojej woli tylko dlatego, że tego wielbłąda poganiał z tyłu półdziki Sudańczyk. Czuł się tym strasznie upokorzony, a nie widział żadnego sposobu, by się sprzeciwić. Musiał przyznać przed samym sobą, że po prostu się boi. Bał się tych ludzi, tej pustyni i tego, co może spotkać jego i Nel. Obiecywał jednak szczerze i jej, i sobie, że będzie nad nią czuwał i bronił jej, nawet kosztem własnego życia.

Nel, zmęczona płaczem i szaloną jazdą, która trwała już sześć godzin, zaczęła w końcu drzemać, a chwilami zasypiała zupełnie. Staś wiedział, że kto spadnie z galopującego wielbłąda, może zabić się na miejscu. Przywiązał ją więc do siebie sznurem, który znalazł przy siodle. Po pewnym czasie wydało mu się jednak, że wielbłądy biegną wolniej, chociaż pędziły teraz po gładkich i miękkich piaskach. W oddali majaczyły wzgórza, a na równinie zaczęły się zwykłe na pustyni nocne złudzenia. Księżyc świecił coraz bledziej. Tymczasem przed nimi pojawiły się dziwne, różowe obłoki, które pełzły nisko nad ziemią. Były zupełnie przezroczyste, utkane tylko ze światła. Tworzyły się nie wiadomo dlaczego i posuwały się naprzód, jakby pchał je lekki wiatr. Staś widział, jak burnusy Beduinów i wielbłądy nagle różowieją, gdy wjeżdżają w te jasne miejsca. Potem delikatny różowy blask ogarniał całą karawanę. Czasem obłoki stawały się niebieskawe i tak było aż do wzgórz.

Przy wzgórzach wielbłądy zwolniły jeszcze bardziej. Dookoła widać było teraz skały, które sterczały z piaszczystych kopców lub leżały rozrzucone w dzikim nieładzie. Ziemia stawała się kamienista. Przejechali przez kilka zagłębień pełnych kamieni, podobnych do wyschniętych koryt rzek. Chwilami drogę zagradzały im wąwozy, które musieli objeżdżać. Zwierzęta zaczęły stąpać ostrożnie, przebierając nogami jak w tańcu. Szły wśród suchych, twardych kęp róż jerychońskich, które gęsto pokrywały kamieniste zbocza i skały. Co chwila któryś wielbłąd się potykał i było widać, że trzeba dać im odpocząć.

I rzeczywiście Beduini zatrzymali się w głębokim wąwozie. Zsunęli się z siodeł i zaczęli rozwiązywać juki. Idrys i Gebhr zrobili to samo. Zajęli się wielbłądami, luzowali popręgi, zdejmowali zapasy żywności i szukali płaskich kamieni na ognisko. Nie było suchego drewna ani suchego nawozu, którego używają Arabowie. Ale Chamis, syn Chadigiego, narwał róż jerychońskich, ułożył z nich spory stos i zapalił go. Przez jakiś czas Sudańczycy byli zajęci wielbłądami, więc Staś, Nel i jej niania, stara Dinah, zostali sami. Ale Dinah była jeszcze bardziej przerażona niż dzieci i nie mogła powiedzieć ani słowa. Owinęła tylko Nel ciepłym pledem, usiadła obok niej na ziemi i z jękiem zaczęła całować jej rączki. Staś natychmiast zapytał Chamisa, co to wszystko znaczy. Ale on się roześmiał, pokazał tylko białe zęby i poszedł dalej zbierać róże jerychońskie. Potem Staś zapytał Idrysa. Ten odpowiedział jednym słowem: „zobaczysz” — i pogroził mu palcem. W końcu zabłysło ognisko z róż, które bardziej się tliły, niż paliły. Wszyscy usiedli wokół niego, oprócz Gebhra, który został jeszcze przy wielbłądach. Zaczęli jeść kukurydziane placki i suszone baranie i kozie mięso. Dzieci, głodne po długiej drodze, też jadły, chociaż Nel kleiły się oczy ze snu. Ale wtedy w słabym świetle ogniska pojawił się ciemnoskóry Gebhr. Błyszczał oczami. Podniósł do góry dwie małe jasne rękawiczki i zapytał:

— Czyje to?

— Moje — odpowiedziała Nel sennym i zmęczonym głosem.

— Twoje, mała żmijo? — syknął Sudańczyk przez zaciśnięte zęby. — To znaczysz drogę, żeby twój ojciec wiedział, którędy nas ścigać?

Powiedział to i uderzył ją korbaczem, strasznym arabskim batem, który przecina nawet skórę wielbłąda. Nel, choć owinięta w gruby pled, krzyknęła z bólu i strachu. Gebhr nie zdążył jednak uderzyć jej drugi raz. Staś skoczył bowiem w tej chwili jak żbik, uderzył go głową w pierś, a potem chwycił za gardło.

Stało się to tak niespodziewanie, że Sudańczyk upadł na plecy, a Staś na niego. Obaj zaczęli przewracać się po ziemi. Chłopiec był jak na swój wiek wyjątkowo silny, ale Gebhr szybko dał sobie z nim radę. Najpierw oderwał jego dłonie od swojego gardła. Potem obrócił go twarzą do ziemi, przycisnął mu pięścią kark i zaczął smagać korbaczem jego plecy.

Nel krzyczała i płakała. Chwytała ręce dzikusa i błagała go, żeby „darował” Stasiowi. Nic by to jednak nie dało, gdyby chłopcu niespodziewanie nie przyszedł z pomocą Idrys. Był starszy od Gebhra i dużo silniejszy. Od początku ucieczki z Gharak-el-Sultani wszyscy słuchali jego rozkazów. Teraz wyrwał bratu korbacz z rąk, odrzucił go daleko i zawołał:

— Precz, głupcze!

— Zatłukę tego skorpiona! — odpowiedział Gebhr, zgrzytając zębami.

Wtedy Idrys chwycił go za płaszcz na piersi, popatrzył mu w oczy i zaczął mówić groźnym, choć cichym głosem:

— Szlachetna Fatma zakazała robić krzywdę tym dzieciom, bo one wstawiały się za nią...

— Zatłukę! — powtórzył Gebhr.

— A ja ci mówię, że nie podniesiesz korbacza na żadne z nich. Jeśli to zrobisz, za każde uderzenie oddam ci dziesięć.

I zaczął nim trząść jak gałęzią palmy, a potem mówił dalej:

— Te dzieci są własnością Smaina. Gdyby któreś z nich nie dojechało żywe, sam Mahdi (niech Bóg przedłuży dni jego nieskończenie) kazałby cię powiesić. Rozumiesz, głupcze!

Imię Mahdiego robiło na wszystkich jego wyznawcach tak wielkie wrażenie, że Gebhr natychmiast opuścił głowę. Zaczął powtarzać jakby ze strachem:

— Allach akbar! Allach akbar!

Staś wstał zdyszany i pobity. Czuł jednak, że gdyby ojciec mógł go teraz widzieć i słyszeć, byłby z niego dumny. Bez namysłu skoczył przecież na ratunek Nel. A teraz, choć uderzenia korbacza paliły go jak ogień, nie myślał o własnym bólu. Zaczął pocieszać dziewczynkę i pytał, czy uderzenia nie zrobiły jej krzywdy.

Potem powiedział:

— Co dostałem, to dostałem, ale on się więcej na ciebie nie rzuci. Ach, gdybym miał jakąś broń!

Mała kobietka objęła go obiema rękami za szyję. Mocząc mu łzami policzki, zapewniała, że nie bardzo ją bolało. Płacze nie z bólu, tylko z żalu nad nim. Wtedy Staś przysunął usta do jej ucha i szepnął:

— Nel, nie za to, że mnie zbił, ale za to, że ciebie uderzył, przysięgam, że mu nie daruję.

Na tym skończyło się to zajście. Po pewnym czasie Gebhr i Idrys, już pogodzeni, rozłożyli na ziemi płaszcze i położyli się na nich. Wkrótce Chamis zrobił to samo. Beduini nasypali wielbłądom durry, a potem wsiedli na dwa nieobjuczone wielbłądy i pojechali w stronę Nilu. Nel oparła główkę o kolana starej Dinah i usnęła. Ognisko przygasło i wkrótce słychać było tylko chrzęst durry w zębach wielbłądów. Na niebie pojawiły się małe chmurki, które chwilami zasłaniały księżyc, ale noc była jasna. Za skałami ciągle odzywało się żałosne skomlenie szakali.

Po dwóch godzinach Beduini wrócili z wielbłądami, które niosły skórzane worki pełne wody. Dorzucili do ognia, usiedli na piasku i zabrali się do jedzenia. Ich powrót obudził Stasia, który wcześniej zasnął, oraz dwóch Sudańczyków i Chamisa, syna Chadigiego. Wtedy przy ognisku zaczęła się taka rozmowa:

— Możemy jechać? — zapytał Idrys.

— Nie, bo musimy odpocząć, my i nasze wielbłądy.

— Czy nikt was nie widział?

— Nikt. Dotarliśmy do rzeki między dwiema wioskami. Tylko z daleka szczekały psy.

— Trzeba będzie zawsze jeździć po wodę o północy i czerpać ją w pustych miejscach. Byle minąć pierwszą challal (kataraktę), bo dalej wsie są rzadsze i bardziej przychylne prorokowi. Pościg na pewno ruszy za nami.

Wtedy Chamis przewrócił się na brzuch, podparł dłońmi twarz i powiedział:

— Mehendysi najpierw będą czekali na dzieci w El-Fachen przez całą noc i do następnego pociągu. Potem pojadą do Fajumu, a stamtąd do Gharak. Dopiero tam zrozumieją, co się stało. Wtedy będą musieli wrócić do Medinet, żeby wysłać słowa lecące po miedzianym drucie do miast nad Nilem. Wyślą też jeźdźców na wielbłądach, którzy będą nas ścigać. Wszystko to zajmie co najmniej trzy dni. Przedtem nie musimy męczyć naszych wielbłądów i możemy spokojnie „pić dym” z fajek.

Powiedział to, wyjął z ogniska płonącą gałązkę róży jerychońskiej i zapalił nią fajkę. Idrys, jak to Arabowie, zaczął cmokać z zadowolenia.

— Dobrze to urządziłeś, synu Chadigiego — powiedział. — Ale my musimy wykorzystać czas i przez te trzy dni i noce dojechać jak najdalej na południe. Odetchnę spokojniej dopiero wtedy, gdy przejedziemy pustynię między Nilem a Kharge (wielka oaza na zachód od Nilu). Daj Boże, żeby wielbłądy wytrzymały.

— Wytrzymają — odezwał się jeden z Beduinów.

— Ludzie mówią też — wtrącił Chamis — że wojska Mahdiego (niech Bóg przedłuży jego życie) dochodzą już do Assuanu.

Staś nie stracił ani słowa z tej rozmowy. Zapamiętał też, co wcześniej Idrys mówił do Gebhra. Teraz wstał i powiedział:

— Wojska Mahdiego są pod Chartumem.

— La! La! (nie, nie) — zaprzeczył Chamis.

— Nie zwracajcie uwagi na jego słowa — odpowiedział Staś — bo on ma nie tylko skórę, ale i mózg ciemny. Do Chartumu dojedziecie za miesiąc, nawet jeśli co trzy dni będziecie kupować świeże wielbłądy i pędzić tak jak dziś. A może nie wiecie jeszcze jednego: drogę zagrodzi wam armia, nie egipska, ale angielska...

Te słowa zrobiły pewne wrażenie. Staś to zauważył i mówił dalej:

— Zanim znajdziecie się między Nilem a wielką oazą, wszystkich dróg na pustyni będą już pilnować wojskowe straże. Ha! słowa po miedzianym drucie prędzej biegną od wielbłądów! Jak zdołacie się przemknąć?

— Pustynia jest szeroka — odpowiedział jeden z Beduinów.

— Ale musicie trzymać się Nilu.

— Możemy się nawet przeprawić na drugi brzeg. Gdy będą nas szukać z tej strony, my będziemy po tamtej.

— Słowa biegnące po miedzianym drucie dojdą do miast i wsi po obu brzegach rzeki.

— Mahdi ześle nam anioła, który położy palec na oczach Anglików i Turków (Egipcjan), a nas osłoni skrzydłami.

— Idrysie — powiedział Staś — mówię do ciebie. Nie mówię do Chamisa, którego głowa jest jak pusta tykwa. Nie mówię też do Gebhra, który jest podłym szakalem. Wiem już, że chcecie nas zawieźć do Mahdiego i oddać w ręce Smaina. Ale jeśli robicie to dla pieniędzy, wiedz, że ojciec tej małej bint (dziewczynki) jest bogatszy niż wszyscy Sudańczycy razem wzięci.

— I co z tego? — przerwał Idrys.

— Co z tego? Wróćcie z własnej woli, a wielki mehendys nie pożałuje wam pieniędzy, mój ojciec także.

— Albo oddadzą nas rządowi, który każe nas powiesić.

— Nie, Idrysie. Będziecie wisieli na pewno, ale tylko wtedy, jeśli złapią was w ucieczce. A tak się na pewno stanie. Ale jeśli sami wrócicie, nie spotka was żadna kara. Co więcej, do końca życia będziecie bogatymi ludźmi. Ty wiesz, że biali z Europy zawsze dotrzymują słowa. Daję wam więc słowo za obu mehendysów, że będzie tak, jak mówię.

Staś był naprawdę pewny, że jego ojciec i pan Rawlison będą sto razy woleli dotrzymać tej obietnicy. Woleliby to, niż narażać oboje dzieci, a zwłaszcza Nel, na okropną podróż. Jeszcze okropniejsze byłoby życie wśród dzikich i rozszalałych hord Mahdiego.

Dlatego z bijącym sercem czekał na odpowiedź Idrysa. Ten zamilkł i dopiero po długiej chwili powiedział:

— Mówisz, że ojciec małej bint i twój dadzą nam dużo pieniędzy?

— Tak.

— A czy wszystkie ich pieniądze potrafią otworzyć nam drzwi do raju, które otworzy jedno błogosławieństwo Mahdiego?

— Bismillach! — krzyknęli na to obaj Beduini razem z Chamisem i Gebhrem.

Staś od razu stracił wszelką nadzieję. Wiedział bowiem, że ludzie na Wschodzie są chciwi i przekupni. Ale gdy prawdziwy mahometanin spojrzy na jakąś rzecz od strony wiary, nie ma na świecie skarbów, które by go skusiły.

Idrys, zachęcony okrzykiem, mówił dalej. Widocznie już nie po to, by odpowiedzieć Stasiowi, ale by zyskać jeszcze większe uznanie i pochwały towarzyszy:

— My mamy tylko to szczęście, że należymy do plemienia, z którego pochodzi święty prorok. Ale „szlachetna” Fatma i jej dzieci są jego krewnymi i wielki Mahdi je kocha. Gdy więc oddamy mu ciebie i małą bint, wymieni was na Fatmę i jej synów, a nas pobłogosławi. Wiedz, że nawet woda, w której myje się co rano według przepisów Koranu, leczy choroby i gładzi grzechy. A co dopiero jego błogosławieństwo!

— Bismillach! — powtórzyli Sudańczycy i Beduini.

Ale Staś chwycił się ostatniej deski ratunku i powiedział:

— To zabierzcie mnie, a Beduini niech wrócą z małą bint. Za mnie wydadzą Fatmę i jej synów.

— Jeszcze pewniej wydadzą ją za was oboje.

Wtedy chłopiec zwrócił się do Chamisa:

— Twój ojciec odpowie za twoje postępki.

— Mój ojciec jest już na pustyni, w drodze do proroka — odpowiedział Chamis.

— To go złapią i powieszą.

Tu Idrys uznał jednak, że trzeba dodać odwagi towarzyszom.

— Te sępy — powiedział — które objedzą ciało z naszych kości, może jeszcze się nie wykluły. Wiemy, co nam grozi, ale nie jesteśmy dziećmi i od dawna znamy pustynię. Ci ludzie (tu wskazał na Beduinów) byli wiele razy w Berberze. Znają takie drogi, którymi biegają tylko gazele. Tam nikt nas nie znajdzie i nikt nie będzie nas ścigał. Musimy wprawdzie skręcać po wodę do Bahr-Jussef, a później do Nilu, ale będziemy to robić w nocy. Myślicie, że nad rzeką nie ma ukrytych przyjaciół Mahdiego? A ja ci powiem, że im dalej na południe, tym jest ich więcej. Całe plemiona i ich szejkowie czekają tylko na dobrą chwilę, by chwycić za miecze w obronie prawdziwej wiary. Oni sami dadzą nam wodę, jedzenie i wielbłądy i zmylą pogoń. Wiemy, że do Mahdiego daleko. Ale wiemy też, że każdy dzień przybliży nas do owczej skóry, na której święty prorok klęka do modlitw.

— Bismillach! — zawołali po raz trzeci towarzysze.

Było widać, że szacunek dla Idrysa bardzo wśród nich wzrósł. Staś zrozumiał, że wszystko stracone. Chciał przynajmniej uchronić Nel przed złością Sudańczyków, więc powiedział:

— Po sześciu godzinach mała panienka dojechała ledwie żywa. Jak możecie myśleć, że wytrzyma taką drogę? A jeśli ona umrze, to i ja umrę. Z czym wtedy przyjedziecie do Mahdiego?

Teraz Idrys nie znalazł odpowiedzi. Staś to zauważył i mówił dalej:

— ...I jak was przyjmie Mahdi i Smain, gdy się dowiedzą, że Fatma i dzieci muszą zapłacić życiem za waszą głupotę?

Ale Sudańczyk już się opamiętał i odpowiedział:

— Widziałem, jak chwyciłeś Gebhra za gardło. Na Allacha, ty jesteś lwie szczenię i nie umrzesz, a ona...

Tu popatrzył na główkę śpiącej Nel, opartą o kolana starej Dinah, i dokończył jakimś dziwnie łagodnym głosem:

— Jej uwijemy na garbie wielbłąda gniazdko jak ptaszkowi. Wcale nie poczuje zmęczenia i będzie mogła spać w drodze tak spokojnie, jak śpi teraz.

Powiedział to i podszedł do wielbłąda. Razem z Beduinami zaczął urządzać siedzenie dla dziewczynki na grzbiecie najlepszego dromadera. Dużo przy tym gadali i trochę się kłócili. W końcu za pomocą sznurów, koców i bambusowych drążków zrobili coś w rodzaju głębokiego, nieruchomego kosza. Nel mogła w nim siedzieć lub leżeć i nie mogła z niego spaść. Siedzenie było tak duże, że mogła się w nim zmieścić także Dinah. Nad nim rozpięli płócienny daszek.

— Sam widzisz — powiedział Idrys do Stasia — że jajka przepiórki nie potłukłyby się w tych wojłokach. Stara kobieta pojedzie z panienką, żeby jej służyć w dzień i w nocy... Ty usiądziesz ze mną, ale możesz jechać obok niej i czuwać nad nią.

Staś cieszył się, że uzyskał choć tyle. Zastanowił się nad sytuacją i doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej złapią ich, zanim dojadą do pierwszej katarakty. Ta myśl dodała mu odwagi. Na razie przede wszystkim chciało mu się spać. Postanowił więc, że przywiąże się jakimś sznurem do siodła. Nie będzie już musiał podtrzymywać Nel, więc zaśnie na kilka godzin.

Noc stawała się już coraz bledsza i szakale przestały skomleć wśród wąwozów. Karawana miała zaraz ruszyć, ale Sudańczycy zobaczyli świt i poszli za skałę oddaloną o kilka kroków. Tam, zgodnie z przepisami Koranu, zaczęli poranne mycie, ale piaskiem zamiast wodą, bo chcieli ją oszczędzić. Potem rozległy się ich głosy, które odmawiały soubhg, czyli pierwszą poranną modlitwę. W głębokiej ciszy wyraźnie słychać było ich słowa: „W imię litościwego i miłosiernego Boga. Chwała niech będzie Panu, władcy świata, litościwemu i miłosiernemu w dniu sądu. Ciebie wielbimy i wyznawamy, Ciebie błagamy o pomoc. Prowadź nas po drodze tych, którym nie szczędzisz dobrodziejstw i łaski. Nie prowadź nas po ścieżkach grzeszników, którzy ściągnęli na siebie gniew Twój i którzy błądzą. Amen.”

A Staś, słuchając tych głosów, podniósł oczy do góry. I w tej dalekiej krainie, wśród płowych, głuchych piasków, zaczął mówić: „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko...”

### Słowniczek

- **muślin**: cienka, delikatna tkanina.
- **skomlenie**: cichy, żałosny głos psa lub szakala.
- **chełpliwość**: chwalenie się, przechwalanie się.
- **róż jerychońskich**: róża jerychońska to sucha pustynna roślina.
- **popręgi**: popręg to pas, który trzyma siodło na zwierzęciu.
- **pledem**: pled to ciepły koc.
- **korbaczem**: korbacz to ciężki bat.
- **żbik**: dziki leśny kot.
- **durry**: durra to afrykańskie zboże.
- **Mehendysi**: inżynierowie (po arabsku).
- **bint**: dziewczynka (po arabsku).
- **tykwa**: wielki twardy owoc, z którego robi się naczynia.
- **mahometanin**: (stare) muzułmanin.
- **katarakty**: katarakta to miejsce, gdzie rzeka spada przez skały.
- **półdziki**: (stare, obraźliwe) słowo, którym autor nazywa człowieka niekulturalnego.

## Rozdział VIII

Noc bladła. Ludzie mieli już wsiadać na wielbłądy, gdy nagle zobaczyli pustynnego wilka. Z ogonem pod sobą przebiegł przez wąwóz sto kroków od karawany. Wydostał się na płaskowyż po drugiej stronie i biegł dalej, widocznie przerażony, jakby przed kimś uciekał. Na egipskich pustyniach nie ma takich dzikich zwierząt, których bałyby się wilki. Dlatego ten widok bardzo zaniepokoił sudańskich Arabów. Co to mogło być? Czyżby nadchodziła już pogoń? Jeden z Beduinów szybko wdrapał się na skałę, ale gdy tylko spojrzał, zsunął się z niej jeszcze szybciej.

— Na proroka! — zawołał zmieszany i przestraszony. — Chyba lew biegnie ku nam i jest już blisko!

A wtedy zza skał odezwało się basowe: „wow”. Staś i Nel zawołali razem:

— Saba! Saba!

Po arabsku znaczy to: lew, więc Beduini przestraszyli się jeszcze bardziej. Ale Chamis się roześmiał i powiedział:

— Ja znam tego lwa.

Gwizdnął przeciągle i w tej samej chwili olbrzymi brytan wpadł między wielbłądy. Gdy zobaczył dzieci, skoczył do nich. Z radości przewrócił Nel, która wyciągnęła do niego ręce, i wspiął się na Stasia. Potem, skowycząc i szczekając, obiegł oboje kilka razy. Znów przewrócił Nel, znów wspiął się na Stasia, a w końcu położył się u ich stóp i zaczął ciężko dyszeć.

Boki miał zapadnięte, z wywieszonego języka spadały mu płaty piany. Machał jednak ogonem i podnosił na Nel oczy pełne miłości. Jakby chciał jej powiedzieć: „Twój ojciec kazał mi cię pilnować, więc oto jestem!”

Dzieci usiadły przy nim z obu stron i zaczęły go głaskać. Dwaj Beduini, którzy nigdy nie widzieli takiego stworzenia, patrzyli na niego ze zdumieniem. Powtarzali: „Allach! o kelb kebir!” (Na Boga, to wielki pies!). Saba przez jakiś czas leżał spokojnie. Potem podniósł łeb, wciągnął powietrze swoim czarnym nosem, podobnym do ogromnej trufli, i coś poczuł. Skoczył do wygasłego ogniska, przy którym leżały resztki jedzenia.

W tej samej chwili kozie i baranie kości zaczęły trzeszczeć i kruszyć się jak słomki w jego potężnych zębach. Po ośmiu osobach, licząc starą Dinah i Nel, zostało tego dość dużo, nawet dla takiego kelb kebir.

Ale przybycie psa zakłopotało Sudańczyków. Dwaj wielbłądnicy odwołali Chamisa na bok i zaczęli z nim rozmawiać z niepokojem, a nawet ze złością.

— Iblis przyniósł tu tego psa! — zawołał Gebhr. — Jak trafił tu za dziećmi, skoro do Gharak przyjechały koleją?

— Pewnie śladem wielbłądów — odpowiedział Chamis.

— To źle. Każdy, kto zobaczy go przy nas, zapamięta naszą karawanę i wskaże, którędy przeszła. Trzeba się go koniecznie pozbyć.

— Ale jak? — zapytał Chamis.

— Jest strzelba, weź ją i strzel mu w łeb.

— Jest strzelba, ale ja nie umiem z niej strzelać. Chyba że wy umiecie?...

Chamis w razie potrzeby może by potrafił, bo Staś kilka razy otwierał i zamykał przy nim swoją broń. Ale żal mu było psa, którego polubił, gdy opiekował się nim jeszcze przed przyjazdem dzieci do Medinet. Wiedział za to doskonale, że obaj Sudańczycy nie mają pojęcia o broni najnowszego rodzaju i nie poradzą sobie z nią.

— Jeśli wy nie umiecie — powiedział z chytrym uśmiechem — to psa mógłby zabić tylko ten mały nouzrani (chrześcijanin). Ale ta strzelba może wystrzelić kilka razy z rzędu, więc nie radzę dawać mu jej do ręki.

— Niech Bóg broni — odpowiedział Idrys. — Powystrzelałby nas jak przepiórki.

— Mamy noże — zauważył Gebhr.

— Spróbuj, ale pamiętaj, że masz też gardło, które pies rozerwie, zanim go zakłujesz.

— Co więc robić?

Chamis wzruszył ramionami.

— Dlaczego chcecie zabić tego psa? Nawet gdybyście potem przysypali go piaskiem, hieny go wygrzebią. Pogoń znajdzie jego kości i będzie wiedziała, że nie przeprawiliśmy się przez Nil, ale uciekaliśmy po tej stronie. Niech biegnie za nami. Gdy Beduini pojadą po wodę, a my się skryjemy w jakimś wąwozie, pies na pewno zostanie przy dzieciach. Allach! Lepiej, że teraz przybiegł, bo inaczej prowadziłby pogoń naszym śladem aż do Berberu. Nie musicie go karmić. Jeśli nie wystarczą mu resztki po nas, łatwo złapie sobie hienę albo szakala. Zostawcie go w spokoju, mówię wam, i nie traćmy czasu na gadanie.

— Może masz rację — powiedział Idrys.

— Jeśli mam rację, to dam mu też wody, żeby sam nie biegał do Nilu i nie pokazywał się we wsiach.

W ten sposób rozstrzygnął się los Saby. Pies trochę odpoczął, najadł się porządnie, w mgnieniu oka wychłeptał miskę wody i z nowymi siłami ruszył za karawaną.

Wjechali teraz na wysoką równinę, na której wiatr pomarszczył piasek. Widać było z niej na obie strony ogromną przestrzeń pustyni. Niebo miało kolor masy perłowej. Lekkie chmurki na wschodzie mieniły się jak opale, a potem nagle zabarwiły się złotem. Strzelił jeden promień, potem drugi. Słońce, jak zwykle w krajach południowych, gdzie prawie nie ma zmierzchu i świtu, nie wzeszło, ale wybuchnęło. Wyskoczyło zza chmur jak słup ognia i zalało horyzont jasnym światłem. Rozweseliło się niebo, rozweseliła się ziemia i oczom ludzi ukazały się ogromne piaszczyste obszary.

— Musimy pędzić — powiedział Idrys — bo stąd widać nas z daleka.

I rzeczywiście, wypoczęte i napojone wielbłądy biegły szybko jak gazele. Saba został za nimi, ale nie było obawy, że się zgubi i nie zjawi się na pierwszym postoju. Dromader, na którym jechał Idrys ze Stasiem, biegł tuż obok wielbłąda Nel, więc dzieci mogły swobodnie rozmawiać. Siedzenie, które zrobili Sudańczycy, okazało się doskonałe. Dziewczynka wyglądała w nim naprawdę jak ptaszek w gniazdku. Nie mogła spaść, nawet gdy spała, a jazda męczyła ją dużo mniej niż w nocy. Jasne światło dnia dodało obojgu dzieciom odwagi. Staś poczuł nadzieję: skoro Saba ich dogonił, to pogoń też potrafi to zrobić. Od razu podzielił się tą nadzieją z Nel, która uśmiechnęła się do niego po raz pierwszy od chwili porwania.

— A kiedy nas dogonią? — zapytała po francusku, żeby Idrys nie mógł ich zrozumieć.

— Nie wiem. Może jeszcze dziś, może jutro, może za dwa lub trzy dni.

— Ale nie będziemy wracać na wielbłądach?

— Nie. Dojedziemy tylko do Nilu, a Nilem do El-Wasta.

— To dobrze, oj, dobrze!

Biedna Nel, która przedtem tak lubiła tę jazdę, miała jej teraz widocznie dosyć.

— Nilem... do El-Wasta i do tatusia! — zaczęła powtarzać sennym głosem.

Na poprzednim postoju nie wyspała się dobrze, więc znowu zasnęła głębokim snem, jakim po wielkim zmęczeniu śpi się nad ranem. Tymczasem Beduini bez przerwy poganiali wielbłądy i Staś zauważył, że kierują się w głąb pustyni.

Chciał zachwiać pewnością Idrysa, że uda im się uciec przed pogonią. Chciał też mu pokazać, że sam mocno liczy na pogoń. Powiedział więc:

— Oddalacie się od Nilu i od Bahr-Jussef, ale nic wam to nie pomoże. Przecież nie będą was szukać nad brzegiem, gdzie jedna wieś leży przy drugiej, ale w głębi pustyni.

Idrys zapytał:

— Skąd wiesz, że oddalamy się od Nilu, skoro stąd nie widać brzegów?

— Bo słońce, które jest na wschodniej stronie nieba, grzeje nas w plecy. To znaczy, że skręciliśmy na zachód.

— Mądry z ciebie chłopiec — powiedział z uznaniem Idrys.

Po chwili dodał:

— Ale ani pogoń nas nie dogoni, ani ty nie uciekniesz.

— Nie — odpowiedział Staś — ja nie ucieknę... chyba z nią.

I wskazał na śpiącą Nel.

Do południa pędzili prawie bez odpoczynku. Ale gdy słońce wzniosło się wysoko i zaczęło przypiekać, wielbłądy, które z natury mało się pocą, oblały się potem. Biegły teraz znacznie wolniej. Karawanę znów otoczyły skały i kupy kamieni. Coraz częściej trafiały się wąwozy, które w czasie deszczów zmieniają się w koryta strumieni. To tak zwane khory. W końcu Beduini zatrzymali się w jednym z nich, całkiem ukrytym wśród skał. Ale gdy tylko zeszli z wielbłądów, podnieśli krzyk i rzucili się do przodu. Co chwila się schylali i rzucali przed siebie kamieniami. Stasiowi, który jeszcze nie zsunął się z siodła, ukazał się dziwny widok. Spośród suchych krzaków na dnie khoru wysunął się duży wąż. Szybko jak błyskawica wił się między kawałkami skał i uciekał do jakiejś znanej sobie kryjówki. Beduini zaciekle go ścigali, a na pomoc pobiegł im Gebhr z nożem w ręku. Ale ziemia była nierówna i trudno było trafić węża kamieniem albo przybić go nożem. Wkrótce wszyscy trzej wrócili z wyraźnym strachem na twarzach.

I rozległy się zwykłe u Arabów okrzyki:

— Allach!

— Bismillach!

— Maszallach!

Potem obaj Sudańczycy zaczęli patrzeć na Stasia jakimś dziwnym, badawczym i pytającym wzrokiem. On wcale nie rozumiał, o co chodzi.

Tymczasem Nel też zeszła z wielbłąda. Była mniej zmęczona niż w nocy, ale Staś rozłożył dla niej wojłok w cieniu na równym miejscu. Kazał jej się położyć, żeby mogła, jak mówił, rozprostować nóżki. Arabowie zabrali się do południowego posiłku, który składał się tylko z sucharów, daktyli i łyku wody. Wielbłądów nie pojono, bo piły w nocy. Twarze Idrysa, Gebhra i Beduinów wciąż były zatroskane i wszyscy milczeli. W końcu Idrys odwołał Stasia na bok. Z tajemniczą i niespokojną twarzą zaczął go wypytywać:

— Widziałeś węża?

— Widziałem.

— Czy to nie ty go zaczarowałeś, żeby nam się pokazał?

— Nie.

— Spotka nas jakieś nieszczęście, bo ci głupcy nie zdołali zabić węża!

— Spotka was szubienica.

— Milcz. Czy twój ojciec jest czarownikiem?

— Jest — odpowiedział bez wahania Staś.

W jednej chwili zrozumiał, że ci dzicy i przesądni ludzie uważają węża za złą wróżbę. Dla nich jest to zapowiedź, że ucieczka im się nie uda.

— To więc twój ojciec nam go zesłał — odpowiedział Idrys. — Ale powinien zrozumieć, że za jego czary możemy się zemścić na tobie.

— Nic mi nie zrobicie, bo za moją krzywdę zapłaciliby synowie Fatmy.

— To też już zrozumiałeś? Ale pamiętaj, że gdyby nie ja, spłynąłbyś krwią pod korbaczem Gebhra. Ty i mała bint także.

— Dlatego wstawię się tylko za tobą, a Gebhr pójdzie na szubienicę.

Idrys popatrzył na niego przez chwilę jakby ze zdziwieniem i powiedział:

— Nasze życie nie jest jeszcze w twoich rękach, a ty mówisz do nas już jak nasz pan...

Po chwili dodał:

— Dziwny z ciebie uled (chłopiec), takiego jeszcze nie widziałem. Dotąd byłem dla was dobry, ale ty uważaj i nie groź.

— Bóg karze zdradę — odpowiedział Staś.

Było jednak widać, że pewność chłopca bardzo zaniepokoiła Idrysa. Niepokoiła go też zła wróżba, czyli wąż, który zdołał uciec. Gdy siedział już na wielbłądzie, powtórzył kilka razy: „Tak! Ja byłem dla was dobry!” Chciał widocznie, na wszelki wypadek, wbić to Stasiowi w pamięć. Potem zaczął przesuwać paciorki różańca zrobione ze skorupy orzecha dum i modlić się.

Około drugiej po południu upał, mimo zimowej pory, stał się niezwykły. Na niebie nie było żadnej chmurki, ale krańce horyzontu poszarzały. Nad karawaną krążyło kilka sępów. Ich szeroko rozłożone skrzydła rzucały ruchome, czarne cienie na płowe piaski. W rozpalonym powietrzu czuć było jakby swąd. Wielbłądy biegły dalej, ale zaczęły dziwnie chrząkać. Jeden z Beduinów podjechał do Idrysa.

— Zanosi się na coś niedobrego — powiedział.

— Co myślisz? — zapytał Sudańczyk.

— Złe duchy zbudziły wiatr, który spał na zachodzie pustyni. Wstał on z piasków i biegnie ku nam.

Idrys podniósł się trochę w siodle, popatrzył w dal i odpowiedział:

— Tak. Idzie z zachodu i południa, ale nie bywa tak wściekły jak khmasin.

— A jednak trzy lata temu zasypał koło Abu-Hammed całą karawanę, a odwiał ją dopiero zeszłej zimy. Ualla! Może mieć dosyć siły, by zatkać nozdrza wielbłądów i wysuszyć wodę w workach.

— Trzeba pędzić, żeby zawadził nas tylko jednym skrzydłem.

— Lecimy mu prosto w oczy i nie potrafimy go ominąć.

— Im prędzej przyjdzie, tym prędzej przeminie.

Idrys uderzył wielbłąda korbaczem, a za nim zrobili to inni. Przez jakiś czas słychać było tylko tępe uderzenia grubych batów, podobne do klaskania w dłonie, i okrzyki: yalla!... Na południowym zachodzie białawy przedtem horyzont pociemniał. Upał nie ustawał i słońce paliło głowy jeźdźców. Sępy wzbiły się widocznie bardzo wysoko, bo cienie ich skrzydeł były coraz mniejsze, a w końcu zupełnie zniknęły.

Zrobiło się duszno.

Arabowie krzyczeli na wielbłądy, aż wyschły im gardła. Potem umilkli i zapadła śmiertelna cisza, przerywana tylko stękaniem zwierząt. Dwa małe piaskowe liski o ogromnych uszach przemknęły koło karawany, uciekając w przeciwną stronę.

Ten sam Beduin, który wcześniej rozmawiał z Idrysem, odezwał się znowu jakimś dziwnym, jakby nie swoim głosem:

— To nie będzie zwykły wiatr. Ścigają nas złe czary. Wszystkiemu winien jest wąż...

— Wiem — odpowiedział Idrys.

— Patrz, powietrze drży. Zimą tak nie bywa.

I rzeczywiście rozpalone powietrze zaczęło drgać. Oczy myliły jeźdźców i wydawało im się, że drgają też piaski. Beduin zdjął z głowy spoconą czapkę i powiedział:

— Serce pustyni bije ze strachu.

Wtedy drugi Beduin, który jechał na czele jako przewodnik wielbłądów, odwrócił się i zaczął wołać:

— Idzie już! idzie!

I rzeczywiście wiatr nadchodził. W oddali pojawiła się jakby ciemna chmura, która rosła w oczach i zbliżała się do karawany. Poruszyło się najbliższe powietrze i nagle podmuchy zaczęły skręcać piasek. Tu i tam tworzyły się lejki, jakby ktoś wiercił kijem w powierzchni pustyni. W niektórych miejscach wstawały szybkie wiry, podobne do kolumienek, cienkich na dole, a rozwianych na górze jak pióropusze. Ale wszystko to trwało tylko mgnienie oka. Chmura, którą pierwszy zobaczył przewodnik wielbłądów, nadleciała z niepojętą szybkością. Ludzi i zwierzęta uderzyło jakby skrzydło olbrzymiego ptaka. W jednej chwili oczy i usta jeźdźców wypełniły się pyłem. Tumany pyłu zakryły niebo i słońce, i na świecie zrobiło się ciemno. Ludzie zaczęli tracić się z oczu, a nawet najbliższe wielbłądy majaczyły jak we mgle. Nie szum, bo na pustyni nie ma drzew, ale huk wichru zagłuszał wołania przewodnika i ryk zwierząt. W powietrzu czuć było taki zapach jak czad z węgla. Wielbłądy stanęły i odwróciły się od wiatru. Wyciągnęły w dół długie szyje, tak że nozdrzami prawie dotykały piasku.

Sudańczycy nie chcieli jednak pozwolić na postój, bo karawany, które zatrzymują się w czasie huraganu, często zostają zasypane. Najlepiej jest wtedy pędzić razem z wichrem. Ale Idrys i Gebhr nie mogli tego zrobić, bo w ten sposób wróciliby do Fajumu, skąd spodziewali się pogoni. Gdy więc pierwsze uderzenie minęło, znów popędzili wielbłądy.

Nastała chwilowa cisza, ale rudy mrok rozpraszał się bardzo powoli. Słońce nie mogło się bowiem przebić przez tumany wiszące w powietrzu. Grubsze i cięższe ziarna piasku zaczęły jednak opadać. Wypełniały wszystkie szpary w siodłach i zatrzymywały się w fałdach ubrań. Ludzie i zwierzęta przy każdym oddechu wciągali pył, który drażnił płuca i skrzypiał w zębach.

Poza tym wicher mógł się zerwać na nowo i całkiem zasłonić świat. Stasiowi przyszło do głowy, że gdyby w takiej ciemności znalazł się z Nel na jednym wielbłądzie, mógłby go zawrócić. Mogliby uciekać z wiatrem na północ. Kto wie, czy ktoś zauważyłby ich w ciemności i w tym zamęcie. Gdyby dotarli do pierwszej lepszej wioski nad Bahr-Jussef przy Nilu, byliby uratowani. Idrys i Gebhr nawet nie odważyliby się ich ścigać, bo natychmiast wpadliby w ręce miejscowych zabtie.

Staś przemyślał to wszystko, trącił Idrysa w ramię i powiedział:

— Daj mi gurdę z wodą.

Idrys nie odmówił, bo chociaż rano skręcili daleko w głąb pustyni i byli dość daleko od rzeki, wody mieli dosyć. Wielbłądy dobrze się też napiły w czasie nocnego postoju. Poza tym, jako człowiek znający pustynię, wiedział, że po huraganie przychodzi zwykle deszcz. Zmienia on na krótko wyschnięte khory w strumienie.

Stasiowi rzeczywiście chciało się pić, więc pociągnął dużo wody. Nie oddał jednak gurdy i znowu trącił Idrysa w ramię.

— Zatrzymaj karawanę.

— Dlaczego? — zapytał Sudańczyk.

— Dlatego że chcę przesiąść się na wielbłąda małej bint i dać jej wody.

— Dinah ma większą gurdę od mojej.

— Ale jest łakoma i pewnie ją wypiła. Poza tym do siodła, które zrobiliście podobne do kosza, musiało się nasypać dużo piasku. Dinah nie da sobie z tym rady.

— Wiatr zerwie się za chwilę i znów wszystko zasypie.

— Tym bardziej mała bint będzie potrzebowała pomocy.

Idrys uderzył wielbłąda batem i przez chwilę jechali w milczeniu.

— Czemu nie odpowiadasz? — zapytał Staś.

— Bo się zastanawiam, czy lepiej przywiązać cię do siodła, czy związać ci ręce z tyłu.

— Oszalałeś!

— Nie. Ale odgadłem, co chciałeś zrobić.

— Pogoń i tak nas dogoni, więc nie muszę tego robić.

— Pustynia jest w ręku Boga.

Znowu zamilkli. Grubszy piasek opadł zupełnie. W powietrzu został tylko drobny, czerwony pył, coś w rodzaju mgły, przez którą słońce świeciło jak miedziana blacha. Ale widać już było dalej. Przed karawaną ciągnęła się teraz płaska równina. Na jej końcu bystre oczy Arabów znów dostrzegły chmurę. Była wyższa od poprzedniej, a wystrzelały z niej jakby słupy, jakby olbrzymie kominy, szerokie u góry. Na ten widok serca Arabów i Beduinów zadrżały, bo rozpoznali wielkie piaskowe wiry. Idrys podniósł ręce, zbliżył dłonie do uszu i zaczął bić pokłony nadlatującemu wichrowi. Jego wiara w jedynego Boga widocznie nie przeszkadzała mu czcić innych i bać się ich. Staś bowiem wyraźnie usłyszał, jak mówił:

— Panie! my dzieci twoje, a więc nie pożresz nas!

A „pan” właśnie nadleciał. Szarpnął wielbłądami z tak straszną siłą, że o mało nie upadły na ziemię. Zwierzęta zbiły się teraz w ciasną gromadę, z głowami zwróconymi do środka. Poruszyły się całe masy piasku. Karawanę ogarnął mrok głębszy niż przedtem. W tym mroku obok jeźdźców przelatywały jakieś jeszcze ciemniejsze, niewyraźne kształty. Wyglądały jak olbrzymie ptaki lub wielbłądy niesione przez huragan. Arabów ogarnął lęk, bo wydawało im się, że to duchy zwierząt i ludzi, którzy zginęli pod piaskami. Wśród huku i wycia wichru słychać było dziwne głosy. Były podobne to do szlochu, to do śmiechu, to do wołania o pomoc. Ale to były złudzenia. Karawanie groziło sto razy straszniejsze, prawdziwe niebezpieczeństwo. W huraganie ciągle tworzyły się wielkie wiry. Sudańczycy dobrze wiedzieli, że jeśli któryś z nich ich porwie, zrzuci jeźdźców i rozproszy wielbłądy. A jeśli się załamie i zwali na nich, w mgnieniu oka usypie nad nimi olbrzymi piaszczysty grób. Będą w nim czekać, aż następny huragan odsłoni ich szkielety.

Stasiowi kręciło się w głowie, brakowało mu tchu i oślepiał go piasek. Ale chwilami wydawało mu się, że słyszy płacz i wołanie Nel, więc myślał tylko o niej. Wielbłądy stały stłoczone, a Idrys nie mógł na niego uważać. Postanowił więc po cichu przejść na wielbłąda dziewczynki. Już nie po to, żeby uciekać, ale żeby jej pomóc i dodać jej odwagi. Ale gdy tylko podciągnął nogi i wyciągnął ręce, by chwycić za krawędź siodła Nel, szarpnęła nim olbrzymia pięść Idrysa. Sudańczyk porwał go jak piórko, położył przed sobą i zaczął wiązać palmowym sznurem. Związał mu ręce i przewiesił go przez siodło. Staś zacisnął zęby i opierał się, jak mógł, ale na próżno. Gardło miał wyschnięte, a usta pełne piasku. Nie mógł i nie chciał przekonywać Idrysa, że chce tylko pomóc dziewczynce, a nie uciekać.

Po chwili jednak poczuł, że się dusi, i zaczął wołać zdławionym głosem:

— Ratujcie małą bint!... ratujcie małą bint!

Ale Arabowie woleli myśleć o własnym życiu. Wichura stała się tak straszna, że nie mogli utrzymać się na wielbłądach, a wielbłądy nie mogły ustać na miejscu. Dwaj Beduini oraz Chamis i Gebhr zeskoczyli na ziemię. Trzymali zwierzęta za sznury przywiązane do kantarów pod dolną szczęką. Idrys zepchnął Stasia na tył siodła i zrobił to samo. Zwierzęta rozstawiały nogi jak najszerzej, żeby oprzeć się wściekłej wichurze, ale brakowało im sił. Żwir chłostał karawanę jak setki biczów, a piasek kłuł jak szpilki. Karawana zaczęła się kręcić i cofać pod naporem wiatru, raz wolniej, raz szybciej. Chwilami wicher wyrywał doły pod jej nogami. Innym razem piasek i żwir, uderzając o boki wielbłądów, w mgnieniu oka tworzyły kopce do ich kolan i wyżej. Tak mijała godzina za godziną. Niebezpieczeństwo stawało się coraz straszniejsze. Idrys zrozumiał w końcu, że jedynym ratunkiem jest wsiąść na wielbłądy i lecieć z wichrem. Ale to znaczyło wracać w stronę Fajumu, gdzie czekały na nich egipskie sądy i szubienica.

„Ha! trudno — pomyślał Idrys. — Huragan zatrzymał także pogoń, a gdy ustanie, znów ruszymy na południe.”

I zaczął krzyczeć, żeby wsiadać na wielbłądy.

Ale wtedy stało się coś, co całkiem zmieniło sytuację.

Nagle ciemne, prawie czarne chmury piasku rozjaśniły się sinym światłem. Potem ciemność stała się jeszcze głębsza. Ale jednocześnie wstał grzmot, który spał na wysokościach, a wicher go zbudził. Zaczął się przetaczać między Pustynią Arabską i Libijską — potężny, groźny, jakby gniewny. Wydawało się, że z nieba staczają się góry i skały. Ogłuszający huk rósł, wstrząsał światem i zaczął obiegać cały horyzont. Miejscami wybuchał z tak straszną siłą, jakby pęknięte niebo waliło się na ziemię. Potem znów toczył się z głuchym, ciągłym łoskotem. Znów wybuchał, znów się łamał, oślepiał błyskawicą, raził piorunami. Zniżał się, podnosił, huczał i trwał.

Wiatr ucichł, jakby przerażony. Po długim czasie gdzieś z ogromnej oddali bramy nieba zatrzasnęły się za grzmotem i zapadła martwa cisza.

Ale po chwili w tej ciszy rozległ się głos przewodnika:

— Bóg jest nad wichrem i burzą! Jesteśmy ocaleni!

Ruszyli. Ale otaczała ich noc tak gęsta, że chociaż wielbłądy biegły blisko siebie, ludzie się nie widzieli. Musieli co chwila głośno się odzywać, żeby się nie pogubić. Od czasu do czasu jaskrawe błyskawice, sine lub czerwone, rozświetlały piaszczystą przestrzeń. Ale po nich zapadała ciemność tak gęsta, że prawie można jej było dotknąć. Głos przewodnika dodał Sudańczykom odwagi, ale niepokój jeszcze ich nie opuścił właśnie dlatego, że posuwali się na oślep. Nie wiedzieli naprawdę, w którą stronę jadą, czy nie kręcą się w kółko albo nie wracają na północ. Zwierzęta co chwila się potykały i nie mogły biec szybko. Dyszały przy tym jakoś dziwnie i tak głośno, że jeźdźcom wydawało się, iż to cała pustynia dyszy ze strachu. W końcu spadły pierwsze wielkie krople deszczu, który prawie zawsze przychodzi po huraganie. Jednocześnie w ciemności odezwał się głos przewodnika:

— Khor!...

Byli nad wąwozem. Wielbłądy zatrzymały się na brzegu, a potem zaczęły ostrożnie schodzić w dół.

### Słowniczek

- **brytan**: bardzo duży pies.
- **kelb kebir**: wielki pies (po arabsku).
- **trufli**: trufla to ciemny, drogi grzyb, który rośnie pod ziemią.
- **Iblis**: diabeł w wierze muzułmanów.
- **nouzrani**: chrześcijanin (po arabsku).
- **mgnieniu oka**: bardzo krótkim czasie.
- **opale**: opal to kamień, który mieni się wieloma kolorami.
- **khory**: khor to wąwóz na pustyni, zwykle suchy.
- **szubienica**: urządzenie, na którym wiesza się skazanych.
- **uled**: chłopiec (po arabsku).
- **swąd**: zapach czegoś spalonego.
- **khmasin**: gorący wiatr na pustyni.
- **Tumany**: tuman to gęsta chmura pyłu.
- **gurdę**: gurda to naczynie na wodę z suchej tykwy.
- **kantarów**: kantar to rzemienie na głowie zwierzęcia, którymi się je prowadzi.

## Rozdział IX

Khor był szeroki. Na dole leżały kamienie, a między nimi rosły niskie, kolczaste krzaki. Południową ścianę tworzyły wysokie skały, pełne załamań i szczelin. Arabowie zobaczyli to wszystko przy świetle cichych, ale coraz częstszych błyskawic. Wkrótce odkryli w skalnej ścianie płytką jaskinię, a właściwie szeroką wnękę. Ludzie mogli się w niej łatwo zmieścić i schronić przed wielką ulewą. Wielbłądy też stanęły wygodnie na małym wzniesieniu, tuż przed wnęką. Beduini i dwaj Sudańczycy zdjęli z nich ciężary i siodła, żeby mogły dobrze odpocząć. Chamis, syn Chadigiego, ścinał w tym czasie kolczaste krzaki na ognisko. Duże, pojedyncze krople deszczu spadały ciągle, ale ulewa zaczęła się dopiero wtedy, gdy ludzie położyli się już na nocleg. Najpierw były to jakby sznurki wody, potem grube liny. W końcu wydawało się, że całe rzeki spadają z niewidzialnych chmur na ziemię. Takie deszcze zdarzają się raz na kilka lat. Nawet zimą podnoszą wodę w kanałach i w Nilu, a w Adenie napełniają ogromne cysterny. Bez tych cystern miasto w ogóle nie mogłoby istnieć. Staś nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Na dnie khoru zaczął szumieć potok, a wejście do wnęki zasłaniały jakby firanki z wody. Dookoła słychać było tylko plusk i bulgotanie. Wielbłądy stały na wzniesieniu i ulewa mogła im zrobić co najwyżej kąpiel. Mimo to Arabowie co chwila wyglądali, czy zwierzętom nie grozi niebezpieczeństwo. Ludziom natomiast było miło siedzieć w suchej jaskini, przy jasnym ogniu z gałęzi, które nie zdążyły zamoknąć. Na ich twarzach widać było radość. Idrys zaraz po przybyciu rozwiązał Stasiowi ręce, żeby chłopiec mógł jeść. Teraz zwrócił się do niego i powiedział z pogardliwym uśmiechem:

— Mahdi jest większy od wszystkich białych czarowników. To on uspokoił huragan i zesłał deszcz.

Staś nic nie odpowiedział, bo zajął się Nel, która ledwie żyła. Najpierw wytrząsnął piasek z jej włosów. Potem kazał starej Dinah rozpakować rzeczy. Dinah zabrała je z Fajumu, bo myślała, że dzieci jadą do ojców. Staś wziął ręcznik, namoczył go w wodzie i przetarł nim oczy i twarz dziewczynki. Dinah nie mogła tego zrobić, bo widziała źle i tylko na jedno oko, a podczas huraganu prawie całkiem przestała widzieć. Przemywanie rozpalonych powiek na razie jej nie pomogło. Nel biernie poddawała się wszystkiemu, co robił Staś. Patrzyła tylko na niego jak zmęczony ptaszek. Dopiero gdy zdjął jej trzewiczki, żeby wysypać z nich piasek, i rozłożył jej wojłok, zarzuciła mu rączki na szyję.

A jego serce napełniła wielka litość. Poczuł się opiekunem, starszym bratem i jedynym w tej chwili obrońcą Nel. Poczuł też, że kocha tę małą siostrzyczkę ogromnie, o wiele bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Kochał ją przecież i w Port-Saidzie, ale uważał ją za „berbecia”. Nie przychodziło mu więc nawet do głowy, żeby na dobranoc całować ją w rękę. Gdyby ktoś podsunął mu taką myśl, uznałby, że kawaler, który skończył lat trzynaście, nie może tego zrobić. To nie pasowałoby do jego godności i wieku. Ale teraz wspólne nieszczęście obudziło w nim uśpioną czułość. Pocałował więc nie jedną, ale obie rączki dziewczynki.

Kiedy się położył, nadal myślał o niej. Postanowił dokonać jakiegoś niezwykłego czynu, żeby wyrwać ją z niewoli. Był gotów na wszystko, nawet na rany i śmierć. Miał tylko w duszy jedno małe zastrzeżenie. Rany nie powinny boleć zanadto, a śmierć nie powinna być koniecznie i naprawdę śmiercią. Bo inaczej nie mógłby przecież zobaczyć szczęścia uwolnionej Nel. Potem zaczął się zastanawiać nad najbardziej bohaterskimi sposobami ratunku, ale myśli zaczęły mu się mieszać. Przez chwilę wydawało mu się, że zasypują je całe chmury piasku. Potem miał wrażenie, że wszystkie wielbłądy pakują mu się do głowy — i usnął.

Arabowie zajęli się wielbłądami. Byli zmęczeni walką z huraganem, więc też zasnęli kamiennym snem. Ogniska przygasły i we wnęce zapanował mrok. Wkrótce rozległo się chrapanie ludzi. Z zewnątrz dochodził plusk ulewy i szum wody, która rozbijała się o kamienie na dnie khoru. Tak mijała noc.

Ale przed świtem Stasia obudziło z twardego snu uczucie zimna. Woda zebrała się w załamaniach na górze skały. Powoli, kropla po kropli, przedostawała się przez jakąś szparę w sklepieniu jaskini. W końcu zaczęła mu kapać na głowę. Chłopiec usiadł na wojłoku i przez jakiś czas walczył ze snem. Nie mógł zrozumieć, gdzie jest i co się z nim dzieje.

Po chwili jednak oprzytomniał.

„Aha! — pomyślał. — Wczoraj był huragan, a my jesteśmy porwani i to jest jaskinia, do której schroniliśmy się przed deszczem.”

I zaczął się rozglądać dookoła. Najpierw ze zdziwieniem zauważył, że deszcz już przeszedł. W jaskini wcale nie było ciemno, bo oświetlał ją księżyc. Był już bliski zachodu, więc stał nisko nad horyzontem. W jego bladym świetle widać było całe wnętrze szerokiej, ale płytkiej wnęki. Staś zobaczył wyraźnie Arabów, którzy leżeli obok siebie. Pod drugą ścianą jaskini bielała sukienka Nel, która spała przy Dinah.

I znów wielka czułość ogarnęła jego serce.

„Śpi Nel... śpi — mówił sobie — a ja nie śpię... i muszę ją ratować.”

Potem spojrzał na Arabów i dodał w duszy:

„Ach, chciałbym tych wszystkich łotrów...”

Nagle drgnął.

Jego wzrok padł na skórzane pudło, w którym był sztucer, gwiazdkowy prezent. Zobaczył też puszkę z nabojami. Leżała między nim a Chamisem, tak blisko, że wystarczyło wyciągnąć rękę.

Serce zaczęło mu bić jak młotem. Gdyby dorwał się do sztucera i nabojów, stałby się po prostu panem sytuacji. Wystarczyło wtedy cicho wyjść z wnęki, ukryć się kilkadziesiąt kroków dalej między rozłamanymi kamieniami i stamtąd pilnować wyjścia.

„Sudańczycy i Beduini — myślał — gdy się obudzą i zobaczą, że mnie nie ma, razem wybiegną z jaskini. Wtedy dwoma strzałami powalę dwóch pierwszych, a zanim nadbiegną następni, sztucer znów będzie nabity. Zostanie Chamis, ale z nim łatwo dam sobie radę.”

Wtedy wyobraził sobie cztery trupy leżące we krwi i mimo wszystko chwycił go strach i groza. Zamordować czterech ludzi! To wprawdzie łotry, ale i tak jest to rzecz przerażająca. Przypomniał sobie, jak kiedyś w Port-Saidzie zobaczył robotnika-fellacha zabitego przez korbę parowej pogłębiarki. Jakie straszne wrażenie zrobiły na nim te ludzkie szczątki, które drgały w czerwonej kałuży! Wzdrygnął się na samo wspomnienie. A teraz trzeba by czterech... I grzech, i okropność!... Nie, nie! Tego nigdy nie zdoła zrobić.

Zaczął się bić z myślami. Dla siebie by tego nie zrobił — tak! Ale tu chodzi o Nel, o jej obronę, ocalenie i życie. Przecież ona tego wszystkiego nie wytrzyma. Na pewno umrze albo w drodze, albo wśród dzikich, rozbestwionych hord derwiszów. Co znaczy krew takich nędzników wobec życia Nel? Czy w takiej sytuacji wolno się wahać?

— Dla Nel! Dla Nel!

Ale nagle przez głowę Stasia przeleciała jak wicher myśl, od której włosy stanęły mu dęba. Co będzie, jeśli któryś z tych zbójów przyłoży Nel nóż do piersi? Co będzie, jeśli powie, że ją zamorduje, jeżeli on, Staś, nie podda się i nie odda sztucera? Co wtedy?

— Wtedy — odpowiedział sobie chłopiec — poddam się natychmiast.

I czując swoją bezsilność, znów rzucił się bezwładnie na wojłok.

Księżyc zaglądał już tylko z boku przez otwór jaskini i zrobiło się w niej ciemniej. Arabowie ciągle chrapali. Staś leżał przez jakiś czas, a potem w głowie zaczęła mu świtać nowa myśl.

A gdyby wyszedł z bronią, ukrył się wśród skał i nie zabijał ludzi, tylko powystrzelał wielbłądy? Szkoda i żal niewinnych zwierząt — to prawda, ale co robić! Ludzie zabijają przecież zwierzęta nie tylko po to, by ocalić życie, ale też na rosół i pieczeń. Jedno było pewne. Gdyby zdołał zabić cztery, a tym bardziej pięć wielbłądów, dalsza podróż byłaby niemożliwa. Nikt z karawany nie odważyłby się pojechać do wiosek nad rzeką, żeby kupić nowe wielbłądy. Wtedy Staś obiecałby ludziom w imieniu ojców, że nie zostaną ukarani, a nawet dostaną pieniężne nagrody. I... nie pozostałoby im nic innego, tylko wracać.

Tak. Ale co, jeśli nie dadzą mu czasu na te obietnice i zabiją go w pierwszej chwili złości?

Muszą dać mu czas i muszą go wysłuchać. Bo mając sztucer w ręku, potrafi utrzymać ich w przyzwoitej odległości, dopóki wszystkiego nie powie. Gdy to zrobi, zrozumieją, że ich jedynym ratunkiem jest poddać się. Wtedy stanie na czele karawany i poprowadzi ją prosto do Bahr-Jussef i do Nilu. Są teraz wprawdzie dość daleko od nich, może o dzień lub dwa drogi. Bo Arabowie przez ostrożność skręcili głęboko w pustynię. Ale to nic nie szkodzi. Zostanie przecież kilka wielbłądów, a na jednym z nich pojedzie Nel. Staś zaczął uważnie przyglądać się Arabom. Wszyscy spali mocno, jak śpią ludzie bardzo zmęczeni. Ale noc miała się ku końcowi, więc mogli się wkrótce obudzić. Trzeba było działać od razu. Puszkę z nabojami łatwo było zabrać, bo leżała tuż obok. Trudniej było ze sztucerem, który Chamis położył przy drugim swoim boku. Staś miał nadzieję, że uda mu się go wykraść. Postanowił jednak wyjąć go z pudła i złożyć kolbę z lufami dopiero kilkadziesiąt kroków od jaskini. Bał się, że szczęk żelaza o żelazo obudzi śpiących.

Chwila nadeszła. Chłopiec wygiął się jak łuk nad Chamisem, chwycił pudło za ucho, podniósł je i zaczął przenosić na swoją stronę. Serce biło mu ciężko, w oczach mu ciemniało, a oddech stał się szybki. Ale zacisnął zęby i starał się opanować zdenerwowanie. Kiedy jednak rzemyki wokół pudła cicho zaskrzypiały, na czole wystąpiły mu krople zimnego potu. Ta sekunda wydała mu się wiekiem. Ale Chamis nawet nie drgnął. Pudło zatoczyło nad nim łuk i stanęło cicho obok puszki z nabojami.

Staś odetchnął. Połowa roboty była zrobiona. Teraz trzeba było bezszelestnie wyjść z jaskini i przebiec kilkadziesiąt kroków. Potem należało schować się wśród skał, otworzyć pudło, złożyć sztucer, nabić go i wsypać sobie do kieszeni kilkanaście nabojów. Karawana byłaby wtedy naprawdę na jego łasce.

Czarna sylwetka Stasia pojawiła się na jaśniejszym tle otworu jaskini. Jeszcze sekunda, a będzie na zewnątrz. Jeszcze minuta, a ukryje się wśród skał. A wtedy będzie za późno, nawet jeśli któryś ze zbójów się obudzi. Zanim zrozumie, co się stało, zanim obudzi innych, będzie po wszystkim. Na progu wnęki leżało dużo kamieni. Chłopiec bał się, że któryś strąci, więc wysunął jedną nogę i zaczął szukać stopą pewnego gruntu.

Już wychylił głowę z otworu, już miał wyjść cały. Wtedy nagle stało się coś, od czego krew zastygła mu w żyłach.

Wśród głębokiej ciszy zagrzmiało jak piorun radosne szczekanie Saby. Wypełniło cały khor i obudziło śpiące w nim echa. Arabowie zerwali się ze snu jak jeden człowiek. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyli, był Staś z pudłem w jednej ręce i puszką z nabojami w drugiej.

Ach, Sabo, coś ty uczynił!...

### Słowniczek

- **khor, khoru**: wąwóz na pustyni, zwykle suchy.
- **wnęki, wnękę**: wgłębienie w ścianie lub w skale.
- **wielbłądy, wielbłądów**: duże zwierzęta pustyni z garbami na grzbiecie.
- **kolczaste**: takie, które mają ostre kolce.
- **ulewa**: bardzo silny deszcz.
- **zbójów**: zbój: człowiek, który napada na ludzi i ich rabuje.
- **nabojami**: naboje: to, czym ładuje się strzelbę.
- **cysterna**: wielki zbiornik na wodę.
- **wojłok**: gruby filc.
- **sztucer**: dobra strzelba myśliwska.
- **berbeć**: małe dziecko.
- **fellach**: egipski chłop.
- **pogłębiarka**: maszyna, która wybiera ziemię z dna kanału.
- **horda**: (obraźliwe) dzika, groźna grupa wojowników.
- **derwisz**: muzułmański mnich; w tej książce też żołnierz Mahdiego.

## Rozdział X

Wszyscy w jednej chwili rzucili się na Stasia z okropnym krzykiem. W mgnieniu oka wyrwali mu sztucer i naboje, przewrócili go na ziemię i związali mu sznurami ręce i nogi. Przy tym bili go i kopali. W końcu odpędził ich Idrys, bo bał się o życie chłopca. Potem zaczęli rozmawiać urywanymi słowami. Byli jak ludzie, nad którymi wisiało straszne niebezpieczeństwo i których uratował tylko przypadek.

— To szatan wcielony! — zawołał Idrys z twarzą bladą ze strachu i zdenerwowania.

— Byłby nas powystrzelał jak dzikie gęsi na jedzenie! — dodał Gebhr.

— Ach, gdyby nie ten pies.

— Bóg go zesłał.

— A chcieliście go zabić! — powiedział Chamis.

— Od teraz nikt go nie dotknie.

— Zawsze będzie miał kości i wodę.

— Allach! Allach! — powtarzał Idrys, który nie mógł się uspokoić. — Śmierć była nad nami. Uf!

I zaczęli patrzeć na leżącego Stasia z nienawiścią. Byli też trochę zdumieni, że jeden mały chłopiec mógłby stać się przyczyną ich klęski i zguby.

— Na proroka! — odezwał się jeden z Beduinów. — Trzeba przecież zrobić coś, żeby ten syn Iblisa nie poskręcał nam karków. Węża wieziemy Mahdiemu! Co chcecie z nim teraz zrobić?

— Trzeba mu obciąć prawą pięść! — zawołał Gebhr.

Beduini nic nie odpowiedzieli, ale Idrys nie chciał się na to zgodzić. Pomyślał, że gdyby złapała ich pogoń, kara za okaleczenie chłopca byłaby tym straszniejsza. Poza tym kto mógł zapewnić, że Staś nie umrze po takiej operacji? A wtedy na wymianę za Fatmę i jej dzieci zostałaby tylko Nel.

Więc gdy Gebhr wyciągnął nóż, żeby spełnić swoją groźbę, Idrys chwycił go za nadgarstek i zatrzymał.

— Nie! — powiedział. — Byłoby wstydem dla pięciu wojowników Mahdiego tak się bać jednego chrześcijańskiego szczeniaka, żeby aż obcinać mu pięści. Będziemy go wiązać na noc. A za to, co chciał teraz zrobić, dostanie dziesięć uderzeń korbaczem.

Gebhr od razu chciał wykonać wyrok, ale Idrys znów go odepchnął. Kazał bić jednemu z Beduinów i szepnął mu do ucha, żeby nie robił tego zbyt mocno. Chamis nie chciał się do niczego mieszać. Może z powodu dawnej służby u inżynierów, a może z jakiejś innej przyczyny. Drugi Beduin przewrócił więc Stasia plecami do góry. Kara miała się już zacząć, gdy nagle pojawiła się niespodziewana przeszkoda.

W otworze wnęki stanęła Nel razem z Sabą.

Była zajęta swoim ulubieńcem, który wpadł do jaskini i od razu rzucił się do jej nóżek. Słyszała wprawdzie krzyki Arabów, ale nie zwracała na nie uwagi. Bo w Egipcie i Arabowie, i Beduini wrzeszczą przy każdej okazji, jakby mieli się nawzajem mordować. Dopiero kiedy zawołała Stasia i nie dostała odpowiedzi, wyszła zobaczyć, czy nie siedzi już na wielbłądzie. W pierwszym blasku poranka zobaczyła z przerażeniem Stasia na ziemi, a nad nim Beduina z korbaczem w ręku. Na ten widok zaczęła krzyczeć wniebogłosy i tupać nóżkami. Beduin nie zwrócił na to uwagi i wymierzył pierwsze uderzenie. Wtedy rzuciła się naprzód i przykryła chłopca sobą.

Beduin zawahał się, bo nie miał rozkazu bić dziewczynki. W tej samej chwili rozległ się jej głos, pełen rozpaczy i przerażenia:

— Saba! Saba!

A Saba zrozumiał, o co chodzi, i jednym skokiem znalazł się przy dzieciach. Sierść zjeżyła mu się na karku i na grzbiecie, a oczy zapłonęły czerwono. W jego piersi i potężnym gardle zahuczał jakby grzmot.

Potem wargi jego pomarszczonej paszczy powoli uniosły się do góry. Ukazały się zęby i długie na cal białe kły, aż do krwawych dziąseł. Olbrzymi brytan zaczął teraz obracać głowę w prawo i w lewo. Jakby chciał dobrze pokazać Sudańczykom i Beduinom swój straszny „garnitur” i powiedzieć im: „Patrzcie! Oto czym będę bronił dzieci”.

A oni szybko się cofnęli, bo po pierwsze wiedzieli, że Saba uratował im życie. Po drugie było jasne, że rozwścieczony mastyf natychmiast utopiłby kły w gardle tego, kto zbliżyłby się teraz do Nel. Stali więc bezradni i patrzyli na siebie niepewnie. Jakby pytali jeden drugiego, co teraz trzeba zrobić.

Wahali się tak długo, że Nel miała dość czasu, by zawołać starą Dinah. Kazała jej rozciąć więzy Stasia. Wtedy chłopiec wstał, trzymał dłoń na głowie Saby i zwrócił się do napastników:

— Nie chciałem pozabijać was, tylko wielbłądy — powiedział przez zaciśnięte zęby.

Ale nawet ta wiadomość tak przeraziła Arabów, że na pewno znów rzuciliby się na Stasia. Powstrzymywały ich tylko płonące oczy i zjeżona jeszcze sierść Saby. Gebhr chciał nawet skoczyć do chłopca, ale jedno głuche warknięcie przykuło go do miejsca.

Na chwilę zapadła cisza, a potem zabrzmiał donośny głos Idrysa:

— W drogę! W drogę!

### Słowniczek

- **szatan wcielony**: bardzo zły człowiek, sam diabeł w ludzkiej postaci.
- **Iblis**: diabeł w wierze muzułmańskiej.
- **szczeniak**: młody pies; tu obraźliwie o chłopcu.
- **korbacz**: ciężki bat.
- **brytan**: bardzo duży pies.
- **mastyf**: bardzo duży pies.
- **garnitur**: tu żartem: zestaw zębów psa.
- **cal**: stara miara długości, około 2,5 centymetra.
- **wnęki**: wnęka: wgłębienie w ścianie lub w skale.
- **w mgnieniu oka**: bardzo szybko.
- **urywanymi**: krótkimi, przerywanymi.
- **powystrzelał**: zabił strzałami, jednego po drugim.
- **okaleczenie**: zranienie, po którym ciało jest już trwale uszkodzone.
- **kły**: długie, ostre zęby zwierzęcia.
- **ulubieńcem**: ulubieniec: ktoś, kogo lubi się najbardziej.

## Rozdział XI

Minął dzień, noc i jeszcze dzień, a oni ciągle pędzili na południe. Zatrzymywali się tylko na krótko w khorach, żeby nie zmęczyć zbytnio wielbłądów. Poili je wtedy i karmili, a sami dzielili między siebie jedzenie i wodę. Ze strachu przed pogonią skręcili jeszcze bardziej na zachód, bo o wodę przez pewien czas nie musieli się martwić. Ulewa trwała wprawdzie nie więcej niż siedem godzin, ale była ogromna, jakby nad pustynią oberwały się chmury. Idrys, Gebhr i Beduini wiedzieli więc, że znajdą wodę. Na dnie khorów i w naturalnych zagłębieniach skał będzie jej dużo przez parę dni. Wystarczy dla nich i dla wielbłądów, a nawet na zapasy. Po wielkim deszczu nastała, jak zwykle, wspaniała pogoda. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Powietrze było tak przezroczyste, że wzrok sięgał bardzo daleko. W nocy niebo pełne gwiazd migotało, jakby było pokryte tysiącami diamentów. Od piasków pustyni szedł orzeźwiający chłód.

Garby wielbłądów stały się już mniejsze, ale zwierzęta, dobrze karmione, były ciągle „harde”, jak mówią Arabowie. Znaczy to, że nie straciły sił. Biegły tak chętnie, że karawana posuwała się niewiele wolniej niż pierwszego dnia po wyjeździe z Gharak-el-Sultani. Staś ze zdziwieniem zauważył, że w niektórych khorach Beduini znajdują zapasy durry i daktyli. Leżały w szczelinach skalnych, gdzie nie dochodził deszcz. Domyślił się, że przed porwaniem zrobiono pewne przygotowania i że Fatma, Idrys i Gebhr ułożyli wszystko z góry z Beduinami. Łatwo było też zgadnąć, że ci dwaj ludzie byli zwolennikami i wyznawcami Mahdiego. Chcieli się do niego przedostać, więc Sudańczycy łatwo wciągnęli ich do spisku. W okolicach Fajumu i koło Gharak-el-Sultani było sporo Beduinów. Wędrowali po pustyni z dziećmi i wielbłądami, a do Medinet lub na stacje kolejowe przychodzili zarobić. Ale tych dwóch Staś nigdy wcześniej nie widział. Oni też raczej nie bywali w Medinet, skoro, jak się okazało, nie znali Saby.

Chłopcu przychodziło na myśl, żeby spróbować ich przekupić. Przypomniał sobie jednak ich pełne zapału okrzyki, zawsze gdy ktoś wspomniał przy nich imię Mahdiego. Uznał więc, że to niemożliwe. Nie poddał się jednak biernie temu, co się działo, bo w tej chłopięcej duszy była naprawdę zadziwiająca energia. Dotychczasowe niepowodzenia jeszcze ją wzmocniły. „Wszystko, co zacząłem — mówił sobie — skończyło się na tym, że mnie pobito. Ale choćby mieli mnie codziennie bić korbaczem, a nawet zabić, nie przestanę. Nie przestanę myśleć o tym, jak wyrwać Nel i siebie z rąk tych łotrów. Jeżeli pogoń ich złapie, to tym lepiej. Ja jednak będę postępował tak, jakbym wcale się jej nie spodziewał.” Przypominał sobie, co go spotkało. Myślał o tych zdradliwych i okrutnych ludziach, którzy wyrwali mu sztucer, a potem bili go pięściami i kopali. Serce burzyło się w nim wtedy i rosła jego zawziętość. Czuł się nie tylko pokonany, ale też upokorzony w swojej dumie białego człowieka. Przede wszystkim jednak czuł krzywdę Nel. To uczucie, razem z goryczą po ostatnim niepowodzeniu, zmieniło się w bezlitosną nienawiść do obu Sudańczyków. Nieraz słyszał wprawdzie od ojca, że nienawiść zaślepia. Mówił on, że poddają się jej tylko dusze, które nie potrafią zdobyć się na nic lepszego. Na razie jednak Staś nie mógł jej w sobie pokonać i nie umiał jej ukryć.

Nie umiał do tego stopnia, że Idrys ją zauważył i zaczął się niepokoić. Zrozumiał bowiem, że jeśli złapie ich pogoń, nie może już liczyć na to, że chłopiec się za nim wstawi. Idrys był zawsze gotów na najbardziej zuchwałe czyny. Był jednak człowiekiem rozumnym i uważał, że trzeba wszystko przewidzieć. Na wypadek nieszczęścia trzeba zostawić sobie jakąś otwartą furtkę ratunku. Dlatego po ostatnim zajściu chciał się jakoś pogodzić ze Stasiem. W tym celu na pierwszym postoju zaczął z nim taką rozmowę:

— Po tym, co chciałeś zrobić — powiedział — musiałem cię ukarać, bo inaczej tamci by cię zabili. Ale zakazałem Beduinom bić cię zbyt mocno.

Nie dostał żadnej odpowiedzi, więc po chwili mówił dalej:

— Słuchaj, sam powiedziałeś, że biali zawsze dotrzymują przysięgi. Przysięgnij mi więc na swojego Boga i na głowę małej bint, że nie zrobisz nic przeciw nam. Wtedy nie każę cię wiązać na noc.

Staś i na to nie odpowiedział ani słowa. Tylko po błysku jego oczu Idrys poznał, że mówi na próżno. Mimo namów Gebhra i Beduinów nie kazał go jednak wiązać na noc. A gdy Gebhr dalej nalegał, odpowiedział mu z gniewem:

— Zamiast iść spać, będziesz dziś stał na straży. Postanawiam też, że odtąd jeden z nas będzie zawsze czuwał, kiedy inni śpią.

I rzeczywiście od tego dnia wprowadzono na stałe zmiany straży. Bardzo utrudniało to i niszczyło wszystkie plany Stasia, bo każdy wartownik uważnie go pilnował.

Za to dzieci dostały więcej swobody. Mogły się do siebie zbliżać i rozmawiać bez przeszkód. Już na pierwszym postoju Staś usiadł koło Nel, bo chciał jak najszybciej podziękować jej za pomoc.

Czuł dla niej wielką wdzięczność, ale nie umiał mówić górnolotnie ani czule. Zaczął więc tylko potrząsać obiema jej rączkami.

— Nel! — powiedział. — Jesteś bardzo dobra i dziękuję ci. A poza tym mówię otwarcie, że postąpiłaś jak osoba co najmniej trzynastoletnia.

W ustach Stasia takie słowa były najwyższą pochwałą, więc serce małej kobietki zapłonęło radością i dumą. Wydawało jej się w tej chwili, że nie ma dla niej nic niemożliwego.

— Niech ja tylko całkiem dorosnę, to oni zobaczą! — odpowiedziała i spojrzała wojowniczo w stronę Sudańczyków.

Nie rozumiała jednak jeszcze, o co chodziło i dlaczego wszyscy Arabowie rzucili się na Stasia. Chłopiec zaczął więc opowiadać, jak postanowił wykraść sztucer, pozabijać wielbłądy i zmusić wszystkich do powrotu nad rzekę.

— Gdyby mi się to udało — mówił — bylibyśmy już wolni.

— Ale oni się obudzili? — pytała dziewczynka z bijącym sercem.

— Obudzili się. Zrobił to Saba, który przyleciał i zaczął tak szczekać, że obudziłby umarłego.

Wtedy jej oburzenie zwróciło się przeciw Sabie.

— Brzydki Saba! Brzydki! Za to, jak teraz przyleci, nie powiem do niego ani słowa i powiem mu, że jest paskudny.

Stasiowi wcale nie było do śmiechu, ale uśmiechnął się i zapytał:

— Jak będziesz mogła nie powiedzieć do niego ani słowa i jednocześnie powiedzieć mu, że jest paskudny?

Brewki Nel uniosły się do góry, a na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie. Potem odpowiedziała:

— Pozna to po mojej minie.

— Chyba tak. Ale on nie jest winien, bo nie mógł wiedzieć, co się dzieje. Pamiętaj też, że potem przyszedł nam na ratunek.

To wspomnienie trochę złagodziło gniew Nel. Nie chciała jednak od razu przebaczyć winowajcy.

— To dobrze — powiedziała — ale kto jest prawdziwym dżentelmenem, ten nie powinien szczekać na powitanie.

Staś znowu się uśmiechnął:

— Prawdziwy dżentelmen nie szczeka także na pożegnanie, chyba że jest psem, a Saba nim jest.

Ale po chwili oczy chłopca zamglił smutek. Westchnął raz i drugi, a potem wstał z kamienia, na którym siedzieli, i powiedział:

— Najgorsze jest to, że nie mogłem cię uwolnić.

A Nel stanęła na paluszkach i zarzuciła mu ręce na szyję. Chciała go pocieszyć i wyszeptać mu z bliska podziękowanie, z noskiem przy jego twarzy. Nie umiała jednak znaleźć odpowiednich słów. Ścisnęła go więc tylko jeszcze mocniej za szyję i pocałowała w ucho. Tymczasem nadleciał Saba, z nie mniejszym hałasem niż zwykle. Zawsze się spóźniał, ale nie tyle dlatego, że nie mógł nadążyć za wielbłądami. Raczej dlatego, że po drodze polował na szakale albo szczekał na sępy, które siedziały na skałach. Na jego widok dzieci zapomniały o wszystkim. Mimo swojego ciężkiego położenia zaczęły zwykłe pieszczoty i zabawy, aż przerwali je Arabowie. Chamis dał psu jeść i pić. Potem wszyscy wsiedli na wielbłądy i ruszyli w największym pędzie na południe.

### Słowniczek

- **khorach, khorów**: khor: wąwóz na pustyni, zwykle suchy.
- **wielbłądy, wielbłądów, wielbłądami**: duże zwierzęta pustyni z garbami na grzbiecie.
- **oberwały się chmury**: nagle spadł bardzo silny deszcz.
- **zagłębieniach**: zagłębienie: niskie miejsce, dziura w skale lub w ziemi.
- **orzeźwiający**: taki, który daje świeżość i siłę.
- **szczelinach**: szczelina: wąska, długa dziura w skale.
- **daktyli**: daktyle: słodkie owoce palmy.
- **harde**: tu: mocne, pełne sił (o wielbłądach).
- **durra**: afrykańskie zboże.
- **zawziętość**: silna, uparta chęć walki i zemsty.
- **korbacz**: ciężki bat.
- **furtka ratunku**: sposób, żeby uratować się, gdy sprawy pójdą źle.
- **bint**: dziewczynka (po arabsku).
- **górnolotnie**: bardzo uroczyście, wielkimi słowami.
- **wartownik**: człowiek, który stoi na straży.

## Rozdział XII

Był to najdłuższy etap, bo jechali z małą tylko przerwą przez osiemnaście godzin. Taką drogę mogą wytrzymać tylko prawdziwe wielbłądy do jazdy, które mają w żołądkach dobry zapas wody. Idrys ich nie oszczędzał, bo naprawdę bał się pogoni. Rozumiał, że musiała wyruszyć już dawno. Przypuszczał, że na jej czele jadą obaj inżynierowie i że nie tracą czasu. Niebezpieczeństwo groziło od strony rzeki. Było bowiem pewne, że zaraz po porwaniu dzieci wysłano telegraficzne rozkazy do wszystkich wiosek nad brzegiem. Szejkowie mieli wyprawiać się w głąb pustyni po obu stronach Nilu i zatrzymywać wszystkich, którzy jadą na południe. Chamis zapewniał, że rząd i inżynierowie na pewno wyznaczyli za ich schwytanie wielkie nagrody. Dlatego na pustyni musiało się roić od ludzi, którzy ich szukają. Jedyną radą byłoby skręcić jak najdalej na zachód. Ale na zachodzie leżała wielka oaza Kharge, do której też mogły dojść telegramy. Poza tym gdyby odjechali za daleko od rzeki, po kilku dniach zabrakłoby im wody. Czekałaby ich wtedy śmierć z pragnienia.

Chodziło także o jedzenie. W ciągu dwóch tygodni przed porwaniem dzieci Beduini przygotowali w znanych sobie kryjówkach zapas durry, sucharów i daktyli. Wystarczał on jednak tylko na cztery dni drogi od Medinet. Idrys ze strachem myślał o tym, co będzie, gdy zabraknie żywności. Trzeba będzie wysłać ludzi po zakupy do wiosek nad rzeką. A wszyscy byli teraz czujni i wiedzieli o nagrodach za schwytanie zbiegów. Ci ludzie mogli łatwo wpaść w ręce miejscowych szejków i wydać całą karawanę. Położenie było naprawdę trudne, prawie rozpaczliwe. Z każdym dniem Idrys widział coraz jaśniej, na jak szalone przedsięwzięcie się porwał.

„Byle minąć Assuan! Byle minąć Assuan!” — mówił sobie ze strachem i rozpaczą w duszy. Chamis twierdził, że wojownicy Mahdiego dochodzą już do Assuanu, ale Idrys mu nie wierzył, bo Staś temu zaprzeczył. A Idrys już dawno zrozumiał, że biały uled wie więcej od nich wszystkich. Przypuszczał jednak, że za pierwszą kataraktą będzie więcej ukrytych wyznawców proroka. Lud jest tam dzikszy i mniej ulega wpływom Anglików i egipskiego rządu. Ci wyznawcy w razie potrzeby pomogą i dadzą jedzenie i wielbłądy. Ale nawet do Assuanu było jeszcze, jak wyliczyli Beduini, około pięciu dni drogi, a kraj był coraz bardziej pustynny. Każdy postój zmniejszał w oczach zapasy dla zwierząt i ludzi.

Na szczęście mogli poganiać wielbłądy i pędzić w największym pośpiechu, bo upały nie osłabiały ich sił. W południe słońce wprawdzie mocno grzało, ale powietrze było ciągle orzeźwiające. Noce były tak chłodne, że Staś za zgodą Idrysa przesiadał się na wielbłąda Nel. Chciał czuwać nad jej zdrowiem i bronić ją przed przeziębieniem.

Ale jego obawy były niepotrzebne, bo Dinah z wielką troską pilnowała swojej panienki. Jej oczy, a raczej oko, były już w znacznie lepszym stanie. Chłopca nawet dziwiło, że zdrowie małej dotąd nie ucierpiało. Tę drogę, z coraz krótszymi odpoczynkami, znosiła równie dobrze jak on sam. Zmartwienie, strach i łzy, które wylewała z tęsknoty za tatusiem, nie zaszkodziły jej zbyt widocznie. Może trochę schudła, a jej jasna twarzyczka ściemniała od wiatru. Ale w następnych dniach podróży czuła o wiele mniejsze zmęczenie niż na początku. To prawda, że Idrys dał jej wielbłąda o najłagodniejszym chodzie. Świetnie urządził też siodło, tak że mogła w nim spać na leżąco. Najbardziej jednak pomagało jej świeże powietrze pustyni, którym oddychała dzień i noc. Dawało jej ono siły, żeby znosić trudy i niewygody.

Staś nie tylko czuwał nad nią, ale celowo otaczał ją jakby czcią. Wcale jej nie czuł, mimo ogromnego przywiązania do małej siostrzyczki. Zauważył jednak, że udziela się to Arabom. Mimo woli coraz mocniej wierzyli, że wiozą coś niezwykle cennego. Była to dla nich jakaś wyjątkowo ważna branka, z którą trzeba postępować jak najostrożniej. Idrys przyzwyczaił się do tego jeszcze w Medinet, więc wszyscy obchodzili się z nią dobrze. Nie żałowano jej wody ani daktyli. Okrutny Gebhr nie odważyłby się już teraz podnieść na nią ręki. Może pomagało w tym i to, że było w niej coś jakby z kwiatu i jakby z ptaszka. Czuły to nawet dzikie i nierozwinięte dusze Arabów. Nieraz na postojach, przy ognisku z róż jerychońskich lub cierni, Sudańczycy i Beduini pomrukiwali: Allach, Maszallach lub Bismillach.

Drugiego dnia w południe, po tym długim etapie, Staś i Nel jechali tym razem na jednym wielbłądzie. I właśnie wtedy przeżyli chwilę radosnego wzruszenia. Zaraz po wschodzie słońca nad pustynią unosiła się jasna i przezroczysta mgła, ale szybko opadła. Później, gdy słońce wzniosło się wyżej, zrobiło się goręcej niż w poprzednich dniach. Kiedy wielbłądy się zatrzymywały, nie było czuć najmniejszego powiewu. Powietrze i piaski zdawały się spać w cieple, świetle i ciszy. Karawana wjechała właśnie na wielką, równą płaszczyznę bez khorów, gdy nagle dzieci zobaczyły cudowny widok. Były tam kępy smukłych palm i drzew pieprzowych, plantacje mandarynek i białe domy. Był mały meczet z wysokim minaretem, a niżej mury wokół ogrodów. Wszystko to pojawiło się tak wyraźnie i tak blisko, jakby karawana miała być wśród drzew oazy za pół godziny.

— Co to? — zawołał Staś. — Nel! Nel! Patrz!

Nel podniosła się i najpierw zamilkła ze zdumienia, ale po chwili zaczęła krzyczeć z radości:

— Medinet! Do tatusia! Do tatusia!

A Staś aż zbladł ze wzruszenia.

— Naprawdę... Może to Kharge... Ale nie! To chyba Medinet... Poznaję minaret i widzę nawet wiatraki na studniach.

I rzeczywiście w oddali błyszczały wysokie wiatraki amerykańskich studni, podobne do wielkich białych gwiazd. Na zielonym tle drzew widać je było tak dokładnie, że bystre oczy Stasia odróżniały pomalowane na czerwono brzegi skrzydeł.

— To Medinet!...

Staś wiedział przecież z książek i z opowiadań, że na pustyni istnieją przywidzenia, zwane fatamorgana. Nieraz podróżni widzą oazy, miasta, kępy drzew i jeziora, których tam nie ma. Są one tylko złudzeniem, grą światła i odbiciem prawdziwych, dalekich rzeczy. Ale tym razem wszystko było tak wyraźne, prawie namacalne, że nie mógł wątpić, że widzi prawdziwe Medinet. Oto wieżyczka na domu mudira. Oto pod samym szczytem minaretu okrągły ganek, z którego muezin woła do modlitwy. Oto znajome grupy drzew — i przede wszystkim te wiatraki! Nie, to musi być rzeczywistość. Chłopcu przyszło na myśl, że może Sudańczycy zastanowili się nad swoim położeniem. Może uznali, że nie uciekną, i nic mu nie mówiąc, zawrócili do Fajumu. Ale ich spokój obudził w nim pierwsze wątpliwości. Gdyby to naprawdę było Fajum, czy patrzyliby na nie tak obojętnie? Widzieli przecież ten obraz i pokazywali go sobie palcami. Ale na ich twarzach nie było widać najmniejszej niepewności ani wzruszenia. Staś spojrzał jeszcze raz i może przez tę obojętność Arabów obraz wydał mu się bledszy. Pomyślał też, że gdyby naprawdę wracali, karawana trzymałaby się razem. Ludzie jechaliby razem choćby ze strachu. Tymczasem Beduinów, którzy od kilku dni z rozkazu Idrysa wysuwali się daleko naprzód, wcale nie było widać. A Chamis, który jechał z tyłu, wydawał się z daleka nie większy od sępa lecącego nad ziemią.

„Fatamorgana!” — powiedział sobie Staś.

Tymczasem Idrys zbliżył się do niego i zawołał:

— Hej! Popędzaj wielbłąda! Widzisz Medinet?

Widać było, że żartuje. W jego głosie było tyle kpiny, że w duszy chłopca zniknął ostatni cień nadziei. Wiedział już, że nie ma przed sobą prawdziwego Medinet.

Z żalem w sercu zwrócił się do Nel, by rozwiać także jej złudzenie. Wtedy jednak zdarzyło się coś niespodziewanego, co zwróciło uwagę wszystkich w inną stronę.

Najpierw pojawił się Beduin. Pędził do nich z całych sił i już z daleka machał długą arabską strzelbą. Wcześniej nikt w karawanie jej nie miał. Dopadł do Idrysa i zamienił z nim kilka szybkich słów. Karawana natychmiast skręciła w głąb pustyni. Po pewnym czasie ukazał się drugi Beduin. Prowadził na sznurze tłustą wielbłądzicę z siodłem na garbie i ze skórzanymi workami po bokach. Znów zaczęła się krótka rozmowa, ale Staś nie mógł z niej nic zrozumieć. Karawana w wielkim pędzie jechała ciągle na zachód. Zatrzymała się dopiero w wąskim khorze, pełnym porozrzucanych w dzikim nieładzie skał, szczelin i jaskiń. Jedna z nich była tak duża, że Sudańczycy ukryli w niej ludzi i wielbłądy. Staś mniej więcej domyślał się, co się stało. Położył się obok Idrysa i udawał, że śpi. Miał nadzieję, że Arabowie, którzy dotąd zamienili zaledwie kilka słów, zaczną teraz o tym rozmawiać. I nie zawiódł się. Gdy tylko wielbłądy dostały obrok, Beduini, Sudańczycy i Chamis zasiedli do narady.

— Od teraz możemy jechać tylko nocą, a w dzień musimy się ukrywać — odezwał się jednooki Beduin. — Khorów będzie teraz dużo i w każdym znajdzie się bezpieczna kryjówka.

— Czy jesteście pewni, że to był strażnik? — zapytał Idrys.

— Allach! Rozmawialiśmy z nim. Szczęście, że był tylko jeden. Stał za skałą, więc nie mogliśmy go widzieć, ale usłyszeliśmy z daleka głos wielbłąda. Wtedy zwolniliśmy i podjechaliśmy tak cicho, że zobaczył nas dopiero z kilku kroków. Bardzo się przestraszył i chciał do nas wycelować ze strzelby. Gdyby wystrzelił, strzał mogliby usłyszeć inni strażnicy, nawet gdyby nikogo z nas nie zabił. Więc szybko mówię: „Stój! Ścigamy ludzi, którzy porwali dwoje białych dzieci, i wkrótce nadjedzie tu cała pogoń.” Chłopak był młody i głupi, więc uwierzył. Kazał nam tylko przysiąc na Koran, że tak jest. Zsiedliśmy z wielbłądów i przysięgliśmy... Mahdi nas rozgrzeszy...

— I pobłogosławi — powiedział Idrys. — Mów, co zrobiliście potem.

— Otóż — ciągnął Beduin — kiedy przysięgliśmy, mówię do chłopaka tak: „Ale kto nam zapewni, że ty sam nie należysz do zbójców, którzy uciekają z białymi dziećmi? Może to oni zostawili cię tu, żebyś zatrzymał pogoń?” Kazałem mu także przysiąc, a on się na to zgodził i tym bardziej nam uwierzył. Zaczęliśmy go wypytywać, czy po miedzianym drucie przyszły jakieś rozkazy od szejków i czy na pustyni jest pościg. Powiedział, że tak, że obiecano im wielkie nagrody. Mówił, że wszystkie khory są strzeżone na dwa dni drogi od rzeki. A po rzece ciągle pływają wielkie babury (parowce) z Anglikami i z wojskiem...

— Nie pomogą babury ani wojsko przeciw sile Allacha i proroka...

— Niech się stanie, jak mówisz!

— A ty powiedz, jak skończyliście z chłopakiem?

Jednooki Beduin wskazał swojego towarzysza.

— Abu-Anga — powiedział — zapytał go jeszcze, czy w pobliżu nie ma drugiego strażnika. Gdy odpowiedział, że nie, Abu-Anga pchnął go nożem pod szyję. Zrobił to tak nagle, że tamten nie wydał żadnego głosu. Wrzuciliśmy go do głębokiej szczeliny i przykryliśmy kamieniami i cierniem. We wsi będą myśleli, że uciekł do Mahdiego, bo mówił nam, że to się zdarza.

— Niech Bóg błogosławi tych, którzy uciekają, jak pobłogosławił was — odpowiedział Idrys.

— Tak! Pobłogosławił — odparł Abu-Anga — bo wiemy teraz, że musimy trzymać się trzy dni drogi od rzeki. A poza tym zdobyliśmy strzelbę, której nam brakowało, i dojną wielbłądzicę.

— Gurdy — dodał jednooki — są pełne wody, a w biesagach jest sporo prosa. Tylko prochu znaleźliśmy mało.

— Chamis wiezie kilkaset nabojów do tej strzelby białego chłopca, z której nie umiemy strzelać. Proch jest zawsze taki sam i przyda się do naszej.

Idrys powiedział to, ale zamyślił się, a na jego ciemnej twarzy odbiła się ciężka troska. Zrozumiał bowiem, że za nimi padł już trup. Gdyby teraz wpadli w ręce egipskiego rządu, nawet wstawiennictwo Stasia nie uchroniłoby ich od sądu i kary.

Staś słuchał z bijącym sercem i z wielką uwagą. W tej rozmowie były rzeczy pocieszające. Pościg był zorganizowany, nagrody obiecane, a szejkowie plemion nad rzeką dostali rozkaz zatrzymywania karawan jadących na południe. Chłopca ucieszyła też wiadomość o parowcach, które płynęły w górę rzeki, pełne angielskiego wojska. Derwisze Mahdiego mogli walczyć z armią egipską, a nawet ją pokonywać. Ale z Anglikami była zupełnie inna sprawa. Staś ani przez chwilę nie wątpił, że pierwsza bitwa skończy się całkowitą zagładą dzikich tłumów. „Mogą nas nawet dowieźć do Mahdiego — mówił więc sobie z pociechą w duszy. — Ale może się zdarzyć, że zanim dojedziemy, nie będzie już ani Mahdiego, ani jego derwiszów.” Ale tę pociechę zatruwała mu pewna myśl. Czekały ich w takim razie jeszcze całe tygodnie drogi, która w końcu musiała wyczerpać siły Nel. Przez cały ten czas mieli być w towarzystwie łotrów i morderców. Kiedy przypomniał sobie tego młodego Araba, którego Beduini zarżnęli jak barana, ogarnął go strach i żal. Postanowił nie mówić o tym Nel, żeby jej nie przestraszyć. Nie chciał powiększać smutku, który czuła po zniknięciu złudnego obrazu oazy Fajum i miasta Medinet. Jeszcze przed przybyciem do khoru widział, że łzy mimo woli cisnęły się jej do oczu. Gdy więc dowiedział się z opowiadania Beduinów wszystkiego, co chciał wiedzieć, udał, że się obudził, i podszedł do niej. Siedziała w kącie przy Dinah, jadła daktyle i trochę je skrapiała łzami. Kiedy zobaczyła Stasia, przypomniała sobie, że niedawno uznał jej postępowanie za godne osoby co najmniej trzynastoletniej. Nie chciała znów pokazać się jako dziecko. Ścisnęła więc z całej siły ząbkami pestkę daktyla, żeby powstrzymać szlochanie.

— Nel! — powiedział chłopiec. — Medinet to było złudzenie, ale wiem na pewno, że nas ścigają, więc nie martw się i nie płacz.

Dziewczynka podniosła na niego oczy pełne łez i odpowiedziała przerywanym głosem:

— Nie, Stasiu... ja nie chcę płakać... tylko mi się tak... oczy pocą...

Ale w tej chwili jej bródka zaczęła się trząść, spod rzęs popłynęły wielkie łzy i rozszlochała się na dobre.

Wstydziła się tych łez i spodziewała się, że Staś ją za nie skrzyczy. Ze wstydu, a trochę i ze strachu, schowała więc główkę na jego piersi i obficie zmoczyła mu ubranie.

Ale on od razu zaczął ją pocieszać.

— Nel, nie bądź fontanną. Widziałaś, że oni odebrali jakiemuś Arabowi strzelbę i wielbłądzicę? A wiesz, co to znaczy? To znaczy, że na pustyni jest pełno straży. Raz tym niegodziwcom udało się złapać strażnika, ale następnym razem to ich złapią. Po Nilu pływa też mnóstwo statków... A jakże! Wrócimy, Nel, wrócimy, i to parowcem. Nie bój się!...

I dłużej by ją tak pocieszał, ale jego uwagę zwrócił dziwny dźwięk. Dochodził z zewnątrz, od wydm piaszczystych, które ostatni huragan nawiał na dno khoru. Było to coś podobnego do cienkiego, metalicznego głosu trzcinowej piszczałki. Staś przerwał rozmowę i zaczął nasłuchiwać. Po chwili takie cieniutkie i żałosne głosy odezwały się z wielu stron naraz. Chłopcu przyszło na myśl, że to może arabskie straże otaczają khor i nawołują się gwizdkami. Serce zaczęło mu bić. Spojrzał raz i drugi na Sudańczyków. Miał nadzieję, że zobaczy na ich twarzach strach, ale nie! Idrys, Gebhr i dwaj Beduini spokojnie gryźli suchary. Tylko Chamis wydawał się trochę zdziwiony. A głosy ciągle trwały. Po pewnym czasie Idrys wstał i wyjrzał z jaskini. Kiedy wracał, zatrzymał się koło dzieci i powiedział:

— Piaski zaczynają śpiewać.

Staś był tak ciekawy, że zapomniał w tej chwili o swoim postanowieniu, by w ogóle nie rozmawiać z Idrysem. Zapytał:

— Piaski? Co to znaczy?

— Tak bywa, a znaczy to, że długo nie będzie deszczu. Ale upał nam nie dokuczy, bo aż do Assuanu będziemy jechali tylko nocą.

I więcej nie można się było od niego dowiedzieć. Staś i Nel długo wsłuchiwali się w te dziwne dźwięki. Trwały one tak długo, aż słońce zniżyło się ku zachodowi. Potem zapadła noc i karawana ruszyła w dalszą drogę.

### Słowniczek

- **khorów, khoru**: khor: wąwóz na pustyni, zwykle suchy.
- **wielbłądy, wielbłąda**: duże zwierzęta pustyni z garbami na grzbiecie.
- **wielbłądzicę**: wielbłądzica: samica wielbłąda.
- **szejkowie, szejków**: szejk: starszy i przywódca u Arabów.
- **kępy**: kępa: mała grupa drzew lub krzewów.
- **etap**: część podróży między dwoma postojami.
- **uled**: chłopiec (po arabsku).
- **katarakta**: miejsce, gdzie rzeka spada przez skały.
- **branka**: kobieta lub dziewczynka porwana do niewoli.
- **fatamorgana**: obraz na pustyni, którego naprawdę nie ma.
- **mudir**: gubernator prowincji.
- **babur**: parowiec (po arabsku).
- **po miedzianym drucie**: telegraficznie, przez telegraf.
- **gurda**: naczynie na wodę z suchej tykwy.
- **biesagi**: bagaż na grzbiecie zwierzęcia.

## Rozdział XIII

W dzień chowali się w ukrytych i trudno dostępnych miejscach wśród skał i szczelin. Nocami pędzili bez odpoczynku, aż minęli pierwszą kataraktę. W końcu Beduini poznali po położeniu i kształcie khorów, że Assuan został już za nimi. Idrysowi spadł wtedy z piersi wielki ciężar. Brakowało im już wody, więc zbliżyli się do rzeki na pół dnia drogi. Następnej nocy Idrys ukrył tam karawanę i wysłał z Beduinami wszystkie wielbłądy do Nilu. Miały się dobrze napoić, tak żeby wystarczyło na dłuższy czas. Za Assuanem urodzajny pas ziemi wzdłuż Nilu był już węższy. W niektórych miejscach pustynia dochodziła do samej rzeki. Wsie leżały daleko od siebie. Beduini wrócili więc szczęśliwie, nikt ich nie zobaczył, i przywieźli duże zapasy wody. Trzeba było już tylko pomyśleć o jedzeniu, bo zwierzęta, skąpo karmione, bardzo schudły w ciągu tygodnia. Szyje im się wydłużyły, garby opadły, a nogi osłabły. Durry i zapasów dla ludzi z wielką biedą mogło wystarczyć jeszcze na dwa dni. Idrys myślał jednak, że po dwóch dniach można będzie zbliżyć się do pastwisk nad rzeką. Jeśli nie w dzień, to w nocy. Może też uda się kupić suchary i daktyle w jakiejś wiosce.

Sabie nie dawano już wcale jeść ani pić. Tylko dzieci chowały dla niego resztki jedzenia. On jednak jakoś sobie radził. Na postoje przybiegał często z zakrwawioną paszczą i ze śladami ugryzień na szyi i piersi. Czy zdobyczą w tych walkach były szakale, hieny, a może lisy piaskowe albo gazele, tego nikt nie wiedział. W każdym razie nie było po nim widać wielkiego głodu. Czasem jego czarne wargi były też wilgotne, jakby pił. Beduini domyślali się, że na dnie khorów kopie głębokie jamy i dokopuje się do wody, którą czuje węchem pod ziemią. Tak samo kopią nieraz w szczelinach zabłąkani podróżni. Często nie znajdują wody, ale prawie zawsze dochodzą do wilgotnego piasku. Wysysają go i w ten sposób oszukują męki pragnienia.

W Sabie zaszły jednak duże zmiany. Pierś i kark miał ciągle potężne, ale boki mu się zapadły i przez to wydawał się jeszcze wyższy. W jego oczach o czerwonych białkach było teraz coś dzikiego i groźnego. Do Nel i do Stasia był przywiązany jak dawniej i pozwalał im robić ze sobą, co chcieli. Chamisowi czasem jeszcze merdał ogonem. Ale na Beduinów i Sudańczyków warczał albo kłapał swoimi strasznymi kłami, które uderzały o siebie jak stalowe gwoździe. Idrys i Gebhr po prostu zaczęli się go bać. Mimo usługi, jaką im oddał, tak go znienawidzili, że pewnie zabiliby go z tej zdobytej strzelby. Powstrzymała ich chęć przywiezienia Smainowi niezwykłego zwierzęcia i to, że minęli już Assuan.

Minęli Assuan! Staś ciągle o tym myślał. Do jego duszy zaczęła powoli wkradać się wątpliwość, czy pościg ich dogoni. Wiedział wprawdzie, że właściwy Egipt kończy się za Wadi-Halfa, to jest za drugą kataraktą. Wiedział też, że nie tylko Egipt, ale i cała Nubia jest dotąd w ręku egipskiego rządu. Rozumiał jednak, że za Assuanem, a zwłaszcza za Wadi-Halfa, pogoń będzie trudniejsza, a rozkazy rządu gorzej wykonywane. Miał tylko jeszcze nadzieję, że ojciec i pan Rawlison zorganizowali pogoń z Fajumu, a sami popłynęli parowcem do Wadi-Halfa. Liczył, że tam dostaną od rządu żołnierzy na wielbłądach i spróbują przeciąć karawanie drogę od południa. Chłopiec doszedł do wniosku, że na ich miejscu zrobiłby właśnie tak. Dlatego uważał, że jest to bardzo prawdopodobne.

Nie przestał jednak myśleć o ratunku na własną rękę. Sudańczycy potrzebowali prochu do zdobytej strzelby. Postanowili więc rozkręcić kilkanaście nabojów do sztucera. Staś powiedział im więc, że tylko on potrafi to zrobić. Jeśli któryś z nich weźmie się do tego nieumiejętnie, nabój wybuchnie mu w palcach i urwie mu ręce. Idrys w ogóle bał się rzeczy nieznanych i angielskich wynalazków, więc w końcu powierzył tę pracę chłopcu. Staś wziął się do niej chętnie. Po pierwsze miał nadzieję, że silny angielski proch rozsadzi przy pierwszym strzale starą arabską strzelbę. Po drugie liczył, że ukryje trochę nabojów. I rzeczywiście poszło mu to łatwiej, niż myślał. Niby go przy pracy pilnowano, ale Arabowie od razu zaczęli gadać między sobą. Wkrótce bardziej zajmowała ich rozmowa niż pilnowanie. Ta ich gadatliwość i wrodzona niedbałość pozwoliły Stasiowi ukryć za koszulą siedem nabojów. Teraz trzeba było tylko dostać się do sztucera.

Chłopiec sądził, że za Wadi-Halfa, to jest za drugą kataraktą, nie będzie to zbyt trudne. Przewidywał bowiem, że czujność Arabów będzie maleć, w miarę jak będą bliżej celu. Na myśl, że będzie musiał pozabijać Sudańczyków i Beduinów, a nawet Chamisa, zawsze przechodził go dreszcz. Ale po morderstwie, którego dopuścili się Beduini, nie miał już żadnych skrupułów. Mówił sobie, że przecież chodzi o obronę, o wolność i życie Nel. Może więc nie liczyć się z życiem przeciwników, zwłaszcza jeśli się nie poddadzą i dojdzie do walki.

Ale chodziło o sztucer. Staś postanowił zdobyć go podstępem. Gdyby zdarzyła się okazja, nie będzie czekał aż do Wadi-Halfa, tylko zrobi to jak najszybciej.

I nie czekał.

Minęły już dwa dni, odkąd przejechali Assuan. O świcie trzeciego dnia Idrys musiał wreszcie wysłać Beduinów po żywność, której całkiem zabrakło. Przeciwników było teraz mniej, więc Staś powiedział sobie: „Teraz albo nigdy”. I natychmiast zwrócił się do Sudańczyka z takim pytaniem:

— Idrysie, czy wiesz, że kraj, który zaczyna się niedaleko za Wadi-Halfa, to już Nubia?

— Wiem. Miałem piętnaście lat, a Gebhr osiem, gdy ojciec przywiózł nas z Sudanu do Fajumu. Pamiętam, że przejechaliśmy wtedy na wielbłądach całą Nubię. Ale ten kraj należy jeszcze do Turków (Egipcjan).

— Tak, Mahdi jest dopiero pod Chartumem. Widzisz, jak głupio gadał Chamis, gdy mówił wam, że wojska derwiszów dochodzą już do Assuanu. Ale ja chcę zapytać o coś innego. Czytałem w książkach, że w Nubii jest dużo dzikich zwierząt i dużo rozbójników. Nie służą oni nikomu i napadają zarówno Egipcjan, jak i wiernych Mahdiego. Czym będziecie się bronić, jeśli napadną was dzikie zwierzęta albo rozbójnicy?

Staś specjalnie przesadzał, kiedy mówił o dzikich zwierzętach. Ale rozboje w Nubii zdarzały się od czasu wojny dość często, zwłaszcza w południowej części kraju, przy granicy z Sudanem.

Idrys zastanowił się przez chwilę nad tym pytaniem. Zaskoczyło go ono, bo dotąd nie pomyślał o tym nowym niebezpieczeństwie. Odpowiedział:

— Mamy noże i strzelbę.

— Taka strzelba jest na nic.

— Wiem. Twoja jest lepsza, ale nie umiemy z niej strzelać, a tobie nie damy jej do ręki.

— Nawet nienabitej?

— Nawet, bo może być zaczarowana.

Staś wzruszył ramionami.

— Idrysie, gdyby mówił to Gebhr, tobym się nie dziwił, ale o tobie myślałem, że masz więcej rozumu. Z nienabitej strzelby nie wystrzeli nawet wasz Mahdi.

— Milcz — przerwał surowo Idrys. — Mahdi potrafi wystrzelić nawet z palca.

— To strzelaj tak i ty.

Sudańczyk spojrzał bystro w oczy chłopca.

— Dlaczego chcesz, żebym dał ci strzelbę?

— Chcę cię nauczyć z niej strzelać.

— Co ci na tym zależy?

— Bardzo dużo, bo jeśli napadną nas rozbójnicy, mogą wszystkich pozabijać! Ale jeśli boisz się i strzelby, i mnie, to mniejsza o to.

Idrys zamilkł. Naprawdę się bał, ale nie chciał się do tego przyznać. Bardzo mu jednak zależało, by poznać angielską broń. Gdyby ją bowiem miał i umiał jej używać, zyskałby większe znaczenie w obozie mahdystów. Poza tym w razie jakiegoś napadu łatwiej by mu było się obronić.

Po krótkim namyśle powiedział więc:

— Dobrze. Niech Chamis poda strzelbę, a ty ją wyjmij.

Chamis obojętnie spełnił rozkaz. Gebhr nie mógł się temu sprzeciwić, bo pracował w pobliżu przy wielbłądach. Staś trochę drżącymi rękami wyjął kolbę, potem lufy i podał je Idrysowi.

— Widzisz, że są puste — powiedział.

Idrys wziął lufy i spojrzał przez nie w górę.

— Tak, nie ma w nich nic.

— Teraz uważaj — mówił Staś. — Tak się sztucer składa (i mówiąc to, złożył lufy z kolbą), a tak się otwiera. Widzisz? Znów go rozkładam, a teraz złóż go ty...

Sudańczyk, który z wielką uwagą przyglądał się ruchom Stasia, zaczął próbować. Nie od razu było mu łatwo. Ale Arabowie są w ogóle bardzo zręczni, więc po chwili sztucer był złożony.

— Otwórz! — komenderował Staś.

Idrys łatwo otworzył sztucer.

— Zamknij.

Poszło jeszcze łatwiej.

— Teraz daj mi dwie puste łuski. Nauczę cię, jak się zakłada naboje.

Arabowie zachowali rozkręcone łuski, bo miały dla nich wartość mosiądzu. Idrys podał dwie z nich Stasiowi i nauka zaczęła się od nowa.

W pierwszej chwili Sudańczyk trochę się przestraszył trzasku kapiszonów w łuskach. W końcu jednak przekonał się, że z pustych luf i pustych nabojów nikt nie wystrzeli. Znów zaczął ufać Stasiowi także dlatego, że chłopiec co chwila oddawał mu broń do ręki.

— Tak — powiedział Staś. — Umiesz już składać sztucer, umiesz otwierać, zamykać, trzymać przy twarzy i pociągać za spust. Ale trzeba się jeszcze nauczyć celować. To jest najtrudniejsze. Weź pustą gurdę po wodzie i postaw ją o sto kroków stąd... o, na tych kamieniach. Potem wróć tu do mnie, a pokażę ci, jak się celuje.

Idrys wziął gurdę i bez najmniejszego wahania poszedł postawić ją na wskazanych kamieniach. Ale zanim zrobił pierwsze sto kroków, Staś wysunął puste łuski i włożył na ich miejsce pełne naboje. Serce i tętno w skroniach biły mu z taką siłą, że myślał, iż rozsadzą mu głowę. Nadeszła chwila decydująca, chwila wolności dla Nel i dla niego, chwila zwycięstwa, straszna i upragniona zarazem!

Życie Idrysa było w jego ręku. Jedno pociągnięcie za spust i ten zdrajca, który porwał Nel, padnie trupem. Ale Staś miał w żyłach polską i francuską krew. Poczuł nagle, że za nic w świecie nie zdoła strzelić do człowieka odwróconego plecami. Niech się przynajmniej odwróci i niech spojrzy śmierci w oczy. A potem co? Potem przybiegnie Gebhr i zanim zrobi dziesięć kroków, też będzie gryzł piasek. Zostanie Chamis. Ale Chamis straci głowę, a choćby jej nie stracił, będzie czas włożyć do luf nowe naboje. Gdy przyjadą Beduini, zastaną trzy trupy i sami dostaną to, na co zasłużyli. Potem wystarczy skierować wielbłądy ku rzece.

Wszystkie te myśli i obrazy przelatywały jak wicher przez głowę Stasia. Czuł, że to, co ma się stać za parę minut, jest straszne i konieczne zarazem. W jego piersi duma zwycięzcy mieszała się z okropnym wstrętem do tego zwycięstwa. Przez chwilę się zawahał. Ale wspomniał męki, które znosili biali jeńcy. Pomyślał o ojcu, o panu Rawlisonie, o Nel i o Gebhrze, który uderzył dziewczynkę korbaczem. I nienawiść wybuchnęła w nim z nową siłą. „Trzeba! Trzeba!” — mówił sobie przez zaciśnięte zęby. Na jego twarzy odbiło się bezlitosne postanowienie, a ona sama stała się jakby wykuta z kamienia. Tymczasem Idrys postawił skórzaną gurdę na kamieniu odległym o sto kroków i zawrócił. Staś widział jego uśmiechniętą twarz i całą wysoką postać na równej, piaszczystej płaszczyźnie. Po raz ostatni przemknęła mu myśl, że ten żywy człowiek za chwilę upadnie na ziemię. Będzie rwał palcami piasek w ostatnich konwulsjach. Ale wahanie chłopca się skończyło. Gdy Idrys przeszedł pięćdziesiąt kroków, Staś zaczął powoli podnosić broń do oka.

Zanim jednak dotknął palcem spustu, zza piaszczystych wzniesień, odległych o kilkaset kroków, rozległ się głośny okrzyk. W tej samej minucie na równinę wysypało się około dwudziestu jeźdźców na koniach i wielbłądach. Idrys na ich widok skamieniał. Staś też był zdumiony, ale jego zdumienie natychmiast zmieniło się w szaloną radość. Oto wreszcie oczekiwana pogoń! Tak! To nie może być nic innego! We wsi widocznie schwytano Beduinów, a oni wskazali, gdzie ukrywa się reszta karawany! Tak samo zrozumiał to Idrys. Oprzytomniał, przybiegł do Stasia z twarzą szarą z przerażenia, ukląkł u jego nóg i zaczął powtarzać zdyszanym głosem:

— Panie, ja byłem dla was dobry! Byłem dobry dla małej bint, pamiętaj o tym!...

Staś odruchowo wysunął naboje z luf i patrzył. Jeźdźcy pędzili ile sił w koniach i wielbłądach. Krzyczeli z radości i wyrzucali w górę długie arabskie strzelby, które z niezwykłą zręcznością łapali w biegu. W jasnym, przezroczystym powietrzu widać ich było doskonale. W środku, na czele, lecieli dwaj Beduini i machali jak szaleni rękami i burnusami.

Po kilku minutach cała banda dopadła do karawany. Niektórzy jeźdźcy zeskakiwali z koni i wielbłądów, inni zostali w siodłach, ale wszyscy ciągle wrzeszczeli wniebogłosy. Wśród tych krzyków można było odróżnić tylko dwa słowa:

— Chartum! Gordon! Gordon! Chartum!...

W końcu jeden z Beduinów, ten, którego towarzysz nazywał Abu-Angą, przypadł do Idrysa skulonego u nóg Stasia i zaczął wołać:

— Chartum wzięte! Gordon zabity. Mahdi zwycięzca!

Idrys wyprostował się, ale jeszcze nie wierzył własnym uszom.

— A ci ludzie? — zapytał drżącymi wargami.

— Ci ludzie mieli nas schwytać, a teraz idą razem z nami do proroka!

Stasiowi pociemniało w oczach...

### Słowniczek

- **katarakta**: miejsce, gdzie rzeka spada przez skały.
- **durra**: afrykańskie zboże.
- **sztucer**: dobra strzelba myśliwska.
- **łuski**: łuska: metalowa część naboju, w której jest proch.
- **khorów**: khor: wąwóz na pustyni, zwykle suchy.
- **wielbłądy, wielbłądach**: duże zwierzęta pustyni z garbami na grzbiecie.
- **lufy, luf**: lufa: metalowa rura strzelby, z której wylatuje pocisk.
- **spust**: mała część strzelby, którą pociąga się palcem, żeby strzelić.
- **męki**: wielki ból i cierpienie.
- **rozbójnicy**: ludzie, którzy napadają na podróżnych i ich rabują.
- **kapiszon**: mały element, który zapala proch w naboju.
- **gurda**: naczynie na wodę z suchej tykwy.
- **skrupuły**: wątpliwości, czy coś jest dobre i uczciwe.
- **burnus**: arabski płaszcz z kapturem.
- **mahdysta**: człowiek, który walczy po stronie Mahdiego.

## Rozdział XIV

I rzeczywiście zgasła ostatnia nadzieja na ucieczkę w czasie podróży. Staś wiedział już, że jego pomysły na nic się nie przydadzą i że pogoń ich nie dogoni. Jeśli wytrzymają trudy drogi, dojadą do Mahdiego i trafią w ręce Smaina. Pocieszała go teraz tylko jedna myśl. Zostali porwani po to, by Smain oddał ich za swoje dzieci. Ale kiedy to się stanie i co może ich spotkać przedtem? Jak straszna niedola czeka ich wśród dzikiej hordy pijanej krwią? Nikt nie mógł powiedzieć, czy Nel wytrzyma te wszystkie trudy i niewygody. Wiadomo było natomiast, że Mahdi i jego derwisze nienawidzą chrześcijan i w ogóle Europejczyków. Wyznawcy Mahdiego mordowali nawet mahometan wiernych rządowi. W duszy chłopca zrodziła się więc obawa, czy Smain ma dość wpływów. Czy zdoła ochronić ich oboje przed zniewagami, okrucieństwem i wściekłością tych ludzi? Po raz pierwszy od porwania Stasia ogarnęła głęboka rozpacz. Pojawiła się też w nim jakaś przesadna myśl, że prześladuje ich zły los. Przecież sam pomysł porwania ich z Fajumu i zawiezienia do Chartumu był po prostu szaleństwem. Mogli to wymyślić tylko tak dzicy i głupi ludzie jak Idrys i Gebhr. Nie rozumieli oni, że muszą przejechać tysiące kilometrów przez kraj rządzony przez Egipt, a właściwie przez Anglików. Na dobrą sprawę powinni być schwytani już drugiego dnia. A jednak wszystko tak się ułożyło, że są już niedaleko drugiej katarakty. Żadna wcześniejsza pogoń ich nie dogoniła. Ostatnia, która mogła ich zatrzymać, połączyła się z nimi i będzie im odtąd pomagać. Do rozpaczy Stasia i strachu o los małej Nel dołączyło się jeszcze upokorzenie. Nic nie potrafił poradzić, a co więcej, nie mógł już nic wymyślić. Bo nawet gdyby oddano mu teraz sztucer i naboje, nie mógłby przecież zatrzymać wszystkich Arabów z karawany.

Gryzł się tymi myślami tym bardziej, że ratunek był już tak blisko. Gdyby Chartum nie upadł albo upadł kilka dni później, złapaliby ich i oddali rządowi. Zrobiliby to ci sami ludzie, którzy przeszli teraz na stronę Mahdiego. Staś siedział na wielbłądzie za Idrysem, słuchał ich rozmów i przekonał się, że na pewno tak by było. Zaraz bowiem po wyruszeniu w dalszą drogę naczelnik pogoni zaczął opowiadać Idrysowi, dlaczego zdradzili chedywa. Wiedzieli wcześniej, że wielka armia, już nie egipska, ale angielska, wyruszyła na południe przeciw derwiszom. Dowodził nią generał Wolseley. Widzieli mnóstwo statków, które wiozły groźnych angielskich żołnierzy z Assuanu do Wadi-Halfa. Stamtąd budowano dla nich kolej do Abu-Hammed. Przez długi czas wszyscy szejkowie nad rzeką byli pewni, że zguba derwiszów i ich proroka jest nieunikniona. Tak myśleli ci, którzy zostali wierni rządowi, i ci, którzy w głębi duszy sprzyjali Mahdiemu. Bo Anglików nikt nigdy nie zwyciężył.

— Allach akbar! — przerwał Idrys i wzniósł ręce do góry. — A jednak zostali zwyciężeni!

— Nie — odpowiedział naczelnik pogoni. — Mahdi wysłał przeciw nim plemiona Dżallno, Barbara i Dadżim, razem blisko trzydzieści tysięcy swoich najlepszych wojowników. Dowodził nimi Musa, syn Helu. Pod Abu-Klea doszło do strasznej bitwy, w której Bóg dał zwycięstwo niewiernym.

— Tak. Musa, syn Helu, poległ, a z jego żołnierzy tylko garstka wróciła do Mahdiego. Dusze innych są w raju, a ciała leżą w piaskach i czekają na dzień zmartwychwstania. Wieść o tym szybko rozeszła się nad Nilem. Myśleliśmy wtedy, że Anglicy pójdą dalej na południe i uwolnią Chartum. Ludzie powtarzali: „Koniec, koniec!” A tymczasem Bóg zdecydował inaczej.

— Jak? Co się stało? — pytał gorączkowo Idrys.

— Co się stało? — mówił naczelnik z rozjaśnioną twarzą. — Tymczasem Mahdi zdobył Chartum, a Gordonowi w czasie szturmu ucięto głowę. Anglikom chodziło tylko o Gordona. Kiedy więc dowiedzieli się o jego śmierci, wrócili na północ. Allach! Znów widzieliśmy statki z ogromnymi żołnierzami, które płynęły w dół rzeki, ale nie rozumieliśmy, co to znaczy. Anglicy dobre nowiny ogłaszają od razu, a złe ukrywają. Niektórzy z naszych mówili, że Mahdi już zginął. Ale w końcu prawda wyszła na jaw. Ten kraj należy jeszcze do rządu. W Wadi-Halfa i dalej, aż do trzeciej, a może i czwartej katarakty, są jeszcze żołnierze chedywa. Ale teraz, po odwrocie Anglików, wierzymy już, że Mahdi podbije nie tylko Nubię i Egipt. Podbije też Mekkę i Medinę, i cały świat. Dlatego zamiast was złapać i wydać rządowi, jedziemy razem z wami do proroka.

— Więc przyszły rozkazy, żeby nas złapać?

— Do wszystkich wiosek, do wszystkich szejków, do załóg wojskowych. Tam, gdzie nie dochodzi miedziany drut, po którym lecą rozkazy z Kairu, przyjeżdżali zabtie (żandarmi). Ogłaszali, że kto was złapie, dostanie tysiąc funtów nagrody. Maszallach... to wielkie bogactwo!... wielkie!...

Idrys spojrzał podejrzliwie na mówiącego:

— Ale wy wolicie błogosławieństwo Mahdiego?

— Tak. A poza tym zdobył on w Chartumie ogromne łupy i tyle pieniędzy, że funty egipskie mierzy workami na obrok. Rozdaje je swoim wiernym...

— Ale jeśli żołnierze egipscy są jeszcze w Wadi-Halfa i dalej, mogą nas złapać po drodze.

— Nie. Trzeba się tylko spieszyć, zanim się opamiętają. Oni teraz, po odwrocie Anglików, całkiem potracili głowy. Dotyczy to i wiernych rządowi szejków, i żołnierzy, i zabtie. Wszyscy myślą, że Mahdi lada chwila nadejdzie. Dlatego ci z nas, którzy mu w duszy sprzyjali, śmiało uciekają teraz do niego i nikt ich nie ściga. Bo w tych pierwszych chwilach nikt nie wydaje rozkazów i nikt nie wie, kogo słuchać.

— Tak — odpowiedział Idrys — ale prawdę powiedziałeś, że trzeba się spieszyć, zanim się opamiętają, bo do Chartumu jeszcze daleko...

Staś dokładnie wysłuchał całej tej rozmowy i na chwilę znów zabłysnął mu słaby promyk nadziei. Jeśli żołnierze egipscy stali jeszcze w różnych miejscach nad rzeką w Nubii, musieli cofać się przed hordami Mahdiego lądem. Anglicy zabrali przecież wszystkie statki. W takim razie karawana mogła wpaść na któryś z cofających się oddziałów i zostać otoczona. Staś wyliczył też, że musiało minąć sporo czasu, zanim wieść o zdobyciu Chartumu dotarła do plemion arabskich. Mieszkały one na północ od Wadi-Halfa. Rząd egipski i Anglicy przecież ją ukrywali. Przypuszczał więc, że zamieszanie, które na początku musiało zapanować wśród Egipcjan, już minęło. Niedoświadczonemu chłopcu nie przyszło jednak na myśl, że upadek Chartumu i śmierć Gordona każą ludziom zapomnieć o wszystkim innym. Nie pomyślał też o szejkach wiernych rządowi i o miejscowych egipskich władzach. Będą teraz mieli co innego do roboty niż ratowanie dwojga białych dzieci.

I rzeczywiście Arabowie, którzy dołączyli do karawany, nie bali się zbytnio pogoni. Jechali wprawdzie w wielkim pośpiechu i nie żałowali wielbłądów, ale trzymali się blisko Nilu. Często nocami skręcali do rzeki, żeby napoić zwierzęta i nabrać wody do skórzanych worków. Czasem odważali się wjeżdżać do wiosek nawet w dzień. Dla bezpieczeństwa zawsze wysyłali najpierw na zwiady kilku ludzi. Ci udawali, że chcą kupić żywność, i dowiadywali się, co słychać w okolicy. Pytali, czy w pobliżu nie ma wojsk egipskich i czy mieszkańcy nie są wierni „Turkom”. Jeśli trafili na ludzi, którzy potajemnie sprzyjali Mahdiemu, cała karawana zjeżdżała do wsi. Często opuszczała ją powiększona o kilku lub nawet kilkunastu młodych Arabów, którzy też chcieli uciekać do Mahdiego.

Idrys dowiedział się też, że prawie wszystkie egipskie oddziały stoją od strony Pustyni Nubijskiej, czyli po prawej, wschodniej stronie Nilu. Żeby ich nie spotkać, wystarczyło trzymać się lewego brzegu i omijać większe miasteczka i osady. Nadkładali przez to wprawdzie dużo drogi, bo od Wadi-Halfa rzeka tworzy ogromny łuk. Schodzi on daleko na południe, a potem skręca znów na północny wschód, aż do Abu-Hammed. Tam rzeka przybiera już całkiem południowy kierunek. Za to lewy brzeg, zwłaszcza od oazy Selima, prawie wcale nie był strzeżony. A Sudańczykom droga mijała wesoło w większym towarzystwie, przy obfitości wody i zapasów.

Kiedy minęli trzecią kataraktę, przestali się nawet spieszyć. Jechali tylko nocami, a w dzień chowali się wśród piaszczystych wzgórz i khorów, którymi poprzecinana była cała pustynia. Nad nimi rozciągało się niebo bez jednej chmurki, ciche i spokojne. Było szare na krańcach horyzontu, a w środku wysokie jak olbrzymia kopuła. Z każdym dniem, w miarę jak jechali na południe, upał stawał się jednak coraz straszniejszy. Nawet w khorach, w głębokim cieniu, gorąco dokuczało ludziom i zwierzętom. Noce natomiast były bardzo chłodne, pełne migoczących gwiazd, które tworzyły jakby mniejsze i większe stadka.

Staś zauważył, że nie są to już te same gwiazdozbiory, które świeciły nocami nad Port-Saidem. Nieraz marzył o tym, żeby kiedyś w życiu zobaczyć Krzyż Południa. I wreszcie zobaczył go za El-Orde. Ale teraz jego blask zapowiadał mu tylko nieszczęście. Od kilku dni świeciło im też co noc blade, rozproszone i smutne światło zodiakalne. Po zgaśnięciu wieczornych zórz do późnej godziny srebrzyło ono zachodnią stronę nieba.

### Słowniczek

- **szejkowie, szejków**: szejk: starszy i przywódca u Arabów.
- **zniewagami**: zniewaga: słowo lub czyn, które obrażają człowieka.
- **Allach akbar**: Bóg jest wielki.
- **odwrocie**: odwrót: cofanie się wojska.
- **opamiętają**: opamiętać się: zacząć znowu myśleć spokojnie i rozsądnie.
- **horda**: (obraźliwe) dzika, groźna grupa wojowników.
- **derwisz**: muzułmański mnich; w tej książce też żołnierz Mahdiego.
- **mahometanin**: (stare) muzułmanin.
- **katarakta**: miejsce, gdzie rzeka spada przez skały.
- **chedyw**: władca Egiptu.
- **niewierny**: człowiek innej wiary; słowo używane jako obelga.
- **zabtie**: egipscy policjanci.
- **miedziany drut**: telegraf; po nim szły rozkazy.
- **obrok**: jedzenie dla koni i wielbłądów.
- **światło zodiakalne**: słaby blask na niebie po zmroku.

## Rozdział XV

Dwa tygodnie po wyruszeniu z okolic Wadi-Halfa karawana wjechała do kraju zdobytego przez Mahdiego. Szybko przejechali pagórkowatą pustynię Gezire. W pobliżu Chendi, gdzie Anglicy wcześniej całkowicie rozbili Musę, syna Helu, wjechali w okolice wcale niepodobne do pustyni. Nie było tu widać piasków ani wydm. Jak okiem sięgnąć, rozciągał się step. Częściowo porastała go zielona trawa, a częściowo dżungla. Rosły w niej kępy kolczastych akacji, które dają znaną gumę sudańską. Tu i ówdzie stały też pojedyncze, ogromne drzewa nabak. Były tak rozłożyste, że pod ich konarami stu ludzi mogło schronić się przed słońcem. Od czasu do czasu karawana mijała wysokie, podobne do słupów kopce termitów, czyli termitiery. Jest ich pełno w całej podzwrotnikowej Afryce. Zieleń pastwisk i akacji była miła dla oczu po jednostajnym, martwym kolorze pustynnych piasków.

Tam, gdzie step był łąką, pasły się stada wielbłądów. Pilnowali ich uzbrojeni wojownicy Mahdiego. Na widok karawany zrywali się jak drapieżne ptaki i biegli do niej. Otaczali ją ze wszystkich stron, potrząsali dzidami i wrzeszczeli wniebogłosy. Pytali ludzi, skąd są, dlaczego jadą z północy i dokąd zmierzają. Czasami byli tak groźni, że Idrys musiał jak najszybciej odpowiadać na pytania, żeby uniknąć napaści.

Staś wyobrażał sobie, że mieszkańcy Sudanu różnią się od Arabów z Egiptu tylko jednym. Wierzą w Mahdiego i nie chcą uznać władzy chedywa. Teraz zobaczył, że całkowicie się mylił. Ludzie, którzy co chwila zatrzymywali karawanę, mieli przeważnie skórę ciemniejszą nawet niż Idrys i Gebhr. W porównaniu z dwoma Beduinami byli prawie czarni. Krew murzyńska przeważała w nich nad arabską. Ich twarze i piersi były tatuowane. Tatuaże przedstawiały różne rysunki albo napisy z Koranu. Niektórzy byli prawie nadzy. Inni nosili dżiuby, czyli płaszcze z białej bawełnianej tkaniny, naszywane kolorowymi łatkami. Wielu miało gałązki korala albo kawałki kości słoniowej przeciągnięte przez nos, wargi i uszy. Przywódcy nosili na głowach białe krymki z takiej samej tkaniny jak płaszcze. Prości wojownicy mieli głowy odkryte. Nie golili ich jak Arabowie w Egipcie. Przeciwnie, mieli na głowach ogromne, kręcone kudły. Włosy były często spalone na czerwono od wapna, którym smarowali je dla ochrony przed robactwem. Ich bronią były głównie dzidy, straszne w ich rękach. Nie brakowało im też karabinów Remingtona, które zdobyli w zwycięskich walkach z armią egipską i po upadku Chartumu. W ogóle wyglądali przerażająco. Wobec karawany zachowywali się wrogo, bo podejrzewali, że to egipscy kupcy. W pierwszej chwili po zwycięstwie Mahdi zabronił im wjazdu do Sudanu.

Zwykle otaczali karawanę i z wrzaskiem i groźbami przykładali dzidy do piersi ludzi albo celowali do nich z karabinów. Idrys krzyczał wtedy, że on i jego brat należą do plemienia Dangalów, tego samego, z którego pochodzi Mahdi. Dodawał, że wiozą prorokowi białe dzieci jako niewolników. Tylko to powstrzymywało dzidy. Staś w końcu zetknął się z tą okropną rzeczywistością. Na myśl o tym, co czeka ich oboje w następnych dniach, zamierała w nim dusza. Idrys, który przez długie lata żył w kraju cywilizowanym, też nie wyobrażał sobie czegoś takiego. Ucieszył się więc, gdy pewnego wieczoru otoczył ich uzbrojony oddział emira Nur-el-Tadhila i poprowadził do Chartumu.

Nur-el-Tadhil, zanim uciekł do Mahdiego, był oficerem egipskim w murzyńskim pułku chedywa. Nie był więc tak dziki jak inni mahdyści i Idrys mógł się z nim łatwiej porozumieć. Ale i tu spotkał go zawód. Wyobrażał sobie, że jego przybycie z białymi dziećmi do obozu Mahdiego wzbudzi podziw. Choćby ze względu na szalone trudy i niebezpieczeństwa drogi. Spodziewał się, że mahdyści przyjmą go z zapałem, z otwartymi ramionami i odprowadzą w tryumfie do proroka. Prorok miał obsypać go złotem i pochwałami, bo Idrys nie bał się narazić głowy, by pomóc jego krewnej Fatmie. Tymczasem mahdyści przykładali dzidy do piersi ludzi z karawany. A Nur-el-Tadhil dość obojętnie słuchał opowieści o podróży. Gdy w końcu Idrys zapytał, czy zna Smaina, męża Fatmy, emir odpowiedział:

— Nie. W Omdurmanie i w Chartumie jest ponad sto tysięcy wojowników, więc łatwo się nie spotkać. Nie wszyscy oficerowie się znają. Państwo proroka jest ogromne, więc wielu emirów rządzi dalekimi miastami, w Sennarze, w Kordofanie, w Darfurze i koło Faszody. Możliwe, że tego Smaina, o którego pytasz, nie ma teraz przy boku proroka.

Idrysa dotknął lekceważący ton, z jakim Nur mówił o „tym Smainie”. Odpowiedział więc trochę niecierpliwie:

— Smain jest żonaty z siostrą cioteczną Mahdiego, a zatem dzieci Smaina są krewnymi proroka.

Nur-el-Tadhil wzruszył ramionami.

— Mahdi ma wielu krewnych i nie może o wszystkich pamiętać.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Potem Idrys znów zapytał:

— Jak szybko dojedziemy do Chartumu?

— Przed północą — odpowiedział Tadhil i spojrzał na gwiazdy, które zaczęły się pojawiać na wschodniej stronie nieba.

— Czy o tak późnej porze dostanę jedzenie i obrok? Od ostatniego odpoczynku w południe nic nie jedliśmy...

— Dziś przenocuję was i nakarmię w swoim domu. Ale jutro w Omdurmanie sam musisz postarać się o jedzenie i z góry cię ostrzegam, że nie będzie to łatwe.

— Dlaczego?

— Bo jest wojna. Ludzie od kilku lat nie obsiewali pól i żywili się tylko mięsem. Więc kiedy w końcu zabrakło i bydła, przyszedł głód. Głód jest w całym Sudanie i worek durry kosztuje dziś więcej niż niewolnik.

— Allach akbar! — zawołał ze zdziwieniem Idrys. — Ale widziałem na stepie stada wielbłądów i bydła.

— Te należą do proroka, do „szlachetnych” i do kalifów... Tak... Dangalowie, z których plemienia pochodzi Mahdi, i Baggarowie, których przywódcą jest główny kalif Abdullahi, mają jeszcze dość duże stada. Ale innym plemionom coraz trudniej żyć na świecie.

Tu Nur-el-Tadhil poklepał się po brzuchu i powiedział:

— W służbie proroka mam wyższy stopień, więcej pieniędzy i większą władzę, ale brzuch miałem większy w służbie chedywa...

Ale zrozumiał, że może powiedział za dużo, i po chwili dodał:

— Ale to wszystko minie, gdy prawdziwa wiara zwycięży.

Idrys słuchał tych słów i mimo woli pomyślał o Fajumie. W służbie u Anglików nigdy nie zaznał głodu, a zarabiał łatwo. Bardzo więc posmutniał.

Potem pytał dalej:

— Jutro przeprowadzisz nas do Omdurmanu?

— Tak. Chartum z rozkazu proroka ma być opuszczone i mało kto już tam mieszka. Burzą teraz większe domy i wywożą cegłę razem z innymi łupami do Omdurmanu. Prorok nie chce mieszkać w mieście splamionym przez niewiernych.

— Jutro złożę mu pokłon, a on każe dać mi żywność i obrok.

— Ha! Jeśli naprawdę należysz do Dangalów, może zostaniesz dopuszczony przed jego oblicze. Ale wiedz o tym, że jego domu pilnuje dzień i noc stu ludzi z korbaczami. Nie żałują oni razów tym, którzy chcieliby wejść do Mahdiego bez pozwolenia. Inaczej tłumy nie dałyby świętemu mężowi ani chwili odpoczynku... Allach! Widziałem nawet Dangalów z krwawymi pręgami na plecach.

Idrysa z każdą chwilą ogarniało większe rozczarowanie.

— Więc wierni — zapytał — nie widują proroka?

— Wierni widują go codziennie na placu modlitwy. Klęka tam na owczej skórze i wznosi ręce do Boga albo naucza tłumy i umacnia je w prawdziwej wierze. Ale dostać się do niego i mówić z nim jest trudno. Wszyscy zazdroszczą temu, kto dostąpi tego szczęścia. Spływa bowiem na niego łaska boża, która zmazuje jego dawne grzechy.

Zapadła głęboka noc, a razem z nią przyszedł przejmujący chłód. W szeregach rozległo się parskanie koni. Przejście od dziennego upału do zimna było tak silne, że skóry koni zaczęły parować. Oddział jechał jak we mgle. Staś pochylił się zza Idrysa ku Nel i zapytał:

— Nie jest ci zimno?

— Nie — odpowiedziała dziewczynka — ale... już nas nikt nie obroni...

I łzy zatrzymały dalsze jej słowa.

Staś nie znalazł tym razem dla niej żadnej pociechy, bo sam był przekonany, że nie ma dla nich ratunku. Wjechali do krainy nędzy, głodu, zwierzęcego okrucieństwa i krwi. Byli jak dwa marne listki wśród burzy. Ta burza niosła śmierć i zniszczenie nie tylko pojedynczym ludziom, ale całym miastom i plemionom. Jaka ręka mogła wyrwać z niej i ocalić dwoje małych, bezbronnych dzieci?

Księżyc wzniósł się wysoko na niebo i zmienił gałązki mimozy i akacji jakby w srebrne pióra. W gęstych dżunglach rozlegał się tu i ówdzie przeraźliwy, a zarazem jakby radosny śmiech hien. W tej krwawej krainie znajdowały one aż za dużo ludzkich trupów. Czasem oddział prowadzący karawanę spotykał inne patrole i wymieniał z nimi umówione hasło. W końcu dotarli do wzgórz nad brzegiem, a długim wąwozem doszli do Nilu. Ludzie, konie i wielbłądy weszli na szerokie i płaskie dahabije. Wkrótce ciężkie wiosła zaczęły równym ruchem rozbijać gładką powierzchnię rzeki, usianą diamentami gwiazd.

Po pół godzinie na południu, dokąd płynęły dahabije pod prąd, zabłysły światła. W miarę jak statki się do nich zbliżały, światła zmieniały się w snopy czerwonego blasku leżące na wodzie. Nur-el-Tadhil trącił Idrysa w ramię, wyciągnął przed siebie rękę i powiedział:

— Chartum!

### Słowniczek

- **dżungla**: w tej książce wysoka trawa i zarośla.
- **nabak**: wielkie drzewo o szerokich gałęziach.
- **kępy**: kępa: mała grupa drzew lub krzewów.
- **rozłożyste**: takie, które mają szeroko rozłożone gałęzie.
- **konarami**: konar: gruba gałąź drzewa.
- **termitów**: termity: owady, które budują wysokie kopce.
- **termitiera**: wysoki kopiec termitów.
- **dzida**: długa broń z ostrym końcem, do kłucia.
- **dżiuba**: biała sudańska szata z kolorowymi łatami.
- **krymka**: mała czapeczka.
- **chedyw**: władca Egiptu.
- **emir**: muzułmański wódz.
- **kalif**: najwyższy zastępca Mahdiego.
- **Murzyn, murzyński**: (stare, dziś obraźliwe) czarnoskóry człowiek; związany z czarnoskórymi ludźmi.
- **dahabija**: szeroka nilowa łódź.

## Rozdział XVI

Zatrzymali się na końcu miasta, w domu, który należał kiedyś do bogatego włoskiego kupca. Kupca zamordowano w czasie szturmu, a przy podziale łupów dom dostał Tadhil. Żony emira zajęły się dość po ludzku Nel, która ledwie żyła ze zmęczenia. W całym Chartumie brakowało jedzenia, ale znalazły dla małej dżanem trochę suszonych daktyli i trochę ryżu z miodem. Potem zaprowadziły ją na piętro i ułożyły do snu. Staś nocował na dworze, między wielbłądami i końmi, i musiał zadowolić się jednym sucharem. Wody mu natomiast nie brakowało, bo fontanna w ogrodzie dziwnym trafem nie została zniszczona. Był ogromnie zmęczony, ale długo nie mógł zasnąć. Po pierwsze na wojłok, na którym leżał, ciągle wchodziły skorpiony. Po drugie męczył go śmiertelny niepokój, że rozdzielą go z Nel i że nie będzie mógł sam nad nią czuwać. Ten niepokój czuł widocznie także Saba. Węszył dookoła, a czasem wył, za co gniewali się żołnierze. Staś uspokajał go, jak umiał, bo bał się, żeby nie zrobiono mu krzywdy. Na szczęście olbrzymi brytan budził taki podziw samego emira i wszystkich derwiszów, że nikt nie podniósł na niego ręki.

Idrys też nie spał. Od wczoraj czuł się chory, a po rozmowie z Nur-el-Tadhilem stracił wiele złudzeń. Na przyszłość patrzył jakby przez grubą zasłonę. Cieszył się, że jutro przepłyną do Omdurmanu, który oddzielała od Chartumu tylko szerokość Białego Nilu. Miał nadzieję, że znajdzie tam Smaina, ale co dalej? W czasie drogi wszystko wydawało mu się jakoś wyraźniejsze i o wiele wspanialsze. Szczerze wierzył w proroka, a serce ciągnęło go do niego tym bardziej, że obaj pochodzili z jednego plemienia. Ale był przy tym, jak prawie każdy Arab, chciwy i ambitny. Marzył, że obsypią go złotem i zrobią co najmniej emirem. Marzył o wyprawach wojennych przeciw „Turkom”, o zdobytych miastach i łupach. Tymczasem teraz, po tym, co usłyszał od Tadhila, zaczął się bać. Czy wszystkie jego czyny nie znikną wobec o wiele większych wydarzeń, jak kropla deszczu ginie w morzu? „Może — myślał z goryczą — nikt nie zwróci uwagi na to, czego dokonałem. Może Smain nawet się nie ucieszy, że przywiozłem mu te dzieci.” I gryzł się tą myślą. Jutrzejszy dzień miał rozwiać albo potwierdzić jego obawy, więc czekał na niego niecierpliwie.

O szóstej rano wzeszło słońce i wśród derwiszów zaczął się ruch. Wkrótce pojawił się Tadhil i kazał im szykować się do drogi. Zapowiedział, że pójdą do przeprawy piechotą, obok jego konia. Ku wielkiej radości Stasia Dinah sprowadziła Nel z górnego piętra. Potem ruszyli wałem wzdłuż całego miasta do miejsca, gdzie stały łodzie. Tadhil jechał konno na przedzie. Staś prowadził Nel za rękę. Za nim szli Idrys, Gebhr i Chamis ze starą Dinah i z Sabą oraz trzydziestu żołnierzy emira. Reszta karawany została w Chartumie.

Staś rozglądał się dookoła i nie mógł zrozumieć, jak mogło upaść tak silnie umocnione miasto. Leżało ono w widłach Białego i Niebieskiego Nilu. Z trzech stron otaczała je więc woda, a dostęp był tylko od południa. Dopiero później dowiedział się tego od niewolników chrześcijan. Rzeka wtedy opadła i odsłoniła szerokie piaszczyste łachy, po których łatwo było dojść do wałów. Załoga straciła nadzieję na pomoc i była wyczerpana głodem. Nie mogła odeprzeć szturmu rozwścieczonej dziczy. Miasto zostało zdobyte, a potem nastąpiła rzeź mieszkańców. Od szturmu minął już miesiąc, ale ślady walki widać było wszędzie wzdłuż wału. W środku sterczały gruzy domów, które zburzono w pierwszym uderzeniu. W zewnętrznej fosie było pełno trupów, których nikt nie myślał grzebać. Zanim doszli do przeprawy, Staś naliczył ich przeszło czterysta. Nie zatruwały one jednak powietrza, bo sudańskie słońce wysuszyło je na mumie. Wszystkie miały barwę szarego pergaminu, tak jednakową, że nie można było odróżnić ciał Europejczyków, Egipcjan i Murzynów. Wśród trupów roiło się od małych jaszczurek. Kiedy nadchodzili ludzie, jaszczurki szybko chowały się pod te ludzkie szczątki, często do ust lub między wyschnięte żebra.

Staś prowadził Nel tak, żeby zasłonić jej ten okropny widok. Kazał jej patrzeć w drugą stronę, ku miastu. Ale i od strony miasta działy się rzeczy, które napełniały oczy i duszę dziewczynki przerażeniem. Widok „angielskich” dzieci wziętych do niewoli i Saby prowadzonego przez Chamisa na smyczy ściągał tłumy. W miarę jak szli do przeprawy, ludzi przybywało z każdą chwilą. Po pewnym czasie zrobił się taki tłok, że trzeba było się zatrzymać. Ze wszystkich stron rozległy się groźne okrzyki. Straszne, tatuowane twarze pochylały się nad Stasiem i nad Nel. Niektórzy z dzikich wybuchali na ich widok śmiechem i z radości uderzali się dłońmi po biodrach. Inni ich przeklinali. Niektórzy ryczeli jak dzikie zwierzęta, szczerzyli białe zęby i przewracali oczami. W końcu zaczęli im grozić i sięgać do nich nożami. Nel, na wpół przytomna ze strachu, tuliła się do Stasia. On osłaniał ją, jak umiał, i był przekonany, że nadchodzi ostatnia godzina ich obojga. Na szczęście ten napór rozbestwionego tłumu znudził się w końcu i Tadhilowi. Na jego rozkaz kilkunastu żołnierzy otoczyło dzieci. Pozostali zaczęli bez litości bić korbaczami wyjące gromady. Tłum z przodu się rozproszył. Zaczął się jednak zbierać za oddziałem i wśród dzikich wrzasków odprowadził go aż do łodzi.

Podczas przeprawy dzieci odetchnęły. Staś pocieszał Nel, że gdy derwisze przyzwyczają się do ich widoku, przestaną im grozić. Zapewniał, że Smain będzie chronił i bronił ich oboje, a zwłaszcza ją. Bo gdyby stało im się coś złego, nie miałby kogo oddać za swoje dzieci. Była to prawda. Ale poprzednie napaści tak przeraziły dziewczynkę, że chwyciła rękę Stasia i nie chciała jej puścić ani na chwilę. Powtarzała ciągle, jakby w gorączce: „Boję się! Boję się!” Staś naprawdę z całej duszy pragnął, by jak najszybciej trafili do Smaina. Smain znał ich od dawna i w Port-Saidzie okazywał im wielką przyjaźń albo przynajmniej ją udawał. W każdym razie nie był tak dziki jak inni Sudańczycy Dangalowie. Niewola w jego domu mogła być łatwiejsza do zniesienia...

Chodziło tylko o to, czy znajdą go w Omdurmanie. O tym samym rozmawiał Idrys z Nur-el-Tadhilem, bo emir przypomniał sobie w końcu coś z zeszłego roku. Był wtedy z polecenia kalifa Abdullahiego daleko od Chartumu, w Kordofanie. Słyszał tam o jakimś Smainie, który uczył derwiszów strzelać ze zdobytych na Egipcjanach armat. Potem ten człowiek stał się wielkim łowcą niewolników. Nur wskazał Idrysowi taki sposób odnalezienia emira:

— Gdy po południu usłyszysz głos umbai, bądź z dziećmi na placu modlitwy. Prorok chodzi tam codziennie, żeby dawać wiernym przykład pobożności i umacniać ich w wierze. Oprócz świętej osoby Mahdiego zobaczysz tam wszystkich „szlachetnych”, a także trzech kalifów, paszów i emirów. Wśród emirów znajdziesz Smaina.

— A co mam robić i gdzie się podziać aż do południowej modlitwy?

— Zostaniesz wśród moich żołnierzy.

— A ty, Nur-el-Tadhilu, opuścisz nas?

— Ja pójdę po rozkazy do kalifa Abdullahiego.

— Czy to największy z kalifów? Przybywam z daleka i chociaż imiona wodzów obiły mi się o uszy, dopiero ty możesz powiedzieć mi o nich dokładniej.

— Abdullahi, mój wódz, to miecz Mahdiego.

— Niech Allach uczyni go synem zwycięstwa.

Przez jakiś czas łodzie płynęły w milczeniu. Słychać było tylko skrzypienie wioseł o burty, a czasem plusk wody uderzonej ogonem krokodyla. Dużo tych strasznych gadów przypłynęło z południa aż pod Chartum. Znalazły tu mnóstwo jedzenia, bo rzeka była pełna trupów. Byli to nie tylko ludzie pomordowani po zdobyciu miasta. Byli też zmarli z chorób, które szalały wśród mahdystów, a szczególnie wśród ich niewolników. Rozkazy kalifów zabraniały wprawdzie „psuć wody”, ale nikt na nie nie zważał. Ciała, których nie zdołały pożreć krokodyle, płynęły z wodą twarzami w dół do szóstej katarakty. Dopływały nawet dalej, aż do Berberu.

Ale Idrys myślał teraz o czym innym i po chwili znów powiedział:

— Dzisiaj rano nie dostaliśmy nic do jedzenia. Czy wytrzymamy o głodzie do godziny modlitw i kto nas potem nakarmi?

— Nie jesteś niewolnikiem — odpowiedział Tadhil — i możesz pójść na targ, gdzie kupcy rozkładają swoje zapasy. Dostaniesz tam suszone mięso, a czasem dochn (proso), ale za grube pieniądze, bo, jak ci mówiłem, w Omdurmanie panuje głód.

— A tymczasem źli ludzie porwą mi albo zabiją dzieci.

— Żołnierze je obronią. A jeśli dasz któremuś pieniądze, chętnie sam pójdzie po żywność.

Idrys miał większą ochotę brać pieniądze, niż je komukolwiek dawać, więc ta rada nie bardzo mu się spodobała. Ale zanim zdążył odpowiedzieć, łodzie przybiły do brzegu.

Omdurman wyglądał dla dzieci inaczej niż Chartum. Tam były murowane domy z piętrami i mudiria, to jest pałac gubernatora, w którym zginął bohaterski Gordon. Był kościół, szpital, budynki misyjne, arsenał i wielkie koszary dla wojska. Było też pełno większych i mniejszych ogrodów ze wspaniałą podzwrotnikową roślinnością. A Omdurman wyglądał raczej jak wielki obóz dzikich. Fort, który stał w północnej części osady, zburzono z rozkazu Gordona. Poza tym, jak okiem sięgnąć, miasto składało się z okrągłych, stożkowatych chat, skleconych ze słomy dochnu. Wąskie, cierniowe płotki oddzielały te budy od siebie i od ulicy. Gdzieniegdzie widać było też namioty, widocznie zdobyte na Egipcjanach. Gdzie indziej całym mieszkaniem było kilka palmowych mat pod kawałkiem brudnego płótna rozpiętym na bambusach. Ludzie chowali się pod dachy tylko w czasie deszczu albo wyjątkowych upałów. Poza tym siedzieli, palili ogniska, gotowali jedzenie, żyli i umierali na dworze. Dlatego na ulicach było tak tłoczno, że miejscami oddział z trudem przeciskał się przez tłumy. Omdurman był wcześniej nędzną wioską. Teraz, licząc z niewolnikami, kłębiło się w nim przeszło dwieście tysięcy ludzi. Nawet Mahdi i jego kalifowie zaniepokoili się tym tłumem, któremu groził głód i choroby. Ciągle wysyłano też nowe wyprawy na północ, żeby podbijać okolice i miasta wierne jeszcze egipskiemu rządowi.

Na widok białych dzieci i tu rozlegały się nieprzyjazne okrzyki, ale tłum przynajmniej nie groził im śmiercią. Może nie odważył się na to tuż obok Mahdiego. A może bardziej przyzwyczaił się do widoku jeńców, których wszystkich zaraz po zdobyciu Chartumu przeniesiono do Omdurmanu. Staś i Nel widzieli jednak piekło na ziemi. Widzieli Europejczyków i Egipcjan bitych do krwi korbaczami, głodnych i spragnionych. Byli zgięci pod ciężarami, które kazano im nosić, albo pod wiadrami z wodą. Widzieli europejskie kobiety i dzieci, które dawniej żyły w dostatku. Teraz żebrały o garść durry albo kawałek suchego mięsa. Były okryte łachmanami, wychudłe, podobne do widm. Miały twarze poczerniałe z nędzy i obłąkany wzrok, w którym zastygło przerażenie i rozpacz. Widzieli, jak dzicz wybuchała na ich widok śmiechem, jak je popychała i biła. Na wszystkich ulicach i uliczkach były widoki, od których oczy odwracały się ze zgrozą i wstrętem. W Omdurmanie okropnie szalała dyzenteria i tyfus, a przede wszystkim ospa. Chorzy, pokryci wrzodami, leżeli przy wejściach do chat i zatruwali powietrze. Jeńcy nosili owinięte w płótno trupy świeżo zmarłych, żeby pochować je w piasku za miastem. Prawdziwym ich pogrzebem zajmowały się tam hieny. Nad miastem krążyło stado sępów, a od ich skrzydeł padały na jasny piasek żałobne cienie. Staś widział to wszystko i pomyślał, że i dla niego, i dla Nel najlepiej byłoby jak najszybciej umrzeć.

A jednak nawet w tym morzu nędzy i ludzkiej złości rozkwitało czasem miłosierdzie, jak blady kwiatek na zgniłym bagnie. W Omdurmanie była garstka Greków i Koptów, których Mahdi oszczędził, bo ich potrzebował. Nie tylko chodzili swobodnie, ale zajmowali się handlem i różnymi sprawami. Niektórzy, zwłaszcza ci, którzy udawali, że zmienili wiarę, byli nawet urzędnikami proroka. Dawało im to wśród dzikich derwiszów duże znaczenie. Jeden z takich Greków zatrzymał oddział i zaczął wypytywać dzieci, skąd się tu wzięły. Ze zdziwieniem dowiedział się, że dopiero przybyły i że porwano je aż z Fajumu. Obiecał, że wspomni o nich Mahdiemu i że będzie się o nie w przyszłości dowiadywał. Tymczasem pokiwał z litością głową nad Nel i dał obojgu po sporej garści suszonych dzikich fig. Dał im też po srebrnym talarze z wizerunkiem Marii Teresy. Potem zakazał żołnierzom krzywdzić dziewczynkę i odszedł, powtarzając po angielsku: „Poor little bird!” (biedny mały ptaszek).

### Słowniczek

- **dżanem**: czułe słowo na Wschodzie: kochanie.
- **emira, emirów**: emir: muzułmański wódz.
- **łupów, łupach**: łupy: rzeczy zabrane wrogowi na wojnie.
- **daktyli**: daktyle: słodkie owoce palmy.
- **skorpiony**: małe zwierzęta z jadowitym żądłem na ogonie.
- **wojłok**: gruby filc.
- **brytan**: bardzo duży pies.
- **fosa**: głęboki rów wokół umocnionego miasta.
- **dzicz**: (obraźliwe) ludzie uważani przez autora za niekulturalnych.
- **umbaja**: wojenna trąba z kła słonia.
- **dochn**: proso.
- **mudiria**: pałac gubernatora.
- **koszary**: (stare) budynki dla żołnierzy.
- **ospa**: zakaźna choroba, po której zostają blizny.
- **talar**: stara srebrna moneta.

## Rozdział XVII

Krętymi uliczkami doszli w końcu do rynku, który leżał w środku miasta. Po drodze widzieli wielu ludzi z obciętą jedną ręką lub jedną nogą. Byli to złodzieje albo przestępcy, którzy ukryli łupy. Kary kalifów i emirów za nieposłuszeństwo lub złamanie praw proroka były straszne. Nawet za małe winy, na przykład za palenie tytoniu, bito ludzi korbaczami do krwi i do utraty przytomności. Ale sami kalifowie przestrzegali przepisów tylko na pokaz, a w domach pozwalali sobie na wszystko. Dlatego kary spadały tylko na biednych ludzi, którym za jednym zamachem zabierano cały majątek. Potem mogli już tylko żebrać. A ponieważ w Omdurmanie w ogóle brakowało zapasów, prawie umierali z głodu.

Przy straganach z żywnością było też pełno żebraków. Ale pierwszą rzeczą, którą zauważyły dzieci, była ludzka głowa. Tkwiła na wysokim bambusie wkopanym w środku rynku. Jej twarz była wyschnięta i prawie czarna, a włosy i broda były białe jak mleko. Jeden z żołnierzy wyjaśnił Idrysowi, że to głowa Gordona. Gdy Staś to usłyszał, ogarnął go ogromny żal, oburzenie i paląca chęć zemsty. Jednocześnie strach zmroził mu krew w żyłach. Tak więc skończył ten bohater, rycerz bez skazy i bez lęku. Był to człowiek sprawiedliwy i dobry, kochany nawet w Sudanie. A Anglicy nie przyszli mu na czas z pomocą! Potem cofnęli się i zostawili jego ciało bez chrześcijańskiego pogrzebu, na hańbę! W tej chwili Staś stracił wiarę w Anglików. Do tej pory naiwnie myślał, że Anglia za najmniejszą krzywdę jednego obywatela jest zawsze gotowa walczyć z całym światem. W głębi duszy miał nadzieję, że córki Rawlisona także będą bronić angielskie wojska. Liczył, że po nieudanej pogoni ruszą groźne oddziały, choćby do Chartumu i dalej. Teraz przekonał się, że Chartum i cały kraj są w rękach Mahdiego. Rząd egipski i Anglia myślą raczej o tym, jak obronić Egipt przed dalszymi podbojami. Nie myślą o uwolnieniu europejskich jeńców.

Zrozumiał, że on i Nel wpadli w przepaść, z której nie ma wyjścia. Te myśli i okropności, które widział na ulicach Omdurmanu, ostatecznie go załamały. Jego zwykłą energię zastąpiły na chwilę zupełnie bierne poddanie się losowi i strach przed przyszłością. Tymczasem prawie bezmyślnie zaczął się rozglądać po rynku i po straganach, przy których Idrys targował się o żywność. Handlowały tu głównie Sudanki i Murzynki. Sprzedawały dżiuby, czyli białe płócienne szaty z naszytymi kolorowymi łatami. Miały też gumę akacjową, wydrążone tykwy, szklane paciorki, siarkę i różne maty. Straganów z żywnością było mało, a wokół każdego tłoczyli się ludzie. Mahdyści kupowali po bardzo wysokich cenach głównie suszone paski mięsa. Było to mięso krów, bawołów, antylop i żyraf. Daktyli, fig, manioku i durry nie było wcale. Tylko gdzieniegdzie sprzedawano wodę z miodem dzikich pszczół i ziarna dochnu namoczone w wywarze z owoców tamaryndy. Idrys wpadł w rozpacz. Okazało się bowiem, że przy takich cenach wkrótce wyda wszystkie pieniądze na życie, które dostał od Fatmy Smainowej. Potem chyba będzie musiał żebrać. Miał teraz nadzieję już tylko w Smainie. I rzecz dziwna: Staś też liczył teraz wyłącznie na pomoc Smaina.

Po godzinie Nur-el-Tadhil wrócił od kalifa Abdullahiego. Widocznie spotkało go tam coś nieprzyjemnego, bo wrócił w złym humorze. Gdy więc Idrys zapytał, czy dowiedział się czegoś o Smainie, odpowiedział mu szorstko:

— Głupcze, czy myślisz, że kalif i ja nie mamy nic lepszego do roboty, niż szukać dla ciebie Smaina?

— Co więc teraz ze mną zrobisz?

— Rób, co chcesz. Przenocowałem cię w moim domu i dałem ci kilka dobrych rad. A teraz nie chcę o tobie nic wiedzieć.

— Dobrze, ale gdzie ja się na noc podzieję?

— Wszystko mi jedno.

Powiedział to, zabrał żołnierzy i odszedł. Idrys z trudem go uprosił, żeby odesłał mu na rynek wielbłądy i resztę karawany. Mieli z nimi przyjść także Arabowie, którzy dołączyli do niej między Assuanem a Wadi-Halfa. Ci ludzie przyszli dopiero w południe. Potem okazało się, że nikt z nich nie wie, co robić. Dwaj Beduini zaczęli kłócić się z Idrysem i Gebhrem. Mówili, że ci obiecywali im zupełnie inne przyjęcie i że ich oszukali. Po długich sporach i naradach postanowili w końcu zbudować na skraju miasta szałasy z gałęzi i trzciny dochnu. Chcieli mieć schronienie na noc, a resztę zostawić woli Opatrzności i — czekać.

Sudańczykom i Murzynom budowa szałasów nie zabiera wiele czasu. Gdy szałasy były gotowe, wszyscy poszli na miejsce publicznych modlitw. Został tylko Chamis, który miał przygotować kolację. Łatwo było tam trafić, bo szły tam tłumy z całego Omdurmanu. Plac był obszerny. Otaczał go płot z cierni, a częściowo gliniany parkan, który niedawno zaczęto lepić. Na środku stało drewniane podwyższenie. Prorok wchodził na nie wtedy, gdy chciał nauczać lud. Przed podwyższeniem rozłożono na ziemi owcze skóry dla Mahdiego, kalifów i znanych szejków. Po bokach były powbijane chorągwie emirów. Łopotały na wietrze i mieniły się wszystkimi kolorami jak wielkie kwiaty. Z czterech stron plac otaczały zbite szeregi derwiszów. Wokół sterczał niezliczony las dzid, bo dzidę miał prawie każdy wojownik.

Idrys, Gebhr i inni ludzie z karawany mieli prawdziwe szczęście. Wzięto ich za orszak jednego z emirów, więc mogli przejść do pierwszych rzędów tłumu. Przybycie Mahdiego oznajmiły najpierw piękne i uroczyste dźwięki umbai. Ale gdy pojawił się na placu, rozległy się przenikliwe głosy piszczałek i huk bębnów. Do tego doszedł grzechot kamieni w pustych tykwach i gwizdanie na słoniowych kłach. Razem był to piekielny hałas. Tłumy ogarnął ogromny zapał. Jedni padali na kolana, inni wrzeszczeli z całych sił: „O, zesłany od Boga! o, zwycięski! o, litościwy! o, łaskawy!” Trwało to, dopóki Mahdi nie wszedł na kazalnicę. Wtedy zapadła śmiertelna cisza. On podniósł ręce, przyłożył kciuki do uszu i przez jakiś czas się modlił.

Dzieci stały niedaleko i mogły dobrze mu się przyjrzeć. Był to człowiek w średnim wieku, dziwnie otyły, jakby spuchnięty, i prawie czarny. Staś miał niezwykle bystry wzrok i zauważył, że twarz Mahdiego była tatuowana. W jednym uchu prorok nosił dużą obrączkę z kości słoniowej. Ubrany był w białą dżiubę, a na głowie miał białą krymkę. Nogi miał bose, bo wchodząc na podwyższenie, zrzucił czerwone buty. Zostawił je przy owczych skórach, na których miał się potem modlić. W jego ubraniu nie było najmniejszego luksusu. Tylko chwilami wiatr przynosił od niego mocny zapach drzewa sandałowego. Wierni chciwie wciągali go nosem i przewracali oczami z rozkoszy. Staś inaczej wyobrażał sobie strasznego proroka, rabusia i mordercę tylu tysięcy ludzi. Teraz patrzył na tę tłustą twarz o łagodnym spojrzeniu. Widział załzawione oczy i uśmiech jakby przyrośnięty do ust. Po prostu nie mógł wyjść ze zdziwienia. Myślał, że taki człowiek powinien mieć na ramionach głowę hieny lub krokodyla. A widział przed sobą pyzatą dynię, podobną do rysunków księżyca w pełni.

Ale prorok zaczął nauczać. Jego głęboki i dźwięczny głos było doskonale słychać na całym placu. Każde słowo docierało do uszu wiernych. Najpierw mówił o karach, które Bóg wymierza tym, którzy nie słuchają przepisów Mahdiego. Mówił o tych, którzy ukrywają łupy, upijają się merisą, kradną, oszczędzają wrogów w bitwach i palą tytoń. Za te zbrodnie Allach zsyła na grzeszników głód i tę chorobę, która zmienia twarz w plaster miodu. Życie na ziemi jest jak dziurawy bukłak na wodę. Bogactwo i rozkosze wsiąkają w piasek, który zasypuje zmarłych. Tylko wiara jest jak krowa, która daje słodkie mleko. Ale raj otworzy się tylko dla zwycięzców. Kto zwycięża wrogów, zdobywa zbawienie. Kto umiera za wiarę, zmartwychwstaje na wieczność. Szczęśliwi, stokroć szczęśliwi ci, którzy już polegli!...

— Chcemy umrzeć za wiarę! — odpowiedziały jednym potężnym okrzykiem tłumy.

I na chwilę znów wybuchł piekielny hałas. Odezwały się umbaje i bębny. Wojownicy uderzali mieczami o miecze i dzidami o dzidy. Wojenny zapał szerzył się jak płomień. Jedni wołali: „Wiara jest zwycięska!”, inni: „Przez śmierć do raju!” Staś zrozumiał teraz, dlaczego wojska egipskie nie mogły się oprzeć tym dzikim oddziałom.

Gdy trochę się uciszyło, prorok znów zaczął mówić. Opowiadał o swoich widzeniach i o misji, którą dostał od Boga. Allach kazał mu oczyścić wiarę i rozszerzyć ją po całym świecie. Kto nie uzna go za Mahdiego, odkupiciela, ten jest skazany na zgubę. Koniec świata jest już bliski. Ale przedtem wierni mają obowiązek podbić Egipt, Mekkę i wszystkie kraje za morzami, w których żyją poganie. Taka jest wola boża i nic nie zdoła jej zmienić. Popłynie jeszcze dużo krwi. Wielu wojowników nie wróci do żon i dzieci, do swoich namiotów. Ale żaden ludzki język nie zdoła opisać szczęścia tych, którzy polegną.

Potem wyciągnął ręce do zebranych i tak zakończył:

— Więc oto ja, odkupiciel i sługa Boży, błogosławię wojnę świętą i was, wojownicy. Błogosławię wasze trudy, rany i śmierć. Błogosławię zwycięstwo i płaczę z wami jak ojciec, który was umiłował...

I rozpłakał się. Gdy schodził z kazalnicy, rozległy się ryk i wrzawa. Płakali wszyscy. Na dole dwaj kalifowie, Abdullahi i Ali-uled-Helu, wzięli proroka pod ręce i zaprowadzili na owcze skóry. Tam uklęknął. W tej krótkiej chwili Idrys gorączkowo wypytywał Stasia, czy wśród emirów nie ma Smaina.

— Nie! — odpowiedział chłopiec, który na próżno szukał oczami znajomej twarzy. — Nigdzie go nie widzę. Może poległ przy zdobyciu Chartumu.

Modlitwy trwały długo. Mahdi rzucał przy nich rękami i nogami jak pajac. Czasem z zachwytem wznosił oczy i powtarzał: „Oto on! oto on!” Słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi, gdy wstał i poszedł do domu. Dzieci mogły teraz zobaczyć, jak wielką czcią otaczają derwisze swojego proroka. Całe gromady ludzi rzuciły się bowiem za nim i rozdrapywały ziemię w miejscach, których dotknęły jego stopy. Dochodziło przy tym do kłótni i bójek. Wierzono, że taka ziemia chroni zdrowych i uzdrawia chorych.

Plac modlitwy powoli pustoszał. Idrys sam nie wiedział, co ze sobą zrobić. Chciał już wrócić z dziećmi i całą gromadą na noc do szałasów i do Chamisa. Wtedy niespodziewanie stanął przed nimi ten sam Grek, który rano dał Stasiowi i Nel po talarze i po garści daktyli.

— Mówiłem o was z Mahdim — powiedział po arabsku — i prorok chce was widzieć.

— Dzięki Allachowi i tobie, panie — zawołał Idrys. — Czy przy boku Mahdiego znajdziemy też Smaina?

— Smain jest w Faszodzie — odpowiedział Grek.

Potem zwrócił się po angielsku do Stasia:

— Możliwe, że prorok weźmie was pod opiekę, bo starałem się go do tego namówić. Powiedziałem mu, że wtedy sława jego miłosierdzia rozejdzie się wśród wszystkich białych narodów. Dzieją się tu straszne rzeczy. Bez jego opieki na pewno zginiecie z głodu, z niewygód, z chorób albo z ręki szaleńców. Ale musicie zdobyć jego przychylność, a to zależy od ciebie.

— Co mam robić, panie? — zapytał Staś.

— Najpierw, gdy staniesz przed nim, padnij na kolana. Jeśli poda ci rękę, ucałuj ją z czcią. I błagaj go, żeby wziął was oboje pod swoje skrzydła.

Tu Grek przerwał i zapytał:

— Czy nikt z tych ludzi nie rozumie po angielsku?

— Nie. Chamis został w szałasie, Idrys i Gebhr rozumieją tylko kilka pojedynczych słów, a inni nawet tego nie.

— To dobrze. Więc słuchaj dalej, bo trzeba wszystko przewidzieć. Mahdi prawdopodobnie zapyta cię, czy jesteś gotów przyjąć jego wiarę. Odpowiedz od razu, że tak. Powiedz, że na jego widok, od pierwszego spojrzenia, spłynęło na ciebie nieznane światło łaski. Zapamiętaj sobie: „Nieznane światło łaski!...” To mu pochlebi i może zaliczy cię do mulazemów, czyli swoich osobistych sług. Będziecie wtedy mieli dostatek i wszelkie wygody, które uchronią was przed chorobami... Gdybyś postąpił inaczej, naraziłbyś siebie i to małe biedactwo. Naraziłbyś nawet mnie, a ja chcę waszego dobra. Rozumiesz?

Staś zacisnął zęby i nic nie odpowiedział. Tylko twarz mu stężała, a oczy błysnęły ponuro. Grek to zobaczył i mówił dalej:

— Wiem, mój chłopcze, że to przykra rzecz, ale nie ma innej rady! Ci, którzy przeżyli rzeź w Chartumie, wszyscy przyjęli naukę Mahdiego. Nie zgodziło się na to kilku katolickich misjonarzy i kilka zakonnic, ale to co innego. Koran zabrania mordować kapłanów. Ich los jest straszny, ale przynajmniej nie grozi im śmierć. Dla ludzi świeckich nie było innego ratunku. Powtarzam ci, że wszyscy przyjęli mahometanizm: Niemcy, Włosi, Koptowie, Anglicy, Grecy... i ja sam...

I tu ściszył głos, chociaż Staś zapewniał go, że nikt w grupie nie rozumie po angielsku:

— Nie muszę ci mówić, że to nie jest żadne wyrzeczenie się wiary, żadna zdrada, żadne odstępstwo. W duszy każdy pozostał tym, kim był, i Bóg to widzi... Przed przemocą trzeba się ugiąć, choćby na pozór... Obowiązkiem człowieka jest bronić życia. Byłoby szaleństwem, a nawet grzechem narażać je — dlaczego? Dla pozorów, dla kilku słów, które możesz jednocześnie w duszy odrzucić? Pamiętaj, że masz w ręku nie tylko swoje życie. Masz też życie swojej małej towarzyszki, a nim nie wolno ci rozporządzać. Oczywiście!... Mogę ci zapewnić, że jeśli Bóg kiedyś wybawi cię z tych rąk, nie będziesz miał sobie nic do zarzucenia. I nikt inny nie będzie ci nic zarzucał — tak samo jak nam wszystkim.

Mówiąc w ten sposób, Grek może oszukiwał własne sumienie. Ale oszukało go także milczenie Stasia, bo w końcu uznał je za strach. Postanowił więc dodać chłopcu odwagi.

— Oto domy Mahdiego — powiedział. — Woli on mieszkać w tych drewnianych budach w Omdurmanie niż w Chartumie, chociaż tam mógłby zająć pałac Gordona. No, śmiało! Nie trać głowy! Na pytania odpowiadaj odważnie. Tutaj cenią odwagę. Nie myśl też, że Mahdi od razu ryknie na ciebie jak lew. Nie! On uśmiecha się zawsze — nawet wtedy, kiedy nie planuje nic dobrego.

Po tych słowach zaczął wołać na ludzi stojących przed domem, żeby rozstąpili się przed „gośćmi” proroka.

### Słowniczek

- **łupy**: rzeczy zabrane siłą, na przykład na wojnie.
- **kalifowie**: najwyżsi zastępcy Mahdiego.
- **emirów**: muzułmańskich wodzów.
- **korbacz**: ciężki bat.
- **daktyli**: słodkich owoców palmy.
- **dżiuba**: biała sudańska szata z kolorowymi łatami.
- **Murzynka**: (stare, dziś obraźliwe) czarnoskóra kobieta.
- **dochn**: proso.
- **umbaja**: wojenna trąba z kła słonia.
- **krymka**: mała czapeczka.
- **merisa**: afrykańskie piwo.
- **bukłak**: skórzany worek na wodę.
- **mulazem**: osobisty sługa wodza.
- **mahometanizm**: (stare) islam.
- **odstępstwo**: porzucenie swojej wiary.

## Rozdział XVIII

Gdy weszli do izby, Mahdi leżał na miękkim tapczanie, otoczony przez żony. Dwie wachlowały go wielkimi strusimi piórami, a dwie inne lekko drapały mu podeszwy stóp. Oprócz żon byli tam tylko kalif Abdullahi i kalif Szeryf. Trzeci kalif, Ali-uled-Helu, wysyłał bowiem w tym czasie wojska na północ, do Berberu i Abu-Hammed. Te miasta derwisze zdobyli już wcześniej. Na widok wchodzących prorok odsunął żony i usiadł na tapczanie. Idrys, Gebhr i dwaj Beduini padli na twarze, a potem uklękli z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Grek skinął na Stasia, żeby zrobił to samo. Ale chłopiec udał, że tego nie widzi, ukłonił się tylko i pozostał wyprostowany. Twarz mu zbladła, ale oczy mocno świeciły. Po całej jego postawie, po dumnie podniesionej głowie i zaciśniętych ustach łatwo było poznać, że coś się w nim zdecydowało. Niepewność i strach minęły. Podjął jakąś twardą decyzję i za nic jej nie zmieni. Grek widocznie to zrozumiał, bo na jego twarzy pojawił się wielki niepokój. Mahdi rzucił na dzieci krótkie spojrzenie i rozjaśnił tłustą twarz swoim zwykłym uśmiechem. Potem zwrócił się najpierw do Idrysa i Gebhra.

— Przybyliście z dalekiej północy — powiedział.

Idrys uderzył czołem o ziemię.

— Tak jest, o Mahdi! Należymy do plemienia Dangalów, dlatego porzuciliśmy nasze domy w Fajumie, aby uklęknąć u twoich błogosławionych stóp.

— Widziałem was w pustyni. Straszna to droga, ale posłałem anioła, który was strzegł i chronił od śmierci z ręki niewiernych. Wy go nie widzieliście, ale on czuwał nad wami.

— Dzięki ci, odkupicielu.

— I przywieźliście Smainowi te dzieci, aby wymienił je na własne, które Turcy uwięzili razem z Fatmą w Port-Saidzie.

— Tobie chcieliśmy służyć.

— Kto mnie służy, służy własnemu zbawieniu, więc otworzyliście sobie drogę do raju. Fatma jest moją krewną... Ale zaprawdę mówię wam, że gdy podbiję cały Egipt, moja krewna i jej dzieci i tak odzyskają wolność.

— A więc zrób z tymi dziećmi, co chcesz, błogosławiony!...

Mahdi przymknął powieki, potem je otworzył, uśmiechnął się dobrotliwie i skinął na Stasia.

— Zbliż się tu, chłopcze.

Staś zrobił kilka kroków energicznym, jakby żołnierskim krokiem. Ukłonił się drugi raz, potem wyprężył się jak struna. Patrzył Mahdiemu prosto w oczy i czekał.

— Czy radzi jesteście, że przyjechaliście do mnie? — zapytał Mahdi.

— Nie, proroku. Zostaliśmy porwani od naszych ojców wbrew naszej woli.

Ta prosta odpowiedź zrobiła pewne wrażenie na władcy, który był przyzwyczajony do pochlebstw, i na obecnych. Kalif Abdullahi zmarszczył brwi. Grek przygryzł wąsy i zaczął wyłamywać sobie palce. Ale Mahdi nie przestał się uśmiechać.

— Ale — powiedział — za to jesteście u źródła prawdy. Czy chcesz napić się z tego źródła?

Zapadła chwila milczenia. Mahdi pomyślał, że chłopiec nie zrozumiał pytania, więc powtórzył je wyraźniej:

— Czy chcesz przyjąć moją naukę?

Wtedy Staś ręką, którą trzymał przy piersi, zrobił dyskretnie znak krzyża świętego. Zrobił to tak, jakby z tonącego okrętu miał skoczyć w głęboką wodę.

— Proroku — powiedział — nie znam twojej nauki, więc gdybym ją przyjął, zrobiłbym to tylko ze strachu jak tchórz i człowiek podły. A czy zależy ci na tym, by twoją wiarę wyznawali tchórze i ludzie podli?

Mówiąc to, wciąż patrzył Mahdiemu prosto w oczy. Zrobiło się tak cicho, że słychać było brzęczenie much.

Ale jednocześnie stało się coś niezwykłego. Mahdi zmieszał się i w pierwszej chwili nie umiał znaleźć odpowiedzi. Uśmiech zniknął mu z twarzy, a pojawiły się na niej zakłopotanie i niechęć. Wyciągnął rękę, wziął tykwę z wodą i miodem i zaczął pić. Ale widocznie robił to tylko po to, by zyskać na czasie i ukryć zmieszanie.

A dzielny chłopak stał z podniesioną głową i czekał na wyrok. Był prawdziwym potomkiem obrońców chrześcijaństwa, krwią z krwi zwycięzców spod Chocimia i Wiednia. Na jego chudych policzkach, opalonych przez pustynny wiatr, pojawiły się jasne rumieńce. Oczy mu rozbłysły, a ciałem wstrząsnął dreszcz zapału. „Wszyscy inni przyjęli jego naukę — mówił sobie — a ja nie wyrzekłem się ani wiary, ani duszy.” W tej chwili lęk przed tym, co mogło i miało nastąpić, ukrył się głęboko w jego sercu. Serce zalała natomiast radość i duma.

Tymczasem Mahdi odstawił tykwę i zapytał:

— Więc odrzucasz moją naukę?

— Jestem chrześcijaninem jak mój ojciec...

— Kto zamyka uszy na głos boży — powiedział powoli Mahdi zmienionym głosem — jest tylko drzewem na opał.

Wtedy kalif Abdullahi, znany ze srogości i okrucieństwa, błysnął białymi zębami jak dziki zwierz i odezwał się:

— Zuchwała jest mowa tego chłopca, dlatego ukarz go, panie, lub pozwól, abym ja go ukarał.

„Stało się!” — pomyślał Staś.

Ale Mahdi zawsze pragnął, by sława jego miłosierdzia szła nie tylko wśród derwiszów, lecz i po całym świecie. Pomyślał więc, że zbyt surowy wyrok, zwłaszcza na małego jeszcze chłopca, mógłby zaszkodzić tej sławie.

Przez chwilę przesuwał paciorki różańca i myślał, a potem powiedział:

— Nie. Te dzieci porwano dla Smaina. Więc chociaż ja nie będę wchodzić w żadne układy z niewiernymi, trzeba je odesłać Smainowi. Taka jest moja wola.

— Stanie się według niej — odpowiedział kalif.

Ale Mahdi wskazał mu Idrysa, Gebhra i Beduinów:

— Tych ludzi nagródź ode mnie, o Abdullahi, bo odbyli wielką i niebezpieczną podróż, aby służyć Bogu i mnie.

Potem skinął na znak, że rozmowa skończona, i kazał Grekowi także wyjść. Gdy Grek znalazł się znowu w ciemnościach na placu modlitw, chwycił Stasia za ramię. Zaczął nim potrząsać z gniewem i rozpaczą.

— Przeklęty! Zgubiłeś to niewinne dziecko — mówił, wskazując na Nel. — Zgubiłeś siebie, a może i mnie.

— Nie mogłem inaczej — odpowiedział Staś.

— Nie mogłeś! Wiedz, że skazani jesteście na drugą podróż, stokroć gorszą od pierwszej. I to jest śmierć, rozumiesz? W Faszodzie febra zabije was w ciągu tygodnia. Mahdi wie, dlaczego wysyła was do Smaina.

— W Omdurmanie także byśmy umarli.

— Nieprawda! Nie umarlibyście w domu Mahdiego, w dostatku i wygodach. A on był gotów wziąć was pod swoje skrzydła. Wiem, że był gotów. Dobrze odpłaciłeś też mnie za to, że się za wami wstawiałem. Ale róbcie teraz, co chcecie! Abdullahi wysyła pocztę wielbłądzią do Faszody za tydzień, a przez ten tydzień róbcie, co chcecie! Więcej mnie nie zobaczycie!...

Powiedział to i odszedł, ale po chwili znów wrócił. Był gadatliwy jak wszyscy Grecy i musiał się wygadać. Chciał wylać na głowę Stasia złość, która się w nim zebrała. Nie był okrutny i nie miał złego serca. Pragnął jednak, by chłopiec jeszcze dokładniej zrozumiał straszną odpowiedzialność. Wziął ją na siebie, gdy nie posłuchał jego rad i ostrzeżeń.

— Kto by ci zabronił zostać w duszy chrześcijaninem? — mówił. — Myślisz, że ja nim nie jestem? Ale nie jestem głupcem. A ty wolałeś się popisać swoim fałszywym bohaterstwem. Do tej pory oddawałem białym jeńcom wielkie usługi. Teraz nie będę mógł tego robić, bo Mahdi rozgniewał się także na mnie. Wszyscy zginą. A twoja mała towarzyszka niedoli na pewno! Zabiłeś ją! W Faszodzie nawet dorośli Europejczycy giną z febry jak muchy, a co dopiero takie dziecko. A jeśli każą wam iść pieszo przy koniach i wielbłądach, ona padnie pierwszego dnia. To ty do tego doprowadziłeś. Ciesz się teraz... ty chrześcijaninie!

I odszedł, a oni skręcili z placu modlitwy w ciemne uliczki, w stronę szałasów. Szli długo, bo miasto było rozciągnięte na ogromnej przestrzeni. Nel, wyczerpana przez trudy, głód, strach i okropne wrażenia całego dnia, zaczęła opadać z sił. Idrys i Gebhr popędzali ją, żeby szła szybciej. Ale po pewnym czasie nogi zupełnie się pod nią ugięły. Wtedy Staś bez namysłu wziął ją na ręce i niósł. Po drodze chciał do niej mówić. Chciał się przed nią wytłumaczyć, że nie mógł postąpić inaczej. Ale myśli jakby zamarły mu w głowie. Dlatego powtarzał tylko w kółko: „Nel! Nel! Nel!” — i tulił ją do siebie, bo nie mógł nic więcej powiedzieć. Po kilkudziesięciu krokach Nel usnęła z wyczerpania na jego ręku. Szedł więc w milczeniu przez ciche, uśpione uliczki. Ciszę przerywała tylko rozmowa Idrysa i Gebhra.

A ich serca były pełne radości. To było szczęście dla Stasia, bo inaczej może znowu chcieliby go ukarać za zuchwałe odpowiedzi Mahdiemu. Byli jednak tak zajęci tym, co ich spotkało, że nie mogli myśleć o niczym innym.

— Czułem się chory — mówił Idrys — ale widok proroka mnie uzdrowił.

— Jest on jak palma na pustyni i jak zimna woda w upalny dzień — odpowiedział Gebhr. — A jego słowa są jak dojrzałe daktyle.

— Kłamał Nur-el-Tadhil, gdy mówił, że prorok nie dopuści nas przed swoje oblicze. Dopuścił, pobłogosławił i kazał Abdullahiemu nas obdarować.

— A ten obdaruje nas hojnie, bo wola Mahdiego jest święta.

— Bismillach! Niech będzie tak, jak mówisz — odezwał się jeden z Beduinów.

A Gebhr zaczął marzyć o całych stadach wielbłądów, bydła, koni i o workach pełnych piastrów.

Z tych marzeń wyrwał go Idrys. Wskazał na Stasia, który niósł śpiącą Nel, i zapytał:

— A co zrobimy z tym szerszeniem i z tą muchą?

— Ha! Smain powinien nagrodzić nas za nich osobno.

— Skoro prorok mówi, że nie pozwoli na żadne układy z niewiernymi, to Smainowi już na nich nie zależy.

— W takim razie żałuję, że nie dostali się w ręce kalifa. On nauczyłby tego szczeniaka, co to znaczy szczekać przeciw prawdzie i bożemu wybrańcowi.

— Mahdi jest miłosierny — odpowiedział Idrys.

Potem zastanowił się przez chwilę i powiedział:

— Jednak Smain, mając oboje w ręku, będzie pewien, że ani Turcy, ani Anglicy nie zabiją jego dzieci i Fatmy.

— Więc może nas nagrodzi?

— Tak. Niech poczta Abdullahiego zabierze ich do Faszody. Spadnie nam ciężar z głowy. A gdy Smain tu wróci, upomnimy się u niego o zapłatę.

— Mówisz więc, że zostaniemy w Omdurmanie?

— Allach! Nie dość ci drogi z Fajumu do Chartumu? Przyszedł czas na odpoczynek.

Szałasy były już niedaleko. Ale Staś zwolnił kroku, bo i jemu zaczynało brakować sił. Nel, chociaż lekka, ciążyła mu coraz bardziej. Sudańczycy chcieli już spać, więc krzyczeli na niego, żeby się pospieszył. Potem zaczęli popędzać go, bijąc pięściami po głowie. Gebhr nawet boleśnie ukłuł go nożem w łopatkę. Chłopak znosił to wszystko w milczeniu i chronił przede wszystkim swoją małą siostrzyczkę. Dopiero gdy jeden z Beduinów pchnął go tak, że o mało nie upadł, powiedział im przez zaciśnięte zęby:

— Mamy żywi dojechać do Faszody.

Te słowa powstrzymały Arabów, bo bali się złamać rozkaz Mahdiego. Ale jeszcze skuteczniej powstrzymało ich coś innego. Idrys dostał nagle tak silnego zawrotu głowy, że musiał oprzeć się na ramieniu Gebhra. Po chwili to minęło, ale Sudańczyk przestraszył się i powiedział:

— Allach! Coś ze mną niedobrze. Czy nie łapie mnie jakaś choroba?

— Widziałeś Mahdiego, więc nie zachorujesz — odpowiedział Gebhr.

Wreszcie doszli do szałasów. Staś resztkami sił oddał śpiącą Nel w ręce starej Dinah. Choć sama była niezdrowa, przygotowała dla swojej panienki dość wygodne posłanie. Sudańczycy i Beduini połknęli po kilka pasków surowego mięsa i rzucili się jak kłody na wojłoki. Stasiowi nie dano nic do jedzenia. Tylko stara Dinah wsunęła mu do ręki garść namoczonej durry, którą ukradła wielbłądom. Ale on nie myślał ani o spaniu, ani o jedzeniu.

Bo ciężar, który spadł na jego ramiona, był naprawdę zbyt wielki. Czuł, że postąpił tak, jak powinien, gdy odrzucił łaskę Mahdiego. Trzeba było za nią zapłacić wyrzeczeniem się wiary i duszy. Czuł, że ojciec byłby z niego dumny i szczęśliwy. Ale jednocześnie myślał, że zgubił Nel, towarzyszkę niedoli, małą, ukochaną siostrzyczkę. Za nią chętnie oddałby ostatnią kroplę krwi.

Więc gdy wszyscy zasnęli, ogarnął go ogromny płacz. Leżał na kawałku wojłoku i długo płakał jak dziecko, którym ostatecznie był jeszcze.

### Słowniczek

- **tapczan**: szerokie, niskie łóżko.
- **kalif**: najwyższy zastępca Mahdiego.
- **Turcy**: tak mahdyści nazywają Egipcjan.
- **niewierny**: człowiek innej wiary; słowo używane jako obelga.
- **tykwę**: wielki twardy owoc, z którego robi się naczynia.
- **skinął**: dał znak ruchem głowy lub ręki.
- **wachlowały**: poruszały czymś, żeby zrobić chłodny wiatr.
- **strusimi**: pochodzącymi od strusia, wielkiego afrykańskiego ptaka.
- **drapały**: delikatnie przesuwały paznokciami po skórze.
- **poczta wielbłądzia**: karawana wielbłądów, która wozi listy i rozkazy.
- **febra**: (stare) malaria.
- **piastr**: mała moneta.
- **wojłok**: gruby filc.
- **szczeniak**: młody pies; tu obelga wobec chłopca.

## Rozdział XIX

Wizyta u Mahdiego i rozmowa z nim widocznie nie uzdrowiły Idrysa. Jeszcze tej samej nocy zachorował bowiem ciężko, a rano był już nieprzytomny. Chamis, Gebhr i dwaj Beduini zostali wezwani do kalifa. Trzymał ich kilka godzin i wychwalał ich odwagę. Ale wrócili w fatalnych humorach i pełni złości. Spodziewali się bowiem Bóg wie jakich nagród, a tymczasem Abdullahi dał każdemu po jednym funcie egipskim i po koniu.

Beduini zaczęli kłótnię z Gebhrem i o mało nie doszło do bójki. W końcu oświadczyli, że pojadą z pocztą wielbłądzią do Faszody, żeby upomnieć się u Smaina o zapłatę. Dołączył do nich Chamis. Spodziewał się, że opieka Smaina przyniesie mu więcej korzyści niż pobyt w Omdurmanie.

Dla dzieci zaczął się tydzień głodu i nędzy, bo Gebhr wcale nie zamierzał ich karmić. Na szczęście Staś miał dwa talary z Marią Teresą, które dostał od Greka. Poszedł więc do miasta kupić daktyle i ryż. Sudańczycy wcale się temu nie sprzeciwiali. Wiedzieli, że z Omdurmanu nie można już uciec i że chłopiec nigdy nie zostawiłby małej bint. Nie obyło się jednak bez przygód. Widok chłopca w europejskim ubraniu, który kupował na rynku żywność, ściągnął bowiem znów gromady półdzikich derwiszów. Witali go śmiechem i wyciem. Na szczęście wielu widziało, że wczoraj był u Mahdiego. Ci powstrzymywali innych, którzy chcieli się na niego rzucić. Tylko dzieci rzucały w niego piaskiem i kamieniami, ale on wcale nie zwracał na to uwagi.

Ceny na rynku były bardzo wysokie. Daktyli Staś w ogóle nie mógł dostać. Dużą część ryżu odebrał mu Gebhr „dla chorego brata”. Chłopiec bronił się z całej siły i skończyło się szarpaniną i bójką. Oczywiście słabszy wyszedł z niej z mnóstwem siniaków i guzów. Wtedy okazało się też okrucieństwo Chamisa. Chamis był przywiązany tylko do Saby i karmił go surowym mięsem. Na nędzę dzieci patrzył natomiast z największą obojętnością, chociaż znał je od dawna i zawsze były dla niego dobre. Gdy Staś poprosił go, żeby dał trochę jedzenia chociaż Nel, odpowiedział ze śmiechem:

— Idź żebrać.

I w końcu doszło do tego, że Staś przez następne kilka dni, żeby ratować Nel przed śmiercią głodową — żebrał. Nie zawsze było to bezskuteczne. Czasem jakiś dawny żołnierz lub oficer egipskiego chedywa dawał mu parę piastrów albo kilka suszonych fig. Obiecywał też, że pomoże mu jeszcze następnego dnia. Raz spotkał misjonarza i siostrę miłosierdzia. Wysłuchali jego historii i zapłakali nad losem obojga dzieci. Sami byli wycieńczeni głodem, a jednak podzielili się z nim wszystkim, co mieli. Obiecali też, że odwiedzą ich w szałasach. Następnego dnia rzeczywiście przyszli. Mieli nadzieję, że może uda się im zabrać dzieci do siebie do czasu wyjazdu z pocztą. Ale Gebhr z Chamisem przepędzili ich korbaczami. Następnego dnia Staś spotkał ich jednak znowu i dostał od nich miarkę ryżu oraz dwa proszki chininy. Misjonarz kazał mu bardzo starannie je przechować, bo przewidywał, że w Faszodzie z pewnością czeka ich oboje febra.

— Pojedziecie teraz — mówił — wzdłuż rozlewisk Białego Nilu, czyli wśród tak zwanych suddów. Prąd wody znosi rośliny i liście i osadza je w płytszych miejscach. Rzeka nie może płynąć swobodnie przez te zatory. Tworzy więc tam rozległe, zaraźliwe bagna, gdzie febra nie oszczędza nawet Murzynów. Szczególnie strzeżcie się noclegów bez ognia, na gołej ziemi.

— My byśmy już chcieli umrzeć — odpowiedział Staś prawie z jękiem.

Wtedy misjonarz podniósł swoją wychudłą twarz i przez chwilę się modlił. Potem przeżegnał chłopca i powiedział:

— Ufaj Bogu. Nie wyrzekłeś się Go, więc Jego miłosierdzie i opieka będą nad tobą.

Staś próbował nie tylko żebrać, ale i pracować. Pewnego dnia zobaczył gromady ludzi pracujących na placu modlitwy. Dołączył do nich i zaczął nosić glinę na parkan, który miał otaczać plac. Śmiano się z niego i popychano go, ale pod wieczór stary szejk pilnujący robót dał mu dwanaście daktyli. Staś ogromnie ucieszył się z tej zapłaty. Daktyle były bowiem obok ryżu jedynym zdrowym pokarmem dla Nel, a coraz trudniej było je dostać w Omdurmanie.

Przyniósł je więc z dumą małej siostrzyczce. Oddawał jej wszystko, co mógł zdobyć, a sam od tygodnia jadł prawie wyłącznie durrę ukradzioną wielbłądom. Nel bardzo się ucieszyła na widok ulubionych owoców, ale chciała, żeby się z nią podzielił. Stanęła więc na palcach i położyła mu ręce na ramionach. Zadarła głowę, zaczęła patrzeć mu w oczy i prosić:

— Staś! zjedz połowę, zjedz!

A on odpowiedział:

— Jadłem już, jadłem! O, taki jestem syty!

I uśmiechnął się, ale zaraz zaczął przygryzać wargi, żeby się nie rozpłakać, bo był po prostu głodny. Obiecywał sobie, że następnego dnia znów pójdzie zarabiać. Ale stało się inaczej. Rano przyszedł mulazem od Abdullahiego z wiadomością, że poczta wielbłądzia wyrusza na noc do Faszody. Przyniósł też rozkaz kalifa: Idrys, Gebhr, Chamis i dwaj Beduini mają szykować się z dziećmi do drogi. Ten rozkaz zdumiał i oburzył Gebhra. Oświadczył więc, że nie pojedzie, bo jego brat jest chory i nie ma kto go pilnować. A nawet gdyby brat był zdrowy, obaj i tak postanowili zostać w Omdurmanie.

Ale mulazem odpowiedział:

— Mahdi ma tylko jedną wolę, a Abdullahi, jego kalif i mój pan, nigdy nie zmienia rozkazów. Twojego brata będzie pilnować niewolnik, a ty pojedziesz do Faszody.

— Więc pójdę i powiem mu, że nie pojadę.

— Do kalifa wchodzą tylko ci, których on sam chce widzieć. A jeśli wedrzesz się do niego siłą, bez pozwolenia, wyprowadzą cię — na szubienicę.

— Allach akbar! To powiedz mi wyraźnie, że jestem niewolnikiem.

— Milcz i słuchaj rozkazów! — odpowiedział mulazem.

Sudańczyk widział w Omdurmanie szubienice, które łamały się pod ciężarem wisielców. Co dzień z wyroków srogiego Abdullahiego wieszano na nich nowe ciała. Przestraszył się więc. Wszyscy derwisze powtarzali to samo, co powiedział mulazem: Mahdi ma tylko jedną wolę, a Abdullahi rozkazuje tylko raz. Nie było więc rady i trzeba było jechać.

„Nie zobaczę już więcej Idrysa!” — myślał Gebhr. Nawet w jego tygrysim sercu kryło się jakieś przywiązanie do starszego brata. Na myśl, że musi go zostawić w chorobie, ogarnęła go bowiem rozpacz. Na próżno Chamis i Beduini tłumaczyli mu, że w Faszodzie może być lepiej niż w Omdurmanie. Mówili, że Smain prawdopodobnie nagrodzi ich hojniej niż kalif. Żadne słowa nie mogły złagodzić żalu i złości Gebhra. A ta złość spadła głównie na Stasia.

Był to dla chłopca prawdziwie męczeński dzień. Nie pozwolono mu pójść na rynek, więc nie mógł nic zarobić ani uprosić. Musiał za to pracować jak niewolnik przy jukach, które przygotowywano do podróży. Było mu tym trudniej, że z głodu i zmęczenia bardzo osłabł. Był już pewien, że umrze w drodze, jeśli nie pod korbaczem Gebhra, to z wycieńczenia.

Na szczęście Grek, który miał dobre serce, przyszedł przed wieczorem odwiedzić dzieci i się pożegnać. Chciał też dać im coś na drogę. Przyniósł kilka proszków chininy, trochę szklanych paciorków i trochę żywności. Ale przede wszystkim, gdy dowiedział się o chorobie Idrysa, zwrócił się do Gebhra, Chamisa i Beduinów.

— Wiedzcie — powiedział im — że przychodzę tu z rozkazu Mahdiego.

Gdy to usłyszeli, uderzyli czołem o ziemię, a on mówił dalej:

— Macie w drodze karmić dzieci i dobrze się z nimi obchodzić. Opowiedzą one Smainowi o waszym postępowaniu, a Smain napisze o tym do proroka. Jeśli przyjdzie tu na was jakakolwiek skarga, następna poczta przywiezie wam wyrok śmierci.

Jedyną odpowiedzią na te słowa był nowy pokłon. Gebhr i Chamis mieli przy tym miny psów, którym założono kaganiec.

Grek kazał im odejść, a potem odezwał się po angielsku do dzieci:

— Wymyśliłem to wszystko, bo Mahdi nie wydał w waszej sprawie żadnych nowych rozkazów. Ale skoro powiedział, że macie jechać do Faszody, to trzeba, żebyście dojechali tam żywi. Liczę też na to, że żaden z tych ludzi nie zobaczy już przed wyjazdem ani Mahdiego, ani kalifa.

Potem zwrócił się do Stasia:

— Miałem do ciebie, chłopcze, żal i mam go nadal. Czy wiesz, że omal mnie nie zgubiłeś? Mahdi obraził się także na mnie. Żeby uzyskać jego przebaczenie, musiałem oddać Abdullahiemu znaczną część majątku. A i tak nie wiem, czy uratowałem się na długo. W każdym razie nie będę mógł pomagać jeńcom tak, jak pomagałem dotychczas. Ale żal mi was, a zwłaszcza (i tu wskazał na Nel) jej... Mam córkę w tym samym wieku... którą kocham bardziej niż własne życie... Dla niej zrobiłem wszystko, co zrobiłem... Chrystus będzie mnie za to sądził... Ona wciąż nosi pod suknią na piersi srebrny krzyżyk... Ma na imię tak jak ty, moja mała. Gdyby nie ona, ja także wolałbym umrzeć, niż żyć w tym piekle.

I wzruszył się. Przez chwilę milczał, w końcu potarł ręką czoło i zaczął mówić o czymś innym.

— Mahdi wysyła was do Faszody z myślą, że tam umrzecie. W ten sposób zemści się na was za twój opór, chłopcze, który głęboko go dotknął. A nie straci sławy „miłosiernego”. Taki on zawsze jest... Ale kto wie, komu pierwszemu jest przeznaczona śmierć! Abdullahi podsunął mu myśl, żeby tym psom, którzy was porwali, kazał jechać z wami. Marnie ich nagrodził, a teraz boi się, żeby to się nie rozeszło. Obaj z prorokiem wolą też, by ci ludzie nie opowiadali, że w Egipcie są jeszcze wojska, armaty, pieniądze i Anglicy... Ciężka to będzie droga i daleka. Pojedziecie krajem pustym i niezdrowym, więc pilnujcie jak oka w głowie tych proszków, które wam dałem.

— Rozkaż, panie, jeszcze raz Gebhrowi, żeby nie ważył się głodzić i bić Nel — powiedział Staś.

— Nie bójcie się. Poleciłem was staremu szejkowi, który wiezie pocztę. To mój dawny znajomy. Dałem mu zegarek i tak zapewniłem wam jego opiekę.

Mówiąc to, zaczął się żegnać. Wziął Nel na ręce, przycisnął ją do piersi i powtórzył:

— Niech Bóg błogosławi cię, moje dziecko!...

Tymczasem słońce zaszło i nastała gwiaździsta noc. W ciemności słychać było parskanie koni i stękanie objuczonych wielbłądów.

### Słowniczek

- **wychwalał**: bardzo chwalił.
- **funcie**: tu: egipskiej monecie (funt).
- **poczta wielbłądzia**: karawana wielbłądów, która wozi listy i rozkazy.
- **upomnieć się**: zażądać tego, co ktoś obiecał.
- **talar**: stara srebrna moneta.
- **daktyle**: słodkie owoce palmy.
- **szarpaniną**: ciągnięciem się i popychaniem w czasie bójki.
- **bint**: dziewczynka (po arabsku).
- **chedyw**: władca Egiptu.
- **siostra miłosierdzia**: zakonnica, która opiekuje się chorymi i biednymi.
- **chinina**: gorzki lek na febrę.
- **suddy**: bagna nad Białym Nilem, zatkane roślinami.
- **mulazem**: osobisty sługa wodza.
- **juki**: bagaż na grzbiecie zwierzęcia.
- **Murzyn**: (stare, dziś obraźliwe) czarnoskóry człowiek.

## Rozdział XX

Stary szejk Hatim wiernie dotrzymał obietnicy danej Grekowi i troskliwie opiekował się dziećmi. Droga w górę Białego Nilu była ciężka. Jechali przez Ketainę, Ed-Ducim i Kanę, a potem minęli Abbę. Jest to lesista wyspa na Nilu, na której przed wojną Mahdi mieszkał jako derwisz-pustelnik w spróchniałym drzewie. Karawana często musiała okrążać rozległe rozlewiska porośnięte papirusem, czyli tak zwane suddy. Wiatr przynosił od nich zatruty zapach gnijących liści, które przyniosła woda. Angielscy inżynierowie przecięli kiedyś te zapory i parowce mogły wtedy pływać z Chartumu do Faszody i dalej. Ale teraz rzeka znowu się zatkała. Nie mogła płynąć swobodnie, więc rozlewała się na obie strony. Na prawym i lewym brzegu rosła wysoka dżungla, a w niej stały kopce termitów i pojedyncze olbrzymie drzewa. Gdzieniegdzie lasy dochodziły aż do rzeki. W suchszych miejscach rosły gaje akacji.

Przez pierwsze tygodnie spotykali arabskie osady i miasteczka. Domy miały tam dziwne, wypukłe dachy uplecione ze słomy dochnu. Ale za Abbą, od osady Goz-Abu-Guma, wjechali w kraj czarnych. Był on jednak zupełnie pusty, bo derwisze zabrali prawie całą miejscową murzyńską ludność i sprzedawali ją na targach. Działo się to w Chartumie, Omdurmanie, Darze, Faszerze, El-Obeidzie i innych miastach Sudanu, Darfuru i Kordofanu. Niektórzy mieszkańcy zdołali ukryć się przed niewolą w gąszczach i lasach. Tych wyniszczył głód i ospa, która szalała z niebywałą siłą wzdłuż Białego i Niebieskiego Nilu. Sami derwisze mówili, że umierały na nią „całe narody”. Dawne plantacje sorga, manioku i bananów zarosła dżungla. Tylko dzikie zwierzęta, których nikt nie ścigał, bardzo się rozmnożyły. Nieraz o wieczornej zorzy dzieci widziały z daleka stada słoni. Wyglądały jak ruchome skały i powolnym krokiem szły do znanych sobie wodopojów. Na ich widok Hatim, dawny handlarz kością słoniową, cmokał, wzdychał i poufnie mówił do Stasia:

— Maszallach! Ile tu bogactwa! Ale teraz nie warto polować, bo Mahdi zabronił egipskim kupcom przyjeżdżać do Chartumu. Nie ma komu sprzedawać kłów, chyba emirom na umbaje.

Oprócz słoni spotykali też żyrafy. Na widok karawany uciekały szybko ciężkim kłusem i kiwały długimi szyjami, jakby były kulawe. Za Goz-Abu-Guma coraz częściej pojawiały się bawoły i całe stada antylop. Ludzie z karawany polowali na nie, gdy brakowało im świeżego mięsa. Ale prawie zawsze bez skutku, bo czujne i szybkie zwierzęta nie pozwalały się podejść ani otoczyć.

W ogóle żywności było mało. Kraj się wyludnił, więc nie można było dostać ani prosa, ani bananów, ani ryb. W dawnych czasach dostarczali ich karawanom Murzyni z plemion Szylluk i Dinka. Chętnie wymieniali je na szklane paciorki i mosiężny drut. Hatim jednak nie pozwolił dzieciom umierać z głodu. Co więcej, trzymał Gebhra krótko. Pewnego razu na noclegu Gebhr uderzył Stasia przy zdejmowaniu siodeł z wielbłądów. Hatim kazał go rozciągnąć na ziemi i wymierzyć mu po trzydzieści razów bambusem w każdą piętę. Okrutny Sudańczyk przez dwa dni mógł chodzić tylko na palcach. Przeklinał chwilę, w której opuścił Fajum, i mścił się na młodym niewolniku imieniem Kali, którego mu podarowano.

Na początku Staś był prawie zadowolony, że opuścili zarażony Omdurman i że widzi kraje, o których zawsze marzył. Jego silny organizm do tej pory doskonale znosił trudy podróży, a obfitsze jedzenie przywróciło mu energię. Nieraz znów w czasie drogi i na postojach szeptał siostrzyczce do ucha, że znad Białego Nilu też można uciec. Mówił, że wcale nie porzucił tego zamiaru. Ale niepokoiło go jej zdrowie. Po trzech tygodniach od wyjazdu z Omdurmanu Nel nie miała jeszcze febry. Ale jej twarz schudła. Zamiast się opalić, stawała się coraz bardziej przezroczysta, a małe ręce wyglądały jak ulepione z wosku. Nie brakowało jej troski ani nawet takich wygód, jakie Staś i Dinah mogli jej zapewnić z pomocą Hatima. Ale brakowało jej zdrowego powietrza pustyni. Wilgotny i upalny klimat i trudy drogi coraz bardziej osłabiały to delikatne dziecko.

Począwszy od Goz-Abu-Guma, Staś dawał jej codziennie po pół proszka chininy. Bardzo się martwił, że wkrótce zabraknie tego leku, którego nigdzie później nie będzie można dostać. Ale nie było na to rady, bo przede wszystkim trzeba było zapobiegać febrze. Chwilami ogarniała go rozpacz. Łudził się tylko nadzieją: jeśli Smain zechce wymienić ich na własne dzieci, musi znaleźć im jakąś zdrowszą okolicę niż Faszoda.

Ale nieszczęście ciągle zdawało się ścigać swoje ofiary. Dinah czuła się słaba już w Omdurmanie. Na dzień przed przybyciem do Faszody rozwiązywała tobołek z rzeczami Nel zabranymi z Fajumu. Nagle zemdlała i spadła z wielbłąda. Staś i Chamis z największym trudem ją ocucili. Ale przytomności nie odzyskała, a raczej odzyskała ją dopiero wieczorem. Było to tylko po to, by ze łzami pożegnać swoją ukochaną panienkę i umrzeć. Gebhr koniecznie chciał obciąć jej po śmierci uszy. Zamierzał pokazać je Smainowi na dowód, że umarła w drodze, i zażądać osobnej zapłaty także za jej porwanie. Tak robiono z niewolnikami, którzy umarli w czasie podróży. Ale Hatim, na prośbę Stasia i Nel, nie zgodził się na to. Pochowano ją więc uczciwie, a grób zabezpieczono przed hienami kamieniami i cierniami. Dzieci poczuły się jeszcze bardziej samotne, bo straciły jedyną bliską i oddaną im duszę. Był to szczególnie okrutny cios dla Nel. Dlatego Staś na próżno starał się ją uspokoić przez całą noc i następny dzień.

Nadszedł szósty dzień podróży. Następnego dnia w południe karawana dotarła do Faszody, ale znalazła tylko zgliszcza. Mahdyści obozowali pod gołym niebem lub w szałasach z trawy i gałęzi, zrobionych w pośpiechu. Trzy dni wcześniej osada spaliła się całkowicie. Zostały tylko osmalone dymem ściany okrągłych glinianych chat. Została też wielka drewniana szopa tuż nad wodą. Za czasów egipskich był to skład kości słoniowej, a teraz mieszkał w nim wódz derwiszów, emir Seki-Tamala. Był to człowiek znany wśród mahdystów, skryty wróg kalifa Abdullahiego, ale osobisty przyjaciel Hatima. Gościnnie przyjął u siebie starego szejka i dzieci, ale od razu na wstępie przekazał im złą nowinę.

Otóż Smaina nie zastaną w Faszodzie. Dwa dni wcześniej wyruszył na wschód i południe od Nilu, na wyprawę po niewolników. Nie wiadomo, kiedy wróci, bo najbliższe okolice były już wyludnione i ludzkiego towaru trzeba było szukać bardzo daleko. Wprawdzie blisko Faszody leżała Abisynia, z którą derwisze także prowadzili wojnę. Ale Smain miał tylko trzystu ludzi. Nie mógł się odważyć na przekroczenie jej granic, których pilnie strzegli wojowniczy mieszkańcy i żołnierze króla Jana.

Wobec tego Seki-Tamala i Hatim zaczęli się zastanawiać, co zrobić z dziećmi. Naradzali się głównie przy kolacji, na którą emir zaprosił także Stasia i Nel.

— Ja — mówił do Hatima — muszę wkrótce wyruszyć ze wszystkimi ludźmi na daleką wyprawę na południe, przeciw Eminowi paszy. On siedzi w Lado i ma tam parowce i wojsko. Taki rozkaz mi przywiozłeś, Hatimie... Ty musisz wracać do Omdurmanu, więc w Faszodzie nie zostanie ani jedna żywa dusza. Nie ma tu gdzie mieszkać, nie ma co jeść i panują choroby. Wiem wprawdzie, że biali nie chorują na ospę, ale febra zabije te dzieci w ciągu miesiąca.

— Kazano mi je przywieźć do Faszody — odpowiedział Hatim — więc je przywiozłem i mógłbym już się o nie nie troszczyć. Ale polecił mi je mój przyjaciel, Grek Kaliopuli, dlatego nie chciałbym, żeby umarły.

— A to na pewno się stanie.

— Co więc robić?

— Nie zostawiaj ich w pustej Faszodzie. Odeślij je do Smaina z tymi ludźmi, którzy przywieźli je do Omdurmanu. Smain poszedł w stronę gór, do suchego i wysokiego kraju. Tam febra nie zabija ludzi tak jak nad rzeką.

— Jak znajdą Smaina?

— Śladem ognia. Będzie palił dżunglę, po pierwsze dlatego, żeby napędzić zwierzynę do skalistych wąwozów. Tam łatwo ją otoczyć i wybić. Po drugie, żeby wypłoszyć z gąszczów pogan, którzy się w nich ukryli przed pościgiem... Smaina nietrudno znaleźć...

— Ale czy go dogonią?

— Czasem będzie spędzał nawet tydzień w jednej okolicy, bo musi wędzić mięso. Nawet jeśli wyjadą za dwa lub trzy dni, na pewno go dogonią.

— Ale dlaczego mają go gonić? Przecież on i tak wróci do Faszody.

— Nie. Jeśli połów niewolników mu się uda, poprowadzi ich do miast na targi...

— Co robić?

— Pamiętaj, że gdy obaj odjedziemy z Faszody, dzieci umrą tu z głodu, nawet jeśli nie zabije ich febra.

— Na proroka! To prawda!

I rzeczywiście nie było innej rady, jak wysłać dzieci na nową tułaczkę. Hatim okazał się naprawdę dobrym człowiekiem. Martwił się tylko o to, czy Gebhr, którego okrucieństwo poznał w czasie drogi, nie będzie się nad nimi znęcał. Ale groźny Seki-Tamala, którego bali się nawet jego żołnierze, kazał przywołać Sudańczyka. Oznajmił mu, że ma odwieźć dzieci do Smaina żywe i zdrowe i dobrze się z nimi obchodzić. W przeciwnym razie zostanie powieszony. Dobry Hatim uprosił jeszcze emira, żeby podarował małej Nel niewolnicę. Miała jej służyć i opiekować się nią w drodze i w obozie Smaina. Nel bardzo ucieszyła się z tego podarunku. Zwłaszcza że niewolnica okazała się młodą dziewczyną z plemienia Dinka, o miłych rysach i łagodnym wyrazie twarzy.

Staś wiedział, że Faszoda to śmierć. Nie prosił więc wcale Hatima, żeby nie wysyłano ich w nową, trzecią już podróż. W duszy myślał też, że jadąc na wschód i południe, muszą się bardzo zbliżyć do południowych granic Abisynii. Wtedy będzie można uciec. Miał nadzieję, że na suchych wyżynach Nel może uniknie febry. Z tych wszystkich powodów chętnie i gorliwie zajął się przygotowaniami do drogi.

Gebhr, Chamis i dwaj Beduini także nie byli przeciwni wyprawie. Liczyli na to, że przy boku Smaina upolują sporo niewolników, a potem korzystnie sprzedadzą ich na targach. Wiedzieli, że handlarze niewolników dochodzą czasem do wielkich majątków. W każdym razie woleli jechać, niż zostać tu pod ręką Hatima i Seki-Tamali.

Przygotowania zabrały jednak sporo czasu, zwłaszcza że dzieci musiały odpocząć. Wielbłądów nie można już było użyć do tej podróży. Arabowie, a z nimi Staś i Nel, mieli więc jechać konno. Kali, niewolnik Gebhra, i Mea, służąca Nel, mieli iść pieszo przy koniach. Imię Mea wybrano dla niej za radą Stasia. Hatim postarał się też o osła, który niósł namiot dla dziewczynki i żywność dla dzieci na trzy dni. Więcej Seki-Tamala nie mógł im dać. Dla Nel zrobiono coś w rodzaju kobiecego siodła z wojłoku, palmowych mat i bambusów.

Dzieci spędziły w Faszodzie trzy dni, żeby odpocząć. Ale ogromna ilość komarów nad rzeką czyniła pobyt tutaj po prostu nieznośnym. W dzień pojawiały się roje wielkich niebieskich much. Nie gryzły, ale były tak dokuczliwe, że wchodziły do uszu, siadały na oczach i wpadały nawet do ust. Staś słyszał jeszcze w Port-Saidzie, że komary i muchy roznoszą febrę i zarazki zapalenia oczu. W końcu więc sam poprosił Seki-Tamalę, żeby jak najszybciej ich wysłał. Tym bardziej że zbliżała się wiosenna pora deszczowa.

### Słowniczek

- **szejk**: starszy i przywódca u Arabów.
- **derwisz**: muzułmański mnich; w tej książce też żołnierz Mahdiego.
- **spróchniałym**: starym i zgniłym w środku (o drzewie).
- **rozlewiska**: miejsca, gdzie rzeka wylała na szeroki teren.
- **suddy**: bagna nad Białym Nilem, zatkane roślinami.
- **parowce**: statki, które płyną dzięki parze z maszyny.
- **febry**: (stare) malarii.
- **dżungla**: w tej książce wysoka trawa i zarośla.
- **ospa**: zakaźna choroba, po której zostają blizny.
- **sorgo**: afrykańskie zboże.
- **umbaja**: wojenna trąba z kła słonia.
- **poganin**: (stare, często obraźliwe) człowiek, który nie wierzy w jednego Boga.
- **zgliszcza**: to, co zostaje po wielkim pożarze.
- **szałas**: prosty domek z gałęzi i trawy.
- **murzyński**: (stare, dziś obraźliwe) dotyczący czarnoskórych ludzi.

## Rozdział XXI

— Stasiu, dlaczego my jedziemy i jedziemy, a Smaina jak nie ma, tak nie ma?

— Nie wiem. Pewnie idzie szybko naprzód, żeby jak najszybciej dojść do okolic, w których będzie mógł nałapać Murzynów. Czy chciałabyś, żebyśmy już połączyli się z jego oddziałem?

Dziewczynka kiwnęła swoją płową główką na znak, że bardzo jej na tym zależy.

— Dlaczego ci na tym zależy? — zapytał Staś.

— Bo może przy Smainie Gebhr nie będzie śmiał tak okropnie bić tego biednego Kalego.

— Smain pewnie nie jest lepszy. Oni wszyscy nie mają litości dla swoich niewolników.

— Tak?

Był to dziewiąty dzień podróży. Gebhr był teraz wodzem karawany i na początku łatwo znajdował ślady pochodu Smaina. Drogę wskazywały pasy wypalonej dżungli i obozowiska pełne ogryzionych kości i różnych resztek. Ale po pięciu dniach trafili na ogromną przestrzeń spalonego stepu, gdzie wiatr rozniósł pożar na wszystkie strony. Ślady stały się niewyraźne i poplątane, bo Smain widocznie podzielił swój oddział na kilkanaście mniejszych. Dzięki temu łatwiej im było otaczać zwierzynę i zdobywać żywność. Gebhr nie wiedział, w którą stronę iść. Często karawana po długim krążeniu wracała na to samo miejsce, z którego wyszła. Potem trafili na lasy, a po ich przejściu weszli w kraj skalisty. Ziemię pokrywały tam płaskie głazy lub drobne kamienie. Leżały na wielkich przestrzeniach tak gęsto, że dzieciom przypominały się miejskie bruki. Roślin było tam mało. Tylko gdzieniegdzie w szczelinach skał rosły euforbie, starce i mimozy. Jeszcze rzadziej rosły smukłe jasnozielone drzewa, które Kali nazywał w języku ki-swahili „m’ti”. Ich liśćmi karmiono konie. W okolicy nie było żadnych rzeczek ani strumieni. Na szczęście zaczęły już od czasu do czasu padać deszcze, więc wodę znajdowano we wgłębieniach skał.

Zwierzynę wypłoszyły oddziały Smaina i karawana umarłaby z głodu, gdyby nie mnóstwo pentarek. Co chwila zrywały się spod nóg koni. Pod wieczór siadały na drzewach tak gęsto, że wystarczyło strzelić w ich stronę, a kilka spadało na ziemię. Nie były wcale płochliwe i pozwalały podejść blisko. Podrywały się tak ciężko i powoli, że Saba, biegnący przed karawaną, prawie codziennie łapał je i dusił.

Chamis zabijał ich kilkanaście dziennie ze starej strzelby na kapiszony. Wyłudził ją od jednego z derwiszów Hatima w czasie drogi z Omdurmanu do Faszody. Ale śrutu miał już najwyżej na dwadzieścia nabojów i niepokoił się, co będzie, gdy cały zapas się skończy. Wprawdzie mimo wypłoszenia zwierzyny wśród skał pojawiały się czasem stadka arieli, pięknych antylop pospolitych w całej środkowej Afryce. Ale do arieli trzeba było strzelać ze sztucera. Oni nie umieli używać strzelby Stasia, a Gebhr nie chciał mu jej dać do ręki.

Sudańczyka także zaczęła niepokoić długa droga. Chwilami przychodziło mu do głowy, żeby wracać do Faszody. Gdyby bowiem minęli się ze Smainem, mogliby zabłądzić w dzikich okolicach. Tam groził im nie tylko głód, ale i napady dzikich zwierząt. Groziły im też napady jeszcze dzikszych Murzynów, spragnionych zemsty za łowy na ludzi. Ale Gebhr nie wiedział, że Seki-Tamala wybiera się przeciw Eminowi, bo nie było go przy tej rozmowie. Bał się więc na myśl, że stanie przed potężnym emirem. Emir kazał mu odwieźć dzieci do Smaina i dał mu do niego list. Zapowiedział też, że jeśli Gebhr nie wypełni obowiązku, pójdzie na szubienicę. Wszystko to napełniało go goryczą i złością. Nie śmiał już jednak mścić się za swoje rozczarowania na Stasiu i Nel. Za to plecy biednego Kalego codziennie krwawiły pod korbaczem. Młody niewolnik zawsze zbliżał się do srogiego pana z drżeniem i strachem. Ale na próżno obejmował jego nogi i całował ręce, na próżno padał przed nim na twarz. Tego kamiennego serca nie wzruszały ani pokora, ani jęki. Korbacz rozdzierał ciało nieszczęśliwego chłopca z byle powodu, a czasem i bez powodu. Na noc wkładano mu nogi w drewnianą deskę z otworami, żeby nie uciekł. W dzień szedł na sznurze przy koniu Gebhra, co bardzo bawiło Chamisa. Nel płakała nad losem Kalego. Staś burzył się w sercu i kilka razy gorąco stawał w jego obronie. Ale gdy zauważył, że to jeszcze bardziej złości Gebhra, zaciskał tylko zęby i milczał.

Kali zrozumiał jednak, że tych dwoje staje w jego obronie. I pokochał ich głęboko swoim obolałym, biednym sercem.

Od dwóch dni jechali skalistym wąwozem o wysokich, stromych ścianach. Kamienie, rozrzucone bez porządku, pokazywały, że w porze deszczowej wąwóz napełnia się wodą. Ale teraz jego dno było zupełnie suche. Pod ścianami rosło po obu stronach trochę trawy, dużo cierni, a gdzieniegdzie nawet drzewa. Gebhr wszedł w tę kamienną gardziel dlatego, że ciągle prowadziła pod górę. Myślał, że doprowadzi go na jakąś wyżynę. Stamtąd łatwiej zobaczy w dzień dymy, a w nocy ogniska obozu Smaina. Miejscami wąwóz był tak ciasny, że tylko dwa konie mogły iść obok siebie. Gdzie indziej rozszerzał się w małe, okrągłe doliny, otoczone jakby wysokimi kamiennymi murami. Na tych murach siedziały wielkie pawiany. Bawiły się, szczekały i pokazywały karawanie zęby.

Była piąta po południu. Słońce zniżyło się już ku zachodowi. Gebhr myślał o noclegu. Chciał tylko dotrzeć do jakiejś dolinki, w której można by urządzić zeribę. Znaczyło to otoczyć karawanę i konie płotem z kolczastych mimoz i akacji, który chroni przed dzikimi zwierzętami. Saba biegł przodem i poszczekiwał na małpy, które na jego widok niespokojnie się rzucały. Co chwila znikał za zakrętami wąwozu. Echo głośno powtarzało jego szczekanie.

Nagle jednak umilkł. Po chwili przybiegł pędem do koni z nastroszoną sierścią na grzbiecie i z ogonem podkulonym pod siebie. Beduini i Gebhr zrozumieli, że coś musiało go przestraszyć. Spojrzeli po sobie i ruszyli dalej, żeby przekonać się, co to mogło być. Ale gdy minęli mały zakręt, ściągnęli konie i w jednej chwili stanęli jak wryci. To, co zobaczyli, poraziło ich.

Na niewielkiej skale, w samym środku dość szerokiego tu wąwozu, leżał lew.

Dzieliło ich od niego najwyżej sto kroków. Potężne zwierzę zobaczyło jeźdźców i konie, podniosło się na przednie łapy i zaczęło na nich patrzeć. Nisko stojące słońce oświetlało jego ogromną głowę i kudłatą pierś. W tym czerwonym blasku lew był podobny do sfinksów, które zdobią wejścia do starożytnych świątyń egipskich.

Konie zaczęły przysiadać na zadach, kręcić się i cofać. Zdumieni i przerażeni jeźdźcy nie wiedzieli, co robić. Z ust do ust przelatywały więc tylko trwożne, bezradne słowa: „Allach! Bismillach! Allach akbar!”

A król puszczy patrzył na nich z góry, nieruchomy, jakby odlany z brązu.

Gebhr i Chamis słyszeli od kupców, którzy jeździli z Sudanu do Egiptu z kością słoniową i gumą, o takich lwach. Lwy kładą się czasem na drodze karawan, które muszą wtedy po prostu zboczyć. Ale tu nie było gdzie zboczyć. Pozostawało chyba zawrócić i uciekać! Tak, ale wtedy było prawie pewne, że straszne zwierzę rzuci się za nimi w pogoń.

Znów więc zabrzmiały gorączkowe pytania:

— Co robić?

— Co robić?

— Allach! Może ustąpi.

— Nie ustąpi.

I znowu zapadła cisza. Słychać było tylko chrapanie koni i przyspieszone oddechy ludzi.

— Spuść Kalego ze sznura — odezwał się nagle Chamis do Gebhra — a my uciekajmy na koniach. Wtedy lew jego pierwszego dogoni i tylko jego zabije.

— Zrób tak! — powtórzyli Beduini.

Ale Gebhr odgadł, że wtedy Kali w mgnieniu oka wdrapie się na skalną ścianę, a lew pogna za końmi. Wpadł więc na inny, okropny pomysł. Zarżnie chłopca i rzuci go przed siebie. Gdy zwierzę skoczy za nimi, zobaczy na ziemi krwawe ciało i zatrzyma się, żeby je pożreć.

Przyciągnął więc Kalego sznurem do siodła i podniósł już nóż. Ale w tej samej sekundzie Staś chwycił go za szeroki rękaw dżiuby.

— Co robisz, łotrze?

Gebhr zaczął się szarpać. Gdyby chłopiec chwycił go za rękę, wyrwałby się natychmiast, ale z rękawem nie poszło tak łatwo. Szarpiąc się, zaczął jednocześnie charczeć głosem zdławionym z wściekłości:

— Psie, jeśli jego nie wystarczy, zakłuję i was! Allach! Zakłuję, zakłuję!

Staś pobladł śmiertelnie. Jak błyskawica przebiegła mu bowiem myśl, że lew, goniąc przede wszystkim konie, może naprawdę ominąć w pędzie trupa Kalego. A wtedy Gebhr z całą pewnością zarżnie po kolei ich oboje.

Ciągnąc więc za rękaw z podwójną siłą, krzyknął:

— Daj mi strzelbę!... Zabiję lwa!

Beduini byli zdumieni tymi słowami. Ale Chamis widział jeszcze w Port-Saidzie, jak Staś strzela, i natychmiast zaczął wołać:

— Daj mu strzelbę! On zabije lwa!

Gebhr od razu przypomniał sobie strzały na jeziorze Karoun. Wobec strasznego niebezpieczeństwa szybko przestał się opierać. Nawet z wielkim pośpiechem podał chłopcu sztucer. Chamis szybko otworzył pudło z nabojami, a Staś nabrał z niego pełną garść.

Potem zeskoczył z konia, włożył naboje do luf i ruszył naprzód.

Przez pierwszych kilka kroków był jakby odurzony. Widział tylko siebie i Nel z szyjami poderżniętymi nożem Gebhra. Ale wkrótce bliższe i straszniejsze niebezpieczeństwo kazało mu zapomnieć o wszystkim innym. Miał przed sobą lwa! Na widok zwierzęcia pociemniało mu w oczach. Poczuł zimno w policzkach i w nosie, poczuł, że nogi ma jak z ołowiu i że brakuje mu tchu. Po prostu się bał. W Port-Saidzie czytywał o polowaniach na lwy, nawet w czasie lekcji. Ale co innego oglądać obrazki w książkach, a co innego stanąć oko w oko z potworem. A potwór patrzył teraz na niego jakby ze zdziwieniem, marszcząc szerokie czoło, podobne do tarczy.

Arabowie wstrzymali oddech, bo nigdy w życiu nie widzieli nic podobnego. Z jednej strony mały chłopiec, który wśród wysokich skał wydawał się jeszcze mniejszy. Z drugiej potężne zwierzę, złote w promieniach słońca, wspaniałe, groźne — „pan z wielką głową”, jak mówią Sudańczycy.

Staś całą siłą woli pokonał bezwład nóg i poszedł dalej. Przez chwilę jeszcze wydawało mu się, że serce podchodzi mu aż do gardła. Trwało to, dopóki nie podniósł strzelby do twarzy. Wtedy trzeba było myśleć o czymś innym. Podejść bliżej czy już strzelać? Gdzie mierzyć? Im mniejsza odległość, tym pewniejszy strzał... a więc dalej! dalej! Czterdzieści kroków to jeszcze za dużo... trzydzieści! dwadzieścia! Wiatr przynosi już ostry zwierzęcy zapach...

Chłopiec stanął.

„Kula między oczy albo po mnie! — pomyślał. — W imię Ojca i Syna!...”

A lew podniósł się, przeciągnął grzbiet i zniżył głowę. Wargi zaczęły mu się odchylać, brwi nasunęły się na oczy. Ta drobna istotka ośmieliła się podejść zbyt blisko. Gotował się więc do skoku, przysiadając na tylnych łapach, a uda mu drżały...

Ale Staś przez jedno mgnienie oka zobaczył, że muszka sztucera wypada na czole zwierzęcia. I pociągnął za spust.

Huknął strzał. Lew stanął dęba i przez chwilę wyprostował się na całą wysokość. Potem runął na plecy, czterema łapami do góry.

I w ostatnich drgawkach stoczył się ze skały na ziemię.

Staś jeszcze przez kilka minut trzymał go na muszce. Ale gdy zobaczył, że drgawki ustają i że płowe cielsko bezwładnie się wyprężyło, otworzył strzelbę i włożył nowy nabój.

Skalne ściany wciąż rozbrzmiewały głośnym echem. Gebhr, Chamis i Beduini nie mogli od razu zobaczyć, co się stało. Poprzedniej nocy padał bowiem deszcz i w wilgotnym powietrzu dym zasłonił wszystko w ciasnym wąwozie. Dopiero gdy dym opadł, zaczęli krzyczeć z radości i chcieli skoczyć do chłopca. Ale na próżno, bo żadna siła nie mogła zmusić koni do kroku naprzód.

A Staś zawrócił, spojrzał na czterech Arabów i wbił oczy w Gebhra.

— Ach, dość! — powiedział przez zaciśnięte zęby. — Przebrałeś miarę. Nie zamordujesz ani Nel, ani nikogo więcej!

I nagle poczuł, że nos i policzki znowu mu bledną. Ale było to inne zimno. Nie płynęło ze strachu, lecz ze strasznej i nieubłaganej decyzji, od której serce stało się nagle żelazne.

— Tak! To przecież łotry, kaci, mordercy, a Nel jest w ich rękach!...

— Nie zamordujesz jej — powtórzył.

Zbliżył się do nich, znów stanął i nagle z błyskawiczną szybkością podniósł strzelbę do twarzy.

Dwa strzały, jeden za drugim, wstrząsnęły echem wąwozu. Gebhr runął na ziemię jak wór piasku, a Chamis pochylił się w siodle i uderzył zakrwawionym czołem o szyję konia.

Dwaj Beduini wydali okropny okrzyk przerażenia, zeskoczyli z koni i rzucili się na Stasia. Zakręt był za nimi niedaleko. Gdyby uciekali do tyłu, czego Staś życzył sobie w duszy, mogliby uniknąć śmierci. Ale strach i wściekłość ich zaślepiły. Wydawało im się, że dopadną chłopca, zanim zdoła zmienić naboje, i zakłują go nożami. Głupcy! Ledwie przebiegli kilkanaście kroków, znów szczęknęła groźna strzelba. Wąwóz odpowiedział echem nowych strzałów. Obaj padli twarzami na ziemię, rzucając się jak ryby wyjęte z wody.

Jeden, trafiony gorzej przez pośpiech, podniósł się jeszcze i oparł na rękach. Ale w tej chwili Saba zatopił mu kły w karku.

Zapadła śmiertelna cisza.

Przerwały ją dopiero jęki Kalego. Rzucił się na kolana, wyciągnął przed siebie ręce i krzyczał w łamanym języku ki-swahili:

— Bwana kubwa! (Panie wielki) zabić lwa, zabić złych ludzi, ale nie zabijać Kalego!

Ale Staś nie zwracał uwagi na jego wołanie. Przez jakiś czas stał jak obłąkany. Potem zobaczył pobielałą twarzyczkę Nel i jej na wpół przytomne oczy, szerokie z przerażenia. Skoczył do niej:

— Nel! Nie bój się!... Nel! Jesteśmy wolni...

I rzeczywiście byli wolni, ale także zabłąkani w dzikiej, bezludnej puszczy, w głębi „czarnego lądu”.

### Słowniczek

- **płową**: jasną, żółtawą (o włosach).
- **nałapać**: złapać wielu, jednego po drugim.
- **pentarka**: perliczka, afrykański ptak.
- **sztucer**: dobra strzelba myśliwska.
- **wąwóz**: wąskie, głębokie przejście między skałami.
- **zarżnie**: zabije nożem.
- **zakłuję**: zabiję, wbijając nóż.
- **korbacz**: ciężki bat.
- **zeriba**: płot z kolczastych gałęzi wokół obozu.
- **pawian**: duża małpa.
- **sfinks**: egipski posąg lwa z głową człowieka.
- **muszka**: mała część na końcu lufy, która pomaga celować.
- **dżiuba**: biała sudańska szata z kolorowymi łatami.
- **bwana kubwa**: wielki pan (w języku ki-swahili).
- **czarny ląd**: Afryka.

## Rozdział XXII

Staś i młody Murzyn odciągnęli na boki wąwozu zabitych Arabów i ciężkie cielsko lwa. Zanim skończyli, słońce zniżyło się jeszcze bardziej i wkrótce miała zapaść noc. Ale nie można było nocować obok trupów. Kali wskazywał na zabite zwierzę, głaskał się po piersi i powtarzał, mlaskając językiem: „Msuri nyama” (dobre, dobre mięso). Staś nie pozwolił mu więc zająć się „nyamą”. Kazał mu łapać konie, które uciekły po strzałach. Czarny chłopak zrobił to niezwykle zręcznie. Nie gonił ich wąwozem, bo wtedy uciekałyby coraz dalej. Wdrapał się na górę, skrócił sobie drogę, omijając zakręty, i wybiegł przed spłoszone konie. W ten sposób łatwo złapał dwa, a dwa inne napędził na Stasia. Tylko koni Gebhra i Chamisa nie można już było znaleźć. Ale i tak zostały cztery, nie licząc kłapoucha, który niósł namiot i rzeczy. Wobec tych tragicznych wydarzeń osioł okazał prawdziwie filozoficzny spokój. Znaleziono go za zakrętem. Skubał starannie, ale bez pośpiechu, trawę na dnie wąwozu.

Małe sudańskie konie są w ogóle przyzwyczajone do widoku dzikich zwierząt, ale boją się lwów. Trudno było więc przeprowadzić je obok skały, przy której czerniała kałuża krwi. Konie chrapały, rozdymały nozdrza i wyciągały szyje do zakrwawionych kamieni. Ale gdy osioł, strzygąc tylko trochę uszami, przeszedł spokojnie, przeszły i one. Noc była już blisko, ale ujechali jeszcze około kilometra. Zatrzymali się dopiero tam, gdzie wąwóz znów rozszerzał się w małą dolinkę w kształcie amfiteatru. Rosły w niej gęsto ciernie i krzaki kolczastej mimozy.

— Panie — powiedział młody Murzyn — Kali napalić ogień, duży ogień!

Wziął szeroki sudański miecz, który zdjął z trupa Gebhra, i zaczął ścinać nim ciernie, a nawet większe drzewka. Po rozpaleniu ognia ścinał dalej, aż zebrał tak wielki zapas, że mógł wystarczyć na całą noc.

Potem razem ze Stasiem ustawił mały namiot dla Nel pod wysoką, pionową ścianą doliny. Następnie otoczyli go półkolem z szerokiego i wysokiego kolczastego płotu, czyli zeriby. Staś wiedział z opisów afrykańskich wypraw, że podróżni tak chronią się przed dzikimi zwierzętami. Konie nie mogły się jednak zmieścić za płotem. Chłopcy zdjęli więc z nich siodła, blaszane naczynia i worki. Potem spętali im nogi, żeby nie odeszły za daleko, szukając trawy lub wody. Mea znalazła zresztą wodę w pobliżu, we wgłębieniu pod skałami po drugiej stronie, które tworzyło jakby mały basen. Było jej sporo, więc wystarczyło dla koni i na ugotowanie pentarek, które Chamis zastrzelił rano. W jukach, które razem z namiotem dźwigał osioł, było też około trzech garncy durry. Znalazło się tam również kilka garści soli i wiązka suszonych korzeni manioku.

Wystarczyło więc na obfitą kolację. Korzystali z niej jednak głównie Kali i Mea. Gebhr strasznie głodził młodego Murzyna, więc teraz zjadł on tyle, że mogłoby to nasycić dwóch ludzi. Ale za to był całym sercem wdzięczny swoim nowym państwu. Zaraz po kolacji padł na twarz przed Stasiem i Nel na znak, że do końca życia chce być ich niewolnikiem. Potem równie pokornie oddał cześć strzelbie Stasia. Widocznie rozumiał, że bezpieczniej jest zdobyć łaskę tak groźnego narzędzia. Następnie oświadczył, że w czasie snu „pana wielkiego” i bibi będzie razem z Meą na zmianę pilnował ognia. Usiadł przy nim w kucki i cicho mruczał coś w rodzaju piosenki. Co chwila powtarzały się w niej słowa: „Simba kufa! simba kufa!”, co znaczy w języku ki-swahili: lew zabity.

Ale ani „pan wielki”, ani mała bibi nie mogli zasnąć. Nel, gorąco proszona przez Stasia, przełknęła zaledwie parę kawałków pentarki i kilka ziaren rozgotowanej durry. Mówiła, że nie chce jej się ani jeść, ani spać, tylko pić. Staś przestraszył się, że dostała gorączki. Ale przekonał się, że ręce ma chłodne, a nawet aż za zimne. Namówił ją jednak, żeby weszła do namiotu. Przygotował tam dla niej posłanie, a przedtem starannie sprawdził, czy w trawie nie ma skorpionów. Sam usiadł na kamieniu ze sztucerem w ręku. Chciał bronić jej przed dzikimi zwierzętami, gdyby ogień okazał się zbyt słabą obroną. Ogarnęło go ogromne zmęczenie i wyczerpanie. W duszy powtarzał sobie: „Zabiłem Gebhra i Chamisa, zabiłem Beduinów, zabiłem lwa i jesteśmy wolni.” Ale było tak, jakby te słowa szeptał mu ktoś inny, a on sam dobrze nie rozumiał, co znaczą. Czuł tylko, że są wolni, ale że stało się też coś okropnego. To napełniało go niepokojem i przygniatało mu pierś jak ciężki kamień. W końcu myśli zaczęły mu drętwieć. Długo patrzył na wielkie ćmy krążące nad płomieniem, aż zaczął się kiwać i drzemać. Kali też drzemał, ale budził się co chwila i dorzucał gałęzi do ognia.

Noc zrobiła się głęboka i, co rzadko zdarza się w gorących krajach, bardzo cicha. Słychać było tylko trzask płonących cierni i syczenie płomienia, który oświetlał półkole stromych skał. Księżyc nie rozjaśniał głębin wąwozu, ale wysoko migotały roje nieznanych gwiazd. Powietrze stało się tak chłodne, że Staś się obudził. Otrząsnął się z sennego odrętwienia i zaczął się martwić, czy chłód nie dokuczy małej Nel.

Ale uspokoił się, gdy przypomniał sobie, że zostawił jej w namiocie na wojłokach pled, który Dinah zabrała jeszcze z Fajumu. Pomyślał też, że od samego Nilu jechali ciągle pod górę, choć niezbyt stromo. Przez tyle dni musieli dojechać już dość wysoko. Były to więc kraje, gdzie febra nie jest tak groźna jak w niskiej dolinie rzeki. Przenikliwy nocny chłód zdawał się to potwierdzać.

Ta myśl dodała mu otuchy. Podszedł na chwilę do namiotu, żeby posłuchać, czy Nel spokojnie śpi. Potem wrócił, usiadł bliżej ognia i znów zaczął drzemać, a nawet głęboko zasnął.

Nagle obudziło go warczenie Saby, który wcześniej położył się spać tuż przy jego nogach.

Kali też się obudził i obaj zaczęli niespokojnie patrzeć na brytana. Pies stał wyciągnięty jak struna, z nastawionymi uszami. Poruszał nozdrzami i węszył w stronę, z której przybyli, wpatrując się w ciemność. Sierść nastroszyła mu się na karku i grzbiecie, a pierś unosiła się od powietrza, które wciągał, warcząc.

Młody niewolnik szybko dorzucił suchych gałęzi do ognia.

— Panie — szeptał — wziąć strzelbę! wziąć strzelbę!

Staś wziął strzelbę i wysunął się przed ogień, żeby lepiej widzieć mroczną głąb wąwozu. Warczenie Saby zmieniło się w urywane poszczekiwanie. Przez długą chwilę nic nie było słychać. Potem z oddali doleciał do Kalego i Stasia głuchy tętent. Było tak, jakby jakieś wielkie zwierzęta szybko biegły w stronę ognia. Tętent odbijał się w ciszy echem od skalnych ścian i stawał się coraz głośniejszy.

Staś zrozumiał, że zbliża się śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale co to mogło być? Może bawoły, może para nosorożców, która szuka wyjścia z wąwozu? Jeśli huk strzału ich nie spłoszy i nie zawróci, nic nie uratuje karawany. Te zwierzęta są bowiem równie złośliwe i napastliwe jak drapieżniki. Nie boją się ognia i stratują wszystko po drodze...

A gdyby to był jakiś oddział Smaina, który natknął się na trupy w wąwozie i ściga morderców? Staś sam nie wiedział, co byłoby lepsze — szybka śmierć czy nowa niewola? Przebiegło mu też przez głowę, że Smain mógłby ich oszczędzić, jeśli sam jest w oddziale. Ale jeśli go nie ma, derwisze zamordują ich od razu albo, co gorsza, okrutnie zamęczą przed śmiercią. „Ach — pomyślał — daj Boże, żeby to były zwierzęta, nie ludzie!”

Tymczasem tętent rósł i zmienił się w grzmot kopyt. Aż w końcu z ciemności wyłoniły się błyszczące oczy, rozdęte nozdrza i grzywy rozwiane od biegu.

— Konie! — zawołał Kali.

I rzeczywiście były to konie Gebhra i Chamisa. Przybiegły obydwa w dzikim pędzie, widocznie gnane strachem. Gdy wpadły w krąg światła, zobaczyły swoich spętanych towarzyszy. Stanęły dęba, a potem, parskając, wbiły kopyta w ziemię i przez chwilę stały nieruchomo.

Ale Staś nie opuścił strzelby. Był pewien, że za końmi lada chwila pojawi się kudłata głowa lwa lub płaska czaszka pantery. Ale czekał na próżno. Konie powoli się uspokajały. Co więcej, Saba po jakimś czasie przestał węszyć. Okręcił się kilka razy w miejscu, jak zwykle robią psy, położył się, zwinął w kłębek i zamknął oczy. Widocznie jeśli jakiś drapieżnik gonił konie, to poczuł dym lub zobaczył odblask ognia na skałach i cofnął się z daleka.

— Coś musiało je jednak mocno nastraszyć — powiedział Staś do Kalego — skoro nie bały się przebiec obok trupów ludzi i lwa.

— Panie — odpowiedział chłopak. — Kali domyślać się, co się stało. Dużo, dużo hien i szakali wejść do wąwozu i iść do trupów. Konie przed nimi uciekać, ale hieny ich nie gonić, bo one jeść Gebhra i tamtych innych...

— Być może. Ale ty teraz idź, rozsiodłaj konie, zabierz naczynia i worki i przynieś je tutaj. A nie bój się, bo strzelba cię obroni.

— Kali się nie bać — odpowiedział chłopak.

Rozsunął trochę ciernie przy samej skale i wysunął się za zeribę. Tymczasem z namiotu wyszła Nel.

Saba od razu wstał i trącał ją nosem, domagając się zwykłych pieszczot. Ale ona wyciągnęła najpierw rękę, a potem natychmiast ją cofnęła, jakby z obrzydzeniem.

— Stasiu, co się stało? — zapytała.

— Nic. Przybiegły tamte konie. Czy to ich tętent cię obudził?

— Obudziłam się już wcześniej i chciałam nawet wyjść z namiotu, ale...

— Ale co?

— Myślałam, że może się rozgniewasz.

— Ja? Na ciebie?

A Nel podniosła oczy i zaczęła na niego patrzeć jakimś dziwnym wzrokiem, takim, jakim nie patrzyła nigdy przedtem. Po twarzy Stasia przemknęło wielkie zdziwienie, bo w jej słowach i spojrzeniu wyraźnie wyczytał strach.

„Ona się mnie boi!” — pomyślał.

W pierwszej chwili poczuł jakby przebłysk zadowolenia. Pochlebiła mu myśl, że po tym, co zrobił, nawet Nel uważa go za zupełnie dorosłego człowieka. Więcej — za groźnego wojownika, który budzi wokół strach. Ale trwało to krótko, bo nieszczęścia rozwinęły jego umysł i spostrzegawczość. Zauważył więc, że w niespokojnych oczach dziewczynki obok strachu jest jakby odraza. Była to odraza do tego, co się stało, do przelanej krwi i do okropności, którą dziś widziała. Przypomniał sobie, jak przed chwilą cofnęła rękę, gdy nie chciała pogłaskać Saby, który dobił jednego z Beduinów. Tak! Przecież sam Staś czuł na piersi ciężar. Co innego było czytać w Port-Saidzie o amerykańskich traperach, którzy na Dalekim Zachodzie zabijali tuzinami czerwonoskórych Indian. A co innego zrobić to samemu i widzieć żywych przed chwilą ludzi, którzy charczą w drgawkach wśród kałuż krwi. Tak! Nel ma z pewnością w sercu pełno lęku, ale także odrazy, która zostanie w niej na zawsze. „Będzie się mnie bała — pomyślał Staś — ale w głębi serca, mimo woli, nie przestanie mieć mi tego za złe. I to będzie moja zapłata za wszystko, co dla niej zrobiłem.”

Na tę myśl wielka gorycz wezbrała mu w piersi. Doskonale wiedział bowiem, że gdyby nie Nel, już dawno zostałby zabity albo by uciekł. Dla niej więc wycierpiał to wszystko, co wycierpiał. A te męki i głód przydały się tylko na to, że stoi teraz przed nim spłoszona. To jakby nie ta sama mała siostrzyczka. Patrzy na niego nie z dawnym zaufaniem, ale ze zdziwionym lękiem. Staś poczuł się nagle bardzo nieszczęśliwy. Pierwszy raz w życiu zrozumiał, co to jest głęboki żal. Łzy mimo woli napływały mu do oczu. „Groźnemu wojownikowi” w żaden sposób nie wypadało się rozpłakać, inaczej może by to zrobił.

Opanował się jednak, zwrócił się do dziewczynki i zapytał:

— Czy ty się boisz, Nel?...

A ona odpowiedziała cicho:

— Jakoś... tak strasznie!

Wtedy Staś kazał Kalemu przynieść wojłoki spod siodeł. Jednym z nich nakrył kamień, na którym wcześniej drzemał, a drugi rozłożył na ziemi i powiedział:

— Usiądź tu przy mnie koło ognia... Prawda, jaka chłodna noc? Jeśli zachce ci się spać, oprzesz o mnie głowę i zaśniesz.

Ale Nel powtórzyła:

— Jakoś tak strasznie!...

Staś starannie owinął ją pledem i przez jakiś czas siedzieli w milczeniu, oparci o siebie. Oświetlał ich różowy blask, który przesuwał się po skałach. Migotał też na blaszkach miki, które błyszczały na kamiennych odłamach.

Za zeribą słychać było parskanie koni i chrzęst trawy w ich zębach.

— Słuchaj, Nel — odezwał się Staś — ja musiałem to zrobić... Gebhr zagroził, że nas zakłuje, jeśli lew nie poprzestanie na Kalim i dalej będzie ich gonił. Słyszałaś?... Pomyśl, że zagroził tym nie tylko mnie, ale i tobie. I zrobiłby to! Powiem ci szczerze, że gdyby nie ta groźba, nie strzelałbym do nich, chociaż myślałem o tym już dawniej. Myślę, że nie mógłbym... Ale on przebrał miarę. Widziałaś, jak okropnie znęcał się przedtem nad Kalim. A Chamis? Jak on nas podle sprzedał. I czy wiesz, co by się stało, gdyby nie znaleźli Smaina? Gebhr zacząłby się tak samo znęcać nad nami... nad tobą. Okropnie pomyśleć, że biłby cię korbaczem i zamęczyłby nas oboje. A po naszej śmierci wróciłby sobie do Faszody i powiedział, że umarliśmy na febrę... Ja, Nel, nie zrobiłem tego z okrucieństwa. Musiałem myśleć o tym, jak cię uratować... Chodziło mi tylko o ciebie...

W jego głosie wyraźnie zabrzmiał ten żal, który wypełniał mu serce. Nel widocznie to zrozumiała, bo przytuliła się do niego mocniej. A on opanował wzruszenie i mówił dalej:

— Ja się przecież nie zmienię i będę cię strzegł i pilnował jak dawniej. Póki oni żyli, nie było żadnej nadziei na ratunek. Teraz możemy uciec do Abisynii. Abisyńczycy są czarni i dzicy, ale to chrześcijanie i wrogowie derwiszów. Bylebyś była zdrowa, a uda nam się, bo do Abisynii nie jest bardzo daleko. A nawet gdyby się nie udało, nawet gdybyśmy wpadli w ręce Smaina, nie myśl, że będzie się na nas mścił. On nigdy w życiu nie widział ani Gebhra, ani Beduinów. Znał tylko Chamisa, ale co mu tam Chamis! Możemy też wcale nie mówić Smainowi, że Chamis był z nami. Jeśli uda nam się dotrzeć do Abisynii, będziemy ocaleni. A jeśli nie, to i tak nie będzie ci gorzej, tylko lepiej. Bo takich okrutników jak tamci chyba nie ma już na świecie... Nie bój się mnie, Nel!...

Chciał wzbudzić jej zaufanie i dodać jej otuchy, więc zaczął ją głaskać po płowej główce. Dziewczynka słuchała, nieśmiało podnosząc na niego oczy. Widać było, że chce coś powiedzieć, ale ociąga się, waha i boi. W końcu pochyliła głowę, tak że włosy całkiem zakryły jej twarz. Zapytała jeszcze ciszej niż przedtem, trochę drżącym głosem:

— Stasiu...

— Co, kochanie?

— A oni tu nie przyjdą?...

— Kto? — zapytał ze zdziwieniem Staś.

— Tamci... zabici?

— Co ty mówisz, Nel?...

— Boję się! Boję się!...

I jej pobladłe usta zaczęły drżeć.

Zapadło milczenie. Staś nie wierzył, że zabici mogą zmartwychwstać. Ale była noc i ich ciała leżały niedaleko, więc zrobiło mu się jakoś dziwnie nieswojo. Dreszcz przebiegł mu po plecach.

— Co ty mówisz, Nel? — powtórzył. — To Dinah nauczyła cię bać się duchów... Umarli nie...

I nie skończył, bo w tej chwili stało się coś przerażającego. W ciszy nocnej, w głębi wąwozu, tam, gdzie leżały trupy, rozległ się nagle jakiś nieludzki, okropny śmiech. Drgała w nim rozpacz i radość, i okrucieństwo, i ból, i łkanie, i szyderstwo. Był to rozdzierający, spazmatyczny śmiech obłąkanych lub potępionych.

Nel krzyknęła i z całych sił objęła Stasia ramionami. A jemu wszystkie włosy stanęły dęba. Saba zerwał się i zaczął warczeć.

Ale Kali, który siedział niedaleko, spokojnie podniósł głowę i powiedział prawie wesoło:

— To hieny śmiać się z Gebhra i z lwa.

### Słowniczek

- **wąwozu**: wąskiego, głębokiego przejścia między skałami.
- **msuri nyama**: dobre mięso (w języku ki-swahili).
- **nozdrza**: otwory w nosie zwierzęcia.
- **bibi**: pani (w języku ki-swahili).
- **ciernie**: kolce roślin; także krzewy z kolcami.
- **simba kufa**: lew zabity (w języku ki-swahili).
- **zeriba**: płot z kolczastych gałęzi wokół obozu.
- **spętać**: związać zwierzęciu nogi, żeby nie odeszło daleko.
- **garniec**: (stare) dawna miara zboża.
- **durra**: afrykańskie zboże.
- **pled**: ciepły koc.
- **brytan**: bardzo duży pies.
- **tętent**: odgłos kopyt biegnących koni.
- **dęba**: stanąć dęba: stanąć na tylnych nogach (o koniu); włosy stają dęba ze strachu, gdy się unoszą.
- **hieny**: afrykańskie zwierzęta, które jedzą martwe ciała.

## Rozdział XXIII

Wielkie wydarzenia poprzedniego dnia i nocne przeżycia bardzo zmęczyły Stasia i Nel. Dlatego gdy w końcu zmorzył ich sen, zasnęli oboje kamiennym snem. Dziewczynka pokazała się przed namiotem dopiero koło południa. Staś zerwał się trochę wcześniej z wojłoku rozłożonego blisko ogniska. Czekając na towarzyszkę, kazał Kalemu zająć się śniadaniem. Ze względu na późną godzinę miało to być też obiad.

Jasne światło dnia rozpędziło nocne strachy. Oboje obudzili się nie tylko wypoczęci, ale i z większą odwagą w sercach. Nel wyglądała lepiej i czuła się silniejsza. Oboje chcieli odjechać jak najdalej od miejsca, gdzie leżeli zastrzeleni Sudańczycy. Zaraz po posiłku wsiedli więc na konie i ruszyli przed siebie.

O tej porze dnia wszyscy podróżni w Afryce zatrzymują się na południowy odpoczynek. Nawet karawany Murzynów chronią się w cieniu wielkich drzew. Są to bowiem tak zwane „białe godziny”, godziny upału i milczenia. Słońce pali wtedy bez litości i patrząc z wysoka, zdaje się szukać, kogo by zabić. Każde zwierzę chowa się wtedy w największe gąszcze. Milkną ptaki, ustaje brzęczenie owadów. Cała natura zapada w ciszę i przyczaja się, jakby chciała ukryć się przed okiem złego bóstwa. Ale oni jechali wąwozem, w którym jedna ze ścian rzucała głęboki cień. Mogli więc jechać naprzód, nie narażając się na upał. Staś nie chciał opuszczać wąwozu z dwóch powodów. Po pierwsze, na górze oddziały Smaina mogły zobaczyć ich z daleka. Po drugie, w wąwozie łatwiej było znaleźć wodę w skalnych szczelinach. W otwartych miejscach woda wsiąkała w ziemię lub parowała w słońcu.

Droga ciągle szła pod górę, choć niezbyt stromo. Na skalnych ścianach widać było miejscami żółte warstwy siarki. Woda w szczelinach też miała jej zapach. Obojgu dzieciom przypominało to w niemiły sposób Omdurman i mahdystów, którzy smarowali głowy tłuszczem z proszkiem siarki. W innych miejscach czuć było koty piżmowe. Tam zaś, gdzie z wysokich skał spadały aż na dno wąwozu wspaniałe kaskady lian, unosił się upajający zapach wanilii. Mali wędrowcy chętnie zatrzymywali się w cieniu tych zasłon, haftowanych purpurowymi i liliowymi kwiatami. Kwiaty i liście były też pokarmem dla koni.

Zwierząt nie było widać. Tylko gdzieniegdzie na krawędziach skał siedziały w kucki małpy. Na tle nieba wyglądały jak fantastyczne pogańskie bożki, które zdobią w Indiach krawędzie świątyń. Wielkie samce z grzywami pokazywały Sabie zęby albo wyciągały pysk w trąbkę na znak zdumienia i gniewu. Jednocześnie podskakiwały, mrugały oczami i drapały się po bokach. Ale Saba był już przyzwyczajony do ich ciągłego widoku i niewiele zwracał uwagi na te groźby.

Jechali raźno. Radość z odzyskanej wolności zdjęła ze Stasia ten ciężar, który dławił go w nocy. Teraz myślał tylko o tym, co dalej robić. Jak wyprowadzić Nel i siebie z okolic, gdzie groziła im nowa niewola u derwiszów? Jak radzić sobie w długiej podróży przez puszczę, żeby nie umrzeć z głodu i pragnienia? I w końcu: dokąd iść? Wiedział jeszcze od Hatima, że z Faszody w prostej linii do granicy Abisynii jest najwyżej pięć dni drogi. Obliczył, że to około stu mil angielskich. Tymczasem od wyjazdu z Faszody minęły prawie dwa tygodnie. Było więc jasne, że nie szli najkrótszą drogą. Szukając Smaina, musieli skręcić daleko na południe. Przypomniał sobie, że szóstego dnia podróży przekroczyli rzekę, która nie była Nilem. Potem, zanim teren zaczął się wznosić, przejeżdżali koło jakichś dużych bagien. W szkole w Port-Saidzie bardzo dokładnie uczono geografii Afryki. Stasiowi została w pamięci nazwa Ballor, która oznacza rozlewiska mało znanej rzeki Sobbat, wpadającej do Nilu. Nie był wprawdzie pewien, czy minęli właśnie te rozlewiska, ale przypuszczał, że tak było. Pomyślał, że Smain nie mógł szukać niewolników prosto na wschód od Faszody. Kraj był tam bowiem już całkowicie wyludniony przez derwiszów i ospę. Musiał więc iść na południe, w okolice, do których wyprawy jeszcze nie docierały. Staś wywnioskował z tego, że idą śladami Smaina. W pierwszej chwili ta myśl go przestraszyła.

Zaczął się więc zastanawiać, czy nie należy porzucić wąwozu, który coraz wyraźniej skręcał na południe, i iść prosto na wschód. Ale po chwili namysłu zrezygnował z tego zamiaru. Przeciwnie, najbezpieczniej wydało mu się iść śladem bandy Smaina, dwa lub trzy dni za nią. Było bowiem zupełnie nieprawdopodobne, żeby Smain wracał z ludzkim towarem tą samą okrężną drogą. Pójdzie raczej prosto do Nilu. Staś zrozumiał też, że do Abisynii można się dostać tylko od południa, gdzie ten kraj graniczy z dziką puszczą. Od wschodniej granicy nie można było, bo tej pilnie strzegli derwisze.

Dlatego postanowił zapuścić się jak najdalej na południe. Można tam było wprawdzie natknąć się na Murzynów, zbiegłych znad Białego Nilu albo miejscowych. Ale z dwojga złego Staś wolał mieć do czynienia z czarnymi niż z mahdystami. Liczył też na to, że przy spotkaniu ze zbiegami lub miejscowymi osadami Kali i Mea mogą mu pomóc. Wystarczyło spojrzeć na młodą Murzynkę, żeby odgadnąć, że należy do plemienia Dinka lub Szylluk. Miała bowiem bardzo długie i cienkie nogi. Mają je oba te plemiona, które mieszkają nad Nilem i brodzą po jego rozlewiskach jak żurawie lub bociany. Kali natomiast wyglądał zupełnie inaczej, chociaż przez Gebhra stał się podobny do szkieletu. Był krępy i mocno zbudowany, miał silne ramiona, a stopy stosunkowo małe w porównaniu ze stopami Mei.

Prawie nie mówił po arabsku, a słabo znał ki-swahili. Tym językiem można się porozumieć prawie w całej Afryce. Staś nauczył się go jako tako od Zanzibarczyków pracujących przy Kanale. Było więc widać, że Kali pochodzi z jakichś odległych stron. Staś postanowił dowiedzieć się, z jakich.

— Kali, jak się nazywa twój naród? — zapytał.

— Wa-hima — odpowiedział młody Murzyn.

— Czy to duży naród?

— Wielki, który wojuje ze złymi Samburu i zabiera im bydło.

— A gdzie leży twoja wieś?

— Daleko! daleko!... Kali nie wie gdzie.

— Czy w takim kraju jak ten?

— Nie. Tam jest wielka woda i góry.

— Jak nazywacie tę wodę?

— Nazywamy ją „Ciemna Woda”.

Staś pomyślał, że chłopiec może pochodzić z okolic Albert-Nianza, które były dotąd w rękach Emina paszy. Chcąc to sprawdzić, pytał dalej:

— Czy nie mieszka tam biały naczelnik, który ma czarne dymiące łodzie i wojsko?

— Nie. Starzy ludzie mówić u nas, że widzieli białych ludzi (tu Kali rozstawił palce) raz, dwa, trzy!... Tak. Było trzech w długich białych sukniach. Szukali kłów... Kali ich nie widział, bo nie był jeszcze na świecie, ale ojciec Kalego przyjmować ich i dać im dużo kłów.

— Kim jest twój ojciec?

— Królem Wa-hima.

Stasiowi trochę pochlebiło, że ma za sługę królewicza.

— Czy chciałbyś zobaczyć ojca?

— Kali chcieć zobaczyć matkę.

— A co byś zrobił, gdybyśmy spotkali Wa-hima, i co oni by zrobili?

— Wa-hima paść na twarz przed Kalim.

— Więc zaprowadź nas do nich. Wtedy ty zostaniesz z nimi i będziesz panował po ojcu, a my pójdziemy dalej aż do morza.

— Kali do nich nie trafić i nie zostać, bo Kali kochać pana wielkiego i córkę księżyca.

Staś zwrócił się wesoło do towarzyszki i powiedział:

— Nel, zostałaś córką księżyca!

Ale gdy na nią spojrzał, nagle posmutniał. Pomyślał bowiem, że wychudzona dziewczynka z bladą i przezroczystą twarzyczką naprawdę wygląda bardziej na istotę księżycową niż ziemską.

Młody Murzyn zamilkł na chwilę, a potem powtórzył:

— Kali kochać bwana kubwa, bo bwana kubwa nie zabić Kalego, tylko Gebhra, a Kalemu dać dużo jeść.

I zaczął gładzić się po piersi, powtarzając z widoczną rozkoszą:

— Mnóstwo mięsa, mnóstwo mięsa!

Staś chciał się jeszcze dowiedzieć, jak chłopiec dostał się do niewoli u derwiszów. Okazało się, że pewnej nocy złapano go przy dołach wykopanych na zebry. Od tego czasu przechodził przez tyle rąk, że z jego odpowiedzi nie można było zrozumieć, którędy prowadzono go do Faszody. Stasia zastanowiło tylko to, co mówił o „Ciemnej Wodzie”. Gdyby bowiem Kali pochodził z okolic Albert-Nianza, Albert-Edward-Nianza albo Wiktoria-Nianza, na pewno słyszałby coś o Eminie paszy. Nad tym ostatnim leżały państwa Unioro i Uganda. Słyszałby o jego wojskach i parowcach, które budziły podziw i strach Murzynów. Tanganika była zbyt daleko. Pozostawało więc tylko przypuszczenie, że naród Kalego mieszka gdzieś bliżej. Dlatego spotkanie z ludźmi Wa-hima nie było całkiem niemożliwe.

Po kilku godzinach jazdy słońce zaczęło się zniżać. Upał wyraźnie zelżał. Trafili na szeroką dolinę, w której była woda i rosło kilkanaście dzikich fig. Zatrzymali się więc, żeby dać odpocząć koniom i posilić się zapasami. W tym miejscu skalne ściany były niższe. Staś kazał więc Kalemu wyjść na górę i zobaczyć, czy w okolicy nie widać jakichś dymów.

Kali wykonał rozkaz i w mgnieniu oka znalazł się na krawędzi skał. Dobrze rozejrzał się na wszystkie strony i zsunął się po grubej łodydze liany. Oświadczył, że dymu nie ma, ale jest nyama. Łatwo było się domyślić, że nie mówi o pentarkach, lecz o jakiejś większej zwierzynie. Wskazał bowiem na strzelbę Stasia, a potem przyłożył palce do głowy na znak, że to zwierzę z rogami.

Teraz Staś wdrapał się na górę, ostrożnie wychylił głowę ponad krawędź i zaczął patrzeć przed siebie. Nic nie zasłaniało mu widoku, bo dawna, wysoka dżungla była spalona. Nowa, która wyrastała już z poczerniałej ziemi, miała zaledwie kilka cali wysokości. Jak okiem sięgnąć, rosły rzadko wielkie drzewa o pniach osmalonych przez ogień. W cieniu jednego z nich pasło się stadko antylop gnu, które ciałem przypominają konie, a głową bawoły. Słońce przedzierało się przez liście baobabu i rzucało drgające plamy światła na ich brunatne grzbiety. Było ich dziewięć. Były najwyżej sto kroków dalej. Ale wiatr wiał od zwierząt w stronę wąwozu, więc pasły się spokojnie i nie przeczuwały niebezpieczeństwa. Staś chciał zdobyć mięso dla karawany, więc strzelił do najbliższej sztuki. Antylopa runęła na ziemię jak rażona piorunem. Reszta stada uciekła, a z nią wielki bawół, którego wcześniej nie zauważyli, bo leżał ukryty za kamieniem. Chłopiec wyczekał chwilę, gdy zwierzę ustawiło się trochę bokiem, i posłał za nim kulę. Nie zrobił tego z potrzeby, ale z myśliwskiej żyłki. Bawół mocno zachwiał się po strzale, pociągnął zadem, ale pobiegł dalej. Zanim Staś zdążył zmienić naboje, zniknął w nierównościach terenu.

Zanim dym się rozwiał, Kali siedział już na antylopie i rozcinał jej brzuch nożem Gebhra. Staś podszedł do niego, żeby przyjrzeć się zwierzęciu z bliska. Wielkie było jego zdziwienie, gdy po chwili młody Murzyn podał mu zakrwawionymi rękami parującą jeszcze wątrobę antylopy.

— Dlaczego mi to dajesz? — zapytał.

— Msuri, msuri! Bwana kubwa jeść zaraz.

— Zjedz sam! — odpowiedział Staś, oburzony tą propozycją.

Kali nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Natychmiast zaczął rwać wątrobę zębami i chciwie łykać surowe kawałki. Widział, że Staś patrzy na niego z obrzydzeniem, ale między jednym a drugim kęsem wciąż powtarzał: „Msuri! msuri!”

W ten sposób zjadł ponad pół wątroby, a potem zabrał się do oprawiania antylopy. Robił to niezwykle szybko i umiejętnie. Wkrótce skóra była zdjęta, a udziec oddzielony od grzbietu. Staś trochę się zdziwił, że Saby nie ma przy tej robocie. Gwizdnął na niego, żeby zaprosić go na wielką ucztę z przednich części zwierzęcia.

Ale Saba wcale się nie pojawił. Pochylony nad antylopą Kali podniósł głowę i powiedział:

— Wielki pies polecieć za bawołem.

— Widziałeś? — zapytał Staś.

— Kali widzieć.

Po tych słowach położył sobie na głowie polędwicę antylopy, na ramionach dwa udźce i ruszył do wąwozu. Staś gwizdnął jeszcze kilka razy i czekał. Ale widząc, że to na próżno, poszedł za nim. W wąwozie Mea ścinała już ciernie na zeribę. Nel skubała swoimi małymi palcami ostatnią pentarkę i zapytała:

— Czy to na Sabę gwizdałeś? On poleciał za wami.

— Poleciał za bawołem, którego postrzeliłem, i bardzo się niepokoję — odpowiedział Staś. — To ogromnie zawzięte zwierzęta, a tak silne, że nawet lew boi się na nie napadać. Z Sabą może być źle, jeśli zacznie walkę z takim przeciwnikiem.

Nel bardzo się tym zaniepokoiła i oświadczyła, że nie pójdzie spać, dopóki Saba nie wróci. Staś widział jej zmartwienie i był zły na siebie, że nie ukrył przed nią niebezpieczeństwa. Zaczął ją pocieszać.

— Poszedłbym za nimi ze strzelbą — mówił — ale muszą być już bardzo daleko. Wkrótce zapadnie noc i śladów nie będzie widać. Bawół jest mocno postrzelony i mam nadzieję, że padnie. W każdym razie osłabi go utrata krwi. Nawet jeśli rzuci się na Sabę, Saba potrafi uciec... Tak! Może wróci dopiero w nocy, ale wróci na pewno.

Mówiąc to, sam niezbyt wierzył we własne słowa. Pamiętał bowiem, co czytał o niesłychanej mściwości afrykańskiego bawołu. Nawet ciężko ranny obiega on łukiem myśliwego i czeka przy ścieżce, którą ten idzie. Potem atakuje niespodziewanie, bierze go na rogi i wyrzuca w górę. Z Sabą mogło się łatwo zdarzyć coś podobnego. A w drodze powrotnej, w nocy, groziły mu także inne niebezpieczeństwa.

I rzeczywiście wkrótce zapadła noc. Kali i Mea zrobili zeribę, rozpalili ogień i zajęli się kolacją. Saba nie wracał.

Nel martwiła się coraz bardziej i w końcu zaczęła płakać.

Staś prawie zmusił ją, żeby się położyła. Obiecał, że będzie czekał na Sabę, a jak tylko się rozwidni, sam pójdzie go szukać i przyprowadzi. Nel poszła do namiotu, ale co chwila wychylała główkę spod jego ścianek i pytała, czy pies nie wrócił. Zasnęła dopiero po północy, gdy Mea wyszła, żeby zastąpić Kalego, który pilnował ognia.

— Czemu córka księżyca płakać? — zapytał Stasia młody Murzyn, gdy obaj kładli się spać na czaprakach. — Kali tego nie chce.

— Żal jej Saby, którego pewnie zabił bawół.

— A może nie zabił — odpowiedział czarny chłopak.

Potem umilkli i Staś głęboko zasnął. Ale gdy się obudził, było jeszcze ciemno, bo zaczął mu dokuczać chłód. Ogień przygasł. Mea, która miała go pilnować, zdrzemnęła się i od jakiegoś czasu nie dorzucała chrustu na węgle.

Wojłok, na którym spał Kali, był pusty.

Staś sam dorzucił gałęzi, a potem trącił Murzynkę i zapytał:

— Gdzie jest Kali?

Przez chwilę patrzyła na niego nieprzytomnie. Potem oprzytomniała i powiedziała:

— Kali wziął miecz Gebhra i poszedł za zeribę. Myślałam, że chce naciąć więcej chrustu, ale on wcale nie wrócił.

— Dawno wyszedł?

— Dawno.

Staś czekał przez jakiś czas. Ale gdy Murzyna długo nie było widać, mimo woli zadał sobie pytanie:

— Uciekł?

I serce ścisnęło mu się z przykrego uczucia, które zawsze budzi ludzka niewdzięczność. Przecież stawał w obronie tego Kalego, gdy Gebhr całymi dniami się nad nim znęcał. A potem uratował mu życie. Nel była dla niego zawsze dobra i płakała nad jego losem. Oboje traktowali go jak najlepiej. A on uciekł! Sam przecież mówił, że nie wie, gdzie leżą osady Wa-hima, i że nie zdołałby do nich trafić. A jednak uciekł! Stasiowi znów przypomniały się książki o Afryce, które czytał w Port-Saidzie. Podróżnicy pisali w nich o głupocie Murzynów, którzy porzucają bagaże i uciekają nawet wtedy, gdy grozi im to pewną śmiercią. Kali miał za całą broń tylko sudański miecz Gebhra. Musi więc oczywiście umrzeć z głodu albo, jeśli nie wpadnie znów w niewolę u derwiszów, stać się łupem dzikich zwierząt.

— Ach! Niewdzięcznik i głupiec!

Potem Staś zaczął myśleć o tym, o ile trudniejsza będzie podróż bez Kalego i o ile cięższa praca. Trzeba było poić konie i pętać je na noc, rozbijać namiot, budować zeribę. Trzeba było pilnować w drodze zapasów i juków, żeby nic nie zginęło. Trzeba było obdzierać ze skóry i dzielić zabitą zwierzynę. Wszystko to miało teraz spaść na niego. W duchu przyznawał, że o niektórych pracach, na przykład o obdzieraniu ze skóry, nie ma najmniejszego pojęcia.

„Ha! Trudno — powiedział sobie. — Trzeba!...”

Tymczasem słońce wysunęło się zza horyzontu i, jak zawsze w gorących krajach, dzień zrobił się w jednej chwili. Trochę później w namiocie zaczęła chlupać woda do mycia, którą Mea przygotowała wieczorem dla panienki. Znaczyło to, że Nel wstała i się ubiera. I rzeczywiście wkrótce pojawiła się już ubrana, ale z grzebieniem w ręku i z nastroszoną jeszcze czupryną.

— A Saba? — zapytała.

— Jeszcze go nie ma.

Usta dziewczynki od razu zaczęły drżeć.

— Może jeszcze wróci — powiedział Staś. — Pamiętasz, że na pustyni czasem nie było go przez dwa dni, a potem zawsze nas doganiał.

— Mówiłeś, że pójdziesz go poszukać?...

— Nie mogę.

— Dlaczego, Stasiu?

— Bo nie mogę zostawić cię w wąwozie tylko z Meą.

— A Kali?

— Kalego nie ma.

I zamilkł, bo sam nie wiedział, czy ma jej powiedzieć całą prawdę. Ale ukryć tego nie można było, więc pomyślał, że lepiej wyjawić to od razu.

— Kali zabrał miecz Gebhra — powiedział — i w nocy poszedł nie wiadomo dokąd. Kto wie, czy nie uciekł. Murzyni często tak robią, nawet na własną zgubę. Żal mi go... Ale może jeszcze zrozumie, że zrobił głupstwo, i...

Dalsze słowa przerwało mu radosne szczekanie Saby, które wypełniło cały wąwóz. Nel rzuciła grzebień na ziemię i chciała biec na spotkanie, ale zatrzymały ją ciernie zeriby.

Staś zaczął je szybko rozrzucać. Ale zanim otworzył przejście, pierwszy pojawił się Saba, a za nim Kali. Był tak mokry i błyszczący od rosy, jakby wyszedł z największego deszczu.

Oboje dzieci ogarnęła ogromna radość. Kali, nie mogąc złapać tchu ze zmęczenia, znalazł się za płotem zeriby. Wtedy Nel zarzuciła mu białe ręce na czarną szyję i uściskała go z całej siły.

A on powiedział:

— Kali nie chce widzieć bibi płakać, więc Kali znaleźć psa.

— Dobry Kali! — odpowiedział Staś, klepiąc go po ramieniu. — A nie bałeś się spotkać w nocy lwa albo pantery?

— Kali bać się, ale Kali pójść — odpowiedział chłopak.

Te słowa jeszcze bardziej zjednały mu serca dzieci. Na prośbę Nel Staś wyjął z jednego tobołka sznurek szklanych paciorków, które dał im przy wyjeździe z Omdurmanu Grek Kaliopuli. Wspaniale ozdobił nimi szyję Kalego. Uszczęśliwiony podarunkiem Kali spojrzał zaraz z wielką dumą na Meę i powiedział:

— Mea nie mieć paciorków, a Kali mieć, bo Kali jest „wielki świat”.

W ten sposób zostało nagrodzone poświęcenie czarnego chłopca. Saba dostał natomiast ostrą burę. Już drugi raz od czasu służby u Nel dowiedział się, że jest zupełnie brzydki. Usłyszał też, że jeśli jeszcze raz zrobi coś podobnego, będzie prowadzony na sznurku jak małe szczenię. Słuchał tego, kiwając ogonem w dość dwuznaczny sposób. Ale Nel twierdziła, że widać mu było z oczu, że się wstydzi. Mówiła, że na pewno się zaczerwienił, tylko nie można było tego zobaczyć, bo ma pysk pokryty sierścią.

Potem było śniadanie z pysznych dzikich fig i mięsa z grzbietu gnu. W czasie śniadania Kali opowiadał o swoich przygodach. Staś tłumaczył to na angielski dla Nel, która nie rozumiała ki-swahili. Bawół, jak się okazało, uciekł daleko. Kalemu trudno było znaleźć ślad, bo noc była bezksiężycowa. Na szczęście dwa dni wcześniej padał deszcz i ziemia nie była zbyt twarda. Dlatego racice ciężkiego zwierzęcia zostawiały w niej zagłębienia. Kali szukał ich palcami stóp i szedł długo. Bawół w końcu padł, i musiał paść martwy, bo nie było żadnych śladów walki między nim a Sabą. Gdy Kali ich znalazł, Saba zżarł już większą część przedniej łopatki bawołu. Nie mógł już więcej jeść, ale nie pozwalał zbliżyć się do mięsa dwóm hienom i kilkunastu szakalom. Stały wokół i czekały, aż silniejszy drapieżnik skończy ucztę i odejdzie.

Chłopiec skarżył się, że pies warczał także na niego. Ale on zagroził mu wtedy gniewem „pana wielkiego” i bibi. Potem wziął go za obrożę i odciągnął od bawołu, a puścił dopiero w wąwozie.

Na tym skończyła się opowieść o nocnych przygodach Kalego. Potem wszyscy w dobrych humorach wsiedli na konie i pojechali dalej.

Tylko długonoga Mea, chociaż cicha i pokorna, patrzyła z zazdrością na naszyjnik młodego Murzyna i na obrożę Saby. Ze smutkiem w duszy myślała:

„Oni obaj są «wielki świat», a ja mam tylko mosiężną obrączkę na jednej nodze.”

### Słowniczek

- **białe godziny**: najgorętsze godziny dnia w Afryce, około południa.
- **wąwozu**: wąskiego, głębokiego przejścia między skałami.
- **szczelinach**: wąskich otworach w skale.
- **rozlewiska**: miejsca, gdzie rzeka wylała na szeroki teren.
- **wojłok**: gruby filc.
- **liana**: roślina, która pnie się po drzewach.
- **gnu**: gatunek antylopy.
- **bawołu**: dużego dzikiego zwierzęcia z rogami, podobnego do byka.
- **chrustu**: cienkich suchych gałęzi.
- **baobab**: ogromne afrykańskie drzewo.
- **nyama**: mięso (w języku ki-swahili).
- **czaprak**: koc lub materiał, który kładzie się koniowi pod siodło.
- **zeriba**: płot z kolczastych gałęzi wokół obozu.
- **wielki świat**: ważni, bogaci ludzie; tak Kali mówi o sobie z dumą.
- **Murzynka**: (stare, dziś obraźliwe) czarnoskóra kobieta.

## Rozdział XXIV

Przez następne trzy dni jechali ciągle wąwozem i zawsze pod górę. Dni były przeważnie upalne, a noce na zmianę chłodne albo duszne. Zbliżała się pora deszczowa. Zza horyzontu wysuwały się tu i tam chmury, białe jak mleko, ale głębokie i ciężkie. W oddali widać było już pasy deszczu i dalekie tęcze. Trzeciego dnia nad ranem jedna z takich chmur pękła nad ich głowami jak beczka, z której spadła obręcz. Polał ich ciepły i obfity, ale na szczęście krótki deszcz. Potem pogoda znów zrobiła się piękna i mogli jechać dalej. Pentarki znów pojawiały się w takiej ilości, że Staś strzelał do nich, nie zsiadając z konia. Zabił w ten sposób pięć sztuk, co aż nadto wystarczyło na jeden posiłek, nawet z Sabą. Podróż w świeżym powietrzu wcale nie była męcząca. Dużo zwierzyny i wody usuwało strach przed głodem i pragnieniem. W ogóle szło im łatwiej, niż się spodziewali. Staś był więc w dobrym humorze. Jechał obok dziewczynki, wesoło z nią rozmawiał, a czasem żartował.

Pewnego razu zatrzymali na chwilę konie pod wielkim drzewem chlebowym. Kali i Mea obcinali z niego owoce podobne do ogromnych melonów.

— Wiesz co, Nel — powiedział Staś — czasem mi się zdaje, że jestem błędnym rycerzem.

— A co to jest błędny rycerz? — zapytała Nel, zwracając ku niemu swoją śliczną główkę.

— Dawno, dawno temu, w średniowieczu, byli tacy rycerze, którzy jeździli po świecie i szukali przygód. Walczyli z olbrzymami i smokami, i wiesz? Każdy miał swoją damę, którą się opiekował i której bronił.

— To ja jestem taka dama?

Staś zastanowił się przez chwilę, a potem odpowiedział:

— Nie — tyś na to za mała. Tamte wszystkie były dorosłe.

Może żaden błędny rycerz nie zrobił dla swojej damy tyle, ile on dla tej małej siostrzyczki. Ale ani przez głowę mu to nie przeszło. Po prostu wydawało mu się, że to, co robił, jest czymś oczywistym.

Ale Nel poczuła się skrzywdzona jego słowami. Wysunęła usta z nadąsaną minką i powiedziała:

— A mówiłeś raz na pustyni, że postąpiłam jak osoba trzynastoletnia? Aha!

— No, to raz. Ale masz osiem lat.

— To za dziesięć będę miała osiemnaście!

— Wielka rzecz! A ja dwudziesty czwarty! W takim wieku człowiek nie myśli już o żadnych damach, bo ma co innego do roboty. Rozumie się!

— A co będziesz robił?

— Będę inżynierem albo marynarzem. A jeśli w Polsce będzie wojna, pojadę się bić jak mój ojciec.

Ona zapytała niespokojnie:

— Ale wrócisz do Port-Saidu?

— Najpierw musimy tam wrócić oboje.

— Do tatusia! — odpowiedziała dziewczynka.

I jej oczy zamgliły się smutkiem i tęsknotą. Na szczęście w tej chwili nadleciało stadko prześlicznych papug. Były szare, z różowymi głowami i z różowym spodem skrzydeł. Dzieci od razu zapomniały o poprzedniej rozmowie i zaczęły śledzić oczami ich lot.

Stadko zakręciło nad grupą euforbii i opadło na sykomor, który rósł niedaleko. Zaraz rozległy się wśród jego gałęzi głosy podobne do gadatliwej narady albo kłótni.

— To papugi, które najłatwiej uczą się mówić — powiedział Staś. — Gdy zatrzymamy się gdzieś na dłużej, postaram się złapać taką dla ciebie.

— O Stasiu! Dziękuję! — odpowiedziała z radością Nel. — Będzie się nazywała Daisy...

Tymczasem Mea i Kali naobcinali owoców z chlebowca i załadowali je na konie, a mała karawana ruszyła dalej. Ale po południu znów zaczęło się chmurzyć. Chwilami przelatywały krótkie deszcze, które napełniały wodą wszystkie zagłębienia ziemi. Kali przepowiadał wielką ulewę. Staś pomyślał więc, że wąwóz, który znów robił się coraz węższy, nie będzie dość bezpiecznym miejscem na noc. Mógł przecież zmienić się w potok. Dlatego postanowił nocować na górze. Ucieszyło to także Nel, zwłaszcza gdy Kali wrócił ze zwiadu. Powiedział, że niedaleko jest lasek z różnych drzew, a w nim dużo małych małpek. Nie były tak brzydkie i złe jak pawiany, które spotykali do tej pory.

Trafili na miejsce, gdzie skalne ściany były niskie i łagodnie się rozchylały. Wyprowadzili tamtędy konie i zanim się ściemniło, rozbili obóz na noc. Namiot Nel stanął w wysokim i suchym miejscu, pod wielkim kopcem termitów. Kopiec całkiem zamykał dostęp z jednej strony, więc łatwiej było zbudować zeribę.

Blisko stało potężne drzewo o szeroko rozłożonych konarach. Ich gęste liście mogły dobrze chronić przed deszczem. Przed zeribą rosły pojedyncze kępy drzew, a dalej gęsty las, spleciony pnączami. Wysoko nad nim wznosiły się korony jakichś dziwacznych palm. Wyglądały jak olbrzymie wachlarze albo rozwinięte pawie ogony.

Staś dowiedział się od Kalego, że przed drugą porą deszczową, a więc jesienią, niebezpiecznie jest nocować pod tymi palmami. Dojrzewają wtedy bowiem ich ogromne owoce. Urywają się niespodziewanie i spadają z dużej wysokości z taką siłą, że mogą zabić człowieka, a nawet konia. Teraz jednak owoce dopiero się zawiązywały. Z daleka, zanim zaszło słońce, widać było pod koronami małe małpki. Śmigały w wesołych skokach i goniły się nawzajem.

Staś z Kalim przygotowali wielki zapas drewna, żeby wystarczyło na całą noc. Chwilami zrywały się silne podmuchy gorącego wiatru, więc wzmocnili zeribę kołkami. Młody Murzyn zaostrzył je mieczem Gebhra i powbijał w ziemię. Ta ostrożność wcale nie była zbędna. Silny wiatr mógł bowiem rozrzucić kolczaste gałęzie zeriby i ułatwić drapieżnikom napad.

Ale zaraz po zachodzie słońca wiatr ustał, a powietrze zrobiło się duszne i ciężkie. Na początku w przerwach między chmurami świeciły tu i tam gwiazdy. Potem noc stała się zupełnie czarna i na krok nic nie było widać. Mali wędrowcy zebrali się przy ogniu i słuchali wrzasków i skrzeczenia małp, które w pobliskim lesie urządziły prawdziwy jarmark. Wtórowało im skomlenie szakali i różne inne nieznane głosy. Słychać w nich było niepokój i strach przed tym, co w ciemności grozi w puszczy każdej żywej istocie.

Nagle zrobiło się cicho jak makiem zasiał, bo w mrocznej głębi rozległo się stękanie lwa.

Konie, które pasły się niedaleko w młodej dżungli, zaczęły podchodzić do światła, podskakując na spętanych przednich nogach. Saba, zwykle odważny, nastroszył sierść. Z podkulonym ogonem tulił się do ludzi, widocznie szukając ich opieki.

Stękanie rozległo się znowu, jakby spod ziemi. Było głębokie, ciężkie, wysilone, jakby zwierzę z trudem wydobywało je ze swoich potężnych płuc. Szło nisko nad ziemią, to rosło, to cichło, zmieniając się chwilami w głuche, ogromne, ponure jęki.

— Kali! Dorzuć do ognia! — odezwał się Staś.

Murzyn z takim pośpiechem rzucił na ognisko naręcze gałęzi, że najpierw buchnęły snopy iskier. Dopiero potem wystrzelił w górę wysoki płomień.

— Stasiu, lew nas nie napadnie?... Prawda? — szeptała Nel, ciągnąc chłopca za rękaw.

— Nie. Nie napadnie. Patrz, jaka wysoka zeriba...

Mówiąc to, naprawdę wierzył, że nic im nie grozi. Ale bał się o konie, które tłoczyły się coraz bliżej płotu i mogły go stratować.

Tymczasem stękanie przeszło w długi, grzmiący ryk. Na jego dźwięk zamiera ze strachu każde żywe stworzenie. Nawet ludziom, którzy nie znają strachu, drżą wtedy nerwy, tak jak szyby drżą od dalekich strzałów armatnich.

Staś spojrzał szybko na Nel, zobaczył jej trzęsącą się bródkę i wilgotne oczy i powiedział:

— Nie bój się! Nie płacz!

A ona odpowiedziała tak samo jak kiedyś na pustyni:

— Ja nie chcę płakać... tylko mi się... oczy pocą! Oj!

Ten ostatni okrzyk wyrwał się jej, bo w tej chwili od strony lasu zagrzmiał drugi ryk. Był jeszcze potężniejszy od pierwszego, bo bliższy. Konie zaczęły wprost pchać się na zeribę. Gdyby nie długie i twarde jak stal kolce akacjowych gałęzi, przełamałyby ją. Saba warczał i jednocześnie drżał jak liść, a Kali zaczął powtarzać przerywanym głosem:

— Panie! dwa! dwa!... dwa!...

A lwy, które wyczuły się nawzajem, nie przestawały ryczeć. Straszny koncert trwał w ciemnościach bez przerwy, bo gdy jedno zwierzę milkło, zaczynało drugie. Wkrótce Staś nie mógł rozpoznać, skąd dochodzą ich głosy. Echo bowiem powtarzało je w wąwozie, skała odsyłała je skale, szły górą i dołem. Wypełniały las i dżunglę, nasycały całą ciemność grzmotem i strachem.

Tylko jedna rzecz wydawała się chłopcu pewna: zbliżały się coraz bardziej. Kali też zrozumiał, że lwy obiegają obóz coraz mniejszymi kręgami. Przed napadem powstrzymywał je tylko blask płomienia, więc rykiem wyrażały swoje niezadowolenie i obawę.

Ale widocznie i on myślał, że niebezpieczeństwo grozi tylko koniom, bo rozstawił palce i powiedział:

— Lwy zabić jeden, zabić dwa — nie wszystkie! nie wszystkie!...

— Dorzuć do ognia! — powtórzył Staś.

Znów buchnął żywszy płomień i ryki nagle ustały. Ale Kali podniósł głowę, spojrzał w górę i zaczął nasłuchiwać.

— Co tam? — zapytał Staś.

— Deszcz! — odpowiedział Murzyn.

Teraz Staś nastawił uszu. Konary drzewa osłaniały namiot i całą zeribę, więc na ziemię nie spadła jeszcze ani jedna kropla. Ale w górze słychać było szelest liści. W dusznym powietrzu nie było najmniejszego powiewu, więc łatwo było się domyślić, że to deszcz zaczyna szumieć w gęstwinie.

Szelest rósł z każdą chwilą. Po jakimś czasie dzieci zobaczyły krople spływające z liści, które w blasku ognia wyglądały jak wielkie różowe perły. Tak jak przepowiedział Kali, zaczynała się ulewa. Szelest zmienił się w szum. Spadało coraz więcej kropel, aż wreszcie przez gęstwinę zaczęły się przedzierać całe sznurki wody.

Ognisko pociemniało. Na próżno Kali dorzucał całe naręcza. Mokre z wierzchu gałęzie tylko dymiły, a od spodu syczały węgle. Płomień raz rósł, raz przygasał.

— Gdy ulewa zaleje ogień, będzie nas jeszcze bronić zeriba — powiedział Staś, żeby uspokoić Nel.

Potem zaprowadził dziewczynkę do namiotu i otulił ją pledem. Ale sam szybko wyszedł, bo znów odezwały się krótkie, urywane ryki. Tym razem były dużo bliżej i brzmiała w nich jakby radość.

Ulewa rosła z każdą chwilą. Deszcz dudnił i pluskał po twardych liściach nabaku. Gdyby ognisko nie było osłonięte konarami, zgasłoby od razu. Ale i tak unosił się nad nim głównie dym, a wśród dymu błyskały wąskie, niebieskie płomyki. Kali dał za wygraną i przestał dokładać suchych gałęzi. Zarzucił natomiast sznur wokół drzewa i wspinał się z jego pomocą coraz wyżej po pniu.

— Co robisz? — zawołał Staś.

— Kali włazić na drzewo.

— Po co? — krzyknął chłopiec, oburzony samolubstwem Murzyna.

Jasna, przeraźliwa błyskawica rozdarła ciemność, a odpowiedź Kalego zagłuszył nagły grzmot, który wstrząsnął niebem i puszczą. Jednocześnie zerwał się wicher i szarpnął konarami drzewa. W mgnieniu oka rozrzucił ognisko, porwał rozżarzone pod popiołem węgle i razem ze snopami iskier poniósł je w dżunglę.

Na chwilę nieprzebita ciemność ogarnęła obóz. Straszna tropikalna burza rozszalała się na ziemi i na niebie. Grzmot następował po grzmocie, błyskawica po błyskawicy. Krwawe zygzaki piorunów rozdzierały niebo czarne jak żałobny materiał. Na pobliskich skałach pojawiła się dziwna niebieska kula. Przez jakiś czas toczyła się wzdłuż wąwozu. Potem buchnęła oślepiającym światłem i pękła z tak okropnym hukiem, że zdawało się, że skały rozsypią się w proch.

Potem znów nastała ciemność.

Staś przestraszył się o Nel i po omacku poszedł do namiotu. Namiot, osłonięty kopcem termitów i olbrzymim pniem, jeszcze stał. Ale pierwsze silniejsze uderzenie wichru mogło potargać sznury i ponieść go Bóg wie dokąd. A wicher to cichł, to zrywał się z wściekłą siłą. Niósł fale deszczu i całe chmary liści i gałęzi połamanych w pobliskim lesie. Stasia ogarnęła rozpacz. Nie wiedział, czy zostawić Nel w namiocie, czy ją z niego wyprowadzić. W pierwszym wypadku mogła zaplątać się w sznury i zostać porwana razem z płótnem. W drugim groziło jej przemoczenie i także porwanie. Bo nawet Staś, bez porównania silniejszy, z największym trudem utrzymywał się na nogach.

Sprawę rozstrzygnął wicher, który chwilę później porwał dach namiotu. Płócienne ściany nie dawały już żadnego schronienia. Pozostawało tylko czekać, aż burza przejdzie, w ciemnościach, wśród których krążyły dwa lwy.

Staś przypuszczał, że może i one schroniły się przed nawałnicą w pobliskim lesie. Ale był zupełnie pewien, że gdy przejdzie, wrócą. Sytuację czyniło jeszcze groźniejszą to, że wiatr całkiem rozrzucił zeribę.

Wszystko groziło zgubą. Strzelba Stasia na nic nie mogła się przydać. Jego energia także. Wobec burzy, piorunów, huraganu, deszczu i ciemności czuł się bezbronny i bezradny. A lwy mogły się czaić kilka kroków dalej. Płócienne ściany, szarpane wiatrem, oblewały ich wodą ze wszystkich stron. Objął więc Nel ramieniem i wyprowadził ją z namiotu. Oboje przytulili się do pnia nabaku i czekali na śmierć lub na boże zmiłowanie.

I nagle, między jednym a drugim uderzeniem wiatru, doszedł ich głos Kalego, ledwie słyszalny w pluskaniu deszczu:

— Panie wielki, na drzewo! na drzewo!

I jednocześnie koniec mokrego sznura, spuszczonego z góry, dotknął ramienia chłopca.

— Przywiązać bibi, a Kali ją wciągnąć! — wołał dalej Murzyn.

Staś nie wahał się ani chwili. Otulił Nel wojłokiem, żeby sznur nie wpił się w jej ciało, i obwiązał ją w pasie. Następnie podniósł ją na wyciągniętych rękach i zawołał:

— Ciągnij!

Pierwsze konary drzewa wyrastały dość nisko, więc powietrzna podróż Nel trwała krótko. Kali wkrótce chwycił ją silnymi rękami i umieścił między pniem a olbrzymim konarem. Było tam dość miejsca nawet dla pół tuzina takich drobnych istotek. Żaden wiatr nie mógł jej stamtąd zdmuchnąć. Po całym drzewie spływała woda. Ale pień, gruby na kilkanaście stóp, chronił ją przynajmniej przed nowymi falami deszczu, które wiatr niósł ukośnie.

Gdy Murzyn zabezpieczył małą bibi, znów spuścił sznur dla Stasia. Ale Staś, jak kapitan, który ostatni schodzi z tonącego okrętu, kazał wejść przed sobą Mei.

Kali wcale nie musiał jej ciągnąć. W jednej chwili wdrapała się bowiem po sznurze z taką wprawą i zręcznością, jakby była rodzoną siostrą szympansa. Stasiowi poszło znacznie trudniej. Ale był dość dobrym gimnastykiem, by pokonać ciężar własnego ciała, strzelby i kilkunastu naboi, którymi wypełnił kieszenie.

W ten sposób wszyscy czworo znaleźli się na drzewie.

Staś tak się przyzwyczaił myśleć zawsze o Nel, że i teraz najpierw sprawdził, czy nie grozi jej upadek. Sprawdził też, czy ma dość miejsca i czy może wygodnie się położyć. Uspokojony w tej sprawie, zaczął łamać sobie głowę, jak ochronić ją przed deszczem. Ale nie było na to rady. Zbudować jakiś daszek nad jej głową byłoby łatwo w dzień. Ale teraz było tak ciemno, że wcale się nawzajem nie widzieli. Gdyby chociaż ta burza przeszła i gdyby udało się rozpalić ogień, można by wysuszyć ubranie Nel! Staś z rozpaczą myślał, że przemoczona do suchej nitki dziewczynka na pewno następnego dnia dostanie pierwszego ataku febry.

Bał się, że nad ranem, po burzy, zrobi się chłodno, jak bywało poprzednich nocy. Ale na razie uderzenia wiatru były raczej gorące, a deszcz jakby podgrzany. Dziwiło Stasia tylko to, że deszcz tak długo trwa. Wiedział przecież, że tropikalne burze im bardziej szaleją, tym krócej trwają.

Dopiero po długim czasie ucichły grzmoty i osłabły uderzenia wiatru. Ale deszcz padał dalej. Był wprawdzie mniej ulewny niż przedtem, ale ciężki i bardzo gęsty. Liście nabaku nie dawały przed nim żadnej ochrony. Z dołu dochodził szum wody, jakby cała dżungla zmieniła się w jedno jezioro. Staś pomyślał, że w wąwozie czekałaby ich pewna śmierć. Ogromnym żalem napełniała go też myśl, co się stanie z Sabą. Nie miał odwagi mówić o nim z Nel. Miał jednak trochę nadziei, że mądry pies znajdzie bezpieczne schronienie wśród skał nad wąwozem. Ale nie można było mu w żaden sposób pomóc.

Siedzieli więc jedno przy drugim wśród rozłożystych konarów, mokli i czekali na dzień. Po kilku następnych godzinach powietrze zaczęło się ochładzać i deszcz w końcu ustał. Woda widocznie spłynęła już po zboczu w niższe miejsca, bo nie było słychać ani plusku, ani szumu. Staś zauważył w poprzednich dniach, że Kali umie rozpalić ogień nawet z mokrych gałęzi. Pomyślał więc, żeby kazać Murzynowi zejść i spróbować, czy i tym razem mu się uda. Ale w chwili, gdy zwrócił się do niego, stało się coś, co wszystkim czworgu zmroziło krew w żyłach.

Głęboką ciszę nocną rozdarł nagle koński kwik, straszny, przeraźliwy, pełen bólu, strachu i śmiertelnego przerażenia. Coś zakotłowało się w ciemności. Rozległ się krótki charkot, potem głuche jęki, chrapanie, drugi koński kwik, jeszcze bardziej przeraźliwy, a potem wszystko umilkło.

— Lwy, panie wielki! Lwy zabijać konie! — szeptał Kali.

Było coś okropnego w tym nocnym napadzie, w sile tych potworów i w nagłym mordzie bezbronnych zwierząt. Dlatego Staś na chwilę zamarł i zapomniał o strzelbie. Zresztą na co przydałoby się strzelać w takiej ciemności? Chyba tylko na to, żeby przestraszeni światłem i hukiem mordercy porzucili zabite konie. Wtedy pognaliby za tymi, które się rozproszyły i uciekły od obozu tak daleko, jak mogły na spętanych nogach.

Stasia przeszły ciarki na myśl, co by się stało, gdyby zostali na dole. Przytulona do niego Nel drżała tak, jakby już chwycił ją pierwszy atak febry. Ale drzewo chroniło ich przynajmniej przed napadem. Kali po prostu uratował im życie.

Była to jednak straszna noc — najstraszniejsza w całej podróży.

Siedzieli jak zmokłe ptaki na gałęzi i słuchali, co się dzieje na dole. Przez jakiś czas panowało tam głębokie milczenie. Ale wkrótce odezwały się pomruki, odgłos jakby chłeptania, cmokanie odrywanych kawałów mięsa, chrapliwy oddech i postękiwanie potworów.

Zapach surowego mięsa i krwi dochodził aż do drzewa, bo lwy ucztowały najwyżej dwadzieścia kroków od zeriby.

I ucztowały tak długo, że Stasia w końcu ogarnęła złość. Chwycił strzelbę i strzelił w stronę tych odgłosów.

Ale odpowiedział mu tylko urywany, gniewny ryk, a potem rozległ się trzask kości gruchotanych w potężnych szczękach. W głębi błyszczały na niebiesko i czerwono oczy hien i szakali, które czekały na swoją kolej.

I tak mijały długie godziny nocy.

### Słowniczek

- **wąwozem**: wąskim, głębokim przejściem między skałami.
- **błędny rycerz**: rycerz, który jeździ po świecie i szuka przygód.
- **chlebowiec**: drzewo z wielkimi jadalnymi owocami.
- **ulewa**: bardzo silny deszcz.
- **konary**: grube gałęzie drzewa.
- **wicher**: bardzo silny wiatr.
- **euforbia**: roślina o gałęziach jak świecznik.
- **sykomor**: duże drzewo figowe.
- **kopiec termitów**: wysoka budowla z ziemi, w której żyją owady termity.
- **zeriba**: płot z kolczastych gałęzi wokół obozu.
- **nabak**: wielkie drzewo o szerokich gałęziach.
- **pled**: ciepły koc.
- **cicho jak makiem zasiał**: zupełnie cicho.
- **stękanie**: ciężkie, głuche jęki.
- **kwik**: wysoki, przeraźliwy krzyk zwierzęcia.

## Rozdział XXV

Słońce wreszcie wzeszło i oświetliło dżunglę, kępy drzew i las. Lwy zniknęły, zanim pierwszy promień zabłysnął na horyzoncie. Staś kazał Kalemu rozpalić ogień. Mei kazał wyjąć rzeczy Nel ze skórzanego worka, wysuszyć je i jak najszybciej przebrać dziewczynkę. Sam wziął strzelbę i poszedł obejrzeć obozowisko. Chciał też zobaczyć zniszczenia, jakie zrobiła burza i dwaj nocni mordercy.

Zaraz za zeribą, z której zostały tylko kołki, leżał pierwszy koń, zjedzony prawie do połowy. Sto kroków dalej leżał drugi, ledwie napoczęty. Zaraz za nim był trzeci, z rozerwanym brzuchem i zmiażdżoną głową. Wszystkie wyglądały strasznie, bo miały otwarte oczy, pełne zastygłego przerażenia, i wyszczerzone zęby. Ziemia była stratowana, a w zagłębieniach stały całe kałuże krwi. Staś poczuł taką złość, że prawie chciał, by zza jakiejś kępy wysunęła się kudłata głowa rozbójnika. Rozbójnik byłby ociężały po nocnej uczcie, a Staś mógłby wpakować mu kulę w łeb. Musiał jednak odłożyć zemstę na później, bo teraz miał co innego do roboty. Trzeba było odnaleźć i złapać pozostałe konie. Chłopiec przypuszczał, że schroniły się w lesie. Tak samo pewnie zrobił Saba, bo nigdzie nie było widać jego ciała. Staś miał nadzieję, że wierny towarzysz niedoli nie zginął od drapieżników, i ta nadzieja dodała mu otuchy. Jeszcze bardziej ucieszył się, gdy znalazł osła. Okazało się, że mądry długouch nie chciał się nawet męczyć zbyt daleką ucieczką. Po prostu schował się na zewnątrz zeriby, w kącie między kopcem termitów a drzewem. Tam, z osłoniętą głową i bokami, czekał, co będzie dalej. W razie potrzeby gotów był odeprzeć napad bohaterskim wierzganiem. Ale lwy najwyraźniej wcale go nie zauważyły. Więc gdy słońce wzeszło i niebezpieczeństwo minęło, uznał, że powinien się położyć i odpocząć po dramatycznych przeżyciach tej nocy.

Staś krążył koło obozowiska i w końcu znalazł na rozmiękłej ziemi odciski końskich kopyt. Ślady szły w stronę lasu, a potem skręcały ku wąwozowi. To była dobra wiadomość, bo w wąwozie nietrudno było złapać konie. Kilkanaście kroków dalej znalazł w trawie pęto, które jeden z koni zerwał w ucieczce. Ten koń musiał odbiec tak daleko, że na razie można go było uważać za straconego. Za to dwa inne Staś zauważył za niską skałą, nie w samym wąwozie, lecz na jego brzegu. Jeden z nich tarzał się, a drugi skubał młodą, jasnozieloną trawę. Oba wyglądały na strasznie zmęczone, jakby po długiej drodze. Ale światło dnia wygnało strach z ich serc, bo powitały Stasia krótkim, przyjaznym rżeniem. Koń, który się tarzał, zerwał się na nogi. Chłopiec zauważył, że ten także uwolnił się z pęt. Na szczęście wolał widocznie zostać przy towarzyszu, niż uciekać, gdzie oczy poniosą.

Staś zostawił oba konie pod skałą i poszedł nad brzeg wąwozu. Chciał sprawdzić, czy dalsza droga wąwozem jest możliwa. Zobaczył, że z powodu wielkiego spadku woda już spłynęła i dno jest prawie suche. Po chwili jego uwagę zwrócił jakiś białawy przedmiot, zaplątany w pnącze na przeciwległej ścianie skalnej. Okazało się, że to dach namiotu. Wicher przyniósł go aż tutaj i wbił w gęste zarośla, więc woda nie mogła go porwać. Namiot dawał małej Nel lepsze schronienie niż szałas sklecony naprędce z gałęzi. Dlatego Staś bardzo się ucieszył, że go znalazł.

Ale jeszcze większą radość poczuł, gdy z niszy skalnej, ukrytej trochę wyżej pod lianami, wyskoczył Saba. W zębach trzymał jakieś zwierzę, którego głowa i ogon zwisały po obu stronach jego paszczy. Potężny pies w mgnieniu oka wydrapał się na górę. Położył u nóg Stasia pręgowaną hienę ze zmiażdżonym grzbietem i odgryzioną nogą. Potem zaczął machać ogonem i radośnie poszczekiwać. Wyglądało to tak, jakby mówił: „Stchórzyłem przed lwami, przyznaję. Ale wy też siedzieliście na drzewie jak pentarki. Patrz jednak, że nie zmarnowałem nocy.”

Był z siebie tak dumny, że Staś ledwie go przekonał, by zostawił śmierdzące zwierzę na miejscu. Saba chciał je zanieść w prezencie Nel.

Gdy obaj wrócili, w obozie palił się już duży ogień. W naczyniach wrzała woda, a w niej gotowały się ziarna durry, dwie pentarki i wędzone paski polędwicy z gnu. Nel miała już na sobie suche ubranie, ale wyglądała tak marnie i blado, że Staś się o nią przestraszył. Wziął ją za rękę, by sprawdzić, czy nie ma gorączki, i zapytał:

— Nel, co ci jest?

— Nic, Stasiu, tylko bardzo chce mi się spać.

— Wierzę! Po takiej nocy! Ręce, chwała Bogu, masz zimne. Ach! co to była za noc! Oczywiście, że chce ci się spać. Mnie także. Ale czy nie czujesz się chora?

— Boli mnie trochę głowa.

Staś położył jej dłoń na czole. Główka była zimna, tak jak ręce. Ale to właśnie dowodziło ogromnego wyczerpania i osłabienia. Chłopiec westchnął więc i powiedział:

— Zjesz coś ciepłego, a potem zaraz się położysz i będziesz spała aż do wieczora. Dziś przynajmniej pogoda jest piękna i nie będzie tak jak wczoraj.

Nel spojrzała na niego ze strachem.

— Ale my tu nie będziemy nocowali?

— Tu nie, bo tu leżą zagryzione konie. Wybierzemy jakieś inne drzewo albo pojedziemy do wąwozu. Tam urządzimy taką zeribę, jakiej świat nie widział. Będziesz spała tak spokojnie jak w Port-Saidzie.

Ale ona złożyła rączki i zaczęła prosić go ze łzami, żeby jechali dalej. Mówiła, że w tym strasznym miejscu nie zmruży oka i na pewno zachoruje. Tak go błagała i tak powtarzała, patrząc mu w oczy: „Co, Stasiu? — dobrze?”, że zgodził się na wszystko.

— Więc pojedziemy wąwozem — powiedział — bo tam jest cień. Obiecaj mi tylko, że jeśli zabraknie ci sił albo będzie ci słabo, to mi powiesz.

— Nie zabraknie, nie zabraknie! Przywiążesz mnie do siodła i świetnie zasnę w drodze.

— Nie. Siądę na tego samego konia i będę cię trzymał. Kali i Mea pojadą na drugim, a osioł poniesie namiot.

— Dobrze! dobrze!

— Zaraz po śniadaniu musisz się trochę przespać. I tak nie możemy wyruszyć przed południem, bo jest dużo do roboty. Trzeba złapać konie, złożyć namiot i inaczej ułożyć juki. Część rzeczy zostawimy, bo teraz mamy w sumie tylko dwa konie. Zajmie nam to parę godzin, a ty tymczasem prześpisz się i nabierzesz sił. Dziś będzie upał, ale pod drzewem cienia nie zabraknie.

— A ty i Mea, i Kali? Tak mi przykro, że ja jedna będę spała, a wy musicie się męczyć...

— Dla nas też znajdzie się czas. O mnie się nie martw. W Port-Saidzie w czasie egzaminów często nie spałem całymi nocami. Nawet mój ojciec o tym nie wiedział... Koledzy też nie spali. Ale mężczyzna to nie taka mała mucha jak ty. Nie masz pojęcia, jak dziś wyglądasz... zupełnie jak ze szkła! Zostały tylko oczy i czupryna, a twarzy wcale nie ma.

Mówił to żartem, ale w duszy się bał, bo w mocnym świetle dnia Nel miała po prostu chorą twarz. Po raz pierwszy zrozumiał jasno, że jeśli tak dalej pójdzie, biedne dziecko nie tylko może, ale musi umrzeć. Na tę myśl zadrżały pod nim nogi. Poczuł nagle, że gdyby ona umarła, on także nie miałby po co żyć ani po co wracać do Port-Saidu.

„Bo cóż bym wtedy miał do roboty?” — pomyślał.

Na chwilę się odwrócił, by Nel nie zobaczyła w jego oczach żalu i strachu. Potem podszedł do rzeczy złożonych pod drzewem. Odrzucił wojłok, którym była przykryta szkatułka z nabojami, otworzył ją i zaczął czegoś szukać.

Trzymał tam, w małej szklanej flaszce, ostatni proszek chininy. Strzegł go jak oka w głowie na „czarną godzinę”, na wypadek gdyby Nel dostała febry. Ale teraz był prawie pewien, że po takiej nocy pierwszy atak na pewno przyjdzie. Postanowił więc mu zapobiec. Robił to z ciężkim sercem, bo myślał o tym, co będzie później. Mężczyźnie i przywódcy karawany nie wypadało płakać, ale gdyby nie to, rozpłakałby się nad tym ostatnim proszkiem.

Chciał ukryć wzruszenie, więc zrobił bardzo surową minę. Wrócił do dziewczynki i powiedział:

— Nel, weź przed jedzeniem resztę chininy.

Ona zapytała:

— A jeśli ty dostaniesz febry?

— To będę się trząsł. Weź, mówię ci.

Wzięła bez dalszego oporu, bo od czasu, gdy pozabijał Sudańczyków, trochę się go bała, mimo jego troski i dobroci. Potem usiedli do śniadania. Po nocnym zmęczeniu gorący rosół z pentarki smakował im wspaniale. Nel zasnęła zaraz po jedzeniu i spała kilka godzin. W tym czasie Staś, Kali i Mea przygotowali karawanę. Przynieśli z wąwozu dach namiotu, osiodłali konie i objuczyli osła. Rzeczy, których nie mogli zabrać, zakopali pod korzeniami nabaku. Przy tej pracy okropnie chciało im się spać. Ale Staś bał się, że zaśpią, więc pozwolił sobie i im tylko na krótką drzemkę.

Była chyba druga, gdy wyruszyli w dalszą drogę. Staś trzymał Nel przed sobą, a Kali jechał z Meą na drugim koniu. Nie zjechali od razu do wąwozu, ale posuwali się między jego brzegiem a lasem. Młoda dżungla bardzo urosła przez tę jedną deszczową noc. Ale ziemia pod nią była czarna i nosiła ślady ognia. Łatwo było się domyślić, że albo przechodził tędy Smain ze swoim oddziałem, albo był tu pożar. Wiatr mógł przygnać go z daleka przez suchą dżunglę. Ogień trafił wtedy na wilgotny las, przeszedł wąskim pasem między nim a wąwozem i poszedł dalej. Staś chciał sprawdzić, czy na tym pasie nie ma śladów obozów Smaina albo odcisków kopyt. Z przyjemnością przekonał się, że nic takiego nie widać. Kali, który dobrze się na tym znał, twierdził stanowczo, że ogień przyniósł wiatr. Mówił też, że od tego czasu minęło już kilkanaście dni.

— To dowodzi — zauważył Staś — że Smain ze swoimi mahdystami jest już Bóg wie gdzie. W żadnym razie nie wpadniemy w jego ręce.

Potem oboje z Nel zaczęli z ciekawością przyglądać się roślinom, bo dotąd nigdy nie jechali tak blisko tropikalnego lasu. Teraz jechali samym jego brzegiem, aby mieć cień nad głową.

Ziemia była tu wilgotna i miękka, porośnięta ciemnozieloną trawą, mchami i paprocią. Gdzieniegdzie leżały stare, spróchniałe pnie. Pokrywały je, jak dywan, prześliczne storczyki. Ich pstre kwiaty były podobne do motyli, a w środku korony miały pstry dzbanek. Tam, gdzie dochodziło słońce, ziemia złociła się od innych dziwnych storczyków, drobnych i żółtych. Dwa płatki ich kwiatu wznosiły się po bokach trzeciego i przypominały głowę zwierzątka o dużych, ostrych uszach. W niektórych miejscach pod drzewami rosły krzaki dzikiego jaśminu. Cienkie pnącza o różowych kwiatach łączyły je w girlandy. Płytkie wąwozy i zagłębienia porastały paprocie, zbite w jeden nieprzenikniony gąszcz. Jedne były niskie i szerokie. Inne były wysokie, a ich pnie wyglądały jak owinięte wełną. Sięgały aż do pierwszych konarów drzew i rozkładały się pod nimi jak delikatna, zielona koronka. W głębi lasu nie było jednego gatunku drzew. Daktylowce, rafie, palmy wachlarzowe, sykomory, chlebowce i euforbie rosły obok olbrzymich senecjonów i akacji. Były tam drzewa o liściach ciemnych i lśniących, jasnych albo czerwonych jak krew. Stały pień przy pniu, ze splątanymi gałęziami, a z gałęzi wyrastały żółte i purpurowe kwiaty, podobne do świeczników. W niektórych miejscach w ogóle nie było widać drzew. Od ziemi aż po wierzchołki pokrywały je pnącza, które przerzucały się z pnia na pień. Tworzyły jakby wielkie litery W i M, a zwisały jak girlandy, firanki i całe zasłony. Liany kauczukowe dusiły drzewa tysiącem wężowych splotów. Zmieniały je w piramidy zasypane białymi kwiatami jak śniegiem. Wokół większych lian owijały się mniejsze. Gmatwanina była tak wielka, że stawała się prawie ścianą. Nie przedarłby się przez nią ani człowiek, ani zwierzę. Tylko w niektórych miejscach przeszły słonie, którym nic nie potrafi się oprzeć. Tam w gąszczu ciągnęły się jakby głębokie i kręte korytarze.

Nie było wcale słychać śpiewu ptaków, który jest tak miły w europejskich lasach. Za to wśród wierzchołków drzew rozlegały się najdziwniejsze wołania. Jedne przypominały dźwięk piły, inne bicie w kotły, klekotanie bocianów albo skrzypienie starych drzwi. Słychać było też jakby klaskanie w ręce, miauczenie kotów, a nawet głośną, podnieconą rozmowę ludzi. Od czasu do czasu nad drzewa wzbijało się stadko szarych, zielonych i białych papug. Czasem leciała gromadka tukanów o jaskrawych piórach, cichym, falistym lotem. Na śnieżnym tle kauczukowych pnączy migały niekiedy, jak leśne duchy, małe małpki żałobniczki. Były całkiem czarne, z wyjątkiem białego ogona i białych pasów po bokach. Białe bokobrody otaczały też ich twarze, czarne jak węgiel.

Dzieci patrzyły z podziwem na ten dziewiczy las, którego może nigdy jeszcze nie widziały oczy białego człowieka. Saba co chwila dawał nura w gąszcz, skąd dochodziło jego wesołe szczekanie. Małą Nel wzmocniła chinina, śniadanie i odpoczynek. Jej twarzyczka ożywiła się i nabrała trochę kolorów, a oczy patrzyły weselej. Co chwila pytała Stasia o nazwy różnych drzew i ptaków, a on odpowiadał, jak umiał. W końcu oświadczyła, że chce zejść z konia i nazbierać dużo kwiatów.

Ale chłopiec uśmiechnął się i odpowiedział:

— Zaraz by cię tam zjadły siafu.

— Co to siafu? czy to coś gorszego od lwa?

— I gorszego, i nie gorszego. To są mrówki, które strasznie gryzą. Pełno ich na gałęziach, z których spadają ludziom na plecy jak ognisty deszcz. Ale chodzą też po ziemi. Spróbuj tylko zsiąść z konia i pójść trochę w las. Zaraz zaczniesz podskakiwać i piszczeć jak małpka. Nawet przed lwem łatwiej się obronić. Czasem idą w ogromnych szeregach i wtedy wszystko ustępuje im z drogi.

— Ale ty dałbyś sobie z nimi radę?

— Ja? Oczywiście!

— A jak?

— Za pomocą ognia albo wrzątku.

— Ty zawsze potrafisz sobie poradzić — powiedziała z głębokim przekonaniem.

Te słowa bardzo mu pochlebiły, więc odpowiedział zarozumiale, ale i wesoło:

— Bylebyś tylko była zdrowa, resztę możesz zostawić mnie.

— Mnie już nawet głowa nie boli.

— Chwała Bogu, chwała Bogu!

Tak rozmawiając, minęli las, który tylko jednym bokiem dochodził do wąwozu. Słońce stało jeszcze wysoko i mocno paliło, bo pogoda była wspaniała, a na niebie nie było żadnej chmurki. Konie były mokre od potu, a Nel zaczęła bardzo narzekać na gorąco. Dlatego Staś wybrał odpowiednie miejsce i skręcił do wąwozu, gdzie zachodnia ściana rzucała głęboki cień. Było tam chłodniej. Woda, która została w zagłębieniach po wczorajszej ulewie, także była dość chłodna. Nad głowami małych podróżników ciągle przelatywały z brzegu na brzeg tukany. Miały purpurowe głowy, niebieskie piersi i żółte skrzydła. Chłopiec zaczął więc opowiadać Nel, co wiedział z książek o ich zwyczajach.

— Wiesz — mówił — są takie tukany, które w czasie lęgów szukają dziupli w drzewie. Tam samica znosi jaja i siada na nich. Samiec oblepia otwór gliną, tak że widać tylko jej głowę. Dopiero gdy pisklęta się wyklują, tłucze glinę swoim wielkim dziobem i wypuszcza samicę na wolność.

— A co ona przez ten czas je?

— Samiec ją karmi. Ciągle lata dookoła i przynosi jej różne jagody.

— A czy pozwala jej spać? — pytała dalej sennym głosem.

Staś się uśmiechnął.

— Jeśli pani tukanowa ma taką ochotę jak ty w tej chwili, to jej pozwala.

I rzeczywiście, w chłodnym wąwozie dziewczynkę ogarnął sen nie do pokonania, bo od rana do wczesnego popołudnia za mało odpoczęła. Staś bardzo chciał pójść w jej ślady, ale nie mógł. Musiał ją trzymać, bo bał się, że spadnie. Poza tym bardzo niewygodnie siedziało mu się po męsku na płaskim i szerokim siodle. Takie siodło urządzili dla małej Hatim i Seki-Tamala jeszcze w Faszodzie. Nie śmiał się jednak ruszać i prowadził konia jak najwolniej, by jej nie obudzić.

Ona tymczasem przechyliła się do tyłu, oparła mu główkę na ramieniu i zasnęła na dobre.

Oddychała tak równo i spokojnie, że Staś przestał żałować ostatniego proszku chininy. Słuchał jej oddechu i czuł, że niebezpieczeństwo febry na razie minęło. Zaczął więc rozmyślać:

„Wąwóz ciągle idzie w górę, a teraz nawet dość stromo. Jesteśmy coraz wyżej i kraj jest coraz bardziej suchy. Trzeba będzie tylko znaleźć jakieś wysokie miejsce, dobrze osłonięte, przy bystrej wodzie. Tam się urządzimy i dam małej parę tygodni odpoczynku. Może nawet przeczekamy całą massikę. Niejedna nie wytrzymałaby nawet dziesiątej części tych trudów, ale trzeba, żeby odpoczęła! Po takiej nocy inna od razu dostałaby febry, a ona — jak to sobie śpi doskonale! Chwała Bogu!”

Te myśli wprawiły go w doskonały humor. Patrzył z góry na główkę Nel, opartą o jego pierś, i mówił sobie wesoło, ale też z pewnym zdziwieniem:

„Dziwna jednak rzecz, jak ja tę małą muchę lubię! Co prawda lubiłem ją zawsze, ale teraz to coraz bardziej!”

Nie wiedział, jak sobie wytłumaczyć to niezwykłe zjawisko, i w końcu wpadł na takie przypuszczenie:

„To pewnie dlatego, że tyle razem przeszliśmy i że ona jest pod moją opieką.”

Tymczasem trzymał tę „muchę” bardzo ostrożnie prawą ręką za pasek, żeby nie spadła z siodła i nie potłukła sobie noska. Jechali noga za nogą i w milczeniu. Tylko Kali podśpiewywał sobie pod nosem na chwałę Stasia:

— Pan wielki zabić Gebhra, zabić lwa i bawołu! yah! pan wielki zabić jeszcze dużo lwów! yah! Mnóstwo mięsa! mnóstwo mięsa! yah! yah!...

— Kali — zapytał cicho Staś — czy Wa-hima polują na lwy?

— Wa-hima bać się lwów, ale Wa-hima kopać głębokie doły i jeśli lew w nocy wpadnie, to Wa-hima śmiać się.

— Co wtedy robicie?

— Wa-hima rzucać dużo oszczepów, aż lew jak jeż. Wtedy go wyciągnąć z dołu i zjeść. Lew dobry.

I jak zwykle pogładził się po brzuchu.

Stasiowi nie bardzo podobał się ten sposób polowania. Zaczął więc wypytywać, jakie inne zwierzęta żyją w kraju Wa-hima. Rozmawiali o antylopach, strusiach, żyrafach i nosorożcach, dopóki do ich uszu nie doszedł szum wodospadu.

— Co to? — zawołał Staś. — Rzeka przed nami i wodospad?

Kali pokiwał głową na znak, że chyba tak jest.

Przez jakiś czas jechali szybciej, nasłuchując szumu, który był coraz wyraźniejszy.

— Wodospad! — powtórzył z ciekawością Staś.

Ale ledwie minęli jeden i drugi zakręt, nagle przeszkoda nie do przebycia zamknęła im dalszą drogę.

Nel, którą wcześniej uśpił ruch konia, zaraz się obudziła.

— Czy już stajemy na nocleg? — zapytała.

— Nie, ale patrz! — odpowiedział Staś. — Skała zamyka wąwóz.

— To co zrobimy?

— Nie da się przecisnąć obok niej, bo tu jest ciasno. Trzeba będzie trochę się wrócić, wyjść na górę i objechać przeszkodę. Ale do wieczora są jeszcze ze dwie godziny, więc mamy czas. Niech też konie trochę odpoczną. Słyszysz wodospad?

— Słyszę.

— Zatrzymamy się przy nim na nocleg.

Potem zwrócił się do Kalego. Kazał mu wspiąć się na brzeg wąwozu i zobaczyć, czy dalej dno nie jest zawalone podobnymi przeszkodami. Sam zaczął uważnie oglądać skałę i po chwili zawołał:

— Ona oderwała się i spadła niedawno. Widzisz, Nel, ten odłam? Popatrz, jaki świeży. Nie ma na nim żadnych mchów ani roślin. Już rozumiem — rozumiem!

I pokazał dziewczynce baobab rosnący nad brzegiem wąwozu. Jego ogromny korzeń zwisał po ścianie wzdłuż odłamu.

— To ten korzeń wszedł w szparę między ścianą a skałą. Rósł, aż w końcu odłupał skałę. To bardzo dziwna rzecz, bo przecież kamień jest twardszy od drzewa. Wiem jednak, że w górach często tak bywa. Potem byle co potrąci taką skałę, która ledwie się trzyma, i skała się odrywa.

— Ale co mogło go potrącić?

— Trudno powiedzieć. Może dawniejsza burza, może wczorajsza.

W tej chwili nadbiegł Saba, który wcześniej został za karawaną. Stanął nagle, jakby ktoś pociągnął go z tyłu za ogon, i zaczął węszyć. Potem wcisnął się w wąskie przejście między ścianą a oderwaną skałą. Ale natychmiast zaczął się cofać ze zjeżoną sierścią.

Staś zsiadł z konia, by zobaczyć, co mogło przestraszyć psa.

— Stasiu, nie chodź tam — prosiła Nel. — Tam może być lew.

Chłopiec był trochę samochwałą, a od wczorajszej nocy miał do lwów wielką urazę. Odpowiedział więc:

— Wielka rzecz lew — w dzień!

Zanim jednak podszedł do przejścia, z góry rozległ się głos Kalego:

— Bwana kubwa! Bwana kubwa!

— Co takiego? — zapytał Staś.

Murzyn w mgnieniu oka zsunął się po łodydze pnącza. Z jego twarzy łatwo było wyczytać, że przynosi jakąś ważną nowinę.

— Słoń! — zawołał.

— Słoń?

— Tak — odpowiedział młody Murzyn, machając rękami. — Tam grzmiąca woda, a tu skała. Słoń nie móc wyjść. Pan wielki zabić słonia, a Kali go jeść, och, jeść, jeść!

Na tę myśl ogarnęła go taka radość, że zaczął skakać, bić się dłońmi po kolanach i śmiać się jak szalony. Przewracał przy tym oczami i błyskał białymi zębami.

Staś nie zrozumiał od razu, dlaczego Kali mówi, że słoń nie może wyjść z wąwozu. Chciał zobaczyć, co się stało. Wsiadł na konia, a Nel powierzył Mei, by w razie potrzeby mieć wolne ręce do strzału. Kalemu kazał siąść za sobą. Potem wszyscy zawrócili i zaczęli szukać miejsca, którym mogliby wyjść na górę. Po drodze Staś wypytywał, jakim sposobem słoń znalazł się tam, gdzie był. Z odpowiedzi Kalego mniej więcej domyślił się, co się stało.

Słoń widocznie uciekał wąwozem przed ogniem podczas pożaru dżungli. Po drodze mocno otarł się o osłabioną skałę. Skała spadła i zamknęła mu drogę powrotną. Potem dobiegł do końca wąwozu i znalazł się nad przepaścią, w którą spadała rzeka. W ten sposób został zamknięty.

Po pewnym czasie młodzi podróżnicy znaleźli wyjście, ale dość strome. Musieli zsiąść z koni i prowadzić je za sobą. Murzyn zapewniał, że do rzeki jest bardzo blisko, więc poszli dalej pieszo. W końcu doszli na wysoki cypel, z jednej strony ograniczony rzeką, a z drugiej wąwozem. Spojrzeli w dół i na dnie kotliny zobaczyli słonia.

Olbrzymie zwierzę leżało na brzuchu. Ku wielkiemu zdziwieniu Stasia nie zerwało się na ich widok. Saba zaczął podbiegać do brzegu wąwozu i wściekle szczekać. Wtedy słoń na chwilę poruszył ogromnymi uszami i podniósł trąbę, ale zaraz ją opuścił.

Dzieci trzymały się za ręce i długo patrzyły na niego w milczeniu. Przerwał je dopiero Kali.

— On umierać z głodu! — zawołał.

Rzeczywiście, słoń był tak wychudzony, że jego grzbiet tworzył wzdłuż ciała jakby sterczący grzebień. Boki miał zapadnięte, a pod grubą skórą wyraźnie rysowały się żebra. Łatwo było się domyślić, że nie wstaje, bo nie ma już sił.

Wąwóz, przy ujściu dość szeroki, zmieniał się w kotlinkę zamkniętą z obu stron pionowymi skałami. Na jej dnie rosło kilka drzew. Ale te drzewa były połamane, kora była z nich zdarta, a na gałęziach nie było ani listka. Pnącza zwisające ze skał także były pozrywane i objedzone. Trawa w kotlinie była wyskubana do ostatniego źdźbła.

Staś dokładnie obejrzał całe miejsce i zaczął dzielić się z Nel swoimi spostrzeżeniami. Myślał jednak o nieuniknionej śmierci olbrzymiego zwierzęcia, więc mówił cicho, jakby bał się zakłócić jego ostatnie chwile.

— Tak, on naprawdę umiera z głodu. Siedzi tu już pewnie ze dwa tygodnie, od czasu, gdy pożar spalił starą dżunglę. Zjadł wszystko, co było do zjedzenia, a teraz tylko się męczy. Tym bardziej że tu na górze rosną chlebowce i akacje o wielkich strąkach. On je widzi i nie może się do nich dostać.

Przez chwilę znów patrzyli w milczeniu. Słoń także raz po raz kierował na nich swoje małe, gasnące oczka, a z jego gardła wydobywało się coś w rodzaju gulgotania.

— Naprawdę — odezwał się chłopiec — lepiej będzie skrócić mu tę mękę.

Powiedział to i podniósł strzelbę do twarzy. Ale Nel chwyciła go za kurtkę, zaparła się obiema nóżkami i z całej siły zaczęła go odciągać od brzegu wąwozu.

— Stasiu, nie rób tego! Stasiu, dajmy mu jeść! — on taki biedny! Ja nie chcę, żebyś ty go zabijał, nie chcę! nie chcę!

Tupała nóżkami i nie przestawała go ciągnąć. Spojrzał na nią z wielkim zdumieniem, a widząc jej oczy pełne łez, powiedział:

— Ależ, Nel...

— Nie chcę! nie dam go zabić! Ja dostanę febry, jeśli go zabijesz!...

Ta groźba wystarczyła Stasiowi, by wyrzekł się zabijania — i tego słonia, i wszystkich innych na świecie. Przez chwilę jeszcze milczał, bo nie wiedział, co odpowiedzieć małej. Potem powiedział:

— No, dobrze! dobrze!... Mówię ci, że dobrze! Nel! puść mnie!

Nel zaraz go uściskała, a przez jej zapłakane oczy przebłysnął uśmiech. Teraz chciała już tylko jak najszybciej dać słoniowi jeść. Kali i Mea bardzo się zdziwili, gdy usłyszeli, że bwana kubwa go nie zabije. Mieli nawet natychmiast narwać dla niego jak najwięcej melonów z drzewa chlebowego, strąków akacji, wszelkiego zielska, liści i traw. Obosieczny sudański miecz Gebhra bardzo się przydał Kalemu przy tej pracy. Bez niego robota nie poszłaby łatwo. Ale Nel nie chciała czekać na jej koniec. Gdy tylko pierwszy melon spadł z drzewa, złapała go obiema rękami. Niosła go do wąwozu i szybko powtarzała, jakby się bała, że ktoś inny ją zastąpi:

— Ja! ja! ja!

Ale Staś wcale nie chciał odbierać jej tej przyjemności. Bał się tylko, że z nadmiaru zapału spadnie razem z melonem. Chwycił ją więc za pasek i zawołał:

— Rzucaj!

Ogromny owoc potoczył się po stromym zboczu i upadł przy nogach słonia. Słoń w mgnieniu oka wyciągnął trąbę i złapał go. Potem ją zgiął, jakby chciał sobie włożyć melon pod szyję — i tyle go dzieci widziały!

— Zjadł! — zawołała szczęśliwa Nel.

— Spodziewam się! — odpowiedział ze śmiechem Staś.

A słoń wyciągnął ku nim trąbę, jakby prosił o więcej, i odezwał się potężnym głosem:

— Hrrumf!

— Chce jeszcze!

— Spodziewam się — powtórzył Staś.

Drugi melon poleciał za pierwszym i tak samo zniknął w jednej chwili. Potem trzeci, czwarty, dziesiąty. Następnie zaczęły spadać strąki akacji i całe wiązki traw i wielkich liści. Nel nie pozwoliła nikomu się zastąpić. Gdy jej małe ręce zmęczyły się robotą, spychała nóżkami coraz nowe zapasy. Słoń jadł i od czasu do czasu podnosił trąbę. Wygłaszał wtedy swoje grzmiące „hrrumf” na znak, że chce więcej, a jak twierdziła Nel, także na znak, że dziękuje.

Ale Kali i Mea w końcu się zmęczyli. Pracowali bardzo gorliwie, ale tylko dlatego, że bwana kubwa, jak myśleli, chce najpierw utuczyć słonia, a potem go zabić. Wreszcie bwana kubwa kazał im przestać, bo słońce było już nisko i czas było budować zeribę. Na szczęście nie było to trudne. Dwa boki trójkątnego cypla były zupełnie niedostępne, więc trzeba było zagrodzić tylko trzeci. Akacji z okrutnymi kolcami także nie brakowało.

Nel ani na krok nie odchodziła od wąwozu. Siedziała w kucki nad jego brzegiem i z daleka donosiła Stasiowi, co robi słoń. Raz po raz rozlegał się jej cienki głosik:

— Szuka koło siebie trąbą!

Albo:

— Rusza uszami. Ogromne ma uszy!

A wreszcie:

— Stasiu! Stasiu, wstaje! Oj!

Staś szybko podszedł i chwycił Nel za rękę. Słoń rzeczywiście wstał i dopiero teraz dzieci mogły zobaczyć, jaki jest ogromny. Widziały już kilka razy wielkie słonie, które przewożono na statkach przez Kanał Sueski z Indii do Europy. Ale żaden z nich nie mógł się równać z tym olbrzymem. Naprawdę wyglądał jak wielka, ciemnoszara skała, która chodzi na czterech nogach. Różnił się od tamtych także ogromnymi kłami, długimi na pięć lub więcej stóp. A jak już zauważyła Nel, miał też wprost bajeczne uszy. Jego przednie nogi były bardzo wysokie, ale dość cienkie, pewnie z powodu wielodniowego postu.

— Oto liliput! — zawołał Staś. — Gdyby stanął na tylnych nogach i dobrze wyciągnął trąbę, mógłby cię złapać za nóżkę.

Ale olbrzym nie myślał ani się wspinać, ani łapać nikogo za nóżkę. Chwiejnym krokiem podszedł do wylotu wąwozu i przez chwilę patrzył w przepaść, na której dnie kotłowała się woda. Potem zwrócił się do ściany, która leżała bliżej wodospadu. Skierował ku niemu trąbę, zanurzył ją, jak najlepiej mógł, i zaczął pić.

— Jego szczęście — powiedział Staś — że mógł dosięgnąć trąbą wody. Inaczej by zdechł.

Słoń pił tak długo, że dziewczynka w końcu się zaniepokoiła.

— Stasiu, czy on sobie nie zaszkodzi? — zapytała.

— Nie wiem — odpowiedział ze śmiechem. — Ale skoro wzięłaś go pod opiekę, to teraz go ostrzeż.

Nel przechyliła się więc nad krawędzią i zaczęła wołać:

— Dosyć, kochany słoniu, dosyć!

A kochany słoń, jakby zrozumiał, o co chodzi, zaraz przestał pić. Zaczął tylko oblewać się wodą: najpierw oblał sobie nogi, potem grzbiet, a następnie oba boki.

Tymczasem zrobiło się ciemno, więc Staś odprowadził dziewczynkę do zeriby, gdzie czekała już na nich kolacja.

Oboje mieli doskonałe humory. Nel dlatego, że uratowała słoniowi życie. Staś dlatego, że widział jej oczy, błyszczące jak dwie gwiazdki, i radosną twarzyczkę. Wyglądała świeżej i zdrowiej niż kiedykolwiek od wyjazdu z Chartumu. Chłopca cieszyło też to, że spodziewał się spokojnej i doskonałej nocy. Cypel, niedostępny z dwóch stron, całkowicie chronił ich przed napaścią. Z trzeciej strony Kali z Meą zbudowali ścianę z kolczastych gałęzi akacji i passiflory. Była tak wysoka, że żadne drapieżne zwierzę nie mogło się przez nią przedostać. Pogoda także była piękna i zaraz po zachodzie słońca niebo obsypało się gwiazdami. Powietrze było chłodne z powodu bliskości wodospadu i pachniało dżunglą i świeżo połamanymi gałęziami. Przyjemnie było nim oddychać.

„Nie dostanie ta mucha febry!” — myślał z radością Staś.

Potem zaczęli rozmawiać o słoniu, bo Nel nie umiała mówić o niczym innym. Ciągle zachwycała się jego wzrostem, trąbą i kłami, które rzeczywiście były olbrzymie. W końcu zapytała:

— Stasiu, prawda, jaki on mądry?

— Jak Salomon — odpowiedział Staś. — Ale skąd to wiesz?

— Bo jak go poprosiłam, żeby więcej nie pił, zaraz mnie posłuchał.

— Jeśli wcześniej nie brał lekcji angielskiego, a jednak go rozumie, to naprawdę cudowne.

Nel zrozumiała, że Staś z niej żartuje, więc fuknęła na niego jak kotka. Potem powiedziała:

— Mów sobie, co chcesz, a ja jestem pewna, że on jest bardzo mądry i że zaraz się oswoi.

— Czy zaraz, nie wiem, ale oswoić się może. Słonie afrykańskie są wprawdzie dziksze od azjatyckich. Myślę jednak, że na przykład Hannibal używał afrykańskich.

— A kto to był Hannibal?

Staś spojrzał na nią z wyrozumiałością, ale i z politowaniem.

— Oczywiście — powiedział — w twoim wieku nawet takich rzeczy się nie wie. Hannibal był wielkim wodzem z Kartaginy. Używał słoni na wojnie z Rzymianami. A ponieważ Kartagina leżała w Afryce, musiał używać afrykańskich...

Dalszą rozmowę przerwał im głośny ryk słonia. Najadł się i napił, a teraz zaczął trąbić, nie wiadomo, czy z radości, czy z tęsknoty za pełną wolnością. Saba zerwał się i zaczął szczekać, a Staś powiedział:

— Masz ci los! Teraz zwołuje towarzyszy. Ładnie będziemy wyglądali, jeśli przybiegnie tu całe stado.

— On powie innym, że byliśmy dla niego dobrzy! — odpowiedziała szybko Nel.

Staś naprawdę się nie niepokoił, bo liczył, że nawet gdyby stado przybiegło, spłoszy je blask ognia. Uśmiechnął się przekornie i powiedział:

— Dobrze, dobrze! A jeśli słonie się pokażą, to ty nie będziesz płakać ze strachu, o nie! Tylko będą ci się oczy pociły, jak już było dwa razy.

I zaczął ją przedrzeźniać:

— Ja nie płaczę, tylko mi się oczy pocą...

Ale Nel widziała jego wesołą minę i domyśliła się, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo.

— Jak go oswoimy — powiedziała — to nie będą mi się oczy pociły, choćby dziesięć lwów ryczało.

— Dlaczego?

— Bo on nas obroni.

Staś uciszył Sabę, który ciągle odpowiadał słoniowi. Potem chwilę pomyślał i powiedział:

— Nie pomyślałaś o jednej rzeczy, Nel. Przecież nie zostaniemy tu na zawsze, tylko pojedziemy dalej. Nie mówię, że zaraz... Owszem, miejsce jest dobre i zdrowe, więc postanowiłem tu zostać... Może tydzień, może dwa, bo i tobie, i nam wszystkim należy się odpoczynek. No, dobrze! Dopóki tu zostaniemy, będziemy karmić słonia, chociaż to dla wszystkich ogromna robota. Ale on jest przecież zamknięty i nie możemy wziąć go ze sobą. Więc co później? Pójdziemy, a on tu zostanie i znów będzie się męczył z głodu, aż zdechnie. Wtedy tym bardziej będzie nam go żal...

Nel bardzo się zasmuciła i przez jakiś czas siedziała w milczeniu. Widocznie nie wiedziała, co odpowiedzieć na te słuszne uwagi. Ale po chwili podniosła głowę i odrzuciła czuprynkę, która spadła jej na oczy. Spojrzała na chłopca z pełnym zaufaniem:

— Wiem — powiedziała — że jak ty zechcesz, to go wyprowadzisz z wąwozu.

— Ja?

Wyciągnęła paluszek, dotknęła ręki Stasia i powtórzyła:

— Ty.

Mała, chytra kobietka rozumiała, że jej zaufanie pochlebi chłopcu. Wiedziała, że od tej chwili zacznie on myśleć, jak uwolnić słonia.

### Słowniczek

- **pęto**: sznur, którym wiąże się koniowi nogi, żeby nie uciekł.
- **wojłok**: gruby filc.
- **juki**: bagaż na grzbiecie zwierzęcia.
- **chinina**: gorzki lek na febrę.
- **febry**: od słowa febra: (stare) malaria.
- **siafu**: groźne afrykańskie mrówki.
- **cypel**: wąski kawałek lądu, który wchodzi w wodę lub przepaść.
- **massikę**: od słowa massika: pora deszczowa.
- **zeribę**: od słowa zeriba: płot z kolczastych gałęzi wokół obozu.
- **wąwozu**: od słowa wąwóz: głęboka, wąska dolina ze stromymi ścianami.
- **pnącza**: od słowa pnącze: roślina, która pnie się po drzewach.
- **kępy**: od słowa kępa: mała grupa drzew lub krzaków.
- **akacji**: od słowa akacja: drzewo z kolcami i strąkami.
- **tarzał się**: obracał się na ziemi, leżąc na grzbiecie.
- **yah**: radosny okrzyk Kalego.

## Rozdział XXVI

Noc minęła spokojnie. Na południowej stronie nieba zebrało się dużo chmur, ale ranek był pogodny. Zaraz po śniadaniu Kali i Mea z rozkazu Stasia zaczęli zbierać jedzenie dla słonia. Gromadzili melony, strąki akacji, świeże liście, trawę i wszystko, co się nadawało. Potem składali to nad brzegiem wąwozu. Nel koniecznie chciała sama karmić swojego nowego przyjaciela. Dlatego Staś wyciął dla niej z młodego, rozwidlonego figowca coś w rodzaju wideł, żeby łatwiej spychała zapasy na dno wąwozu. Słoń trąbił od rana, widocznie domagał się jedzenia. Gdy zobaczył na krawędzi tę samą białą istotkę, która nakarmiła go wczoraj, powitał ją radosnym gulgotaniem. Od razu wyciągnął ku niej trąbę. W świetle poranka wydał się dzieciom jeszcze większy niż wczoraj. Był bardzo chudy, ale wyglądał już żywiej, a swoje małe, bystre oczy kierował ku Nel prawie wesoło. Nel twierdziła nawet, że jego przednie nogi pogrubiały przez jedną noc. Spychała jedzenie z takim zapałem, że Staś musiał ją powstrzymywać. W końcu, gdy za bardzo się zadyszała, zastąpił ją w pracy. Oboje świetnie się bawili, a najbardziej bawiły ich „grymasy” słonia. Na początku jadł wszystko, co wpadło mu pod nogi. Ale gdy zaspokoił pierwszy głód, zaczął wybierać. Gdy trafił na roślinę, która mniej mu smakowała, otrzepywał ją o przednie nogi. Potem odrzucał ją trąbą w górę, jakby chciał powiedzieć: „Zjedzcie sami ten przysmak.” W końcu, najedzony i napojony, zaczął wachlować się ogromnymi uszami z wyraźnym zadowoleniem.

— Jestem pewna — mówiła Nel — że gdybyśmy teraz do niego zeszli, nie zrobiłby nam nic złego.

I zaczęła wołać do niego:

— Słoniu, kochany słoniu, prawda, że nie zrobiłbyś nam nic złego?

Słoń kiwnął w odpowiedzi trąbą, a ona zwróciła się do Stasia:

— Widzisz, mówi, że tak.

— Być może — odpowiedział Staś. — To są bardzo inteligentne zwierzęta. Ten już na pewno zrozumiał, że oboje jesteśmy mu potrzebni. Kto wie, może czuje też trochę wdzięczności dla nas. Lepiej jednak jeszcze nie próbować. Zwłaszcza niech nie próbuje Saba, bo jego na pewno by zabił. Ale z czasem może i oni się zaprzyjaźnią.

Dalsze zachwyty nad słoniem przerwał im Kali. Przewidywał, że będzie musiał codziennie pracować na jedzenie dla olbrzyma. Podszedł więc do Stasia z zachęcającym uśmiechem i powiedział:

— Pan wielki zabić słonia, a Kali go jeść zamiast zbierać trawę i gałęzie.

Ale „pan wielki” był już sto mil od chęci zabicia słonia. A że z natury był bardzo żywy, odpowiedział od razu:

— Jesteś osioł.

Niestety zapomniał, jak jest osioł w języku ki-swahili, i powiedział po angielsku donkey. Kali nie znał angielskiego. Widocznie uznał to słowo za jakiś komplement albo pochwałę, bo chwilę później dzieci usłyszały, jak chwalił się przed Meą:

— Mea mieć czarną skórę i czarny mózg, a Kali jest donkey.

Potem dodał z dumą:

— Sam pan wielki powiedział, że Kali jest donkey.

Tymczasem Staś polecił obojgu, by pilnowali panienki jak oka w głowie. W razie jakiegokolwiek wypadku mieli go natychmiast zawołać. Sam wziął strzelbę i poszedł do oderwanej skały, która zamykała wąwóz. Na miejscu uważnie ją obejrzał i zbadał wszystkie pęknięcia. W dolnej części skały znalazł szparę, wsunął w nią pręt i starannie zmierzył jej głębokość. Potem wolnym krokiem wrócił do obozowiska, otworzył puszkę z nabojami i zaczął je liczyć.

Ledwie doliczył do trzystu, gdy z baobabu rosnącego pięćdziesiąt kroków od namiotu rozległ się głos Mei:

— Panie, panie!

Staś podszedł do olbrzymiego drzewa. Jego pień, spróchniały przy ziemi, wyglądał jak wieża.

— Czego chcesz? — zapytał.

— Niedaleko widać dużo zebr, a dalej pasą się antylopy.

— Dobrze. Wezmę strzelbę i pójdę, bo trzeba będzie nawędzić mięsa. Ale po co wlazłaś na drzewo i co tam robisz?

Dziewczyna odpowiedziała swoim smutnym, śpiewnym głosem:

— Mea zobaczyła gniazdo szarych papug i chciała przynieść młodej panience. Ale gniazdo jest puste, więc Mea nie dostanie paciorków na szyję.

— Dostaniesz za to, że kochasz panienkę.

Młoda Murzynka szybko zlazła po szorstkiej korze. Oczy błyszczały jej radością, gdy powtarzała:

— O tak! tak! Mea kocha ją bardzo — i paciorki także!

Staś łaskawie pogłaskał ją po głowie. Potem wziął strzelbę, zamknął pudło z nabojami i poszedł w stronę, gdzie pasły się zebry. Po pół godzinie do obozowiska dotarł odgłos strzału. Po godzinie mały myśliwy wrócił z dobrą nowiną. Zabił młodą zebrę, a w okolicy było pełno zwierzyny. Z wysokiego miejsca widział oprócz zebr liczne stada antylop-arieli. Widział też gromadkę waterbucków, czyli kozłów wodnych, które pasły się blisko rzeki.

Potem kazał Kalemu wziąć konia i posłał go po zabitą zebrę. Sam zaczął starannie oglądać olbrzymi pień baobabu. Obchodził go dookoła i stukał kolbą w szorstką korę.

— Co robisz? — zapytała Nel.

Odpowiedział:

— Patrz, jaki ogrom. Piętnastu ludzi trzymających się za ręce nie objęłoby tego drzewa. Może pamięta jeszcze czasy faraonów. Ale pień w dolnej części jest spróchniały i pusty. Widzisz ten otwór, przez który łatwo dostać się do środka. Można by tam urządzić jakby wielką izbę, w której wszyscy moglibyśmy zamieszkać. Przyszło mi to do głowy, gdy zobaczyłem Meę między gałęziami. Potem, gdy podchodziłem zebry, ciągle o tym myślałem.

— Ale przecież mamy uciekać do Abisynii.

— Tak. Trzeba jednak odpocząć. Mówiłem ci wczoraj, że postanowiłem zostać tu tydzień albo nawet dwa. Ty nie chcesz opuszczać swojego słonia, a ja boję się o ciebie z powodu pory deszczowej. Już się zaczęła, a w tej porze febra jest pewna. Dziś jest pogoda, ale widzisz, że chmury zbierają się coraz gęstsze. Kto wie, czy deszcz nie lunie jeszcze przed wieczorem. Namiot nie osłania cię dostatecznie. A w baobabie, jeśli nie jest spróchniały aż do wierzchołka pnia, możemy się śmiać z największej ulewy. Byłoby tam też bezpieczniej niż w namiocie, bo co wieczór zatkalibyśmy cierniem ten otwór i okienka, które zrobilibyśmy dla światła. Wtedy wokół drzewa mogłoby sobie ryczeć tyle lwów, ile by chciało. Wiosenna pora deszczowa nie trwa dłużej niż miesiąc. Coraz bardziej myślę, że trzeba ją przeczekać. A jeśli tak, to lepiej tu niż gdzie indziej i lepiej w tym olbrzymim drzewie niż pod namiotem.

Nel zawsze zgadzała się na wszystko, czego chciał Staś, więc zgodziła się i teraz. Tym bardziej że bardzo jej się podobała myśl o pozostaniu przy słoniu i zamieszkaniu w baobabie. Od razu zaczęła wymyślać, jak urządzą pokoje i jak je umeblują. Będą się też nawzajem zapraszać na five o’clocki i obiady. W końcu oboje się rozbawili. Nel chciała od razu obejrzeć nowe mieszkanie. Ale Staś, który z każdym dniem nabierał doświadczenia i ostrożności, powstrzymał ją przed zbyt szybkim gospodarowaniem.

— Zanim sami tam zamieszkamy — powiedział — trzeba wyprosić poprzednich mieszkańców, jeśli tacy tam są.

Kazał Mei wrzucić do wnętrza baobabu kilka zapalonych gałęzi. Były świeże, więc mocno dymiły.

I okazało się, że dobrze zrobił. Olbrzymie drzewo było zamieszkane, i to przez takich gospodarzy, na których gościnność nie można było liczyć.

### Słowniczek

- **gulgotaniem**: niskim dźwiękiem z gardła, podobnym do bulgotania wody.
- **donkey**: osioł (po angielsku); Kali myśli, że to pochwała.
- **baobabu**: od słowa baobab: ogromne afrykańskie drzewo.
- **spróchniały**: stary, zgniły i kruchy (o drzewie).
- **paciorków**: małych kolorowych kulek, które nosi się na szyi.
- **kolbą**: tylną, szeroką częścią strzelby.
- **cierniem**: kolczastymi gałęziami.
- **antylop-arieli**: od słowa antylopa-ariel: jasna afrykańska antylopa.
- **five o’clocki**: (z angielskiego) spotkania przy herbacie o piątej po południu.
- **wąwozu**: od słowa wąwóz: głęboka, wąska dolina ze stromymi ścianami.
- **strąki**: od słowa strąk: długi owoc z nasionami w środku, jak u fasoli.
- **rozwidlonego**: takiego, który dzieli się na dwie części, jak widły.
- **figowca**: od słowa figowiec: drzewo, na którym rosną figi.
- **zadyszała się**: zaczęła ciężko i szybko oddychać ze zmęczenia.
- **grymasy**: zachowanie kogoś, komu nic nie smakuje i nic się nie podoba.

## Rozdział XXVII

W drzewie były dwa otwory. Jeden był szeroki, pół metra nad ziemią. Drugi był mniejszy i znajdował się mniej więcej na wysokości pierwszego piętra w miejskich domach. Mea ledwie wrzuciła do niższego zapalone, dymiące gałęzie, gdy z wyższego zaczęły wylatywać wielkie nietoperze. Oślepione blaskiem słońca, latały z piskiem wokół drzewa jak szalone. Ale po chwili z dolnego otworu wysunął się jak błyskawica prawdziwy gospodarz: olbrzymi boa. Widocznie trawił w półśnie resztki ostatniej uczty. Dopiero gdy dym wszedł mu w nozdrza, obudził się i pomyślał o ratunku. Żelazne cielsko wyskoczyło z dymiącego otworu jak potworna sprężyna. Na ten widok Staś porwał Nel na ręce i zaczął z nią uciekać w stronę otwartej dżungli. Ale wąż sam był przerażony i nie myślał ich ścigać. Wił się wśród trawy i rozłożonych pakunków i z niezwykłą szybkością uciekał w stronę wąwozu. Chciał się schować wśród skał i szczelin. Dzieci ochłonęły. Staś postawił Nel na ziemi, skoczył po strzelbę, a potem pobiegł za wężem w stronę wąwozu. Nel pobiegła za nim. Ale po kilkunastu krokach zobaczyli coś tak niezwykłego, że oboje stanęli jak wryci. Wysoko nad wąwozem pojawiło się na mgnienie oka ciało węża. Zatoczyło w powietrzu zygzak i znów spadło w dół. Po chwili pojawiło się drugi raz i znów spadło. Dzieci dobiegły do krawędzi i ze zdumieniem zobaczyły, że to ich nowy przyjaciel, słoń, tak się bawił z wężem. Najpierw wysłał go w podwójną podróż powietrzną, a teraz dokładnie rozdeptywał mu głowę swoją olbrzymią nogą, podobną do kłody. Gdy skończył, znów podniósł trąbą drgające jeszcze ciało. Tym razem nie rzucił go w górę, ale wprost do wodospadu. Potem kołysał się na boki, wachlował się uszami i bystro patrzył na Nel. W końcu wyciągnął ku niej trąbę, jakby domagał się nagrody za swój bohaterski i bardzo rozsądny czyn.

Nel natychmiast pobiegła do namiotu i wróciła z sukienką pełną dzikich fig. Zaczęła mu je rzucać po kilka naraz. Słoń starannie wyszukiwał je w trawie i wkładał jedną po drugiej do paszczy. Figi, które wpadły w głębsze szczeliny, wydmuchiwał z taką siłą, że razem z nimi wylatywały w górę kamienie wielkości ludzkiej pięści. Dzieci witały te popisy oklaskami i śmiechem. Nel kilka razy wracała po nowe zapasy. Przy każdej fidze powtarzała, że słoń jest już zupełnie oswojony i że mogłaby do niego zejść choćby w tej chwili.

— Widzisz, Stasiu — oto będziemy mieli obrońcę!... Bo on nikogo się nie boi w pustyni: ani lwa, ani węża, ani krokodyla. I jest bardzo dobry, i na pewno nas kocha.

— Jeśli się oswoi — powiedział Staś — i jeśli będę mógł zostawiać cię pod jego opieką, rzeczywiście spokojnie będę chodził na polowanie. W całej Afryce nie znalazłbym przecież dla ciebie lepszego obrońcy.

Po chwili dodał:

— Tutejsze słonie są dziksze, ale czytałem, że na przykład azjatyckie mają dziwną słabość do dzieci. W Indiach nigdy się nie zdarzyło, żeby słoń skrzywdził dziecko. A jeśli wpadnie we wściekłość, co czasem się zdarza, miejscowi kornacy wysyłają dzieci, żeby go uspokoiły.

— A widzisz, a widzisz!

— W każdym razie dobrze zrobiłaś, że nie dałaś mi go zabić.

Na te słowa oczy Nel zapłonęły z radości jak dwa zielonkawe ogniki. Stanęła na palcach i położyła Stasiowi obie ręce na ramionach. Przechyliła główkę do tyłu, patrzyła mu w oczy i pytała:

— Zrobiłam tak, jakbym miała ile lat? powiedz! Jakbym miała ile?

A on odpowiedział:

— Najmniej siedemdziesiąt.

— Ty zawsze sobie żartujesz.

— Gniewaj się, gniewaj! a kto uwolni słonia?

Gdy to usłyszała, zaraz zaczęła się przymilać jak mała kotka.

— Ty — i będę cię za to bardzo kochała, i on także.

— Myślę o tym — powiedział Staś — ale to będzie trudna robota. Nie zrobię jej od razu, tylko dopiero wtedy, gdy będziemy mieli ruszyć w dalszą drogę.

— Dlaczego?

— Dlatego, że gdybym go uwolnił, zanim się całkiem oswoi i do nas przywiąże, zaraz by sobie poszedł.

— O, on ode mnie nie odejdzie.

— Myślisz, że on to już tak jak ja! — odpowiedział Staś z pewną niecierpliwością.

Dalszą rozmowę przerwało przybycie Kalego, który przyniósł zabitą zebrę i jej źrebię, zagryzione przez Sabę. Brytan miał szczęście, że pobiegł za Kalim i nie było go przy walce z pytonem. Inaczej pogoniłby za nim, dopadłby go i zginąłby w jego morderczych splotach, zanim Staś zdążyłby mu pomóc. Za zagryzienie źrebięcia zebry Nel wytargała go jednak za uszy. Nie wziął tego zbytnio do serca, bo nawet nie schował wywieszonego języka, z którym przybiegł z polowania.

Staś powiedział tymczasem Kalemu, że chce urządzić mieszkanie w drzewie. Opowiedział mu też, co się stało przy wykurzaniu pnia dymem i jak słoń poradził sobie z wężem. Murzynowi bardzo się spodobała myśl o zamieszkaniu w baobabie, który mógł chronić i przed deszczem, i przed dzikimi zwierzętami. Natomiast postępek słonia wcale mu się nie podobał.

— Słoń jest głupi — powiedział — więc rzucił niokę (węża) do grzmiącej wody. Ale Kali wie, że nioka jest dobra. Więc jej za grzmiącą wodą poszuka i upiecze, bo Kali jest mądry i donkey.

— Donkey jesteś, zgoda! — odpowiedział Staś. — Ale przecież nie będziesz jadł węża?

— Nioka dobra — powtórzył Kali.

I pokazując na zabitą zebrę, dodał:

— Lepsza niż ta nyama.

Potem obaj poszli do baobabu i zajęli się urządzaniem mieszkania. Kali znalazł nad rzeką płaski kamień wielkości dużego sita i wstawił go do pnia. Nasypał na niego rozżarzonych węgli, a potem dosypywał coraz nowych. Uważał tylko, żeby próchno w środku się nie zapaliło i nie spowodowało pożaru całego drzewa. Mówił, że robi to dlatego, żeby „nic nie ukąsić pana wielkiego i bibi”. I okazało się, że ta ostrożność nie była zbędna. Gdy tylko czad wypełnił wnętrze drzewa i wyszedł nawet na zewnątrz, ze szczelin kory zaczęły wypełzać najróżniejsze stworzenia. Były tam chrząszcze czarne i wiśniowe, włochate pająki wielkie jak śliwki i gąsienice grube jak palec, pokryte jakby kolcami. Były też wstrętne i jadowite skolopendry, których ukąszenie może nawet zabić. Patrząc na to, co działo się na zewnątrz, łatwo było się domyślić, ile takich stworzeń zginęło od czadu w środku. Te, które spadały w trawę z kory i niższych gałęzi, Kali rozgniatał bez litości kamieniami. Ciągle przy tym patrzył na górną i dolną dziuplę, jakby bał się, że lada chwila wyjrzy z nich coś nowego.

— Czego tak patrzysz? — zapytał Staś. — Myślisz, że w drzewie może się ukrywać drugi wąż?

— Nie, Kali bać się Mzimu.

— Co to jest Mzimu?

— Zły duch.

— Widziałeś kiedyś w życiu Mzimu?

— Nie, ale Kali słyszał okropny hałas, który Mzimu robi w chatach czarowników.

— A jednak wasi czarownicy się go nie boją?

— Czarownicy umieją je zakląć. Potem chodzą po chatach i mówią, że Mzimu się gniewa. Więc Murzyni znoszą im banany, miód, pombe, jaja i mięso, aby przebłagać Mzimu.

Staś wzruszył ramionami.

— Widać dobrze być u was czarownikiem. Ale może ten wąż był Mzimu?

Kali potrząsnął głową:

— W takim razie nie słoń by zabić Mzimu, ale Mzimu zabić słonia. Mzimu jest śmierć...

Nagle przerwał mu jakiś dziwny łoskot i szum wewnątrz drzewa. Z dolnej dziupli buchnął dziwny, rudy pył, a potem znów rozległ się łoskot, jeszcze silniejszy niż wcześniej.

Kali w mgnieniu oka rzucił się twarzą na ziemię i zaczął przeraźliwie krzyczeć:

— Aka! Mzimu! Aka! aka! aka!

Staś też w pierwszej chwili się cofnął, ale szybko odzyskał zimną krew. Gdy Nel i Mea przybiegły, zaczął im tłumaczyć, co mogło się stać.

— Prawdopodobnie — mówił — całe warstwy próchna w środku pnia rozszerzyły się od gorąca, spadły na dół i zasypały węgle. A on myśli, że to Mzimu. Jeśli jednak węgle nie zgasły z braku powietrza i próchno się od nich zatli, drzewo może spłonąć. Dlatego niech Mea chluśnie kilka razy wodą do otworu.

Kali wciąż leżał i powtarzał z przerażeniem: „aka! aka!” Staś wziął więc strzelbę, z której zwykle strzelał do pentarek, i wypalił w otwór. Potem szturchnął chłopca kolbą i powiedział:

— Twoje Mzimu zabite. Nie bój się!

Kali podniósł się, ale został na klęczkach.

— O, pan wielki! wielki!... Pan nie bać się nawet Mzimu?

— Aka! aka! — zawołał Staś, przedrzeźniając Murzyna.

I zaczął się śmiać.

Po pewnym czasie Kali całkiem się uspokoił. Gdy usiadł do jedzenia przygotowanego przez Meę, okazało się, że chwilowy strach wcale nie odebrał mu apetytu. Zjadł porcję wędzonego mięsa, a oprócz tego na surowo wątrobę źrebięcia zebry. Do tego doszły dzikie figi z rosnącego niedaleko sykomoru, których było pod dostatkiem. Potem obaj ze Stasiem wrócili do drzewa, bo było tam jeszcze dużo pracy. Wyrzucali próchno, węgle, setki upieczonych chrząszczy i wielkich stonóg oraz kilkanaście upieczonych nietoperzy. Zajęło im to ponad dwie godziny. Stasia dziwiło nawet, że nietoperze mogły mieszkać tak blisko węża. Domyślił się jednak, że olbrzymi pyton może gardził tak drobną zwierzyną. Albo nie mógł się owinąć wokół niczego w środku pnia i dlatego nie umiał ich dosięgnąć. Żar węgli zawalił warstwy próchna i znakomicie oczyścił wnętrze. Jego widok napełnił Stasia radością, bo wnętrze było obszerne jak duży pokój i mogło pomieścić nie cztery, ale dziesięć osób. Dolny otwór był drzwiami, a górny oknem, więc w olbrzymim pniu nie było ani ciemno, ani duszno. Staś postanowił podzielić całość płótnem namiotu na dwie izby. Jedna miała być dla Nel i Mei, druga dla niego, Kalego i Saby. Drzewo nie było spróchniałe aż do wierzchołka pnia, więc deszcz nie mógł przeciekać do środka. Aby całkiem się przed nim zabezpieczyć, wystarczyło podnieść i podeprzeć korę nad oboma otworami. Powstałyby w ten sposób dwa daszki. Podłogę postanowili wysypać piaskiem znad rzeki, wysuszonym przez słońce, a na nim ułożyć suche mchy.

Praca była naprawdę ciężka, szczególnie dla Kalego, bo musiał także wędzić mięso, poić konie i myśleć o jedzeniu dla słonia. Słoń ciągle dopominał się o nie trąbieniem. Ale młody Murzyn zabrał się do urządzania nowego domu z wielką ochotą, a nawet z zapałem. Jeszcze tego samego dnia wyjaśnił Stasiowi przyczynę:

— Gdy pan wielki i bibi — mówił, biorąc się pod boki — zamieszkają w drzewie, Kali nie będzie musiał budować na noc wielkiej zeriby. Będzie mógł próżnować co wieczór.

— To lubisz próżnować? — zapytał Staś.

— Kali jest mężczyzną, więc Kali lubi próżnować, bo pracować powinny tylko kobiety.

— A widzisz jednak, że ja pracuję dla bibi.

— Ale za to, gdy bibi dorośnie, będzie musiała pracować na pana wielkiego. A jeśli nie zechce, to pan wielki pewno ją bić.

Na samą myśl o biciu bibi Staś podskoczył jak oparzony i krzyknął z gniewem:

— Głupcze, czy ty wiesz, kto to jest bibi?

— Nie wiem — odpowiedział z przestrachem czarny chłopak.

— Bibi to jest... to jest... dobre... Mzimu!

A Kali aż przysiadł.

Po skończonej pracy nieśmiało podszedł do Nel i padł przed nią na twarz. Zaczął powtarzać głosem już nie przerażonym, ale błagalnym:

— Aka! aka! aka!...

A „dobre Mzimu” patrzyło na niego szeroko otwartymi, ślicznymi oczami koloru morskiej wody. Wcale nie rozumiało, co się stało i o co Kalemu chodzi.

### Słowniczek

- **boa**: wielki wąż.
- **kornacy**: ludzie, którzy w Indiach opiekują się słoniami i kierują nimi.
- **nyama**: mięso.
- **pombe**: afrykańskie piwo.
- **czad**: trujący gaz z palących się węgli.
- **skolopendry**: długie, jadowite stworzenia o wielu nogach.
- **dziuplę**: dziurę w pniu drzewa.
- **Mzimu**: duch w wierze ludów z tej książki.
- **aka**: okrzyk strachu i prośby.
- **wąwozu**: od słowa wąwóz: głęboka, wąska dolina ze stromymi ścianami.
- **próchna**: od słowa próchno: stare, zgniłe, kruche drewno.
- **oswoi się**: przestanie być dziki i przyzwyczai się do ludzi.
- **źrebięcia**: od słowa źrebię: młode konia lub zebry.
- **nioka**: wielki wąż.
- **łoskot**: głośny, głuchy huk.

## Rozdział XXVIII

Nowy dom, który Staś nazwał „Krakowem”, był gotowy w ciągu trzech dni. Wcześniej jednak w „męskim pokoju” złożono główne pakunki. Dlatego podczas wielkich ulew młoda czwórka miała w olbrzymim pniu doskonałe schronienie, jeszcze zanim skończyli urządzać mieszkanie. Pora deszczowa zaczęła się na dobre. Ale nie były to nasze długie, jesienne deszcze, kiedy niebo pokrywają ciemne chmury, a nudna, męcząca słota trwa całymi tygodniami. Tutaj kilkanaście razy dziennie wiatr przepędzał po niebie wzdęte chmury, które obficie polewały ziemię. Potem znów wychodziło słońce, jasne, jakby świeżo wykąpane, i zalewało złotym światłem skały, rzekę, drzewa i całą dżunglę. Trawa rosła prawie w oczach. Drzewa pokrywały się gęstszymi liśćmi. Zanim stary owoc spadł, pojawiały się już zalążki nowego. Powietrze, przez wiszące w nim igiełki wody, stało się tak przezroczyste, że nawet odległe przedmioty były zupełnie wyraźne. Wzrok sięgał bardzo daleko. Na niebie wisiały cudowne, siedmiobarwne tęcze, a wodospad był w nie ubrany prawie bez przerwy. Krótkie poranne i wieczorne zorze grały tysiącami tak pięknych blasków, że nawet na Pustyni Libijskiej dzieci nie widziały nic podobnego. Najniższe chmury, blisko ziemi, miały kolor wiśniowy. Wyższe, lepiej oświetlone, rozlewały się jak jeziora z purpury i złota. Drobne, wełniste chmurki mieniły się jak rubiny, ametysty i opale. Nocami, między jedną falą deszczu a drugą, księżyc zmieniał w brylanty krople rosy na liściach mimoz i akacji. W odświeżonym powietrzu światło zodiakalne świeciło jaśniej niż w innych porach roku.

Z rozlewisk, które rzeka tworzyła poniżej wodospadu, dochodziło niespokojne rechotanie żab i smutne kumkanie ropuch. Świetliki, podobne do wielkich błądzących gwiazd, przelatywały z brzegu na brzeg między kępami bambusów i arumów.

Ale gdy chmury zakrywały na chwilę gwiaździste niebo i zaczynał padać deszcz, robiło się bardzo ciemno. W środku baobabu było wtedy czarno jak w piwnicy. Żeby temu zaradzić, Staś kazał Mei natopić tłuszczu z zabitych zwierząt. Z blaszanki zrobił lampę i powiesił ją pod górnym otworem, który dzieci nazywały oknem. Światło z tego okna było widoczne z daleka w ciemności i odpędzało dzikie zwierzęta. Ale przyciągało nietoperze, a nawet ptaki. Dlatego w końcu Kali musiał zrobić w otworze zasłonę z cierni, podobną do tej, którą na noc zamykał dolny otwór.

W dzień jednak, gdy była pogoda, dzieci wychodziły z „Krakowa” i chodziły po całym cyplu. Staś wyprawiał się na antylopy-ariele i na strusie, których liczne stada pojawiły się w dole rzeki. Nel chodziła do swojego słonia. Na początku trąbił on tylko o jedzenie, a potem zaczął trąbić także wtedy, gdy nudził się bez małej przyjaciółki. Zawsze witał ją z wyraźną radością. Od razu stawiał swoje olbrzymie uszy, gdy tylko usłyszał z daleka jej głos lub kroki.

Pewnego razu Staś poszedł na polowanie, a Kali łowił ryby za wodospadem. Nel postanowiła wtedy pójść do skały, która zamykała wąwóz. Chciała zobaczyć, jak Staś sobie z nią poradzi i czy już czegoś dokonał. Mea była zajęta obiadem i nie zauważyła, że Nel odeszła. Dziewczynka zbierała po drodze kwiatki dziwnej begonii, która obficie rosła wśród skał. Doszła do zbocza, którym kiedyś wyjechali z wąwozu, zeszła na dół i znalazła się przy skale. Wielki głaz, oderwany od ściany, zamykał wąwóz tak jak wcześniej. Nel zauważyła jednak, że między nim a ścianą jest przejście tak szerokie, że przecisnąłby się nawet dorosły człowiek. Przez chwilę się wahała, a potem przeszła i znalazła się po drugiej stronie. Ale był tam zakręt. Trzeba go było minąć, żeby dojść do szerokiego ujścia zamkniętego wodospadem. Nel zaczęła się zastanawiać: „Pójdę jeszcze tylko trochę dalej. Wyjrzę zza skały, raz spojrzę na słonia, który mnie wcale nie zobaczy, i wrócę.” Tak myśląc, szła krok za krokiem coraz dalej. W końcu doszła do miejsca, gdzie wąwóz nagle rozszerzał się w małą dolinkę, i zobaczyła słonia. Stał do niej tyłem, z trąbą zanurzoną w wodospadzie, i pił. To dodało jej odwagi. Przytuliła się do ściany skalnej i zrobiła jeszcze kilka kroków — i jeszcze kilka. Nagle olbrzymie zwierzę, chcąc polać sobie boki, odwróciło głowę i zobaczyło dziewczynkę. Od razu ruszyło ku niej.

Nel bardzo się przestraszyła, ale nie było już czasu na ucieczkę. Złączyła więc kolanko z kolankiem i dygnęła przed słoniem najładniej, jak umiała. Potem wyciągnęła rączkę z begoniami i odezwała się trochę drżącym głosikiem:

— Dzień dobry, kochany słoniu! Ja wiem, że nie zrobisz mi nic złego, więc przyszłam, żeby ci powiedzieć dzień dobry... i mam tylko te kwiatki...

Olbrzym podszedł, wyciągnął trąbę i wyjął z paluszków Nel wiązkę begonii. Włożył ją do paszczy, ale zaraz wypuścił na ziemię, bo widocznie nie smakowały mu ani włochate liście, ani kwiaty. Nel zobaczyła teraz nad sobą trąbę, podobną do ogromnego czarnego węża, która wyciągała się i wyginała. Trąba dotknęła jednej jej rączki i drugiej, potem obu ramion, a na końcu opadła w dół. Zaczęła się łagodnie kołysać na boki.

— Wiedziałam, że nie zrobisz mi nic złego — powtórzyła dziewczynka, choć jeszcze się bała.

Słoń cofnął do tyłu swoje bajeczne uszy. Zwijał i rozwijał trąbę i radośnie gulgotał, tak jak zawsze, gdy dziewczynka podchodziła do krawędzi wąwozu.

I tak jak kiedyś Staś i lew, tak teraz tych dwoje stało naprzeciw siebie. On był ogromny, podobny do domu albo skały. Ona była drobną kruszynką, którą mógł zgnieść jednym ruchem, nawet nie ze złości, ale przez nieuwagę.

Ale dobre i rozumne zwierzę nie robiło żadnych ruchów, ani gniewnych, ani nieuważnych. Widać było, że jest zadowolone i szczęśliwe z przyjścia małego gościa.

Nel stopniowo nabierała odwagi. W końcu spojrzała w górę, tak jakby patrzyła na wysoki dach, i nieśmiało wysunęła rączkę.

— Czy można cię pogłaskać po trąbie? — zapytała.

Słoń co prawda nie znał angielskiego, ale z ruchu jej ręki od razu zrozumiał, o co chodzi. Podsunął pod jej dłoń koniec swojego dwumetrowego nosa.

Nel zaczęła głaskać trąbę, najpierw jedną ręką i ostrożnie, potem dwiema. W końcu objęła ją obiema rączkami i przytuliła się do niej z całą dziecięcą ufnością.

Słoń przestępował z nogi na nogę i ciągle gulgotał z radości.

Po chwili owinął trąbą drobne ciało dziewczynki, podniósł je w górę i zaczął lekko kołysać w prawo i w lewo.

— Jeszcze! jeszcze! — wołała rozbawiona Nel.

Zabawa trwała dość długo. Potem dziewczynka, już zupełnie ośmielona, wymyśliła sobie inną. Gdy znalazła się na ziemi, próbowała wspinać się po przedniej nodze słonia jak po drzewie. Albo chowała się pod nim i pytała, czy ją znajdzie. Ale przy tych figlach zauważyła jedną rzecz. W przednich, a zwłaszcza w tylnych nogach słonia tkwiło dużo kolców. Potężne zwierzę nie umiało się od nich uwolnić, bo do tylnych nóg nie mogło swobodnie sięgnąć trąbą. Bało się też widocznie zranić palec na końcu trąby, bo bez niego straciłaby ona całą swoją zręczność i sprawność. Nel wcale nie wiedziała, że takie kolce w nogach są prawdziwą plagą dla słoni w Indiach. Jeszcze gorzej jest w afrykańskich dżunglach, gdzie rośliny są przeważnie kolczaste. Zrobiło jej się jednak żal poczciwego olbrzyma. Bez namysłu usiadła w kucki przy jego nodze i zaczęła delikatnie wyjmować kolce, najpierw większe, potem mniejsze. Cały czas szczebiotała i zapewniała słonia, że nie zostawi ani jednego. On świetnie zrozumiał, o co chodzi. Zginał nogi w kolanie i pokazywał w ten sposób, że kolce tkwią także w podeszwach, między kopytami na palcach. Te bolały go jeszcze bardziej.

Tymczasem z polowania wrócił Staś i od razu zapytał Meę, gdzie jest panienka. Usłyszał, że pewnie jest w drzewie. Już miał zajrzeć do środka baobabu, gdy nagle wydało mu się, że słyszy jej głos w głębi wąwozu. Nie wierzył własnym uszom. Natychmiast skoczył do krawędzi, spojrzał w dół i zamarł. Dziewczynka siedziała przy nodze olbrzyma. A on stał tak spokojnie, że gdyby nie ruchy trąby i uszu, można by pomyśleć, że jest wykuty z kamienia.

— Nel! — krzyknął Staś.

Ona, zajęta swoją pracą, odpowiedziała wesoło:

— Zaraz, zaraz!

Chłopiec nie miał zwyczaju wahać się w niebezpieczeństwie. Jedną ręką podniósł strzelbę, a drugą chwycił wyschniętą łodygę liany, obdartą z kory. Objął ją nogami i w mgnieniu oka zsunął się na dno wąwozu.

Słoń niespokojnie poruszył uszami, ale w tej chwili Nel wstała, objęła trąbę i zawołała szybko:

— Nie bój się, słoniu, to Staś.

Staś od razu zauważył, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo. Ale nogi jeszcze się pod nim trzęsły, a serce mocno biło. Zanim ochłonął, zaczął mówić zdławionym głosem, pełnym żalu i gniewu:

— Nel, Nel, jak ty mogłaś to zrobić?!...

Ona zaczęła się tłumaczyć, że nie zrobiła nic złego, bo słoń jest dobry i zupełnie oswojony. Chciała tylko raz na niego spojrzeć i wrócić, ale on ją zatrzymał i zaczął się z nią bawić. Huśtał ją bardzo ostrożnie i jeśli Staś chce, to i jego pohuśta.

Mówiąc to, wzięła jedną rączką koniec trąby i zbliżyła ją do Stasia. Drugą ręką machnęła kilka razy w prawo i w lewo, mówiąc jednocześnie do słonia:

— Pokołysz, słoniu, i Stasia.

Mądre zwierzę znów odgadło z jej ruchów, czego od niego chce. Staś, chwycony za pasek przy spodenkach, w jednej chwili znalazł się w powietrzu. Był w tym jakiś dziwny i zabawny kontrast: zagniewana jeszcze mina i bujanie się nad ziemią. Dlatego małe Mzimu zaczęło się śmiać do łez, klaskać w ręce i krzyczeć tak jak wcześniej:

— Jeszcze, jeszcze!

Nie można zachować powagi i prawić morałów, gdy człowiek wisi na końcu słoniowej trąby i kołysze się jak wahadło. Dlatego chłopiec w końcu także zaczął się śmiać. Po pewnym czasie zauważył, że ruchy trąby są wolniejsze i że słoń chce go postawić na ziemi. Wtedy wpadł na nowy pomysł. Znalazł się akurat blisko olbrzymiego ucha, więc chwycił je obiema rękami. W mgnieniu oka wdrapał się po nim na głowę i usiadł słoniowi na karku.

— Aha — zawołał z góry do Nel — niech zrozumie, że to on musi mnie słuchać.

I zaczął klepać go dłonią po głowie, z miną władcy i pana.

— Dobrze! — zawołała z dołu Nel. — Ale jak teraz zleziesz?

— To mały kłopot — odpowiedział Staś.

Przełożył nogi przez czoło słonia, objął nimi trąbę i zsunął się po niej jak po drzewie.

— Ot, jak zlezę!...

Potem oboje zajęli się wyjmowaniem reszty kolców z nóg słonia, a on znosił to z niezwykłą cierpliwością.

Tymczasem spadły pierwsze krople deszczu, więc Staś postanowił natychmiast odprowadzić Nel do „Krakowa”. Ale pojawiła się niespodziewana trudność. Słoń za nic nie chciał się z nią rozstać. Za każdym razem, gdy próbowała odejść, zawracał ją trąbą i przyciągał do siebie. Sytuacja stawała się trudna, a przez upór zwierzęcia wesoła zabawa mogła się źle skończyć. Chłopiec nie wiedział, co robić, bo deszcz padał coraz gęstszy i groziła ulewa. Oboje cofali się wprawdzie trochę ku wyjściu, ale bardzo powoli, a słoń szedł za nimi.

W końcu Staś stanął między nim a Nel i utkwił w jego oczach ostre spojrzenie. Jednocześnie powiedział cicho do Nel:

— Nie uciekaj, ale ciągle się cofaj, aż do wąskiego przejścia.

— A ty, Stasiu? — zapytała dziewczynka.

— Cofaj się — powtórzył z naciskiem — bo inaczej będę musiał zastrzelić słonia.

Ta groźba sprawiła, że dziewczynka posłuchała. Tym bardziej że bezgranicznie ufała słoniowi i była pewna, że nie zrobi on Stasiowi nic złego.

Chłopiec stał cztery kroki od olbrzyma i nie spuszczał z niego oczu.

Tak minęło kilka minut. Nadeszła naprawdę groźna chwila. Uszy słonia poruszyły się kilka razy, małe oczka jakoś dziwnie błysnęły, a trąba nagle uniosła się w górę.

Staś poczuł, że blednie.

„Śmierć!” — pomyślał.

Ale olbrzym niespodziewanie odwrócił się ku krawędzi wąwozu, na której zwykle widywał Nel. Zaczął trąbić tak żałośnie jak nigdy wcześniej.

Staś spokojnie poszedł ku przejściu. Za skałą znalazł Nel, która nie chciała wracać do drzewa bez niego.

Chłopiec miał ogromną ochotę powiedzieć jej: „Patrz, coś narobiła! O mało przez ciebie nie zginąłem.” Ale nie było czasu na wymówki, bo deszcz zmienił się w ulewę i trzeba było jak najszybciej wracać. Nel przemokła do nitki, choć Staś owinął ją własnym ubraniem.

W drzewie od razu kazał Murzynce ją przebrać. Sam najpierw odwiązał w męskim pokoju Sabę. Przywiązał go wcześniej, żeby pies nie pobiegł za nim i nie płoszył zwierzyny. Potem jeszcze raz zaczął przeglądać wszystkie ubrania i pakunki. Miał nadzieję, że znajdzie jakąś zapomnianą szczyptę chininy.

Ale nic nie znalazł. Tylko na dnie słoika, który dał mu misjonarz w Chartumie, było w zagłębieniach trochę białego proszku. Było go jednak tak mało, że wystarczyłby ledwie na pobielenie końca palca. Mimo to postanowił nalać do słoika wrzątku i dać Nel do wypicia tę wodę.

Gdy ulewa minęła i znów zaświeciło słońce, wyszedł z drzewa, żeby popatrzeć na ryby, które przyniósł Kali. Murzyn złowił ich kilkanaście na wędki z cienkiego drutu. Większość była mała, ale były też trzy długie na stopę, w srebrne plamki i zadziwiająco lekkie. Mea wychowała się nad brzegami Nilu Niebieskiego i znała się na rybach. Powiedziała, że są dobre do jedzenia i że pod wieczór wyskakują bardzo wysoko nad wodę. Przy ich czyszczeniu okazało się, że są tak lekkie, bo mają w środku ogromne pęcherze z powietrzem. Staś wziął jedną taką bańkę, wielkości dużego jabłka, i poszedł pokazać ją Nel.

— Patrz — powiedział — to siedzi w rybach. Z kilkunastu takich pęcherzy można by zrobić szybę do naszego okna.

I pokazał górny otwór w drzewie.

Po chwili namysłu dodał:

— I jeszcze coś więcej.

— Co takiego? — zapytała zaciekawiona Nel.

— Także latawce.

— Takie, jakie puszczałeś w Port-Saidzie? O, dobrze! zrób!

— Zrobię. Z pociętych, cieniutkich bambusów zbiję ramki, a tych błon użyję zamiast papieru. To będzie nawet lepsze od papieru, bo lżejsze i deszcz tego nie rozmoczy. Taki latawiec poleci ogromnie wysoko, a przy silnym wietrze zaleci Bóg wie dokąd...

Nagle uderzył się w czoło:

— Mam pewną myśl.

— Jaką?

— Zobaczysz. Jak to sobie jeszcze lepiej wyobrażę, to ci powiem. Teraz ten słoń tak ryczy, że nie można nawet rozmawiać...

Rzeczywiście słoń tęsknił za Nel, a może za obojgiem dzieci. Trąbił tak, że trząsł się cały wąwóz i pobliskie drzewa.

— Trzeba mu się pokazać — powiedziała Nel. — Wtedy się uspokoi.

Poszli więc do wąwozu. Ale Staś, całkiem zajęty swoją myślą, zaczął mówić półgłosem:

— „Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski z Port-Saidu, uciekłszy z Faszody od derwiszów, znajdują się...”

Zatrzymał się i zapytał:

— Jak określić gdzie?...

— Co, Stasiu?

— Nic, nic. Już wiem: „Znajdują się o miesiąc drogi na wschód od Białego Nilu — i proszą o prędką pomoc...” Gdy wiatr będzie wiał na północ albo na wschód, puszczę takich latawców dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto. A ty, Nel, pomożesz mi je kleić.

— Latawce?

— Tak. Powiem ci tylko tyle, że mogą nam one pomóc bardziej niż dziesięć słoni.

Tymczasem doszli do krawędzi. I zaczęło się! Olbrzym przestępował z nogi na nogę, kiwał się, machał uszami i gulgotał. A gdy Nel próbowała choć na chwilę odejść, znów żałośnie trąbił. W końcu dziewczynka zaczęła tłumaczyć „kochanemu słoniowi”, że nie może ciągle przy nim siedzieć. Przecież musi spać, jeść, pracować i gospodarować w „Krakowie”. Ale on uspokoił się dopiero wtedy, gdy zepchnęła mu widełkami jedzenie przygotowane przez Kalego. A i tak wieczorem znów zaczął potrębywać.

Nel zapewniała, że zanim dostał się do wąwozu, był na pewno królem wszystkich słoni w Afryce. Dlatego tego samego wieczoru dzieci nazwały go „King”.

### Słowniczek

- **zorze**: kolorowe światło na niebie rano i wieczorem.
- **światło zodiakalne**: słaby blask na niebie po zmroku.
- **rozlewisk**: od słowa rozlewisko: miejsce, gdzie rzeka rozlewa się szeroko i płytko.
- **Świetliki**: owady, które świecą w ciemności.
- **dygnęła**: lekko zgięła kolana na znak grzeczności.
- **begonii**: od słowa begonia: roślina o ładnych kwiatach i włochatych liściach.
- **pęcherze**: cienkie worki z powietrzem w ciele ryby.
- **latawce**: zabawki, które latają na sznurku.
- **derwiszów**: od słowa derwisz: muzułmański mnich; w tej książce też żołnierz Mahdiego.
- **wąwozu**: od słowa wąwóz: głęboka, wąska dolina ze stromymi ścianami.
- **pakunki**: od słowa pakunek: bagaż, rzeczy zapakowane na drogę.
- **słota**: długa, deszczowa, brzydka pogoda.
- **obficie**: w dużej ilości.
- **ulew**: od słowa ulewa: bardzo silny deszcz.
- **gulgotał**: wydawał z gardła niski dźwięk, podobny do bulgotania wody.

## Rozdział XXIX

Przez kilka dni Nel spędzała u Kinga wszystkie chwile, gdy nie padał deszcz. King nie sprzeciwiał się już jej odejściu, bo zrozumiał, że dziewczynka wraca po kilka razy dziennie. Kali w ogóle bał się słoni i patrzył na to z ogromnym zdumieniem. W końcu doszedł do przekonania, że potężne dobre Mzimu oczarowało olbrzyma, i także zaczął go odwiedzać. King zachowywał się życzliwie wobec niego i wobec Mei. Ale tylko Nel robiła z nim, co chciała. Dlatego po tygodniu odważyła się przyprowadzić do niego nawet Sabę. Dla Stasia była to wielka ulga, bo mógł teraz spokojnie zostawiać Nel pod opieką, czyli, jak mówił, pod trąbą słonia. Mógł bez obawy chodzić na polowanie, a czasem nawet zabierać ze sobą Kalego. Był też teraz pewien, że poczciwe zwierzę w żadnym razie by ich nie opuściło. Zaczął się więc zastanawiać, jak je uwolnić z zamknięcia.

Właściwie sposób znalazł już dawno. Ale ten sposób wymagał tak wielkiej ofiary, że Staś bił się z myślami, czy go użyć. Odkładał to z dnia na dzień. Nie miał z kim o tym porozmawiać, więc w końcu postanowił zdradzić Nel swoje zamiary, chociaż uważał ją za dziecko.

— Skałę można wysadzić prochem — powiedział. — Ale trzeba będzie zepsuć mnóstwo nabojów. Wyciągnę z nich kule, wysypię proch i zrobię z niego jeden wielki nabój. Taki nabój wcisnę w najgłębszą szparę, jaką znajdę w środku. Potem ją zatkam i podpalę. Wtedy skała rozpadnie się na kilka albo kilkanaście części i Kinga będzie można wyprowadzić.

— Ale jeśli będzie wielki huk, to czy on się nie przestraszy?

— To niech się przestraszy! — odpowiedział żywo Staś. — To mnie najmniej obchodzi. Z tobą naprawdę nie warto poważnie mówić.

Mówił jednak dalej, a raczej dalej myślał głośno:

— Ale jeżeli użyję za mało nabojów, skała się nie rozpadnie i zmarnuję je na próżno. Jeżeli użyję dosyć, zostanie nam ich niewiele. A gdyby zabrakło ich przed końcem drogi, grozi nam po prostu śmierć. Bo z czym będę polował, czym będę cię bronił w razie napadu? Przecież dobrze wiesz, że gdyby nie ta strzelba i te naboje, już dawno byśmy zginęli. Zginęlibyśmy z rąk Gebhra albo z głodu. I to prawdziwe szczęście, że mamy konie, bo sami nie unieślibyśmy ani rzeczy, ani nabojów.

Na to Nel podniosła palec do góry i powiedziała z wielką pewnością:

— Jak ja Kingowi powiem, to King poniesie wszystko.

— Jakie naboje poniesie, jeśli prawie nic ich nie zostanie?

— Będzie nas za to bronił...

— Ale przecież nie będzie strzelał z trąby do zwierzyny tak jak ja ze sztucera.

— To możemy jeść figi i te duże dynie, co rosną na drzewach, a Kali zawsze nałapie ryb.

— Dopóki zostaniemy nad rzeką. Porę deszczową trzeba tu przeczekać, bo te ciągłe ulewy na pewno przyniosłyby ci febrę. Pamiętaj jednak, że potem ruszamy w dalszą drogę i możemy trafić na pustynię.

— Taką jak Sahara? — zapytała ze strachem Nel.

— Nie, ale taką, na której nie ma rzek ani drzew owocowych, a rosną niskie akacje i mimozy. Tam można żyć tylko z tego, co się upoluje. King znajdzie tam trawę, a ja antylopy. Ale jeśli nie będę miał czym do nich strzelać, to King ich nie nałapie.

Staś naprawdę miał się o co martwić, bo słoń już się oswoił i tak poczciwie się z nimi zaprzyjaźnił. Nie można było go teraz porzucić i skazać na śmierć głodową. A uwolnić go znaczyło stracić większą część amunicji i narazić siebie na pewną zgubę.

Więc Staś odkładał pracę z dnia na dzień i co wieczór powtarzał sobie w duszy:

„Może jutro wymyślę jakiś inny sposób.”

Tymczasem do tej troski doszły inne. Najpierw Kalego strasznie pokąsały w dole rzeki dzikie pszczoły. Doprowadził go do nich niewielki szarozielony ptak, znany w Afryce i nazywany pszczołowodem. Czarnemu chłopakowi z lenistwa nie chciało się dobrze ich podkurzyć. Wrócił więc z miodem, ale tak pokłuty i spuchnięty, że godzinę później stracił przytomność. Dobre Mzimu z pomocą Mei wyciągało z niego żądła aż do wieczora. Potem okładało go ziemią, którą Staś polewał wodą. Mimo to nad ranem wydawało się, że biedny Murzyn umiera. Na szczęście opieka i silny organizm pokonały niebezpieczeństwo. Ale zdrowie odzyskał dopiero po dziesięciu dniach.

Druga przygoda spotkała konie. Podczas choroby Kalego Staś musiał je pętać i prowadzić do wody. Zauważył, że strasznie chudną. Nie można było tego wytłumaczyć brakiem jedzenia, bo po deszczach trawa bardzo urosła i doskonałej paszy było w bród. A jednak konie po prostu niknęły w oczach. Po kilku dniach ich sierść stała się szorstka, oczy zgasły, a z nozdrzy płynął gęsty śluz. W końcu przestały jeść, za to chciwie piły, jakby trawiła je gorączka. Gdy Kali wyzdrowiał, były to już dwa szkielety. Ale on tylko spojrzał na nie i od razu zrozumiał, co się stało.

— Tse-tse! — powiedział do Stasia. — One muszą umrzeć.

Staś też to zrozumiał, bo jeszcze w Port-Saidzie wiele razy słyszał o afrykańskiej musze tse-tse. Jest ona tak straszną plagą niektórych okolic, że tam, gdzie mieszka na stałe, Murzyni w ogóle nie mają bydła. A tam, gdzie dzięki chwilowo dobrym warunkom nagle się rozmnoży, bydło ginie. Koń, wół albo osioł, ukłuty przez tse-tse, marnieje i zdycha w ciągu kilkunastu dni, czasem nawet kilku. Miejscowe zwierzęta rozumieją, jakie niebezpieczeństwo grozi im z jej strony. Zdarza się przecież, że całe stada wołów wpadają w szalony strach, gdy usłyszą przy wodopoju jej brzęczenie. Rozbiegają się wtedy na wszystkie strony.

Konie Stasia były pogryzione. Kali nacierał je teraz codziennie, razem z osłem, jakąś bardzo pachnącą rośliną, którą znalazł w dżungli. Jej zapach przypominał cebulę. Mówił, że ten zapach odpędza tse-tse, ale mimo to konie chudły. Staś ze strachem myślał o tym, co będzie, jeżeli zwierzęta padną. Jak wtedy zabrać rzeczy, Nel, wojłoki, namiot, naboje i naczynia? Było tego tyle, że chyba tylko King potrafiłby to wszystko udźwignąć. Ale żeby uwolnić Kinga, trzeba było poświęcić co najmniej dwie trzecie nabojów.

Coraz większe troski zbierały się nad głową Stasia, jak te chmury, które ciągle poiły dżunglę deszczem. A w końcu przyszło największe nieszczęście, przy którym zmalały wszystkie inne: febra!

### Słowniczek

- **prochem**: czarnym proszkiem, który wybucha.
- **amunicji**: od słowa amunicja: naboje do broni.
- **pszczołowodem**: afrykańskim ptakiem, który prowadzi ludzi do gniazd dzikich pszczół.
- **podkurzyć**: odpędzić dymem.
- **żądła**: ostre części ciała pszczół, którymi kłują.
- **śluz**: gęsty, lepki płyn.
- **Tse-tse**: mucha, która zabija konie i bydło.
- **wodopoju**: od słowa wodopój: miejsce, gdzie zwierzęta piją wodę.
- **febra**: (stare) malaria.
- **nabojów**: od słowa nabój: kula i proch do strzelby.
- **szparę**: od słowa szpara: wąska dziura, pęknięcie.
- **huk**: bardzo głośny dźwięk.
- **oczarowało**: rzuciło czar, zachwyciło.
- **zwierzyny**: od słowa zwierzyna: dzikie zwierzęta, na które się poluje.

## Rozdział XXX

Pewnego dnia przy kolacji Nel podniosła do ust kawałek wędzonego mięsa. Nagle odsunęła go jakby ze wstrętem i powiedziała:

— Nie mogę dziś jeść.

Staś dowiedział się wcześniej od Kalego, gdzie są pszczoły, i teraz codziennie je podkurzał, żeby rabować im miód. Był pewien, że mała zjadła w ciągu dnia za dużo miodu. Dlatego nie zwrócił uwagi na jej brak apetytu. Ale ona po chwili wstała i zaczęła szybko chodzić wokół ogniska, zataczając coraz większe koła.

— Nie oddalaj się za bardzo — wołał do niej chłopiec — bo jeszcze coś cię porwie.

W rzeczywistości niczego się nie bał, ponieważ dzikie zwierzęta czuły obecność słonia i słyszały jego trąbienie. Dlatego trzymały się z daleka. To chroniło zarówno ludzi, jak i konie. Nawet najstraszniejsze drapieżniki w dżungli, lew, pantera i lampart, wolą przecież nie mieć do czynienia ze słoniem. Wolą też nie zbliżać się zbytnio do jego kłów i trąby.

Ale dziewczynka krążyła coraz szybciej. Staś poszedł więc za nią i zapytał:

— Hej, mała ćmo! czemu tak latasz koło ognia?

Pytał jeszcze wesoło, ale już się niepokoił. Niepokój wzrósł, gdy Nel odpowiedziała:

— Nie wiem. Nie mogę usiedzieć na miejscu.

— Co ci jest?

— Tak mi jakoś nieswojo i tak dziwnie...

Nagle oparła mu główkę na piersi. Jakby przyznając się do winy, zawołała pokornym głosem, pełnym łez:

— Stasiu, ja chyba jestem chora.

— Nel!!

Położył jej dłoń na czole, które było suche i lodowate. Porwał ją więc na ręce i poniósł ku ognisku.

— Zimno ci? — pytał po drodze.

— I zimno, i gorąco, ale bardziej zimno...

Rzeczywiście ząbki jej szczękały, a ciałem ciągle wstrząsały dreszcze. Staś nie miał już najmniejszej wątpliwości, że dostała febry.

Natychmiast kazał Mei zaprowadzić ją do drzewa, rozebrać i położyć. Potem okrył ją wszystkim, czym mógł, bo tak widział w Chartumie i Faszodzie. Ludzie chorzy na febrę okrywali się tam owczymi skórami, żeby się spocić. Postanowił przesiedzieć przy Nel całą noc i poić ją gorącą wodą z miodem. Ale ona z początku nie chciała pić. W świetle kaganka, który wisiał w drzewie, Staś zobaczył jej błyszczące oczy. Po chwili zaczęła się skarżyć na gorąco, a jednocześnie trzęsła się pod wojłokami i pledem. Ręce i czoło miała ciągle zimne. Ale gdyby Staś choć trochę znał się na febrze, poznałby po jej bardzo niespokojnych ruchach, że ma straszliwą gorączkę. Gdy Mea wchodziła z gorącą wodą, dziewczynka patrzyła na nią jakby ze zdziwieniem, a nawet z lękiem. Staś zauważył to ze strachem. Zdawało się, że jej nie poznaje. Z nim jednak rozmawiała przytomnie. Mówiła, że nie może leżeć, i prosiła, żeby pozwolił jej wstać i biegać. Potem znów pytała, czy nie gniewa się na nią za to, że jest chora. Gdy zapewniał ją, że nie, powstrzymywała rzęsami łzy, które napływały jej do oczu. Obiecywała, że jutro będzie zupełnie zdrowa.

Tego wieczora, a raczej tej nocy, słoń był jakoś dziwnie niespokojny i ciągle ryczał. To z kolei pobudzało Sabę do szczekania. Staś zauważył, że chorą to drażni, więc wyszedł z drzewa, żeby ich uciszyć. Z Sabą poszło mu łatwo, ale słoniowi trudniej było nakazać ciszę. Wziął więc kilka melonów, żeby mu je rzucić i zatkać mu trąbę przynajmniej na jakiś czas. Gdy wracał, zobaczył w świetle ognia Kalego. Murzyn z kawałkiem wędzonego mięsa na ramieniu szedł w dół rzeki.

— Co tam robisz i dokąd idziesz? — zapytał go Staś.

Czarny chłopak zatrzymał się. Gdy Staś do niego podszedł, powiedział z tajemniczą miną:

— Kali iść pod inne drzewo położyć mięso złemu Mzimu.

— Dlaczego?

— Dlatego, żeby złe Mzimu nie zabić dobrego Mzimu.

Staś chciał coś odpowiedzieć, ale nagle żal ścisnął go za serce. Zacisnął tylko zęby i odszedł w milczeniu.

Gdy wrócił do drzewa, Nel miała zamknięte oczy. Jej ręce, leżące na wojłoku, mocno drgały, ale wydawało się, że zasypia. Staś usiadł przy niej i przez pewien czas siedział bez ruchu, żeby jej nie obudzić. Mea, siedząca z drugiej strony, co chwila poprawiała kawałki kości słoniowej sterczące jej z uszu. W ten sposób broniła się przed drzemką. Zrobiło się cicho. Tylko z dołu rzeki, od strony rozlewiska, dochodziło rechotanie żab i smutne kumkanie ropuch.

Nagle Nel usiadła na posłaniu.

— Stasiu!

— Jestem tu, Nel.

Drżała jak liść na wietrze. Zaczęła szukać jego ręki i szybko powtarzała raz po raz:

— Boję się, boję się! daj mi rękę!

— Nie bój się, jestem przy tobie.

Chwycił jej dłoń, która tym razem była rozpalona jak ogień. Sam nie wiedział, co ma robić, więc zaczął całować tę biedną, wychudzoną rączkę.

— Nie bój się, Nel, nie bój!

Potem dał jej napić się wody z miodem, która przez ten czas wystygła. Tym razem Nel piła chciwie i przytrzymywała mu rękę z naczyniem, gdy próbował je odsunąć od jej ust. Chłodny napój jakby ją uspokajał.

Zapadło milczenie. Ale po pół godzinie Nel znów usiadła na posłaniu, a w jej szeroko otwartych oczach widać było okropny strach.

— Stasiu!

— Co ci jest, kochanie?

— Czemu — pytała przerywanym głosem — Gebhr i Chamis chodzą koło drzewa i zaglądają tu do mnie?

Stasiowi wydało się nagle, że oblazły go tysiące mrówek.

— Co ty mówisz? — powiedział. — Tu nikogo nie ma! To Kali chodzi koło drzewa.

Ale ona patrzyła w ciemny otwór, szczękała zębami i wołała:

— I Beduini także! Dlaczegoś ty ich pozabijał?

Staś objął ją ramieniem i przytulił do siebie:

— Ty wiesz dlaczego! Nie patrz tam! nie myśl o tym. To było już dawno.

— Dziś! dziś!

— Nie, Nel, dawno!...

I rzeczywiście było to dawno. Ale wróciło jak fala odbita od brzegu i znów napełniło przerażeniem myśli chorego dziecka.

Wszystkie słowa pocieszenia były daremne. Oczy Nel otwierały się coraz szerzej. Serce biło tak mocno, że zdawało się, że zaraz pęknie. Potem zaczęła się rzucać jak ryba wyjęta z wody i trwało to prawie do rana. Dopiero nad ranem całkiem opadła z sił, a jej główka spadła na posłanie.

— Słabo mi! słabo! — powtórzyła. — Stasiu, ja lecę gdzieś na dół.

Potem zamknęła oczy.

Staś w pierwszej chwili okropnie się przeraził, bo myślał, że umarła. Ale był to tylko koniec pierwszego ataku tej strasznej afrykańskiej febry, nazywanej „zgubną”. Ludzie silni i zdrowi mogą przetrzymać dwa jej ataki, a trzeciego dotąd nie przetrzymał nikt. Podróżnicy często o tym opowiadali w Port-Saidzie, w domu pana Rawlisona. Jeszcze częściej mówili o tym katoliccy misjonarze wracający do Europy, których gościł u siebie pan Tarkowski. Drugi atak przychodził po kilku albo kilkunastu dniach. Jeśli trzeci nie przyszedł przez dwa tygodnie, nie był śmiertelny, bo liczył się znów jako pierwszy w drugim nawrocie choroby. Staś wiedział, że ataki może przerwać lub oddalić tylko jedno lekarstwo: duże dawki chininy. Ale nie miał jej już ani odrobiny.

Na razie jednak widział, że Nel oddycha, więc trochę się uspokoił i zaczął się za nią modlić. Tymczasem słońce wyskoczyło zza skał wąwozu i zrobił się dzień. Słoń domagał się już śniadania, a od strony rozlewiska słychać było krzyki wodnego ptactwa. Chłopiec chciał zabić parę pentarek na rosół dla Nel. Wziął strzelbę śrutówkę i poszedł wzdłuż rzeki ku kępie wysokich krzewów, gdzie te ptaki zwykle nocowały. Ale był tak niewyspany i tak myślał o chorobie dziewczynki, że wcale nie zauważył pentarek. Całe stado przeszło tuż obok niego truchcikiem, jedna za drugą, w stronę wodopoju. Stało się tak także dlatego, że ciągle się modlił. Myślał o zabiciu Gebhra, Chamisa i Beduinów. Podnosił oczy w górę i mówił przez ściśnięte od łez gardło: „Ja to dla Nel zrobiłem, Panie Boże, dla Nel! — bo nie mogłem jej inaczej uwolnić. Ale jeśli to grzech, to mnie ukarz, a ona niech wyzdrowieje!...”

Po drodze spotkał Kalego, który poszedł zobaczyć, czy złe Mzimu zjadło wczorajsze mięso. Młody Murzyn kochał małą bibi i także się za nią modlił, ale w całkiem inny sposób. Mówił złemu Mzimu, że jeśli bibi wyzdrowieje, będzie mu co dzień przynosił kawałek mięsa. Ale jeśli umrze, to chociaż się go boi i wie, że potem zginie, najpierw złoi mu skórę. Zrobi to tak mocno, że złe Mzimu popamięta go na wieki. Nabrał jednak otuchy, bo wczorajsze mięso zniknęło. Mógł je wprawdzie porwać jakiś szakal, ale mogło też Mzimu przybrać postać szakala.

Kali powiedział Stasiowi o tej dobrej wiadomości. Ale ten popatrzył na niego, jakby wcale go nie rozumiał, i poszedł dalej. Minął kępę krzaków, gdzie nie znalazł pentarek, i podszedł do rzeki. Jej brzegi porastały wysokie drzewa. Zwisały z nich gniazda remizów, podobne do długich pończoch. Remizy to śliczne żółte ptaszki z czarnymi skrzydłami. Wisiały tam też gniazda os, podobne do wielkich róż, ale koloru szarej bibuły. W jednym miejscu rzeka tworzyła rozlewisko, szerokie na kilkadziesiąt kroków i częściowo porośnięte papirusem. Na tym rozlewisku zawsze roiło się od wodnego ptactwa. Były tam bociany, takie same jak nasze europejskie. Były bociany o wielkim, grubym dziobie zakończonym hakiem. Były ptaki czarne jak aksamit, o nogach czerwonych jak krew. Były flamingi i ibisy, a także białe warzęchy z różowymi skrzydłami i dziobami podobnymi do łyżek. Były żurawie z koronami na głowach i mnóstwo kulików, pstrych i szarych jak myszy. Kuliki biegały szybko tam i z powrotem na długich, cienkich jak słomki nóżkach. Wyglądały jak drobne leśne duchy.

Staś zabił dwie duże kaczki pięknego cynamonowego koloru. Deptał po martwych białych motylach, których tysiące leżały na brzegu. Najpierw dobrze się rozejrzał, czy na mieliźnie nie ma krokodyli. Potem przeszedł przez wodę i podniósł zdobycz. Strzał oczywiście rozproszył ptaki. Zostały tylko dwa marabuty, które stały kilkanaście kroków dalej, zamyślone nad wodą. Wyglądały jak dwaj starcy z łysymi głowami wciśniętymi między ramiona. One wcale się nie poruszyły. Chłopiec popatrzył chwilę na ich obrzydliwe mięsne worki, zwisające na piersiach. Potem zauważył, że wokół niego krąży coraz więcej os, i wrócił do obozu.

Nel jeszcze spała, więc on także oddał Mei kaczki, rzucił się na wojłok i natychmiast zasnął kamiennym snem. Obudzili się dopiero po południu, on wcześniej, Nel później. Dziewczynka czuła się trochę silniejsza. Gdy gęsty, mocny rosół jeszcze ją wzmocnił, wstała i wyszła z drzewa. Chciała popatrzeć na Kinga i na słońce.

Ale dopiero teraz, w świetle dnia, można było dokładnie zobaczyć, jak zniszczyła ją ta jedna noc gorączki. Cerę miała żółtą i przezroczystą, usta poczerniałe, podkrążone oczy i twarzyczkę jakby postarzałą. Nawet jej oczy wydawały się bledsze niż zwykle. Zapewniała Stasia, że czuje się dość mocna, i wypiła zaraz po obudzeniu spory kubek rosołu. Okazało się jednak, że ledwie może dojść o własnych siłach do wąwozu. Staś z rozpaczą myślał o drugim ataku i o tym, że nie ma ani lekarstw, ani sposobu, żeby mu zapobiec.

Tymczasem deszcz polewał ziemię po kilkanaście razy dziennie i powietrze było coraz wilgotniejsze.

### Słowniczek

- **ćmo**: od słowa ćma: nocny motyl, który lata wokół światła.
- **kaganka**: od słowa kaganek: mała, stara lampka.
- **pledem**: ciepłym kocem.
- **rozlewiska**: od słowa rozlewisko: miejsce, gdzie rzeka rozlewa się szeroko i płytko.
- **śrutówkę**: strzelbę na drobne kulki, używaną do polowania na ptaki.
- **złoi skórę**: mocno zbije.
- **mieliźnie**: od słowa mielizna: płytkie miejsce w rzece.
- **marabuty**: wielkie afrykańskie ptaki o łysych głowach.
- **papirusem**: od słowa papirus: wysoka roślina, która rośnie w wodzie.
- **wąwozu**: od słowa wąwóz: głęboka, wąska dolina ze stromymi ścianami.
- **pentarek**: od słowa pentarka: perliczka, afrykański ptak.
- **ptactwa**: od słowa ptactwo: wszystkie ptaki, wiele ptaków razem.
- **wstrętem**: od słowa wstręt: bardzo silna niechęć, obrzydzenie.
- **podkurzał**: odpędzał dymem.
- **wędzonego**: takiego, które długo trzymano w dymie, żeby się nie zepsuło.

## Rozdział XXXI

Zaczęły się ciężkie dni, pełne strachu i czekania. Drugi atak przyszedł dopiero po tygodniu. Nie był tak silny jak pierwszy, ale po nim Nel poczuła się jeszcze słabsza. Schudła i zmizerniała tak bardzo, że nie była już dziewczynką, ale cieniem dziewczynki. Płomyk jej życia tlił się tak słabo, że wystarczyło chyba dmuchnąć, by go zgasić. Staś zrozumiał, że śmierć nie musi czekać na trzeci atak, by ją zabrać. Spodziewał się jej lada dzień, lada godzina.

Sam także schudł i sczerniał, bo nieszczęście przerastało jego siły i jego rozum. Patrzył na jej woskową twarzyczkę. Codziennie mówił sobie: „Czy po to strzegłem jej jak oka w głowie, żeby ją tu pochować w dżungli?” Wcale nie rozumiał, dlaczego tak ma być. Czasem znów wyrzucał sobie, że jeszcze nie dość jej strzegł i że nie był dla niej dość dobry. Wtedy taki żal chwytał go za serce, że chciało mu się gryźć własne palce. Nieszczęścia było po prostu za dużo.

Nel spała teraz prawie ciągle i być może to utrzymywało ją przy życiu. Staś budził ją jednak kilka razy dziennie, żeby ją nakarmić. Gdy nie padał deszcz, prosiła wtedy, żeby wyniósł ją na powietrze, bo nie mogła już utrzymać się na własnych nogach. Czasem zasypiała nawet na jego rękach. Wiedziała już, że jest bardzo chora i że lada dzień może umrzeć. W lepszych chwilach rozmawiała o tym ze Stasiem, ale zawsze z płaczem, bo bała się śmierci.

— Ja już nie wrócę do tatusia — powiedziała pewnego razu. — Ale ty powiedz tatusiowi, że było mi bardzo żal. I proś go, żeby tu do mnie przyjechał...

— Wrócisz — odpowiedział Staś.

Nie mógł nic więcej powiedzieć, bo chciało mu się wyć.

A Nel mówiła dalej ledwie słyszalnym, sennym głosem:

— I tatuś przyjedzie, i ty kiedyś przyjedziesz... prawda?

Na tę myśl uśmiech rozjaśnił jej wychudzoną twarzyczkę. Ale po chwili odezwała się znowu, jeszcze ciszej:

— Ale mi tak żal...

Oparła mu główkę na ramieniu i zaczęła płakać. On pokonał własny ból, przytulił ją i szybko odpowiedział:

— Nel, ja bez ciebie nie wrócę i... i wcale nie wiem, co bym bez ciebie robił na świecie.

Zapadło milczenie i Nel znowu zasnęła. Staś zaniósł ją do drzewa. Ledwie wyszedł na zewnątrz, gdy ze szczytu cypla nadbiegł Kali. Machał rękami i miał wzburzoną, przestraszoną twarz.

— Panie wielki! panie wielki! — wołał.

— Czego chcesz? — zapytał Staś.

Murzyn wyciągnął rękę, pokazał na południe i powiedział:

— Dym!

Staś osłonił oczy dłonią i wytężył wzrok. W czerwonawym blasku nisko stojącego słońca rzeczywiście zobaczył smugę dymu. Unosiła się daleko w dżungli, między wierzchołkami dwóch dość wysokich, jeszcze dalszych wzgórz.

Kali cały drżał, bo zbyt dobrze pamiętał straszną niewolę u derwiszów i był pewien, że to ich obóz. Stasiowi też się wydawało, że to może być tylko Smain. W pierwszej chwili także okropnie się przestraszył. Tego tylko brakowało! Obok śmiertelnej choroby Nel — derwisze! I znów niewola, i znów powrót do Faszody albo do Chartumu, pod rękę Mahdiego lub pod bat Abdullahiego. Jeśli ich złapią, Nel umrze pierwszego dnia, a on zostanie niewolnikiem do końca życia. A gdyby nawet kiedyś uciekł, po co mu życie i wolność bez Nel? Jak spojrzałby w oczy ojcu albo panu Rawlisonowi, gdyby derwisze rzucili ją po śmierci hienom? A on nie umiałby nawet powiedzieć, gdzie jest jej grób.

Takie myśli przelatywały mu przez głowę jak błyskawice. Nagle poczuł nieodpartą chęć, żeby popatrzeć na Nel, i ruszył ku drzewu. Po drodze kazał Kalemu zgasić ogień i zabronił palić go w nocy. Potem wszedł do środka.

Nel nie spała i czuła się lepiej. Od razu mu o tym powiedziała. Saba leżał przy niej i ogrzewał ją swoim ogromnym ciałem. Głaskała go lekko po głowie i uśmiechała się, gdy chwytał paszczą drobne pyłki próchna. Kręciły się one w smudze światła, którą tworzyły w drzewie ostatnie promienie zachodzącego słońca. Widocznie czuła się raźniej, bo po chwili zwróciła się do Stasia z dość wesołą minką:

— A może ja nie umrę?

— Na pewno nie umrzesz — odpowiedział Staś. — Skoro po drugim ataku czujesz się silniejsza, to trzeci wcale nie przyjdzie.

Ona zaczęła mrugać powiekami, jakby się nad czymś zastanawiała, i powiedziała:

— Gdybym miała taki gorzki proszek, co mi tak dobrze zrobił po tej nocy z lwami — pamiętasz? — to ani trochę nie myślałabym umierać, ani tyle!

I pokazała na paluszku, jak mało byłaby wtedy gotowa na śmierć.

— Ach! — powiedział Staś. — Oddałbym nie wiem co za odrobinę chininy.

Pomyślał, że gdyby miał jej dosyć, dałby Nel choćby dwa proszki naraz. Potem owinąłby ją pledem, posadził przed sobą na koniu i natychmiast ruszył w stronę przeciwną do obozu derwiszów.

Tymczasem słońce zaszło i dżungla nagle pogrążyła się w ciemności.

Dziewczynka rozmawiała jeszcze z pół godziny, a potem zasnęła. Staś dalej myślał o derwiszach i o chininie. Jego strapiona, ale bardzo pomysłowa głowa zaczęła pracować i tworzyć plany, jeden śmielszy od drugiego. Najpierw zaczął się zastanawiać, czy ten dym na południu musi pochodzić z obozu Smaina. Mogli to być derwisze, ale mogli być też Arabowie znad brzegów oceanu. Oni robili wielkie wyprawy w głąb lądu po kość słoniową i niewolników. Nie mieli nic wspólnego z derwiszami, którzy psuli im handel. Mógł to być także obóz Abisyńczyków albo jakaś murzyńska wioska pod górami, do której łowcy ludzi jeszcze nie dotarli. Czy nie należało tego sprawdzić?

Arabowie z Zanzibaru, okolic Bagamojo, Witu i Mombassy, a także z całego wybrzeża oceanu, ciągle spotykali białych. Więc kto wie, czy za wielką nagrodę nie zgodziliby się odprowadzić ich obojga do któregoś z najbliższych portów. Staś doskonale wiedział, że może obiecać taką nagrodę i że jego obietnicy uwierzą. Przyszła mu też do głowy inna myśl, która poruszyła go do głębi. Widział w Chartumie, że wielu derwiszów, szczególnie z Nubii, chorowało na febrę prawie tak samo jak biali. Leczyli się chininą, którą rabowali Europejczykom. Jeśli zaś ukryli ją renegaci, Grecy albo Koptowie, kupowali ją na wagę złota. Można się więc było spodziewać, że Arabowie znad oceanu na pewno będą ją mieli.

„Pójdę — mówił sobie Staś — pójdę dla Nel.”

Coraz usilniej zastanawiał się nad swoim położeniem. W końcu doszedł do przekonania, że nawet gdyby to był oddział Smaina, i tak trzeba iść. Przypomniał sobie, że kontakty między Egiptem a Sudanem były całkiem przerwane. Dlatego Smain prawdopodobnie nic nie wiedział o porwaniu ich z Fajumu. Fatma nie mogła się z nim porozumieć. To porwanie było więc tylko jej własnym pomysłem. Wykonali je Chamis, syn Chadigiego, oraz Idrys, Gebhr i dwaj Beduini. Ci ludzie nic nie obchodzili Smaina z prostej przyczyny. Znał wśród nich tylko Chamisa, a o tamtych nigdy w życiu nie słyszał. Obchodziły go tylko jego własne dzieci i Fatma. A może właśnie zatęsknił już za nimi i chętnie by do nich wrócił. Zwłaszcza jeśli znudziła mu się już służba u Mahdiego. Widocznie przy Mahdim nie zrobił wielkiej kariery, skoro musiał łapać niewolników Bóg wie gdzie za Faszodą. Nie dowodził potężnymi wojskami ani nie rządził żadnym dużym krajem. „Powiem mu tak — myślał Staś. — Jeśli odprowadzisz nas do jakiegoś portu nad Oceanem Indyjskim i wrócisz z nami do Egiptu, rząd przebaczy ci wszystkie winy. Połączysz się z Fatmą i z dziećmi, a oprócz tego pan Rawlison zrobi cię bogatym. Jeśli nie, to dzieci i Fatmy nie zobaczysz już nigdy w życiu.”

Był pewien, że Smain dobrze się zastanowi, zanim odrzuci taki układ.

Oczywiście, nie było to wszystko bezpieczne, a mogło się nawet okazać zgubne. Ale mogło też stać się deską ratunku w tej afrykańskiej toni. Staś zaczął się w końcu dziwić, dlaczego na początku tak go przeraziła myśl o spotkaniu ze Smainem. Chodziło o szybki ratunek dla Nel, więc postanowił pójść jeszcze tej nocy.

Łatwiej było to jednak powiedzieć niż zrobić. Co innego siedzieć nocą w dżungli przy dobrym ogniu, za kolczastą zeribą. A co innego wejść w ciemności w wysokie trawy. O tej porze polują tam lew, pantera i lampart, nie mówiąc o hienach i szakalach. Chłopiec przypomniał sobie jednak słowa młodego Murzyna, gdy ten poszedł nocą szukać Saby i wrócił z nim. Powiedział wtedy: „Kali bać się, ale Kali pójść.” Staś powtórzył sobie to samo: „Będę się bał, ale pójdę.”

Czekał jednak na wschód księżyca, bo noc była bardzo ciemna. Dopiero gdy dżungla posrebrzała od jego blasku, zawołał Kalego i powiedział:

— Kali, zabierz Sabę do drzewa i zatkaj wejście cierniem. Pilnujcie z Meą panienki jak oka w głowie. A ja pójdę zobaczyć, co to za ludzie są w tym obozie.

— Pan wielki wziąć z sobą Kalego i strzelbę, która zabija złe zwierzęta. Kali nie zostać!

— Zostaniesz! — powiedział stanowczo Staś. — Zabraniam ci iść za mną.

Zamilkł na chwilę, a potem odezwał się trochę głuchym głosem:

— Kali, jesteś wierny i rozsądny, więc ufam, że zrobisz to, co ci powiem. Gdybym nie wrócił, a panienka umarła, zostawisz ją w drzewie. Ale dookoła drzewa zbudujesz wysoką zeribę, a na korze wytniesz taki wielki znak.

Wziął dwa bambusy i złożył je w krzyż.

Potem mówił dalej:

— Jeśli zaś bibi nie umrze, ale ja nie wrócę, będziesz ją czcił i wiernie jej służył. Potem zaprowadzisz ją do swojego ludu. Powiesz wojownikom Wa-hima, żeby szli z nią ciągle na wschód, aż do Wielkiego Morza. Tam znajdziesz białych ludzi, którzy dadzą wam dużo strzelb, prochu, paciorków, drutu i tyle płótna, ile zdołacie unieść. Zrozumiałeś?

Młody Murzyn rzucił się przed nim na kolana, objął jego nogi i zaczął żałośnie powtarzać:

— O bwana kubwa! wrócić, wrócić, wrócić!

Stasia wzruszyło przywiązanie czarnego chłopaka. Schylił się więc, położył mu rękę na głowie i powiedział:

— Idź do drzewa, Kali, i... niech cię Bóg błogosławi!

Gdy został sam, jeszcze przez chwilę zastanawiał się, czy nie wziąć ze sobą osła. Tak byłoby bezpieczniej. Lwy w Afryce i tygrysy w Indiach rzucają się przecież zawsze na konia lub osła, a nie na jeźdźca. Ale zadał sobie pytanie, kto wtedy będzie nosił namiot Nel i na czym ona sama pojedzie. Po tej myśli natychmiast zrezygnował z osła i ruszył pieszo w dżunglę.

Księżyc był już wyżej na niebie, więc zrobiło się dużo jaśniej. Ale trudności zaczęły się, gdy tylko chłopiec wszedł w trawy. Urosły już tak wysoko, że nawet człowiek na koniu mógł się w nich łatwo ukryć. Nawet w dzień nie było w nich nic widać na krok, a co dopiero w nocy. Księżyc oświetlał tylko ich wierzchołki, a niżej wszystko tonęło w głębokim cieniu. W takich warunkach łatwo zgubić drogę i chodzić w kółko, zamiast iść naprzód. Stasiowi dodawały jednak odwagi dwie myśli. Po pierwsze, obóz, do którego szedł, był co najwyżej trzy lub cztery mile angielskie od cypla. Po drugie, dym pojawił się między wierzchołkami dwóch wysokich pagórków. Jeśli więc nie straci z oczu pagórków, nie może zabłądzić. Ale trawy, mimozy i akacje wszystko zasłaniały. Na szczęście co kilkadziesiąt kroków wznosiły się kopce termitów, czasem wysokie na kilkanaście stóp. Staś ostrożnie stawiał strzelbę pod każdym kopcem i wdrapywał się na jego szczyt. Gdy zobaczył wzgórza, czarne na tle nieba, schodził i szedł dalej.

Bał się tylko, co będzie, jeśli chmury zasłonią księżyc i niebo. Wtedy znalazłby się w ciemności jak pod ziemią. Ale nie było to jedyne niebezpieczeństwo. Dżungla nocą jest wprost przerażająca. W ciszy słychać każdy odgłos, każdy krok, a nawet szelest owadów łażących po trawach. Unosi się nad nią strach i groza. Staś musiał na wszystko uważać, nasłuchiwać, czuwać i rozglądać się na wszystkie strony. Musiał kręcić głową jak na śrubkach, a strzelbę mieć w każdej sekundzie gotową do strzału. Co chwila wydawało mu się, że coś się zbliża, skrada, przyczaja. Czasem słyszał poruszające się trawy i nagły tętent uciekających zwierząt. Domyślał się wtedy, że spłoszył antylopy. Mimo rozstawionych straży śpią one czujnie, bo wiedzą, że niejeden straszny płowy myśliwy poluje o tej porze w ciemności. Ale oto coś wielkiego czerni się pod akacją podobną do parasola. Może to skała, a może nosorożec lub bawół. Zwietrzy człowieka, obudzi się z drzemki i natychmiast rzuci się do ataku. Tam znów za czarnym krzakiem widać dwa błyszczące punkty. Hej! strzelba do twarzy. To lew! Nie!... Fałszywy alarm! To świetliki, bo jedno światełko wznosi się w górę i leci nad trawami jak gwiazda spadająca ukośnie. Staś wchodził na kopce termitów nie tylko po to, by sprawdzić, czy idzie w dobrym kierunku. Chciał też otrzeć czoło, mokre od zimnego potu, odetchnąć i poczekać, aż uspokoi mu się serce, które biło zbyt szybko. Był przy tym już tak zmęczony, że ledwie trzymał się na nogach.

Szedł jednak naprzód, bo wiedział, że tak trzeba, by uratować Nel. Po dwóch godzinach wyszedł na teren gęsto pokryty kamieniami, gdzie trawy były niższe i było dużo jaśniej. Dwa wysokie wzgórza wyglądały na tak samo dalekie jak wcześniej. Bliżej jednak biegł w poprzek skalny grzbiet, a za nim wznosił się drugi, wyższy. Oba otaczały widocznie jakąś dolinę albo wąwóz, podobny do tego, w którym zamknięty był King.

Nagle, jakieś trzysta lub czterysta kroków na prawo, zobaczył na ścianie skalnej różowy odblask płomienia.

Stanął. Serce znów biło mu tak, że prawie słyszał je w nocnej ciszy. Kogo tam zobaczy na dole? Arabów ze wschodnich wybrzeży? Derwiszów Smaina? Czy też dzikich Murzynów, którzy opuścili rodzinne wioski i chronią się przed derwiszami w niedostępnych górskich zaroślach? Znajdzie śmierć albo niewolę, czy też ratunek dla Nel?

Trzeba było to sprawdzić. Nie mógł się już cofnąć i nie chciał. Po chwili zaczął się skradać w stronę ognia, idąc jak najciszej i wstrzymując oddech. Uszedł około stu kroków i nagle usłyszał od strony dżungli parskanie koni. Znów się zatrzymał. W świetle księżyca naliczył ich pięć. Jak na derwiszów było to mało, ale przypuszczał, że reszta jest może ukryta w wysokich trawach. Dziwiło go tylko, że nie ma przy nich żadnych straży. Na górze nie paliły się też ognie dla odstraszenia dzikich zwierząt. Ale dziękował Bogu, że tak jest, bo mógł iść dalej niezauważony.

Blask na skałach był coraz wyraźniejszy. Nie minął kwadrans, gdy Staś znalazł się w miejscu, gdzie przeciwległa skała była najmocniej oświetlona. Oznaczało to, że u jej stóp musi palić się ogień.

Wtedy powoli doczołgał się do krawędzi i spojrzał w dół.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczył, był wielki namiot. Przed namiotem stało polowe płócienne łóżko, a na nim leżał człowiek w białym europejskim ubraniu.

Mały, może dwunastoletni Murzynek dokładał suchego paliwa do ognia. Ogień oświetlał ścianę skalną i szeregi Murzynów, którzy spali pod nią po obu stronach namiotu.

Staś w jednej chwili zsunął się po zboczu na dno wąwozu.

### Słowniczek

- **renegaci**: ludzie, którzy porzucili swoją wiarę.
- **Koptowie**: egipscy chrześcijanie.
- **deską ratunku**: ostatnią nadzieją na ocalenie.
- **toni**: od słowa toń: głęboka, niebezpieczna woda.
- **mile angielskie**: miara drogi; jedna mila to około 1600 metrów.
- **tętent**: odgłos szybko biegnących zwierząt z kopytami.
- **płowy myśliwy**: tu: drapieżne zwierzę o jasnożółtej sierści, na przykład lew.
- **kopce termitów**: wysokie budowle z ziemi, w których żyją termity.
- **zeribę**: od słowa zeriba: płot z kolczastych gałęzi wokół obozu.
- **zmizerniała**: stała się bardzo chuda i słaba.
- **tlił się**: palił się bardzo słabo, bez płomienia.
- **sczerniał**: stał się ciemny na twarzy.
- **woskową**: bladą i żółtą jak wosk.
- **cypla**: od słowa cypel: wąski kawałek lądu, który wchodzi w wodę lub przepaść.
- **pagórków**: od słowa pagórek: mała góra.

## Rozdział XXXII

Przez jakiś czas ze zmęczenia i wzruszenia nie mógł powiedzieć ani słowa. Stał i ciężko dyszał przed człowiekiem leżącym na łóżku. Ten także milczał i patrzył na niego ze zdumieniem, jakby był prawie nieprzytomny.

W końcu zawołał:

— Nasibu, jesteś?

— Jestem, panie — odpowiedział mały Murzynek.

— Czy widzisz kogoś i czy ktoś stoi przede mną?

Ale zanim malec zdążył odpowiedzieć, Staś odzyskał mowę:

— Panie — powiedział — nazywam się Stanisław Tarkowski. Uciekliśmy z małą miss Rawlison z niewoli derwiszów i ukrywamy się w dżungli. Ale Nel jest ciężko chora, więc błagam pana dla niej o pomoc.

Nieznajomy patrzył jeszcze przez chwilę, mrugał oczami, a potem przetarł ręką czoło.

— Słyszę, nie tylko widzę — powiedział sam do siebie. — To nie złudzenie!... Co? pomoc? Ja sam potrzebuję pomocy. Jestem ranny.

Nagle jednak otrząsnął się jakby ze snu lub odrętwienia. Spojrzał przytomniej i z błyskiem radości w oczach powiedział:

— Biały chłopiec!... Jeszcze widzę białego!... Witam cię, kimkolwiek jesteś. Mówiłeś o jakiejś chorobie? Czego ode mnie chcesz?

Staś powtórzył, że chora jest Nel, córka pana Rawlisona, jednego z dyrektorów Kanału. Powiedział, że miała już dwa ataki febry i że musi umrzeć, jeśli nie dostanie chininy, by zapobiec trzeciemu.

— Dwa ataki — to źle! — odpowiedział nieznajomy. — Ale chininy mogę ci dać, ile chcesz. Mam jej kilka słoików, które na nic mi się już nie przydadzą.

Kazał małemu Nasibu podać sobie duże blaszane pudło, które było widocznie podróżną apteczką. Wyjął z niego dwa spore słoiki z białym proszkiem i dał je Stasiowi.

— Oto połowa tego, co mam. Wystarczy to choćby na rok...

Staś miał ochotę po prostu krzyczeć z radości. Zaczął mu więc dziękować z takim uniesieniem, jakby chodziło o jego własne życie.

Nieznajomy kilka razy skinął głową i powiedział:

— Dobrze, dobrze. Nazywam się Linde, jestem Szwajcar z Zurychu... Dwa dni temu miałem wypadek: ciężko zranił mnie dzik ndiri.

Potem zwrócił się do czarnego malca:

— Nasibu, nałóż mi fajkę.

A potem do Stasia:

— W nocy mam zawsze większą gorączkę i trochę mi się miesza w głowie. Ale fajka rozjaśnia mi myśli. Przecież mówiłeś, że uciekliście z niewoli derwiszów i ukrywacie się w dżungli? Czy tak?

— Tak, panie, mówiłem.

— I co zamierzacie zrobić?

— Uciec do Abisynii.

— Wpadniecie w ręce mahdystów, których oddziały włóczą się po całym pograniczu.

— Nie możemy jednak zrobić nic innego.

— Ach! jeszcze miesiąc temu mógłbym wam pomóc. Ale teraz jestem sam, zdany tylko na łaskę Bożą i tego czarnego chłopca.

Staś spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— A ten obóz?

— To obóz śmierci.

— A ci Murzyni?

— Ci Murzyni śpią i już się nie obudzą.

— Nie rozumiem...

— Są chorzy na śpiączkę. To ludzie znad Wielkich Jezior, gdzie ta straszna choroba ciągle panuje. Zapadli na nią wszyscy, oprócz tych, którzy wcześniej umarli na ospę. Został mi tylko ten jeden chłopak...

Dopiero teraz Stasia uderzyło to, że gdy zsunął się do wąwozu, żaden Murzyn się nie poruszył, nawet nie drgnął. Przez całą rozmowę wszyscy spali. Jedni mieli głowy oparte o skałę, inni opuszczone na piersi.

— Śpią i już się nie obudzą? — zapytał, jakby jeszcze nie rozumiał, co usłyszał.

A Linde powiedział:

— Ach, to trupiarnia ta Afryka!...

Dalsze słowa przerwał mu tupot koni. Coś je przestraszyło w dżungli, więc podskakiwały na spętanych nogach ku krawędzi doliny, by być bliżej ludzi i światła.

— To nic, to konie! — odezwał się znów Szwajcar. — Zabrałem je mahdystom, których pobiłem kilka tygodni temu. Było ich ze trzystu, a może i więcej. Ale oni mieli przeważnie dzidy, a moi ludzie remingtony. Stoją tam, pod ścianą, już bez żadnego pożytku. Jeśli brakuje ci broni albo nabojów, bierz, ile chcesz. Weź także konia: szybciej wrócisz na nim do swojej chorej. Ile ona ma lat?

— Osiem — odpowiedział Staś.

— Więc to jeszcze dziecko... Niech Nasibu da ci dla niej herbaty, ryżu, kawy i wina... Bierz, co chcesz, z zapasów, a jutro przyjeżdżaj po nowe.

— Wrócę na pewno, żeby jeszcze raz podziękować panu z całego serca i pomóc, w czym potrafię.

A Linde powiedział:

— Dobrze choć popatrzeć na europejską twarz. Jeśli przyjedziesz wcześniej, będę bardziej przytomny. Teraz znów chwyta mnie gorączka, bo widzę cię podwójnie. Czy was dwóch stoi nade mną?... Nie!... Wiem, że jesteś jeden i że to tylko gorączka... Ach, ta Afryka!...

I przymknął oczy.

Kwadrans później Staś wyruszył z powrotem z tego dziwnego obozu snu i śmierci, ale tym razem konno. Była jeszcze głęboka noc, ale on nie zważał już na żadne niebezpieczeństwa w wysokich trawach. Trzymał się jednak bliżej rzeki, bo przypuszczał, że oba wąwozy muszą do niej wychodzić. Wracać było zresztą dużo łatwiej, bo w nocnej ciszy z daleka dochodził szum wodospadu. Poza tym chmury rozproszyły się na zachodniej stronie nieba, a oprócz księżyca mocno świeciło światło zodiakalne. Chłopiec kłuł konia w boki końcami szerokich arabskich strzemion i pędził trochę na złamanie karku. Mówił sobie w duszy: „Co mi tam lwy i pantery! — ja mam chininę dla mojej małej!” Co chwila dotykał ręką słoików, jakby chciał się upewnić, że naprawdę je ma i że to wszystko nie było snem. Różne myśli i obrazy przesuwały mu się przez głowę. Widział rannego Szwajcara. Czuł dla niego ogromną wdzięczność i tym bardziej mu współczuł, że z początku rozmowy brał go za wariata. Widział małego Nasibu z głową okrągłą jak kula. Widział szeregi śpiących pagazich i lufy remingtonów opartych o skały, błyszczące w ogniu. Był prawie pewien, że bitwa, o której wspomniał Linde, była z oddziałem Smaina. Dziwnie mu było pomyśleć, że może i Smain zginął.

Te obrazy mieszały mu się z ciągłą myślą o Nel. Wyobrażał sobie, jak ona się zdziwi, gdy jutro zobaczy cały słoik chininy. Pewnie weźmie go za cudotwórcę. „Ach — mówił sobie — gdybym stchórzył i nie poszedł sprawdzić, skąd pochodzi ten dym, nie darowałbym sobie tego przez całe życie.”

Po niecałej godzinie szum wodospadu stał się zupełnie wyraźny. Po rechotaniu żab Staś poznał, że jest już blisko rozlewiska, nad którym wcześniej strzelał do wodnego ptactwa. W blasku księżyca rozpoznał nawet z daleka stojące tam drzewa. Teraz trzeba było bardziej uważać, bo rozlewisko było też wodopojem. Musiały tu przychodzić wszystkie zwierzęta z okolicy, bo gdzie indziej brzegi rzeki były strome i trudno dostępne. Ale było już późno i drapieżniki widocznie schowały się po nocnych łowach w skalnych jaskiniach. Koń trochę chrapał, bo czuł świeże ślady lwów albo panter, ale Staś szczęśliwie przejechał. Chwilę później zobaczył na wysokim cyplu wielką, czarną sylwetkę „Krakowa”. Pierwszy raz w Afryce poczuł się tak, jakby przyjechał do domu.

Liczył, że wszyscy będą spali, ale liczył bez Saby, który zaczął szczekać tak, że obudziłby nawet umarłych. W jednej chwili przed drzewem znalazł się też Kali i zawołał:

— Bwana kubwa na koniu!

W jego głosie było jednak więcej radości niż zdziwienia, ponieważ tak bardzo wierzył w potęgę Stasia. Nawet gdyby ten stworzył konia, czarny chłopak nie zdziwiłby się bardzo.

A ponieważ u Murzynów radość objawia się śmiechem, zaczął bić się dłońmi po biodrach i śmiać się jak szalony.

— Spętaj tego konia — powiedział Staś. — Zdejmij z niego zapasy, rozpal ogień i zagotuj wodę.

Potem wszedł do drzewa. Nel także się obudziła i zaczęła go wołać. Staś odchylił płócienną ścianę. W świetle kaganka zobaczył jej bladą twarz i białe, chude rączki, leżące na pledzie, którym była przykryta.

— Jak się czujesz, mała? — zapytał wesoło.

— Dobrze, i spałam mocno, póki nie obudził mnie Saba. Ale czemu ty nie śpisz?

— Bo wyjeżdżałem.

— Dokąd?

— Do apteki.

— Do apteki?

— Tak, po chininę.

Dziewczynce nie bardzo smakowały proszki chininy, które brała wcześniej. Ale uważała ją za pewne lekarstwo na wszystkie choroby na świecie. Westchnęła więc i powiedziała:

— Ja wiem, że ty już nie masz chininy.

Staś podniósł do kaganka jeden ze słoików i zapytał z dumą i radością:

— A to co?

Nel nie wierzyła własnym oczom, a on mówił szybko, cały rozpromieniony:

— Będziesz teraz zdrowa! Zaraz owinę sporą dawkę w skórkę świeżej figi i musisz to połknąć. A czym popijesz, to się okaże. Czego tak patrzysz na mnie jak na zielonego kota?... Tak! mam i drugi słoik. Dostałem oba od białego człowieka, którego obóz leży stąd o cztery mile. Od niego wracam. Nazywa się Linde i jest ranny, ale dał mi dużo dobrych rzeczy. Wróciłem na koniu, ale do niego szedłem pieszo. Myślisz, że to przyjemnie iść w nocy przez dżunglę? Brr! Drugi raz za nic bym nie poszedł, chyba żeby znów chodziło o chininę!

Powiedział to i zostawił zdumioną dziewczynkę. Poszedł do „męskiego przedziału” i wybrał z zapasu najmniejszą figę. Wydrążył ją i nasypał do środka chininy. Uważał, by dawka nie była większa od proszków, które dostał w Chartumie. Potem wyszedł z drzewa, zasypał herbatę do naczynia z wodą i wrócił do Nel z lekarstwem.

Nel przez ten czas rozmyślała o wszystkim, co się stało. Była bardzo ciekawa, co to za człowiek ten biały. Skąd Staś się o nim dowiedział? Czy on do nich przyjdzie i czy będą dalej podróżować razem? Nie wątpiła teraz, że skoro Staś dostał chininy, ona wyzdrowieje. Ale ten Staś... poszedł sobie w nocy przez dżunglę, jak gdyby nigdy nic! Nel bardzo go podziwiała. Ale dotąd, nie zastanawiając się nad tym długo, uważała, że wszystko, co dla niej robi, rozumie się samo przez się. Przecież starszy chłopiec opiekuje się młodszą dziewczynką. Teraz jednak przyszło jej do główki, że bez jego opieki już dawno by zginęła. Zrozumiała, że on ogromnie o nią dba. Spełnia jej życzenia i broni jej tak, jak żaden inny chłopiec w jego wieku by nie chciał i nie umiał. Więc wielka wdzięczność wezbrała w jej małym sercu.

Dlatego gdy Staś znów wszedł i pochylił się nad nią z lekarstwem, zarzuciła mu na szyję swoje cienkie ramionka. Serdecznie go uściskała:

— Stasiu, ty jesteś dla mnie bardzo dobry.

On odpowiedział:

— A dla kogóż mam być dobry? A to doskonałe! Weź lekarstwo!

Był jednak bardzo zadowolony, bo oczy błyszczały mu z radości. Z wielką radością i dumą zawołał, zwracając się do otworu:

— Mea! a teraz podaj bibi herbatę!

### Słowniczek

- **śpiączkę**: od słowa śpiączka: afrykańska choroba, po której człowiek ciągle śpi i umiera.
- **ospę**: od słowa ospa: zakaźna choroba, po której zostają blizny.
- **ndiri**: afrykański dzik.
- **remingtony**: amerykańskie karabiny.
- **mahdystów**: ludzi, którzy walczą po stronie Mahdiego.
- **pagazich**: tragarzy w afrykańskiej karawanie.
- **trupiarnia**: miejsce pełne trupów.
- **strzemion**: metalowych podpórek na nogi przy siodle.
- **kaganka**: od słowa kaganek: mała, stara lampka.
- **dyszał**: ciężko i głośno oddychał.
- **odrętwienia**: od słowa odrętwienie: stan, gdy człowiek nie czuje i nie może się ruszać.
- **przytomniej**: bardziej świadomie, jak ktoś, kto znów rozumie, co się dzieje.
- **blaszane**: zrobione z cienkiego metalu.
- **uniesieniem**: od słowa uniesienie: wielka, gorąca radość.
- **skinął**: lekko poruszył głową na znak zgody.

## Rozdział XXXIII

Staś pojechał do Lindego dopiero następnego dnia w południe, bo musiał odespać poprzednią noc. Po drodze zabił dwie pentarki, bo przewidywał, że chory może potrzebować świeżego mięsa. I rzeczywiście, Linde przyjął je z wdzięcznością. Był bardzo osłabiony, ale zupełnie przytomny. Zaraz po powitaniu zapytał o Nel. Potem ostrzegł Stasia, żeby nie uważał chininy za całkiem pewny lek na febrę. Kazał mu chronić małą przed słońcem i przed przemoczeniem. Nie mogła też przebywać nocą w miejscach niskich i wilgotnych ani pić złej wody. Następnie Linde poprosił o opowieść. Staś opowiedział mu swoją historię i historię Nel, od początku aż do przybycia do Chartumu i odwiedzin u Mahdiego. Potem mówił o drodze od Faszody, o uwolnieniu się z rąk Gebhra i o dalszej wędrówce. Szwajcar patrzył na niego podczas opowiadania z coraz większą ciekawością, często z wyraźnym podziwem. Gdy historia wreszcie się skończyła, zapalił fajkę. Jeszcze raz obejrzał Stasia od stóp do głowy i powiedział jakby w zamyśleniu:

— Jeśli w waszym kraju jest dużo podobnych do ciebie chłopców, to nieprędko dadzą sobie z wami radę.

A po chwili milczenia mówił dalej:

— Najlepszym dowodem prawdy twoich słów jest to, że tu jesteś i że stoisz przede mną. I wiesz, co ci powiem? Wasze położenie jest straszne. Droga w każdą stronę jest równie straszna. Kto wie jednak, czy taki chłopak jak ty nie uratuje z tego nieszczęścia i siebie, i tamtego dziecka...

— Byle Nel była zdrowa, to ja zrobię, co będę mógł! — zawołał Staś.

— Ale oszczędzaj też siebie, bo zadanie, które masz przed sobą, jest ponad siły nawet dorosłego człowieka. Czy ty wiesz, gdzie teraz jesteście?

— Nie. Pamiętam, że po wyjściu z Faszody przeszliśmy koło dużej osady, która nazywa się Deng. Przeszliśmy tam jakąś rzeczkę.

— Sobbat — przerwał Linde.

— W Dengu było sporo derwiszów i Murzynów. Ale za Sobbatem weszliśmy w kraj dżungli. Szliśmy całe tygodnie, aż dotarliśmy do tego wąwozu, w którym pan wie, co się stało...

— Wiem. Potem poszliście tym wąwozem dalej, aż do rzeki. Otóż posłuchaj mnie. Okazuje się, że po przejściu Sobbatu skręciliście z Sudańczykami na południowy wschód, ale bardziej na południe. Jesteście teraz w okolicy, której nie znają podróżnicy ani geografowie. Ta rzeka, nad którą jesteśmy, płynie na północny zachód i prawdopodobnie wpada do Nilu. Mówię „prawdopodobnie”, bo sam dobrze tego nie wiem. I przekonać się o tym już nie mogę, chociaż skręciłem od gór Karamojo, żeby zbadać jej źródła. Po bitwie słyszałem od jeńców-derwiszów, że nazywa się Ogeloguen. Ale oni też nie byli pewni, bo przychodzą w te okolice tylko po niewolników. Te mało zamieszkane strony zajmuje plemię Szylluk. Teraz jednak kraj jest pusty. Część ludzi umarła na ospę, część zabili lub zabrali mahdyści, a część uciekła w stronę gór Karamojo. W Afryce nieraz tak bywa, że kraj dziś gęsto zamieszkany jutro staje się pustkowiem. Według moich obliczeń jesteście mniej więcej trzysta kilometrów od Lado. Moglibyście uciekać na południe do Emina. Ale Emin sam jest prawdopodobnie oblężony przez derwiszów, więc nie ma o czym mówić...

— A do Abisynii? — zapytał Staś.

— Także około trzystu kilometrów. Trzeba jednak pamiętać, że Mahdi walczy z całym światem, a więc i z Abisynią. Od jeńców wiem też, że na zachodniej i południowej granicy kręcą się większe lub mniejsze hordy derwiszów. Łatwo moglibyście wpaść w ich ręce. Abisynia jest wprawdzie państwem chrześcijańskim. Ale południowe, dzikie plemiona są albo pogańskie, albo wyznają islam, i dlatego po cichu sprzyjają Mahdiemu... Nie, tamtędy nie przejdziecie.

— Więc co ja mam zrobić i dokąd iść z Nel? — zapytał Staś.

— Mówiłem, że położenie jest ciężkie — odpowiedział Linde.

Potem założył obie ręce na głowę i długo leżał w milczeniu.

— Do oceanu — odezwał się wreszcie — będzie stąd przeszło dziewięćset kilometrów. Droga idzie przez góry, przez dzikie ludy, a nawet przez pustynię, bo są tam podobno całe okolice bez wody. Ale kraj należy, przynajmniej z nazwy, do Anglii. Można trafić na transporty kości słoniowej do Kismaja, do Lamu i do Mombassa, może też na wyprawy misyjne... Zrozumiałem, że z powodu derwiszów nie zbadam biegu tej rzeki, bo skręca ona do Nilu. Dlatego i ja chciałem iść na wschód, do oceanu...

— To wracajmy razem! — zawołał Staś.

— Ja już nie wrócę. Ndiri tak poszarpał mi mięśnie i żyły, że musi przyjść zakażenie krwi. Uratować mógłby mnie tylko chirurg, gdyby uciął mi nogę. Teraz wszystko już zakrzepło i zdrętwiało, ale pierwszego dnia gryzłem ręce z bólu...

— Pan na pewno wyzdrowieje.

— Nie, mój dzielny chłopcze, ja na pewno umrę. A ty przykryjesz mnie dobrze kamieniami, żeby hieny nie mogły mnie wygrzebać. Umarłemu to może wszystko jedno, ale za życia niemiło o tym myśleć... Ciężko umierać tak daleko od swoich...

Tu oczy zaszły mu jakby mgłą. Po chwili mówił dalej:

— Ale ja już poradziłem sobie z tą myślą, więc mówmy o was, nie o mnie. Dam ci jedną radę. Zostaje wam tylko droga na wschód, do oceanu. Ale przed tą drogą wypocznijcie i nabierzcie sił. Inaczej twoja mała towarzyszka umrze ci w ciągu kilku tygodni. Odłóżcie podróż do końca pory deszczowej, a nawet na dłużej. Najzdrowsze są pierwsze miesiące lata, gdy deszcz przestaje padać, a woda jeszcze pokrywa błota. Tu, gdzie jesteśmy, to już wyżyna, siedemset metrów nad poziomem morza. Na wysokości tysiąca trzystu metrów febry już nie ma. A ta przyniesiona z niższych miejsc przechodzi o wiele słabiej. Zabierz małą Angielkę i idźcie w góry...

Mówienie widocznie bardzo go męczyło, więc znów przerwał. Przez jakiś czas odganiał niecierpliwie wielkie, niebieskie muchy, takie same, jakie Staś widział na popiołach Faszody.

Potem mówił dalej:

— Uważaj dobrze, co ci powiem. Dzień drogi stąd na południe stoi osobna góra, nie wyższa niż osiemset metrów. Wygląda jak rondel odwrócony dnem do góry. Boki ma zupełnie strome. Można na nią wejść tylko jednym skalistym grzbietem. Jest on tak wąski, że w niektórych miejscach zaledwie dwa konie mogą iść obok siebie. Na płaskim szczycie, szerokim na kilometr albo więcej, była wioska murzyńska. Ale mahdyści wycięli i zabrali ludzi. Być może zrobił to ten Smain, którego rozbiłem. Niewolników mu jednak nie odebrałem, bo wcześniej wysłał ich pod dobrą strażą nad Nil. Zamieszkajcie na tej górze. Jest tam źródło doskonałej wody, kilka pól manioku i mnóstwo bananów. W chatach znajdziecie dużo ludzkich kości. Ale nie bój się zarazy od trupów, bo po derwiszach przyszły tam mrówki, które i nas stamtąd wygnały. Zresztą nie ma tam ani żywego ducha! Zostańcie w tej wiosce miesiąc lub dwa. Na tej wysokości febry nie ma. Noce bywają chłodne. Tam twoja mała odzyska zdrowie, a ty nabierzesz nowych sił.

— A potem co zrobić i dokąd iść?

— Potem będzie, co Bóg da. Spróbujecie albo przedrzeć się do Abisynii w miejscach położonych dalej, niż dochodzą derwisze, albo pójdziecie na wschód. Słyszałem, że Arabowie z wybrzeży docierają aż do jakiegoś jeziora. Szukają tam kości słoniowej, którą kupują od plemion Samburu i Wa-hima.

— Wa-hima? Kali pochodzi z plemienia Wa-hima.

I Staś zaczął opowiadać Lindemu, w jaki sposób odziedziczył Kalego po śmierci Gebhra. Powiedział też, że Kali mówił mu, iż jest synem naczelnika wszystkich Wa-himów.

Ale Linde przyjął tę wiadomość obojętniej, niż Staś się spodziewał.

— Tym lepiej — powiedział — bo może wam pomóc. Bywają wśród czarnych poczciwe dusze, choć na ich wdzięczność na ogół nie można liczyć. To są dzieci, które zapominają o tym, co było wczoraj.

— Kali nie zapomni, że wybawiłem go z rąk Gebhra, jestem tego pewny.

— Może — powiedział Linde i pokazując na Nasibu, dodał: — To także dobre dziecko. Przygarnij go po mojej śmierci.

— Niech pan nie mówi i nie myśli o śmierci.

— Mój drogi — odpowiedział Szwajcar — ja jej sobie życzę, byle przyszła bez wielkiej męki. Pomyśl, że jestem teraz zupełnie bezbronny. Gdyby któryś z mahdystów, których rozbiłem, zabłądził przypadkiem do tego wąwozu, mógłby sam jeden zarżnąć mnie jak owcę.

Tu pokazał na śpiących Murzynów:

— Tamci już się nie obudzą, a raczej źle mówię. Każdy z nich budzi się na krótko przed śmiercią. Wtedy w obłąkaniu ucieka w dżunglę i już z niej nie wraca... Z dwustu ludzi zostało mi sześćdziesięciu. Wielu uciekło, wielu umarło na ospę, a niektórzy zasnęli w innych wąwozach.

Staś zaczął przyglądać się śpiącym z litością i przerażeniem. Ich ciała miały kolor popielaty, co u Murzynów oznacza bladość. Jedni mieli oczy zamknięte, drudzy na wpół otwarte. Ale i ci spali głęboko, bo ich źrenice nie czuły światła. Niektórym spuchły kolana. Wszyscy byli strasznie chudzi, tak że przez skórę można było policzyć im żebra. Ich ręce i nogi bez przerwy bardzo szybko drżały. Te wielkie niebieskie muchy gęsto obsiadły im oczy i wargi.

— Czy nie ma dla nich ratunku? — zapytał Staś.

— Nie ma. Nad Wiktoria-Nianza ta choroba wyludnia całe wsie. Czasem jest gorsza, czasem łagodniejsza. Najczęściej chorują na nią ludzie z wiosek położonych w zaroślach nad brzegiem.

Słońce przeszło już na zachodnią stronę nieba, ale jeszcze przed wieczorem Linde opowiedział Stasiowi swoje dzieje. Był synem kupca z Zurychu. Jego rodzina pochodziła z Karlsruhe, ale w 1848 roku przeniosła się do Szwajcarii. Ojciec zrobił wielki majątek na handlu jedwabiem. Kształcił syna na inżyniera, ale młodego Henryka od wczesnych lat pociągały podróże. Po ukończeniu politechniki odziedziczył cały majątek ojca i pojechał w pierwszą podróż do Egiptu. Były to czasy jeszcze przed Mahdim, więc dotarł aż do Chartumu i polował z Dangalami w Sudanie. Potem poświęcił się geografii Afryki. Poznał ją tak dobrze, że wiele towarzystw geograficznych przyjęło go na swojego członka. Tę ostatnią podróż, która miała skończyć się dla niego tak źle, zaczął w Zanzibarze. Dotarł do wielkich Jezior. Chciał przedrzeć się wzdłuż nieznanych dotąd gór Karamojo do Abisynii, a stamtąd na wybrzeże oceanu. Ale Zanzibarczycy nie chcieli iść dalej. Na szczęście lub na nieszczęście była wtedy wojna między królem Ugandy a Unioro. Linde oddał królowi Ugandy duże usługi. W zamian król podarował mu przeszło dwustu pagazich. To całkiem ułatwiło podróż i zwiedzanie gór Karamojo. Ale potem wśród ludzi pojawiła się ospa, a po niej przyszła straszna choroba, śpiączka. To była ostateczna ruina karawany.

Linde miał duże zapasy różnych konserw. Ale bał się szkorbutu, więc codziennie polował, żeby mieć świeże mięso. Był wspaniałym strzelcem, lecz nie dość ostrożnym myśliwym. Przed kilkoma dniami lekkomyślnie podszedł do powalonego dzika ndiri. Zwierz zerwał się, okropnie poszarpał mu nogę, a potem podeptał mu dół pleców. Stało się to tuż koło obozu, na oczach Nasibu. Chłopiec podarł własną koszulę i zrobił z niej bandaż. Udało mu się zatrzymać krew i zaprowadzić rannego do namiotu. W nodze powstały jednak skrzepy od wewnętrznego krwawienia i choremu groziła gangrena.

Staś koniecznie chciał go opatrywać. Oświadczył, że albo będzie przyjeżdżał codziennie, albo przewiezie go na wojłokach rozpiętych między końmi na cypel, do „Krakowa”. Wtedy nie musiałby zostawiać Nel tylko pod opieką dwojga czarnych.

Linde zgodził się na pomoc przy opatrunkach, ale nie zgodził się na przewiezienie.

— Ja wiem — mówił, pokazując na swoich Murzynów — że ci ludzie muszą umrzeć. Ale póki żyją, nie mogę ich skazać na to, żeby hieny rozszarpały ich żywcem. Nocami tylko ogień trzyma hieny z daleka.

I zaczął powtarzać gorączkowo:

— Nie mogę, nie mogę, nie mogę!

Ale zaraz się uspokoił i mówił dalej jakimś dziwnie wzruszonym głosem:

— Przyjdź tu jutro rano... Mam do ciebie prośbę. Jeśli ją spełnisz, to może Bóg wyprowadzi was z tej afrykańskiej otchłani, a mnie da lekką śmierć. Chciałem tę prośbę odłożyć do jutra. Ale jutro mogę już być nieprzytomny, więc powiem ją dziś. Weź wody w jakieś naczynie i zatrzymaj się przed każdym z tych śpiących biedaków. Pryśnij na niego wodą i powiedz te słowa: „Ja ciebie chrzczę — w imię Ojca, i Syna, i Ducha!...”

Tu wzruszenie odebrało mu głos i umilkł.

— Mam do siebie żal — mówił po chwili — że nie żegnałem się tak z tymi, którzy umierali na ospę. Ani z tymi, którzy zasnęli wcześniej. Lecz teraz śmierć stoi nade mną... I chciałbym... choć z tą resztą mojej karawany pójść razem w tę ostatnią wielką podróż...

Potem wskazał ręką na rozjaśnione niebo. Dwie łzy spłynęły mu powoli po policzkach.

Staś płakał jak bóbr.

### Słowniczek

- **odespać**: długo spać po nocy bez snu.
- **pentarki**: perliczki, afrykańskie ptaki.
- **chininy**: chinina to gorzki lek na febrę.
- **febrę**: febra to (stare) malaria.
- **Murzynów**: Murzyn to (stare, dziś obraźliwe) czarnoskóry człowiek.
- **ndiri**: afrykański dzik.
- **śpiączka**: afrykańska choroba, po której człowiek ciągle śpi i umiera.
- **pagazich**: pagazi to tragarze w afrykańskiej karawanie.
- **szkorbutu**: szkorbut to choroba z braku świeżego jedzenia.
- **gangrena**: gnicie żywego ciała.
- **wojłokach**: wojłok to gruby filc.
- **płakał jak bóbr**: bardzo płakał.
- **nieprędko**: nie szybko, dopiero po długim czasie.
- **wąwozu**: wąwóz to wąska, głęboka dolina między skałami.
- **odziedziczył**: dostał coś po czyjejś śmierci.

## Rozdział XXXIV

Następnego dnia poranne słońce oświetliło dziwny widok. Staś chodził wzdłuż skalnej ściany i zatrzymywał się przed każdym Murzynem. Skrapiał mu czoło wodą i wymawiał nad nim święte słowa chrztu. A oni spali, z drżeniem rąk i nóg, z głową opuszczoną na piersi lub podniesioną do góry. Żyli jeszcze, ale wyglądali już jak trupy. I tak odbywał się ten chrzest śpiących, w porannej ciszy, w blasku słońca, na pustkowiu. Niebo było tego dnia bez chmur, wysokie, szaroniebieskie i jakby smutne.

Linde był jeszcze przytomny, ale coraz słabszy. Po opatrunku dał Stasiowi papiery zamknięte w blaszanym futerale i oddał je pod jego opiekę. Nie powiedział już nic więcej. Nie mógł już jeść, ale okrutnie dręczyło go pragnienie. Na długo przed zachodem słońca zaczął majaczyć. Wołał do jakichś dzieci, żeby nie odpływały za daleko na jezioro. W końcu zaczął rzucać się w dreszczach i obejmować głowę rękami.

Następnego dnia wcale już Stasia nie poznał. Trzy dni później umarł w samo południe i nie odzyskał już przytomności. Staś szczerze go opłakał. Potem razem z Kalim zanieśli go do pobliskiej wąskiej jaskini. Jej wejście założyli cierniami i kamieniami.

Małego Nasibu Staś zabrał do „Krakowa”. Kalemu kazał pilnować na miejscu zapasów i palić nocami wielki ogień przy śpiących. Sam ciągle jeździł między dwoma wąwozami i przewoził bagaże, broń, a szczególnie naboje do remingtonów. Z tych nabojów wyjmował proch i przygotowywał minę, która miała rozsadzić skałę zamykającą Kinga. Na szczęście po codziennych dawkach chininy zdrowie Nel znacznie się poprawiło. Bardziej różnorodne jedzenie wzmocniło jej siły. Staś jednak zawsze zostawiał ją niechętnie i z obawą. Odjeżdżając, nie pozwalał jej wychodzić z drzewa i zamykał otwór kolczastymi gałęziami akacji. Miał tyle pracy, że musiał ją zostawiać pod opieką Mei, Nasibu i Saby. Zresztą na Sabę liczył najbardziej. Wolał kilkanaście razy na dzień jeździć po bagaże do obozu Lindego, niż zostawiać dziewczynkę samą na dłużej. Okropnie się przy tym napracował, ale jego żelazne zdrowie wytrzymywało wszystkie trudy. Dopiero po dziesięciu dniach bagaże były rozdzielone. Mniej potrzebne schował w jaskiniach, a bardziej potrzebne dostarczył do „Krakowa”. Konie też zostały sprowadzone na cypel. Na koniach przewieziono sporą liczbę remingtonów, które miał ponieść King.

W tym czasie w obozie Lindego raz po raz któryś ze śpiących Murzynów zrywał się w ostatnim ataku choroby. Uciekał w dżunglę i już nie wracał. Byli jednak tacy, którzy umierali na miejscu. Niektórzy biegli na oślep i rozbijali sobie głowy o skały w samym obozie albo niedaleko. Tych musiał grzebać Kali. Po dwóch tygodniach został już tylko jeden, ale i ten wkrótce umarł we śnie z wycieńczenia.

Nadszedł wreszcie czas wysadzenia skały i uwolnienia Kinga. Był on już tak oswojony, że na rozkaz Stasia chwytał go trąbą i sadzał sobie na karku. Przyzwyczaił się też do dźwigania ciężarów, które Kali wciągał mu na grzbiet po bambusowej drabince. Nel twierdziła, że obciążają go za bardzo. Ale naprawdę to wszystko było dla niego jak mucha. Dopiero bagaże po Lindem mogły być dla niego poważniejszym ciężarem. Na widok Saby King z początku bardzo się niepokoił, ale w końcu się z nim zaprzyjaźnił. Bawili się tak, że przewracał go trąbą na ziemię, a Saba udawał, że gryzie. Czasami jednak niespodziewanie oblewał psa wodą, a Saba uważał to za bardzo zły żart.

Ale dzieci najbardziej cieszyło to, że mądre, poważnie myślące zwierzę rozumiało wszystko, czego od niego chciano. Rozumiało nie tylko każdy rozkaz, lecz także każde polecenie, a nawet każdy znak ręką. Pod tym względem słonie są o wiele lepsze od wszystkich innych zwierząt domowych. King był bez porównania lepszy od Saby, który na wszystkie ostrzeżenia Nel machał ogonem, a potem robił, co chciał. Po kilku tygodniach King doskonale zrozumiał, kogo trzeba słuchać najbardziej: Stasia. Zrozumiał też, o kogo wszyscy najbardziej dbają: o Nel. Dlatego najuważniej spełniał rozkazy Stasia, a najbardziej kochał Nel. Z Kalego mało sobie robił, a Meę zupełnie lekceważył.

Gdy mina była gotowa, Staś wcisnął ją w najgłębszą szparę i całkowicie zalepił szparę gliną. Zostawił tylko mały otwór, przez który zwisał lont. Lont był skręcony z suchych włókien palmowych i natarty zmielonym prochem. Wreszcie nadeszła decydująca chwila. Wszystkich już wcześniej zamknął w drzewie. Sam zapalił sznurek z prochem, a potem pobiegł do drzewa, ile sił w nogach. Nel bała się, czy King nie przestraszy się za bardzo. Ale chłopiec uspokoił ją. Po pierwsze, wybrał dzień, w którym rano przeszła burza z grzmotami. Po drugie, zapewnił ją, że dzikie słonie często słyszą huk piorunów, gdy nad dżunglą szaleją burze. Siedzieli jednak z bijącym sercem i liczyli minutę za minutą. Wreszcie straszny huk tak wstrząsnął powietrzem, że potężny baobab zadrżał od góry do dołu. Resztki niewyskrobanego próchna posypały się im na głowy. W tej samej chwili Staś wyskoczył z drzewa i omijając zakręty wąwozu, pobiegł do przejścia.

Skutki wybuchu były niezwykłe. Jedna połowa wapiennej skały rozsypała się w drobne kawałki. Druga pękła na kilkanaście większych i mniejszych części, które siła wybuchu rozrzuciła dość daleko.

Słoń był wolny.

Uradowany chłopak skoczył teraz na brzeg krawędzi, gdzie zastał już Nel, Meę i Kalego. King trochę się jednak przestraszył. Cofnął się na sam brzeg wąwozu i stał z podniesioną trąbą. Patrzył w stronę, z której przyszedł ten niezwykły grzmot. Ale gdy Nel zaczęła na niego wołać, od razu przestał ruszać uszami. A gdy zeszła do niego przez otwarte już przejście, zupełnie się uspokoił. Bardziej od Kinga przeraziły się konie. Dwa z nich uciekły w dżunglę i Kali znalazł je dopiero tuż przed zachodem słońca.

Jeszcze tego samego dnia Nel wyprowadziła Kinga „na świat”. Olbrzym szedł za nią posłusznie jak mały piesek. Potem wykąpał się w rzece i sam pomyślał o kolacji. Oparł głowę o duży sykomor i złamał go jak cienką trzcinę, a potem dokładnie zjadł owoce i liście.

Wieczorem wrócił jednak pod drzewo. Co chwila wsuwał przez otwór swój ogromny nos. Szukał Nel tak gorliwie i natrętnie, że w końcu Staś musiał dać mu porządnego klapsa po trąbie.

Ale z tego dnia najbardziej zadowolony był Kali, bo nie musiał już zbierać jedzenia dla olbrzyma. A wcale nie było to łatwe. Staś i Nel słyszeli, jak rozpalając ogień do kolacji, śpiewał nowy radosny hymn, ułożony z takich słów:

— Pan wielki zabijać ludzi i lwy! yah, yah, yah! pan wielki kruszyć skały, yah! Słoń sam łamać drzewa, a Kali próżnować i jeść — yah! yah!

Pora deszczowa, czyli tak zwana massika, kończyła się. Bywały jeszcze dni pochmurne i ulewne, ale bywały też całkiem pogodne. Staś postanowił przenieść się na górę, którą wskazał mu Linde, i zrobił to wkrótce po uwolnieniu Kinga. Zdrowie Nel nie było już przeszkodą, bo czuła się zdecydowanie lepiej.

Wybrali więc pogodny ranek i ruszyli na południe. Nie bali się już, że zabłądzą, bo wśród mnóstwa różnych rzeczy po Lindem chłopiec odziedziczył kompas i doskonałą lunetę. Można było przez nią łatwo zobaczyć nawet odległe miejsca. Oprócz Saby i osła szło z nimi pięć obładowanych koni i słoń. King niósł bagaże na grzbiecie, a na karku niósł Nel. Między jego ogromnymi uszami wyglądała tak, jakby siedziała w wielkim fotelu. Staś bez żalu opuszczał cypel nad rzeką i baobab, bo łączyło się z nimi wspomnienie choroby Nel. Natomiast dziewczynka patrzyła smutnymi oczami na skały, na drzewo i na wodospad. Zapowiedziała, że jeszcze tu wróci, jak będzie „duża”.

Jeszcze smutniejszy był jednak mały Nasibu, który szczerze kochał dawnego pana. Jechał teraz na ośle na końcu karawany. Co chwila oglądał się ze łzami w stronę, gdzie biedny Linde został aż do dnia Sądu Ostatecznego.

Wiatr wiał z północy i dzień był niezwykle chłodny. Dzięki temu nie musieli czekać od dziesiątej do trzeciej, aż minie największy upał. Mogli przejść więcej, niż zwykle przechodzą karawany. Droga nie była długa i na kilka godzin przed zachodem słońca Staś zobaczył już górę, do której szli. W dali, na tle nieba, rysował się długi łańcuch innych szczytów. A ona stała bliżej i osobno, zupełnie jak wyspa na morzu dżungli. Gdy podjechali bliżej, okazało się, że jej strome boki opływa pętla tej samej rzeki, nad którą mieszkali wcześniej. Szczyt był ścięty i zupełnie płaski, a z dołu wydawał się pokryty jednym gęstym lasem. Staś obliczył, że cypel z ich baobabem leżał na wysokości siedmiuset metrów, a góra ma osiemset. Będą więc mieszkali na wysokości tysiąca pięciuset metrów, w klimacie niewiele gorętszym od egipskiego. Ta myśl dodała mu odwagi i chęci, żeby jak najszybciej zająć tę naturalną twierdzę.

Łatwo znaleźli jedyny skalisty grzbiet, który do niej prowadził, i zaczęli się nim wspinać. Po półtorej godziny stanęli na szczycie. Las widziany z dołu rzeczywiście był lasem, ale bananowym. Ich widok ogromnie ucieszył wszystkich, nawet Kinga. Najbardziej zadowolony był jednak Staś. Wiedział, że w Afryce nie ma pożywniejszego i zdrowszego jedzenia niż mąka z suszonych bananów. Nic też nie chroni lepiej przed wszystkimi chorobami. A bananów było tyle, że mogło wystarczyć choćby na rok.

Wśród olbrzymich liści tych roślin ukryte były chaty murzyńskie. Niektóre spłonęły w czasie napadu, inne były zrujnowane, ale niektóre stały całe. W środku wznosiła się największa, która kiedyś należała do króla wioski. Była pięknie ulepiona z gliny, a jej szeroki dach tworzył dookoła ścian rodzaj werandy. Przed chatami leżały tu i tam kości i całe ludzkie szkielety. Były białe jak kreda, bo oczyściły je mrówki, o których najeździe mówił Linde. Od tego najazdu minęło już wiele tygodni, ale w chatach wciąż czuć było kwas mrówek. Nie było w nich wielkich czarnych karaluchów, które zwykle roją się w murzyńskich lepiankach. Nie było też pająków, skorpionów ani najmniejszego owada. Wszystko wysprzątały straszne siafu. Można było też być pewnym, że na całym szczycie nie ma ani jednego węża. Nawet boa padają ofiarą tych niepowstrzymanych małych wojowników.

Staś zaprowadził Nel i Meę do chaty naczelnika, a potem kazał Kalemu i Nasibu uprzątnąć ludzkie kości. Czarni chłopcy wrzucili je do rzeki, która poniosła je dalej. Przy tej pracy okazało się jednak, że Linde się mylił, gdy mówił, że nie zastaną tu ani żywego ducha. Po porwaniu ludzi przez derwiszów zapanowała tu cisza. Ta cisza i banany przyciągnęły spore stado szympansów. Na wyższych drzewach zrobiły one sobie nawet coś w rodzaju parasoli albo daszków od deszczu. Staś nie chciał ich zabijać, ale postanowił je wygnać, więc wystrzelił w powietrze. Wywołało to ogólny popłoch. Popłoch był jeszcze większy, gdy po strzale rozległo się zajadłe, basowe szczekanie Saby. King, podniecony hałasem, też groźnie zatrąbił. Ale małpy nie musiały szukać skalistego grzbietu, żeby uciec. Chwytały się występów skalnych i spuszczały się ku rzece i drzewom nad nią. Robiły to tak szybko, że kły Saby nie mogły dosięgnąć żadnej z nich.

Słońce zaszło. Kali i Nasibu rozpalili ogień, żeby ugotować kolację. Staś rozpakował rzeczy potrzebne na noc i poszedł do chaty króla, którą zajęła Nel.

W chacie było jasno i wesoło, bo Mea zapaliła dużą lampę podróżną po Lindem. Nie użyła małej lampki, która oświetlała wnętrze baobabu. Nel wcale nie była zmęczona podróżą w tak chłodny dzień i miała doskonały humor. Ucieszyła się szczególnie, gdy Staś powiedział, że ludzkie kości, których się bała, są już uprzątnięte.

— Jak tu dobrze, Stasiu! — zawołała. — Patrz, nawet podłoga jest wylana żywicą. Będzie nam tu doskonale.

— Dopiero jutro dokładnie obejrzę całą posiadłość — odpowiedział. — Ale z tego, co dziś widziałem, można by tu mieszkać choćby całe życie.

— Gdyby z tatusiami, to można by. Ale jak będzie się nazywała ta posiadłość?

— Góra powinna nazywać się w geografii Górą Lindego, a ta wioska niech nazywa się tak jak ty: Nel.

— To i ja będę w geografii? — zapytała z wielką radością.

— A będziesz, będziesz — odpowiedział z całą powagą Staś.

### Słowniczek

- **pustkowiu**: pustkowie to miejsce bez ludzi.
- **opatrunku**: opatrunek to bandaż i inne rzeczy, które zakłada się na ranę.
- **futerale**: futerał to sztywne, zamykane opakowanie.
- **majaczyć**: mówić bez sensu w gorączce.
- **cypel**: wąski kawałek lądu, który wchodzi w wodę lub wystaje nad doliną.
- **lont**: sznurek, który się pali i zapala proch.
- **szparę**: szpara to wąskie, długie pęknięcie.
- **huk**: bardzo głośny, krótki dźwięk.
- **massika**: pora deszczowa.
- **lunetę**: luneta to przyrząd, przez który widać daleko.
- **sykomor**: duże drzewo figowe.
- **siafu**: groźne afrykańskie mrówki.
- **lepiankach**: lepianka to mały domek z gliny.
- **popłoch**: nagły strach i bezładna ucieczka.
- **dnia Sądu Ostatecznego**: dnia, w którym według chrześcijan Bóg osądzi wszystkich ludzi.

## Rozdział XXXV

Następnego dnia trochę padał deszcz, ale były też godziny pogody. Staś wyruszył więc wczesnym rankiem, żeby zwiedzić posiadłość, i do południa dobrze obejrzał wszystkie jej kąty. Przegląd wypadł na ogół świetnie. Po pierwsze, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, Góra Lindego była jakby wybranym miejscem w całej Afryce. Na jej zbocza mogły wejść chyba tylko szympansy. Lwy ani pantery nie mogłyby się po nich wspiąć na płaski szczyt. A przy wejściu na skalisty grzbiet wystarczyło postawić Kinga, żeby spać spokojnie na oba uszy. Droga na górę była tak wąska, że King ledwo przez nią przeszedł. Człowiek z dobrą bronią mógł nie przepuścić tamtędy żywego ducha. Dlatego Staś doszedł do wniosku, że potrafiłby się tu obronić nawet przed mniejszymi oddziałami derwiszów. W środku „wyspy” biło źródło chłodnej wody, czystej jak kryształ. Zmieniało się ono w strumień, który wił się wśród bananowych gajów. W końcu spadał ze stromej skały do rzeki i tworzył wąski wodospad, podobny do białej taśmy. W południowej części „wyspy” leżały pola gęsto porośnięte maniokiem. Jego korzenie są ulubionym jedzeniem Murzynów. Za polami stały grupy bardzo wysokich palm kokosowych. Ich korony wyglądały jak wspaniałe pióropusze.

„Wyspę” otaczało morze dżungli i widok z niej był ogromny. Na wschodzie widać było siny łańcuch gór Karamojo. Na południu też były spore wzniesienia. Miały ciemny kolor, więc musiały być pokryte lasem. Natomiast po stronie zachodniej wzrok biegł aż do linii horyzontu, gdzie dżungla spotykała się z niebem. Przez lunetę Lindego Staś zobaczył tam jednak liczne wąwozy i rzadko rozrzucone potężne drzewa. Stały one nad trawami jak kościoły. Tam, gdzie trawy nie urosły jeszcze zbyt wysoko, nawet gołym okiem widać było całe stada antylop i zebr. Widać było także gromady słoni i bawołów. Tu i tam żyrafy przecinały szarozieloną powierzchnię dżungli, jak statki przecinają powierzchnię morza. Tuż nad rzeką bawiło się kilkanaście kozłów wodnych, a inne co chwila wynurzały z głębiny swoje rogate łby. Tam, gdzie woda była spokojna, co chwila wyskakiwały te ryby, które łowił Kali. Migotały w powietrzu jak srebrne gwiazdy i znów wpadały do wody. Staś obiecywał sobie, że gdy pogoda się ustali, przyprowadzi tu Nel i pokaże jej całą tę menażerię.

Na „wyspie” nie było natomiast żadnych większych zwierząt, ale za to mnóstwo motyli i ptaków. Wielkie papugi, białe jak śnieg, o czarnych dziobach i żółtych czubach, przelatywały nad krzakami gojawów. Drobne, cudownie upierzone „wdowy” kołysały się na cienkich łodygach manioku. Mieniły się i błyszczały jak klejnoty. Z wysokich palm dochodziły głosy afrykańskich kukułek i łagodne, podobne do jęków gruchanie turkawek.

Staś wracał z przeglądu z radością w duszy. „Powietrze jest zdrowe — mówił sobie — bezpieczeństwo zupełne, jedzenia w bród i pięknie jak w raju!” Gdy wrócił do chaty Nel, przekonał się, że jednak na wyspie jest większe zwierzę, a nawet dwa. W tym czasie mały Nasibu znalazł bowiem w gęstwinie bananów kozę z koźlęciem, których nie zdążyli zrabować derwisze. Koza trochę już zdziczała, ale koźlę natychmiast zaprzyjaźniło się z Nasibu. Chłopiec był ogromnie dumny ze swojego odkrycia. Cieszył się, że dzięki niemu bibi będzie miała codziennie wspaniałe, świeże mleko.

— Co teraz będziemy robili, Stasiu? — zapytała pewnego dnia Nel, gdy już dobrze urządzili się na „wyspie”.

— Pracy jest mnóstwo — odpowiedział chłopak. Rozstawił palce jednej ręki i zaczął wyliczać na nich wszystkie prace, które ich czekały:

— Po pierwsze, Kali i Mea są poganami, a Nasibu, jako Zanzibarczyk, mahometaninem. Trzeba ich więc oświecić, nauczyć wiary i ochrzcić. Po drugie, trzeba nawędzić mięsa na przyszłą podróż, a więc muszę chodzić na polowanie. Po trzecie, mamy dużo broni i nabojów, więc chcę nauczyć Kalego strzelać, żeby było nas dwóch do obrony. A po czwarte, chyba zapomniałaś o latawcach?

— O latawcach?

— Tak, które będziesz kleiła albo, co będzie jeszcze lepsze, zszywała. I to będzie twoje zajęcie.

— Ja nie chcę się tylko bawić.

— To wcale nie będzie zabawa, ale praca, może najbardziej pożyteczna ze wszystkich. Nie myśl też, że skończy się na jednym latawcu, bo musisz ich przygotować z pięćdziesiąt albo i więcej.

— Ale po co tyle? — pytała zaciekawiona dziewczynka.

Więc Staś zaczął jej wyjaśniać swoje plany i nadzieje. Na każdym latawcu napisze, jak się nazywają, jak wyrwali się z rąk derwiszów, gdzie są i dokąd idą. Napisze także, że proszą o pomoc i o przesłanie telegramu do Port-Saidu. A potem będzie puszczał te latawce zawsze, gdy wiatr będzie wiał z zachodu na wschód.

— Wiele z nich — mówił — upadnie niedaleko, wiele zatrzymają góry. Ale niech choć jeden doleci do brzegu i wpadnie w ręce Europejczyków. Wtedy jesteśmy ocaleni!

Nel była zachwycona tym pomysłem. Powiedziała, że z mądrością Stasia nawet King nie może się porównać. Była też zupełnie pewna, że mnóstwo latawców doleci nawet do tatusiów. Obiecywała, że będzie je kleić od rana do wieczora. Jej radość była tak wielka, że Staś musiał ją uspokajać, bo bał się, że dostanie gorączki.

I od tej chwili prace, o których mówił Staś, zaczęły się na dobre. Kali dostał rozkaz, żeby nałapać jak najwięcej skaczących ryb. Przestał więc łowić je na wędkę. Z cienkich bambusów zrobił wysoki płot, a raczej rodzaj kraty, i przeciągnął go w poprzek rzeki. W środku kraty był duży otwór. Ryby musiały przez niego przepływać, jeśli chciały dostać się na wolną wodę. Kali zastawiał ten otwór mocną siecią uplecioną ze sznurków palmowych. W ten sposób zapewnił sobie obfite połowy każdego dnia.

Ryby do zdradzieckiej sieci napędzał za pomocą Kinga. Słoń wchodził do wody i tak strasznie ją mącił i burzył, że uciekało wszystko, co w niej żyło. Na spokojną wodę uciekały nie tylko te srebrne skoczki, ale i wszystkie inne stworzenia. Czasem przez to zdarzały się szkody. Kilka razy uciekające krokodyle przewróciły kratę. Czasem robił to też sam King, bo czuł do krokodyli jakąś wrodzoną nienawiść. Ścigał je, a na płytkiej wodzie chwytał je trąbą, wyrzucał na brzeg i zawzięcie rozdeptywał.

W sieci często znajdowały się też żółwie, z których mali wygnańcy gotowali sobie wspaniały rosół. Kali czyścił ryby i suszył ich mięso na słońcu, a pęcherze zanosił do Nel. Ona rozcinała je, rozciągała na desce i zmieniała jakby w kartki papieru, wielkie jak dwie dłonie.

Pomagali jej w tym Staś i Mea, bo ta praca wcale nie była łatwa. Błony były znacznie grubsze niż w pęcherzach naszych ryb rzecznych, ale po wysuszeniu stawały się bardzo kruche. Dopiero po jakimś czasie Staś odkrył, że trzeba je suszyć w cieniu. Czasami jednak tracił cierpliwość. Latawce z błon uważał jednak za lżejsze od papierowych i bardziej odporne na deszcz. Tylko dlatego nie porzucił ich robienia. Zbliżała się wprawdzie pora sucha, ale nie był pewien, czy latem czasem nie pada, zwłaszcza w górach.

Kleił jednak latawce także z papieru, bo sporo go znalazło się wśród rzeczy Lindego. Pierwszy, duży i lekki, puszczony z wiatrem zachodnim, od razu wzbił się bardzo wysoko. Gdy Staś przeciął sznurek, silny prąd powietrza porwał go ku łańcuchowi gór Karamojo. Staś śledził jego lot przez lunetę. Latawiec stał się mały jak motyl, potem jak muszka, aż wreszcie rozpłynął się w bladym błękicie nieba. Następnego dnia Staś puścił inny, zrobiony już z rybich pęcherzy. Ten wzbił się jeszcze szybciej, ale wkrótce zupełnie zniknął z oczu, pewnie dlatego, że błony były przezroczyste.

Nel pracowała niezwykle gorliwie. W końcu jej małe paluszki stały się tak zręczne, że ani Staś, ani Mea nie mogli za nią nadążyć. Sił jej teraz nie brakowało. Zdrowy klimat Góry Lindego po prostu dał jej nowe życie. Termin, w którym mógł przyjść trzeci, śmiertelny atak febry, na pewno już minął. Tego dnia Staś ukrył się w gęstwinie bananów i płakał z radości. Po dwóch tygodniach na górze zauważył, że dobre Mzimu wygląda zupełnie inaczej niż na dole w dżungli. Jej policzki się zaokrągliły. Żółta i przezroczysta twarz znów stała się różowa, a spod gęstej czupryny patrzyły wesoło na świat oczy pełne blasku. Chłopiec błogosławił chłodne noce, czystą wodę ze źródła, mąkę z suszonych bananów i przede wszystkim Lindego.

Sam schudł i poczerniał. To był dowód, że febra się go nie ima, bo chorzy na nią nie opalają się na słońcu. Ale urósł i zmężniał. Ruch i praca fizyczna dodały mu dzielności i siły. Mięśnie jego rąk stały się jak ze stali. Był to naprawdę doświadczony afrykański podróżnik. Polował codziennie i strzelał tylko kulami, więc stał się też niezrównanym strzelcem. Zrozumiał, że to kudłatym i cętkowanym myśliwym w dżungli bardziej grozi spotkanie z nim niż jemu z nimi. Dlatego dzikich zwierząt już wcale się nie bał. Raz jednym strzałem zabił wielkiego nosorożca, który obudził się z drzemki pod akacją i niespodziewanie na niego zaszarżował. Z napastliwych bawołów afrykańskich, które czasem rozpraszają całe karawany, nic sobie nie robił.

Oprócz klejenia latawców i innych codziennych zajęć oboje z Nel zabrali się też do nawracania Kalego, Mei i Nasibu. Ale poszło to trudniej, niż się spodziewali. Czarna trójka chętnie słuchała nauk, ale rozumiała je po swojemu, w sposób właściwy Murzynom. Gdy Staś opowiadał im o stworzeniu świata, o raju i o wężu, szło jeszcze nieźle. Ale gdy doszedł do tego, jak Kain zabił Abla, Kali bezwiednie pogłaskał się po brzuchu i zapytał ze spokojem:

— A czy go potem zjadł?

Czarny chłopak wprawdzie zawsze twierdził, że Wa-hima nigdy nie jedzą ludzi. Ale widocznie pamięć o tym została jeszcze wśród nich jako narodowa tradycja.

Nie mógł też zrozumieć, dlaczego Pan Bóg nie zabił złego Mzimu, i wielu podobnych rzeczy. Miał też aż nadto afrykańskie pojęcia o złu i dobru. Dlatego pewnego razu między nauczycielem a uczniem odbyła się taka rozmowa:

— Powiedz mi — zapytał Staś — co to jest zły uczynek?

— Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy — odpowiedział po krótkim namyśle — to jest zły uczynek.

— Doskonale! — zawołał Staś. — A dobry?

Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu:

— Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.

Staś był zbyt młody, by zrozumieć, że podobne poglądy na złe i dobre uczynki głoszą też w Europie. Głoszą je nie tylko politycy, ale i całe narody.

Jednak powoli, powoli rozjaśniało się w czarnych głowach. A to, czego nie mogły pojąć głowy, chwytały gorące serca. Po pewnym czasie można już było przystąpić do chrztu, który odbył się bardzo uroczyście. Rodzice chrzestni dali każdemu z dzieci po cztery dotis białego perkalu i po sznurze niebieskich paciorków. Mea poczuła się jednak trochę zawiedziona, bo w swojej naiwności sądziła, że po chrzcie jej skóra natychmiast zbieleje. Bardzo się zdziwiła, gdy zobaczyła, że została czarna jak przedtem. Nel całkowicie ją jednak pocieszyła, zapewniając, że ma teraz duszę białą.

### Słowniczek

- **spać spokojnie na oba uszy**: spać bez strachu i bez żadnych zmartwień.
- **maniokiem**: maniok to roślina o jadalnych korzeniach.
- **menażerię**: menażeria to zbiór różnych zwierząt.
- **bawołów**: bawół to duże, silne zwierzę podobne do krowy, z wielkimi rogami.
- **kozłów wodnych**: kozioł wodny to antylopa, która żyje przy wodzie.
- **gęstwinie**: gęstwina to miejsce, gdzie rośliny rosną bardzo gęsto.
- **poganami**: poganin to (stare, często obraźliwe) człowiek, który nie wierzy w jednego Boga.
- **mahometaninem**: mahometanin to (stare) muzułmanin.
- **latawcach**: latawiec to zabawka, która lata na sznurku.
- **wzbił się**: szybko poleciał w górę.
- **dotis**: miara tkaniny w Afryce.
- **perkalu**: perkal to bawełniana tkanina.
- **pęcherze**: cienkie worki z powietrzem w ciele ryby.
- **gojawów**: gojaw to tropikalny krzew lub drzewo z jadalnymi owocami.
- **febra się go nie ima**: (stare) febra go nie atakuje, nie choruje na nią.

## Rozdział XXXVI

Staś uczył też Kalego strzelać z remingtona i ta nauka szła łatwiej niż nauka katechizmu. Kali strzelał przez dziesięć dni do celu i do krokodyli, które spały na piaskach nad rzeką. Potem młody Murzyn zabił dużą antylopę pufu, następnie kilka arielów, a wreszcie dzika ndiri. To spotkanie omal nie skończyło się jednak takim wypadkiem, jaki zdarzył się Lindemu. Po strzale Kali nieostrożnie podszedł do ndiri, a ten zerwał się i rzucił na niego z ogonem w górze. Kali rzucił karabin i schował się na drzewie. Siedział tam, dopóki krzykiem nie przywołał Stasia, który zastał już dzika nieżywego. Na bawoły, lwy i nosorożce Staś nie pozwalał jeszcze chłopcu polować. Do słoni, które wieczorami przychodziły do wodopoju, sam nie strzelał, bo obiecał Nel, że nigdy żadnego nie zabije.

Czasem rano albo po południu widział z góry przez lunetę stada zebr, bubali, arielów lub kozłów-skoczków pasące się w dżungli. Wtedy brał ze sobą Kalego. Podczas tych wypraw często wypytywał go o narody Wa-hima i Samburu. Chcieli iść na wschód, do brzegów oceanu, więc musieli się z nimi koniecznie spotkać.

— Czy ty wiesz, Kali — zapytał pewnego razu — że za dwadzieścia dni, a na koniach nawet prędzej, moglibyśmy dojechać do twojego kraju?

— Kali nie wie, gdzie mieszkać Wa-hima — odpowiedział młody Murzyn, smutno kręcąc głową.

— Ale ja wiem. Oni mieszkają w tej stronie, z której rano wstaje słońce, nad jakąś wielką wodą.

— Tak! tak! — zawołał chłopak ze zdumieniem i radością. — Bassa-Narok! to po naszemu wielka i czarna woda. Pan wielki wiedzieć wszystko.

— Nie, bo nie wiem, jak przyjęliby nas Wa-hima, gdybyśmy do nich przyszli.

— Kali by kazać im padać na twarz przed panem wielkim i przed dobrym Mzimu.

— A czy by cię posłuchali?

— Ojciec Kalego nosić skórę lamparta i Kali także.

Staś zrozumiał, co to znaczy: ojciec Kalego jest królem, a on sam jego najstarszym synem i przyszłym władcą Wa-himów.

Więc pytał dalej:

— Mówiłeś mi, że byli u was biali podróżnicy i że starsi ludzie ich pamiętają?

— Tak, i Kali słyszał, że mieli na głowach dużo perkalu.

„Ach! — pomyślał Staś. — Więc to nie byli Europejczycy, tylko Arabowie. Murzyni uznali ich za białych, bo mieli jaśniejszą skórę i białe ubrania.”

Kali ich jednak nie pamiętał i nie mógł powiedzieć o nich nic dokładniejszego. Staś zadał mu więc inne pytanie:

— Czy Wa-hima nie zabili żadnego z tych ludzi ubranych na biało?

— Nie. Wa-hima ani Samburu nie mogą tego zrobić.

— Dlaczego?

— Bo oni mówili, że gdyby krew ich wsiąknąć w ziemię, deszcz przestać by padać.

„Cieszę się, że tak wierzą” — pomyślał znów Staś.

Potem zapytał jeszcze:

— Czy Wa-hima poszliby z nami aż do morza, gdybym obiecał im dużo perkalu, paciorków i strzelb?

— Kali pójść i Wa-hima także, ale pan wielki zwojować pierwej Samburu, którzy siedzą z drugiej strony wody.

— A kto siedzi za Samburu?

— Za Samburu nie ma gór i jest dżungla, a w niej lwy.

Na tym skończyła się rozmowa. Staś coraz częściej myślał teraz o wielkiej podróży na wschód. Pamiętał, co mówił Linde: można tam spotkać Arabów z wybrzeży, którzy handlują kością słoniową, a może i wyprawy misyjne. Wiedział, że dla Nel taka podróż to szereg strasznych trudów i nowych niebezpieczeństw. Rozumiał jednak, że nie mogą zostać na Górze Lindego przez całe życie i że wkrótce trzeba będzie ruszyć w drogę. Najlepszy był na to czas po porze deszczowej. Woda pokrywała wtedy błota, które niosą chorobę, i można ją było znaleźć wszędzie. Na wysokim szczycie upały jeszcze nie dawały im się we znaki. Noce bywały tak chłodne, że trzeba się było dobrze przykrywać. Ale w dżungli na dole było już znacznie goręcej i wiadomo było, że wkrótce przyjdą ogromne upały. Deszcz padał już rzadko i poziom wody w rzece opadał z każdym dniem. Staś przypuszczał, że latem rzeka zmienia się może w jeden z takich khorów, jakich wiele widział na Pustyni Libijskiej. Myślał też, że tylko samym środkiem koryta płynie wtedy wąski pasek wody.

Mimo to odkładał wyjazd z dnia na dzień. Na Górze Lindego wszystkim było tak dobrze, i ludziom, i zwierzętom! Nel pozbyła się tu nie tylko febry, ale i anemii. Stasia nawet nigdy nie zabolała głowa. Skóra Kalego i Mei zaczęła błyszczeć jak ciemny atłas. Nasibu wyglądał jak melon chodzący na cienkich nogach, a King utył nie mniej niż konie i osioł. Staś dobrze wiedział, że do końca podróży nie znajdą już drugiej takiej „wyspy” na morzu dżungli.

I z obawą patrzył w przyszłość, chociaż w Kingu mieli teraz ogromną pomoc, a w razie potrzeby i obronę.

W ten sposób minął jeszcze tydzień, zanim zaczęli przygotowania do podróży. W chwilach wolnych od pakowania nie przestawali jednak puszczać latawców. Była na nich wiadomość, że idą na wschód, ku jakiemuś jezioru i ku oceanowi. Puszczali je nadal, bo przyszedł silny wiatr zachodni, czasem podobny do huraganu. Porywał on latawce i niósł je daleko, ku górom i za góry. Żeby chronić Nel przed upałem, Staś zrobił z resztek namiotu palankin, w którym dziewczynka miała jechać na słoniu. Po kilku próbach King przyzwyczaił się do tego niewielkiego ciężaru. Przyzwyczaił się też do tego, że przywiązuje mu się palankin do grzbietu mocnymi sznurami palmowymi. Zresztą ten ciężar był lekki jak piórko w porównaniu z innymi, które King miał nieść. Te inne ładunki dzielili i wiązali Kali i Mea.

Mały Nasibu dostał polecenie, żeby suszył banany i rozcierał je na mąkę między dwoma płaskimi kamieniami. W zrywaniu ciężkich kiści pomagał mu także King. Przy tym obaj tak się objadali, że wkrótce koło chat zupełnie zabrakło bananów. Musieli chodzić na inną plantację, na drugim końcu płaskiego szczytu. Saba, który nie miał nic do roboty, najczęściej chodził z nimi.

Ale Nasibu omal nie zapłacił za swoją gorliwość życiem albo przynajmniej dziwną niewolą. Pewnego razu zbierał banany nad brzegiem stromej skały. Nagle zobaczył w szczelinie skalnej okropną twarz pokrytą czarną sierścią. Twarz mrugała do niego oczami i szczerzyła białe kły jakby w uśmiechu. W pierwszej chwili chłopiec skamieniał ze strachu, a potem zaczął uciekać ile sił. Zanim jednak przebiegł kilkanaście kroków, włochate ramię objęło go dookoła i podniosło w górę. Czarny jak noc potwór zaczął z nim uciekać do przepaści.

Na szczęście ogromna małpa, gdy porwała chłopca, mogła biec tylko na dwóch nogach. Dlatego Saba, który był w pobliżu, łatwo ją dogonił i zatopił kły w jej plecach. Zaczęła się straszna walka. Pies, chociaż był ogromny i silny, z pewnością by przegrał, bo goryl pokonuje nawet lwa. Małpy jednak na ogół nie mają zwyczaju puszczać zdobyczy, nawet gdy chodzi o ich wolność i życie. Złapany z tyłu goryl nie mógł też łatwo dosięgnąć Saby. Chwycił go jednak za kark lewą ręką i już podniósł go w górę. Nagle ziemia zadudniła pod ciężkimi krokami i nadbiegł King.

Wystarczyło jedno lekkie uderzenie trąbą i straszny „leśny diabeł”, jak Murzyni nazywają goryle, padł ze zmiażdżoną czaszką i karkiem. King jednak dla większej pewności albo z wrodzonej gwałtowności przybił go jeszcze kłem do ziemi. Potem nie przestawał się na nim mścić, dopóki od strony chat nie przybiegł ze strzelbą Staś, zaniepokojony rykiem i wyciem. Kazał Kingowi przestać.

Goryl leżał teraz w kałuży krwi, którą chłeptał Saba i która czerwieniła się na kłach Kinga. Był ogromny, miał wywrócone białka oczu i wyszczerzone kły. Był straszny, choć już nieżywy. Słoń trąbił z triumfem, a szary z przerażenia Nasibu opowiadał Stasiowi, co się stało. Staś zastanawiał się przez chwilę, czy nie przyprowadzić Nel i nie pokazać jej potwornej małpy. Porzucił jednak ten zamiar, bo nagle ogarnął go strach.

Przecież Nel często chodziła sama po „wyspie”, więc i ją mogło spotkać coś podobnego.

Okazało się więc, że Góra Lindego nie jest tak bezpiecznym schronieniem, jak z początku się wydawało.

Staś wrócił do chaty i opowiedział Nel o wypadku. Słuchała z ciekawością i strachem, szeroko otwierała oczy i powtarzała raz po raz:

— Widzisz, co by się stało bez Kinga?

— Prawda! Z taką nianią można się nie bać o dziecko. Dlatego póki nie wyjedziemy, nie wychodź ani na krok bez niego.

— A kiedy wyjedziemy?

— Zapasy są przygotowane, ładunki rozdzielone, więc trzeba tylko objuczyć zwierzęta i możemy ruszać choćby jutro.

— Do tatusiów!

— Jeśli Bóg pozwoli — odpowiedział poważnie Staś.

### Słowniczek

- **katechizmu**: katechizm to podstawowa nauka wiary chrześcijańskiej.
- **omal**: prawie, niewiele brakowało.
- **pufu**: gatunek dużej afrykańskiej antylopy.
- **bawoły**: bawół to duże, silne zwierzę podobne do krowy, z wielkimi rogami.
- **arielów**: ariel to gatunek antylopy.
- **bubali**: bubal to gatunek antylopy.
- **kozłów-skoczków**: kozioł-skoczek to mała antylopa, która wysoko skacze.
- **zdumieniem**: zdumienie to bardzo duże zdziwienie.
- **wsiąknąć**: o wodzie: wejść w ziemię i zniknąć.
- **khorów**: khor to wąwóz na pustyni, zwykle suchy.
- **anemii**: anemia to choroba, po której człowiek jest blady i słaby.
- **palankin**: siedzenie z dachem, tu na grzbiecie słonia.
- **objuczyć**: załadować bagaż na grzbiet zwierzęcia.
- **goryl**: największa małpa, bardzo silna.
- **zwojować**: (stare) pokonać na wojnie.

## Rozdział XXXVII

Wyruszyli jednak dopiero kilka dni po tej rozmowie. Najpierw krótko się pomodlili i gorąco polecili się Bogu. Odjazd nastąpił o świcie, o godzinie szóstej rano. Na czele jechał konno Staś, a przed nim biegł tylko Saba. Za nim szedł poważnie King. Machał uszami i niósł na potężnym grzbiecie płócienny palankin, a w palankinie Nel i Meę. Potem szły jeden za drugim konie Lindego, powiązane długim palmowym sznurem i obładowane różnymi ładunkami. Pochód zamykał mały Nasibu na ośle, który był tak samo tłusty jak on.

Była wczesna godzina, więc upał z początku nie dawał się zbytnio we znaki. Dzień był jednak pogodny i zza gór Karamojo wytoczyło się wspaniałe słońce, bez jednej chmurki. Ale wschodni wiatr łagodził żar jego promieni. Czasami wiał nawet dość mocno. Trawy kładły się wtedy pod nim, a cała dżungla falowała jak morze. Po obfitych deszczach rośliny urosły tak wysoko, że zwłaszcza w niższych miejscach chowały się w nich konie, a nawet King. Nad kołyszącą się zieloną powierzchnią widać było tylko biały palankin, który płynął naprzód jak statek po jeziorze. Po godzinie drogi, na niewielkim suchym wzniesieniu na wschód od Góry Lindego, trafili na olbrzymie osty. Miały łodygi grube jak pnie drzew, a kwiaty wielkie jak ludzka głowa. Na zboczach niektórych wzgórz, które z daleka wydawały się puste, widzieli wrzosy wysokie na osiem metrów. Inne rośliny, które w Europie należą do najmniejszych, miały tu rozmiary pasujące do tych ostów i wrzosów. Olbrzymie pojedyncze drzewa nad dżunglą rzeczywiście wyglądały jak kościoły. Szczególnie figowce zwane daro pokrywały ogromne przestrzenie. Ich płaczące gałęzie dotykają ziemi i zmieniają się w nowe pnie. Każde drzewo tworzyło więc jakby osobny gaj.

Z daleka cała kraina wydawała się jednym lasem. Ale z bliska okazywało się, że wielkie drzewa rosną co kilkanaście, czasem co kilkadziesiąt kroków. Na północy było ich bardzo mało. Okolica wyglądała tam jak górski step pokryty równą dżunglą, nad którą wznosiły się tylko akacje podobne do parasoli. Trawy były tam bardziej zielone, niższe i widocznie lepsze jako pasza. Nel z grzbietu Kinga, a Staś ze wzniesień, na które wjeżdżał, widzieli bowiem ogromne stada antylop, jakich dotąd nie spotkali. Pasły się one czasem osobno, czasem razem: gnu, pufu, ariele, antylopy, krowy, bubale, kozły skaczące i wielkie kudu. Nie brakowało także zebr i żyraf. Na widok karawany stada przestawały się paść. Podnosiły głowy, strzygły uszami i patrzyły na biały palankin z ogromnym zdziwieniem. Potem w jednej chwili uciekały. Po kilkuset krokach znów stawały i znów przyglądały się tej nieznanej rzeczy. W końcu zaspokajały ciekawość i spokojnie zaczynały się paść. Czasem przed karawaną zrywał się z fukaniem i łoskotem nosorożec. Z natury jest on gwałtowny i gotowy atakować wszystko, co zobaczy. Ale na widok Kinga uciekał ze wstydem. Tylko rozkazy Stasia powstrzymywały słonia od pościgu.

Afrykański słoń nienawidzi bowiem nosorożca. Jeśli znajdzie świeży ślad, ufa swojej ogromnej sile i idzie za nim, aż znajdzie przeciwnika i stoczy z nim walkę. Ofiarą tej walki prawie zawsze pada nosorożec. King zapewne niejednego miał już na sumieniu i trudno mu było porzucić dawny zwyczaj. Ale był już tak oswojony i tak przywykł uważać Stasia za swojego władcę, że słuchał. Gdy słyszał jego głos i widział groźny wzrok, opuszczał podniesioną trąbę, kładł uszy po sobie i szedł dalej spokojnie. Stasiowi nie brakowało wprawdzie ochoty, żeby zobaczyć walkę olbrzymów, ale bał się o Nel. Gdyby słoń ruszył galopem, palankin mógłby się rozlecieć. Co gorsza, ogromne zwierzę mogłoby zaczepić nim o pierwszą lepszą gałąź, a wtedy życie Nel byłoby w strasznym niebezpieczeństwie. Staś wiedział z opisów polowań, które czytał jeszcze w Port-Saidzie, czego boją się myśliwi polujący na tygrysy w Indiach. Bardziej niż tygrysów boją się tego, że słoń w panice lub pościgu zawadzi wieżyczką o drzewo. Zresztą sam galop olbrzyma jest tak ciężki, że nikt nie wytrzymałby długo takiej jazdy bez szkody dla zdrowia.

Ale z drugiej strony obecność Kinga usuwała mnóstwo niebezpieczeństw. Tego samego dnia spotkali złośliwe i zuchwałe bawoły, które szły do małego jeziorka. Pod wieczór zbierały się tam wszystkie zwierzęta z okolicy. Bawoły też uciekły na jego widok, obeszły całe jeziorko i piły po drugiej stronie. W nocy King, przywiązany za tylną nogę do drzewa, pilnował namiotu, w którym spała Nel. Była to straż tak pewna, że Staś kazał wprawdzie palić ogień, ale uznał, że nie trzeba robić zeriby wokół obozu. A przecież wiedział, że tam, gdzie żyją tak liczne stada antylop, nie może brakować lwów. I rzeczywiście, tej samej nocy kilka lwów zaczęło ryczeć w olbrzymich jałowcach na zboczach wzgórz. Mimo płonącego ognia zbliżały się do obozu, bo ciągnął je zapach koni. W końcu Kingowi znudziło się słuchać ich głosów. Nagle w ciszy rozległ się jak grzmot jego groźny „baritus”. Lwy umilkły jak niepyszne. Widocznie zrozumiały, że z taką osobą lepiej nie mieć żadnych bezpośrednich interesów. Dzieci przespały więc resztę nocy doskonale i dopiero o świcie ruszyły w dalszą podróż.

Ale dla Stasia znów zaczęły się troski i niepokoje. Po pierwsze, zauważył, że podróżują wolno i że nie zrobią więcej niż dziesięć kilometrów dziennie. W ten sposób mogliby wprawdzie za miesiąc dotrzeć do granicy Abisynii. Staś postanowił jednak we wszystkim słuchać rady Lindego. A Linde stanowczo twierdził, że do Abisynii się nie przedrą. Została więc tylko droga do oceanu. Według obliczeń Szwajcara od oceanu dzieliło ich jednak przeszło tysiąc kilometrów, i to w prostej linii. Do Mombassa, które leży bardziej na południe, było jeszcze dalej. Cała podróż musiałaby więc potrwać ponad trzy miesiące. Staś myślał ze strachem, że będą to trzy miesiące trudów i niebezpieczeństw ze strony murzyńskich plemion, na które mogli trafić. Byli jeszcze w kraju pustym, z którego ludzi wygnała ospa i wieści o napadach derwiszów. Ale Afryka jest w ogóle dość ludna. Prędzej czy później musieli więc wejść w okolice zamieszkane przez nieznane plemiona, którymi rządzą zwykle dzicy i okrutni mali królowie. Nie było łatwo wyjść z takich tarapatów wolnym i żywym.

Staś po prostu liczył na to, że jeśli trafią na lud Wa-himów, wyszkoli kilkudziesięciu wojowników w strzelaniu. Potem wielkimi obietnicami namówi ich, żeby poszli z nim aż do oceanu. Ale Kali nie miał pojęcia, gdzie mieszkają Wa-hima. Linde coś o nich słyszał, ale też nie mógł wskazać do nich drogi ani dokładnie określić, gdzie żyją. Linde wspominał o jakimś wielkim jeziorze, o którym wiedział tylko z opowiadań. Kali twierdził na pewno, że po jednej stronie tego jeziora, które nazywał Bassa-Narok, mieszkają Wa-hima, a po drugiej Samburu. Stasia martwiło to, że w geografii Afryki nie było o takim jeziorze ani słowa. A w szkole w Port-Saidzie uczono jej bardzo dokładnie. Gdyby mówił mu o nim tylko Kali, Staś przypuszczałby, że to Wiktoria-Nianza. Ale nie mógł się tak mylić Linde, który szedł właśnie od Wiktorii na północ wzdłuż gór Karamojo. Z wieści od mieszkańców tych gór wywnioskował on, że tajemnicze jezioro leży dalej na wschód i północ. Staś nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Bał się natomiast, że może w ogóle nie trafić na jezioro i na Wa-himów. Bał się także dzikich plemion, dżungli bez wody, gór nie do przejścia i muchy tse-tse, która zabija zwierzęta. Bał się śpiączki, febry dla Nel, upałów i tych ogromnych przestrzeni, które dzieliły ich jeszcze od oceanu.

Ale po opuszczeniu Góry Lindego nie pozostawało nic innego, jak iść naprzód, ciągle na wschód i na wschód. Linde mówił wprawdzie, że to podróż ponad siły nawet doświadczonego i energicznego podróżnika. Ale Staś zdobył już dużo doświadczenia. A co do energii, chodziło o Nel, więc postanowił znaleźć w sobie tyle zaradności, ile będzie trzeba. Na razie trzeba było oszczędzać siły dziewczynki. Postanowił więc podróżować tylko od szóstej rano do dziesiątej przed południem. Drugi etap miał być od trzeciej do szóstej wieczorem, czyli do zachodu słońca. Ale tylko wtedy, gdyby na miejscu pierwszego postoju nie było wody.

Ale na razie wodę znajdowali wszędzie, bo w czasie massiki deszcze padały bardzo obficie. Jeziorka, które ulewy utworzyły w dolinach, były jeszcze dobrze napełnione. Z gór spływały tu i tam strumienie z kryształową, chłodną wodą. Kąpiel w nich była wspaniała i zarazem zupełnie bezpieczna. Krokodyle mieszkają bowiem tylko w większych wodach, gdzie jest dużo ryb, ich zwykłego pożywienia.

Staś nie pozwalał jednak dziewczynce pić surowej wody, chociaż odziedziczył po Lindem doskonały filtr. Jego działanie zawsze napełniało zdumieniem Kalego i Meę. Oboje widzieli, że filtr zanurzony w mętnej białawej wodzie przepuszcza do zbiornika tylko wodę czystą i przezroczystą. Pokładali się wtedy ze śmiechu i bili się dłońmi po kolanach na znak podziwu i radości.

W ogóle z początku podróż szła łatwo. Po Lindem mieli spore zapasy kawy, herbaty, cukru, bulionu, różnych konserw i wszelkich lekarstw. Staś nie musiał oszczędzać nabojów, bo było ich więcej, niż mogli zabrać. Nie brakowało też różnych narzędzi, broni każdego kalibru i rac, które mogły się bardzo przydać przy spotkaniu z Murzynami. Kraj był żyzny. Wszędzie było dużo zwierzyny, a więc świeżego mięsa. Owoców również. Tu i tam na nizinach trafiały się błota, ale były jeszcze pokryte wodą, więc nie zarażały powietrza szkodliwymi wyziewami. Moskitów, które wprowadzają febrę do krwi, na wyżynach wcale nie było. Od dziesiątej rano upał stawał się wprawdzie nie do zniesienia. Ale mali podróżnicy zatrzymywali się w czasie tak zwanych „białych godzin” w głębokim cieniu wielkich drzew. Przez ich gęste korony nie przedzierał się żaden promień słońca. Nel, Staś i Murzyni byli w doskonałym zdrowiu.

### Słowniczek

- **palankin**: siedzenie z dachem, tu na grzbiecie słonia.
- **płócienny**: zrobiony z płótna, mocnej tkaniny.
- **wytoczyło się**: powoli wyszło, jakby wjechało na niebo.
- **żar**: bardzo silne gorąco.
- **zboczach**: zbocze to pochyły bok góry.
- **daro**: gatunek afrykańskiego figowca.
- **kudu**: duża antylopa o skręconych rogach.
- **wieżyczką**: wieżyczka to tu małe siedzenie z dachem na grzbiecie słonia.
- **zeriby**: zeriba to płot z kolczastych gałęzi wokół obozu.
- **„baritus”**: wojenny krzyk; tu groźny ryk słonia.
- **massiki**: massika to pora deszczowa.
- **tse-tse**: mucha, która zabija konie i bydło.
- **rac**: raca to pocisk, który leci wysoko i świeci.
- **wyziewami**: wyziewy to szkodliwe, brzydko pachnące opary.
- **„białych godzin”**: najgorętszych godzin dnia.

## Rozdział XXXVIII

Piątego dnia podróży Staś jechał razem z Nel na Kingu. Trafili bowiem na szeroki pas akacji, które rosły tak gęsto, że konie mogły iść tylko drogą zrobioną przez słonia. Była wczesna godzina, ranek jasny i pełen rosy. Dzieci rozmawiały o podróży i o tym, że każdy dzień zbliża je do oceanu i do ojców. Oboje ciągle za nimi tęsknili. Od chwili porwania z Fajumu o tym właśnie rozmawiali najczęściej i te rozmowy zawsze wzruszały ich do łez. Powtarzali w kółko jedno i to samo. Tatusiowie myślą, że oni już nie żyją albo że zaginęli na zawsze. Obaj się martwią i wbrew nadziei wysyłają Arabów do Chartumu po wiadomości. A oni są już daleko nie tylko od Chartumu, ale i od Faszody. Za pięć dni będą jeszcze dalej, a potem znów jeszcze dalej. Aż wreszcie dotrą do oceanu albo wcześniej do jakichś miejsc, skąd będzie można wysłać telegram. Jedyną osobą w całej karawanie, która wiedziała, co ich jeszcze czeka, był Staś. Nel natomiast była głęboko przekonana, że nie ma na świecie takiej rzeczy, której „Stes” by nie potrafił. Była zupełnie pewna, że doprowadzi ją do brzegu. Często więc wyobrażała sobie w swojej małej główce, co będzie, gdy przyjdzie pierwsza wiadomość o nich. I szczebiocząc jak ptaszek, opowiadała o tym Stasiowi. „Siedzą — mówiła — tatusiowie w Port-Saidzie i płaczą. Aż tu wchodzi boy z depeszą. Co to jest? Mój albo twój tatuś otwiera, patrzy na podpis i czyta: «Staś i Nel». O, to dopiero się ucieszą! To dopiero się zerwą, żeby jechać naprzeciw nas! To dopiero będzie radość w całym domu! I tatusiowie się ucieszą, i wszyscy się ucieszą, i będą cię chwalili. I przyjadą, i ja obejmę mocno tatusia za szyję, i potem będziemy zawsze razem... i...”

I kończyło się na tym, że bródka zaczynała jej się trząść, a śliczne oczka zmieniały się w dwie fontanny. W końcu opierała głowę na ramieniu Stasia i płakała z żalu, tęsknoty i radości na myśl o przyszłym spotkaniu. A Staś biegł wyobraźnią w przyszłość. Domyślał się, że ojciec będzie z niego dumny i że powie mu: „Spisałeś się, jak na Polaka przystało”. Ogarniało go wtedy ogromne wzruszenie. W sercu rodziła się tęsknota, zapał i twarda jak stal odwaga. „Muszę — mówił sobie — uratować Nel, muszę dożyć takiej chwili.” I wtedy jemu także wydawało się, że nie ma niebezpieczeństw, których nie zdoła pokonać, ani przeszkód, których nie zdoła skruszyć.

Ale do ostatecznego zwycięstwa było jeszcze daleko. Na razie przedzierali się przez gaj akacji. Długie kolce tych drzew zostawiały białawe rysy nawet na skórze Kinga. Wreszcie gaj się przerzedził. Przez gałęzie rozrzuconych drzew widać było dalej zieloną dżunglę. Upał dawał się już mocno we znaki, ale Staś wysunął się z palankinu i usiadł na karku słonia. Chciał zobaczyć, czy na horyzoncie nie ma stad antylop lub zebr, bo postanowił uzupełnić zapas mięsa.

I rzeczywiście, po prawej stronie zobaczył małe stadko arielów, a wśród nich dwa strusie. Ale gdy minęli ostatnią kępę drzew i słoń skręcił w lewo, chłopiec zobaczył coś innego. Pół kilometra dalej ciągnęło się szerokie pole manioku. Na jego skraju było kilkanaście czarnych postaci, widocznie zajętych pracą.

— Murzyni! — zawołał, zwracając się do Nel.

I serce zaczęło mu bić niespokojnie. Przez chwilę wahał się, czy nie zawrócić i nie schować się znów w akacjach. Pomyślał jednak, że w zaludnionym kraju prędzej czy później trzeba będzie spotkać się z mieszkańcami. Od tego, jak ułożą się z nimi stosunki, mógł zależeć los całej podróży. Po krótkim namyśle skierował więc słonia ku polu.

W tej samej chwili podjechał Kali i pokazując ręką na kępę drzew, powiedział:

— Panie wielki, oto tam wieś murzyńska, a tu kobiety pracują przy manioku. Czy mam podjechać ku nim?

— Podjedziemy razem — odpowiedział Staś — i wtedy powiesz im, że przybywamy jako przyjaciele.

— Wiem, panie, co im powiedzieć — zawołał młody Murzyn z wielką pewnością siebie.

Skierował konia ku pracującym, złożył dłonie koło ust i zaczął krzyczeć:

— Yambo, he! yambo sana!

Na ten głos kobiety, które okopywały maniok, zerwały się i stanęły jak wryte. Trwało to jednak tylko mgnienie oka. Zaraz potem w panice porzuciły motyki i koszyki i z wrzaskiem zaczęły uciekać ku drzewom, wśród których kryła się wieś.

Mali podróżnicy zbliżali się wolno i spokojnie. W gęstwinie rozległo się wycie kilkuset głosów, a potem zapadła cisza. Przerwał ją wreszcie głuchy, ale donośny huk bębna, który już ani na chwilę nie ustawał.

Był to widocznie sygnał do walki dla wojowników, bo przeszło trzystu z nich nagle wyszło z gęstwiny. Wszyscy ustawili się w długi szereg przed wioską. Staś zatrzymał Kinga sto kroków od nich i zaczął im się przyglądać. Słońce oświetlało ich piękne postacie, szerokie piersi i silne ramiona. Byli uzbrojeni w łuki i włócznie. Wokół bioder mieli krótkie spódniczki z wrzosów, a niektórzy ze skór małpich. Na głowach mieli pióra strusi i papug albo wielkie peruki zdarte z czaszek pawianów. Wyglądali wojowniczo i groźnie, ale stali nieruchomo w milczeniu, bo ich zdumienie nie miało granic i stłumiło chęć do walki. Wszystkie oczy wpatrywały się w Kinga, w biały palankin i w białego człowieka na karku słonia.

A przecież słoń nie był dla nich nieznanym zwierzęciem. Przeciwnie! Słonie ciągle ich gnębiły. Całe stada niszczyły nocami ich pola manioku oraz plantacje bananów i palm dum. Włócznie i strzały nie przebijały skóry słonia. Biedni Murzyni walczyli więc ze szkodnikami za pomocą ognia i krzyków. Naśladowali głosy kogutów, kopali doły i robili pułapki z pni drzew. Ale nikt z nich nigdy nie widział, żeby słoń stał się niewolnikiem człowieka i pozwalał siedzieć sobie na karku. Żaden z nich nie mógł sobie tego nawet wyobrazić. Widok, który mieli przed sobą, tak przekraczał ich pojęcie, że sami nie wiedzieli, co robić. Walczyć czy uciekać, gdzie oczy poniosą, i zostawić wszystko losowi?

Więc w niepewności, strachu i zdumieniu tylko szeptali do siebie:

— O matko! co to za stworzenia przychodzą do nas i co nas czeka z ich ręki?

Wtedy Kali podjechał do nich na odległość rzutu włócznią, stanął w strzemionach i zaczął wołać:

— Ludzie, ludzie! słuchajcie głosu Kalego, syna Fumby, potężnego króla Wa-himów znad brzegów Bassa-Narok! O, słuchajcie, słuchajcie! A jeśli rozumiecie jego mowę, uważajcie na każde jego słowo!

— Rozumiemy! — zabrzmiała odpowiedź z trzystu ust.

— Niech wystąpi wasz król, niech powie swoje imię i niech otworzy uszy i wargi, aby mógł lepiej słyszeć!

— M'Rua! M'Rua! — zaczęły wołać liczne głosy.

M'Rua wyszedł przed szereg, ale nie dalej niż na trzy kroki. Był to już stary Murzyn, wysoki i silnie zbudowany, lecz widocznie niezbyt odważny. Łydki tak mu bowiem drżały, że musiał wbić ostrze dzidy w ziemię i oprzeć się na drzewcu. Inaczej nie utrzymałby się na nogach.

Za jego przykładem inni wojownicy też powbijali dzidy w ziemię na znak, że chcą spokojnie wysłuchać słów przybysza.

A Kali jeszcze podniósł głos:

— M'Ruo i wy, ludzie M'Ruy! Słyszeliście, że mówi do was syn króla Wa-himów. Jego krowy pokrywają góry koło Bassa-Narok tak gęsto, jak mrówki pokrywają ciało zabitej żyrafy. A cóż mówi Kali, syn króla Wa-himów? Oto zwiastuję wam wielką i szczęśliwą nowinę, że do waszej wsi przybywa — dobre Mzimu!

Potem zawołał jeszcze głośniej:

— Tak jest. Dobre Mzimu! Ooo!

Z ciszy, która zapadła, można było poznać, jak ogromne wrażenie zrobiły słowa Kalego. Szereg wojowników zakołysał się jak fala. Jedni z ciekawości posunęli się parę kroków naprzód, drudzy cofnęli się ze strachu. M'Rua oparł się na włóczni obiema rękami i przez jakiś czas trwało głuche milczenie. Dopiero po chwili przez szeregi przebiegł szmer. Pojedyncze głosy zaczęły powtarzać: „Mzimu!”, „Mzimu!”. Tu i tam odezwały się krzyki: „Yancig, yancig!”, które oznaczają jednocześnie cześć i powitanie.

Ale głos Kalego znów wzniósł się ponad szmer i okrzyki:

— Patrzcie i cieszcie się! Oto dobre Mzimu siedzi tam, w tej białej chacie na grzbiecie wielkiego słonia. A wielki słoń słucha go, jak niewolnik słucha pana i jak dziecko słucha matki. O! ani wasi ojcowie, ani wy nie widzieliście nic podobnego...

— Nie widzieliśmy! yancig! yancig!...

I oczy wszystkich wojowników zwróciły się na „chatę”, czyli na palankin.

Kali podczas lekcji religii na Górze Lindego dowiedział się, że wiara porusza góry. Był głęboko przekonany, że modlitwa białej bibi może wszystko wyprosić u Boga. Dlatego mówił dalej o dobrym Mzimu z całą szczerością:

— Słuchajcie! słuchajcie! Dobre Mzimu jedzie na słoniu w tę stronę, w której słońce wstaje za górami z wody. Tam dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi, by przysłał wam chmury. Te chmury będą w czasie suszy polewały deszczem wasze proso, wasz maniok, wasze banany i trawy w dżungli. Będziecie mieli dużo jedzenia, a wasze krowy będą miały dobrą paszę i będą dawały gęste i tłuste mleko. Czy chcecie dużo jedzenia i mleka, o, ludzie?

— He! chcemy, chcemy!

— ...I dobre Mzimu powie Wielkiemu Duchowi, by przysłał wam wiatr. Ten wiatr wywieje z waszej wsi tę chorobę, co zmienia ciało w plaster miodu. Czy chcecie, by on ją wywiał, o, ludzie?

— He! niech ją wywieje!

— ...I Wielki Duch na prośbę dobrego Mzimu obroni was od napaści i od niewoli, i od szkód na waszych polach... I od lwa, i od pantery, i od węża, i od szarańczy...

— Niech tak zrobi...

— Więc teraz słuchajcie jeszcze i patrzcie, kto siedzi przed chatą między uszami strasznego słonia. Oto siedzi tam bwana kubwa — biały pan — wielki i mocny, którego boi się słoń...

— He!

— ...Który ma w ręku piorun i zabija nim złych ludzi...

— He!

— ...Który zabija lwy...

— He!

— ...Który wypuszcza węże ogniste...

— He!

— ...Który łamie skały...

— He!

— ...Który jednak nie zrobi wam nic złego, jeżeli uczcicie dobre Mzimu!

— Yancig! yancig!

— Jeśli przyniesiecie mu suchej mąki z bananów, jaj kurzych, świeżego mleka i miodu.

— Yancig! yancig!

— Więc zbliżcie się i padnijcie na twarz przed dobrym Mzimu.

M'Rua i jego wojownicy ruszyli się i nie przestając ani na chwilę „yancigować”, przeszli kilkanaście kroków naprzód. Zbliżali się jednak ostrożnie, bo wstrzymywał ich zabobonny lęk przed Mzimu i zwykły strach przed słoniem. Widok Saby znowu ich przeraził. Wzięli go za wobo, to jest za wielkiego płowego lamparta, który żyje w tych okolicach i w południowej Abisynii. Tamtejsi ludzie boją się go bardziej niż lwa, bo woli on ludzkie mięso od każdego innego. Z ogromną zuchwałością atakuje nawet uzbrojonych mężczyzn. Uspokoili się jednak, gdy zobaczyli, że mały brzuchaty Murzynek trzyma straszliwego wobo na sznurze. Ale jeszcze bardziej uwierzyli w potęgę dobrego Mzimu i białego pana. Patrzyli to na słonia, to na Sabę i szeptali do siebie: „Jeżeli oczarowali nawet wobo, to któż na świecie im się oprze?” Najbardziej uroczysta chwila nadeszła jednak dopiero wtedy, gdy Staś zwrócił się ku Nel. Najpierw głęboko się skłonił. Potem rozsunął ściany palankinu, zrobione jak firanki, i pokazał zebranym dobre Mzimu. M'Rua i wszyscy wojownicy padli na twarz, tak że ich ciała utworzyły długi żywy most. Nikt nie śmiał się ruszyć. Strach w sercach urósł jeszcze, gdy King podniósł trąbę i potężnie zaryczał, na rozkaz Stasia albo z własnej ochoty. Za jego przykładem odezwał się Saba najgłębszym basem, na jaki było go stać. Wtedy ze wszystkich piersi wyrwało się coś jak błagalny jęk: „Aka! aka! aka!” I trwało to dopóty, dopóki Kali znów nie przemówił:

— O, M'Ruo i wy, dzieci M'Ruy! Oddaliście cześć dobremu Mzimu, więc wstańcie, patrzcie i napełnijcie nim oczy wasze. Bo kto to zrobi, nad tym będzie błogosławieństwo Wielkiego Ducha. Wygnajcie też strach z piersi i brzuchów waszych. I wiedzcie, że tam, gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie może być przelana.

Na te słowa podniósł się M'Rua, a za nim inni wojownicy, bo przy dobrym Mzimu nikomu nie groziła śmierć. Zaczęli patrzeć nieśmiało, ale chciwie, na dobrotliwe bóstwo. Gdyby Kali zapytał ich drugi raz, musieliby przyznać, że ani ich ojcowie, ani oni nie widzieli nic podobnego. Ich oczy przywykły bowiem do potwornych figurek bożków, zrobionych z drewna i z włochatych orzechów kokosowych. A teraz stało przed nimi na grzbiecie słonia jasne małe bóstwo, łagodne, miłe i uśmiechnięte. Było podobne do białego ptaka i zarazem do białego kwiatu. Strach więc minął. Oddychali swobodniej, grube wargi zaczęły się uśmiechać, a ręce same wyciągały się do tego cudownego zjawiska.

— O, yancig! yancig! yancig!

Staś jednak zwracał na wszystko największą uwagę. Zauważył, że jeden Murzyn w spiczastej czapce ze skóry szczurów zaraz po ostatnich słowach Kalego wyszedł z szeregu. Pełznąc jak wąż w trawie, skierował się ku osobnej chacie. Stała ona z boku, poza ogrodzeniem, ale otaczał ją także wysoki płot z pali powiązanych pnączami.

Tymczasem dobre Mzimu, choć bardzo zakłopotane rolą bóstwa, wyciągnęło na polecenie Stasia swoją małą rączkę i zaczęło witać Murzynów. Czarni wojownicy z radością śledzili oczami każdy ruch tej małej ręki. Głęboko wierzyli, że są w tym potężne „czary”, które ochronią ich przed mnóstwem nieszczęść. Niektórzy uderzali się w piersi i biodra i mówili: „O matko! teraz dopiero będzie nam dobrze — nam i krowom naszym!” M'Rua, już całkiem ośmielony, podszedł do słonia i jeszcze raz pokłonił się dobremu Mzimu. Potem skłonił się Stasiowi i powiedział tak:

— Czy wielki pan, który prowadzi na słoniu białe bóstwo, zechce zjeść kawałek M'Ruy? I czy zgodzi się na to, aby M'Rua zjadł kawałek jego? I aby stali się braćmi, między którymi nie ma kłamstwa i zdrady?

Kali natychmiast przetłumaczył te słowa. Ale widząc po twarzy Stasia, że nie ma najmniejszej ochoty na „kawałek” M'Ruy, zwrócił się do starego Murzyna i powiedział:

— O, M'Ruo! czy myślisz naprawdę, że biały pan, tak potężny... Którego boi się słoń, który ma w ręku piorun, który zabija lwy... Któremu kiwa ogonem wobo, który wypuszcza węże ogniste i łamie skały... Może zawierać braterstwo krwi z byle królem? Pomyśl, o M'Ruo, czy Wielki Duch nie ukarałby cię za zuchwalstwo? I czy nie dosyć będzie dla ciebie chwały, jeśli zjesz kawałek Kalego, syna Fumby, władcy Wa-himów? I jeśli Kali, syn Fumby, zje kawałek ciebie?

— Czy nie jesteś niewolnikiem? — zapytał M'Rua.

— Pan wielki nie porwał Kalego ani go nie kupił, tylko ocalił mu życie. Dlatego Kali prowadzi dobre Mzimu i pana do krainy Wa-himów. Niech Wa-himowie i Fumba oddadzą im cześć i złożą wielkie dary.

— Niech więc będzie, jak mówisz, i niech M'Rua zje kawałek Kalego, a Kali kawałek M'Ruy.

— Niech tak będzie! — powtórzyli wojownicy.

— Gdzie jest czarownik? — zapytał król.

— Gdzie czarownik? gdzie czarownik? gdzie Kamba? — zaczęły wołać liczne głosy.

I wtedy stało się coś, co mogło wszystko zmienić, zepsuć przyjazne stosunki i uczynić Murzynów wrogami świeżo przybyłych gości. W chacie stojącej na boku, za osobnym płotem, rozległ się nagle piekielny hałas. Był to jakby ryk lwa, jakby grzmot, jakby huk bębna. Był to też jakby śmiech hieny, wycie wilka i przeraźliwe skrzypienie zardzewiałych żelaznych zawiasów. King, gdy usłyszał te okropne głosy, zaczął ryczeć, Saba szczekać, a osioł, na którym siedział Nasibu, rżeć. Wojownicy skoczyli jak oparzeni i powyrywali dzidy z ziemi. Zrobiło się zamieszanie. Do uszu Stasia dotarły niespokojne okrzyki: „Nasze Mzimu! Nasze Mzimu!” Cześć i życzliwość dla przybyszów zniknęły w jednej chwili. Oczy dzikich zaczęły rzucać podejrzliwe i nieprzyjazne spojrzenia. W tłumie rosły groźne szmery, a straszny hałas w samotnej chacie był coraz większy.

Kali przeraził się. Szybko podjechał do Stasia i zaczął mówić głosem przerywanym ze wzruszenia:

— Panie, to czarownik zbudził złe Mzimu, które boi się, że ominą je ofiary, i ryczy ze złości. Uspokój, panie, czarownika i złe Mzimu wielkimi darami, bo inaczej ci ludzie zwrócą się przeciw nam.

— Uspokoić ich? — zapytał Staś.

I nagle ogarnął go gniew na podłość i chciwość czarownika. Niespodziewane niebezpieczeństwo wzburzyło go do dna duszy. Jego smagła twarz zmieniła się tak samo jak wtedy, gdy zastrzelił Gebhra, Chamisa i dwóch Beduinów. Oczy błysnęły mu groźnie, zacisnął wargi i pięści, a policzki mu pobladły.

— Ach, ja ich uspokoję! — powiedział.

I bez namysłu pognał słonia ku chacie.

Kali nie chciał zostać sam wśród Murzynów, więc ruszył za nim. Z piersi dzikich wojowników wyrwał się krzyk, nie wiadomo, czy strachu, czy wściekłości. Zanim jednak się opamiętali, płot trzasnął i runął pod naciskiem głowy słonia. Potem rozsypały się gliniane ściany chaty, a dach wyleciał w powietrze wśród kurzu. Po chwili M'Rua i jego ludzie zobaczyli czarną trąbę wzniesioną do góry, a na końcu trąby czarownika Kambę.

Staś zobaczył na podłodze wielki bęben, zrobiony z pnia spróchniałego drzewa i obciągnięty małpią skórą. Kazał Kalemu podać go sobie, zawrócił i stanął naprzeciw zdumionych wojowników.

— Ludzie — powiedział donośnym głosem — to nie wasze Mzimu ryczy! To ten łotr huczy na bębnie, żeby wyłudzać od was dary, a wy boicie się jak dzieci!

Potem chwycił sznur przewleczony przez wyschniętą skórę bębna i zaczął nim z całej siły kręcić w kółko. Rozległy się te same głosy, które wcześniej tak przeraziły Murzynów. Były nawet jeszcze straszniejsze, bo nie tłumiły ich ściany chaty.

— O, jakże głupi jest M'Rua i jego dzieci! — zawołał Kali.

Staś oddał mu bęben. Kali zaczął hałasować na nim z takim zapałem, że przez chwilę nie można było dosłyszeć ani słowa. W końcu miał dosyć i rzucił bęben pod nogi M'Ruy.

— Oto jest wasze Mzimu! — zawołał z wielkim śmiechem.

Potem zaczął przemawiać do wojowników ze zwykłą u Murzynów obfitością słów. Nie żałował przy tym drwin z nich i z M'Ruy. Pokazał na Kambę i powiedział, że „ten złodziej w czapce ze szczurów” oszukiwał ich przez wiele pór deszczowych i suchych. A oni karmili go fasolą, koźlętami i miodem. Czy jest na świecie drugi głupszy król i naród? Wierzyli w moc starego oszusta i w jego czary. Niech więc patrzą teraz, jak ten wielki czarownik wisi na trąbie słonia i krzyczy: „Aka!”, żeby wzbudzić litość białego pana. Gdzie jego moc? Gdzie jego czary? Czemu żadne złe Mzimu nie ryknie teraz w jego obronie? Ach! Czym jest to ich Mzimu? Płachtą małpiej skóry i kawałem spróchniałego pnia, który rozdepcze słoń! U Wa-himów ani kobiety, ani dzieci nie bałyby się takiego Mzimu, a boi się go M'Rua i jego ludzie. Jest tylko jedno prawdziwe Mzimu i jeden prawdziwie wielki i mocny pan. Niech więc oddadzą im cześć i niech przyniosą jak najwięcej darów. Inaczej spadną na nich nieszczęścia, o jakich jeszcze nie słyszeli.

Murzynom nawet nie były potrzebne te słowa. Czarownik razem ze swoim złym Mzimu okazał się o wiele słabszy od nowego, białego bóstwa i od białego pana. To im w zupełności wystarczyło, żeby go opuścić i okryć pogardą. Zaczęli więc znów „yancigować”, i to z jeszcze większą pokorą i gorliwością. Ale byli źli na siebie, że przez tyle lat pozwalali się Kambie oszukiwać, więc koniecznie chcieli go zabić. Sam M'Rua prosił Stasia, żeby pozwolił go związać i trzymać, dopóki nie wymyślą dla niego dość okrutnej śmierci. Nel jednak postanowiła darować mu życie. A Kali zapowiedział, że tam, gdzie przebywa dobre Mzimu, krew ludzka nie może być przelana. Staś pozwolił więc tylko wypędzić nieszczęśliwego czarownika ze wsi.

Kamba spodziewał się, że umrze w najgorszych męczarniach. Padł na twarz przed dobrym Mzimu i szlochając, dziękował mu za ocalenie. I od tej chwili nic już nie zakłóciło uroczystości. Zza płotu wysypały się kobiety i dzieci, bo wieść o przybyciu niezwykłych gości rozeszła się po całej wsi. Chęć zobaczenia białego Mzimu pokonała strach. Staś i Nel po raz pierwszy widzieli osadę prawdziwych dzikich, do których nie dotarli nawet Arabowie. Ubranie tych Murzynów składało się tylko z wrzosów lub skór zawiązanych wokół bioder. Wszyscy byli tatuowani. Mężczyźni i kobiety mieli przedziurawione uszy, a w otworach kawałki drewna lub kości. Były one tak duże, że rozciągnięte uszy sięgały ramion. W dolnej wardze nosili pelele, to jest drewniane lub kościane krążki, wielkie jak spodki od filiżanek. Znaczniejsi wojownicy i ich żony mieli na szyjach kołnierze z żelaznego lub mosiężnego drutu. Były tak wysokie i sztywne, że ledwo mogli ruszać głową.

Kali i Mea doskonale rozumieli ich mowę, a Staś w połowie. Należeli więc widocznie do plemienia Szylluków, które ciągnie się daleko na wschód. Nie mieli jednak tak długich nóg jak ich krewni mieszkający nad rozlewiskami Nilu. Byli szersi w ramionach, niżsi i w ogóle mniej podobni do ptaków brodzących. Dzieci wyglądały jak pchełki. Nie były jeszcze zeszpecone przez pelele, więc były bez porównania ładniejsze od starych.

Kobiety najpierw napatrzyły się z daleka na dobre Mzimu. Potem zaczęły na wyścigi z wojownikami przynosić mu dary: koźlęta, kury, jaja, czarną fasolę i piwo z prosa. Trwało to, dopóki Staś nie powstrzymał tego napływu zapasów. Zapłacił za nie hojnie paciorkami i kolorowym perkalem, a Nel rozdała dzieciom kilkanaście lusterek po Lindem. Dlatego w całej wsi zapanowała ogromna radość. Wokół namiotu, do którego schronili się mali podróżnicy, ciągle słychać było wesołe i pełne zachwytu okrzyki. Potem wojownicy zatańczyli na cześć gości taniec wojenny i stoczyli udawaną bitwę. Na koniec przystąpiono do zawarcia braterstwa krwi między Kalim a M'Ruą.

Do tej ceremonii koniecznie potrzebny był Kamba, ale go nie było. Zastąpił go stary Murzyn, który dość dobrze znał zaklęcia. Zabił koźlę, wyjął z niego wątrobę i podzielił ją na kilka sporych kawałków. Potem zaczął obracać ręką i nogą coś w rodzaju kołowrotka. Patrzył to na Kalego, to na M'Ruę i odezwał się uroczystym głosem:

— Kali, synu Fumby, czy chcesz zjeść kawałek M'Ruy, syna M'Kuli? I ty, M'Ruo, synu M'Kuli, czy chcesz zjeść kawałek Kalego, syna Fumby?

— Chcemy — odezwali się przyszli bracia.

— Czy chcecie, aby serce Kalego było sercem M'Ruy, a serce M'Ruy sercem Kalego?

— Chcemy.

— I ręce, i włócznie, i krowy?

— I krowy!

— I wszystko, co każdy ma lub będzie miał?

— Co ma i co będzie miał!

— I aby nie było między wami kłamstwa ani zdrady, ani nienawiści?

— Ani nienawiści!

— I aby jeden nigdy drugiego nie okradł?

— Nigdy!

— I abyście byli braćmi?

— Tak!

Kołowrotek obracał się coraz szybciej. Wojownicy zebrani dookoła śledzili jego ruchy z coraz większym zainteresowaniem.

— Ao! — zawołał stary Murzyn. — Lecz gdyby jeden z was okłamał drugiego, gdyby go zdradził, gdyby go okradł, gdyby go otruł, gdyby go zabił, niech będzie przeklęty.

— Niech będzie przeklęty! — powtórzyli wszyscy wojownicy.

— A jeśli jest kłamcą i knuje zdradę, niech nie przełknie krwi swojego brata i niech ją zrzuci w naszych oczach!

— Och, w naszych oczach!

— I niech umrze!

— Niech umrze!

— Niech go rozedrze wobo!

— Wobo!

— Albo lew!

— Albo lew!

— Niech go stratuje słoń i nosorożec, i bawół!

— O! i bawół — powtórzył chór.

— I niech go ukąsi wąż!

— Wąż.

— A język jego niech stanie się czarny!

— Czarny.

— A oczy niech mu uciekną w tył głowy!

— W tył głowy.

— I niech chodzi piętami do góry!

— Ha! piętami do góry.

Nie tylko Staś, ale i Kali gryźli wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Tymczasem zaklęcia były coraz straszniejsze, a kołowrotek obracał się tak szybko, że oczy nie mogły za nim nadążyć. Trwało to, dopóki stary Murzyn zupełnie nie stracił sił i oddechu.

Wtedy usiadł na ziemi i przez jakiś czas w milczeniu kiwał głową na obie strony. Po chwili jednak wstał, wziął nóż i naciął skórę na ramieniu Kalego. Umazał jego krwią kawałek koźlęcej wątroby i włożył go do ust M'Ruy. Drugi kawałek, umazany we krwi króla, włożył do ust Kalego. Obaj połknęli je tak szybko, że aż zagrały im krtanie, a oczy wyszły na wierzch. Potem chwycili się za ręce na znak wiernej i wiecznej przyjaźni.

A wojownicy zaczęli wołać z radością:

— Obaj przełknęli, żaden nie zrzucił, a więc są szczerzy i nie ma zdrady między nimi!

A Staś w duchu dziękował Kalemu, że zastąpił go w tej ceremonii. Czuł, że przy połykaniu „kawałka M'Ruy” na pewno dałby dowód nieszczerości i zdrady.

Od tej chwili małym podróżnikom rzeczywiście nie groził już ze strony dzikich żaden podstęp ani niespodziewany napad. Przeciwnie, otoczyła ich największa gościnność i cześć niemal boska. Ta cześć urosła jeszcze, gdy Staś zauważył wielki spadek na barometrze po Lindem i przepowiedział deszcz. Deszcz rzeczywiście spadł tego samego dnia i był dość obfity. Wyglądało to tak, jakby massika, która dawno minęła, chciała zrzucić na ziemię resztki swoich zapasów. Murzyni byli przekonani, że tę ulewę podarowało im dobre Mzimu, i ich wdzięczność dla Nel nie miała granic. Staś żartował, że skoro została murzyńskim bożkiem, to on pójdzie dalej sam. Ją zostawi we wsi M'Ruy. Murzyni zbudują tam dla niej kapliczkę z kłów słoniowych i będą jej przynosili fasolę i banany.

Ale Nel była go tak pewna, że stanęła na palcach i szepnęła mu, jak zwykle, do ucha. Powiedziała tylko dwa słowa: „Nie zostawisz!” Potem zaczęła podskakiwać z radości. Mówiła, że skoro Murzyni są tacy dobrzy, to cała podróż aż do oceanu pójdzie łatwo i szybko. Działo się to przed namiotem, na oczach tłumów. Stary M'Rua, gdy zobaczył podskakujące Mzimu, natychmiast też zaczął skakać jak najwyżej na swoich krzywych nogach. Był przekonany, że daje w ten sposób dowód pobożności. Za nim zaczęli skakać ministrowie, za nimi wojownicy, a za nimi kobiety i dzieci. Krótko mówiąc, cała wieś skakała przez jakiś czas, jakby wszyscy dostali pomieszania zmysłów.

Stasia tak rozbawił ten przykład dany przez bóstwo, że pokładał się ze śmiechu. W nocy jednak oddał pobożnemu królowi i jego poddanym prawdziwą i trwałą przysługę. Gdy słonie napadły na pola bananowe, pojechał ku nim na Kingu i wypuścił między stado kilka rac. Popłoch, jaki wywołały „węże ogniste”, przeszedł nawet jego oczekiwania. Olbrzymie zwierzęta w szale strachu napełniły całą dżunglę rykiem i tupotem. Uciekały na oślep, przewracały się i tratowały nawzajem. Potężny King ścigał uciekających towarzyszy z ogromną ochotą i nie żałował im uderzeń trąbą i kłami. Po takiej nocy było pewne, że długo nie będzie słoni na plantacjach bananów i palm dum starego M'Ruy.

We wsi panowała wielka radość. Murzyni spędzili całą noc na tańcach i na piciu piwa z prosa i wina palmowego. Kali dowiedział się jednak od nich wielu ważnych rzeczy. Okazało się, że niektórzy słyszeli o jakiejś wielkiej wodzie na wschodzie, otoczonej górami. Dla Stasia był to dowód, że jezioro, o którym nie uczył się w geografii, naprawdę istnieje. Był to też dowód, że idąc w wybranym kierunku, trafią w końcu na naród Wa-himów. Mowa Mei i Kalego prawie nie różniła się od mowy M'Ruy. Staś doszedł więc do wniosku, że nazwa „Wa-hima” jest prawdopodobnie jakąś nazwą miejscową. Ludy znad brzegów Bassa-Narok należą pewnie do wielkiego plemienia Szylluków. Plemię to zaczyna się nad Nilem i ciągnie się nie wiadomo jak daleko na wschód.

### Słowniczek

- **depeszą**: depesza to (stare) telegram.
- **kępę**: kępa to mała grupa drzew lub krzewów.
- **manioku**: maniok to roślina o jadalnych korzeniach.
- **yambo**: powitanie w języku ki-swahili.
- **palm dum**: palma dum to afrykańska palma z jadalnymi owocami.
- **yancig**: okrzyk czci i powitania.
- **wobo**: bardzo groźny wielki kot.
- **węże ogniste**: race.
- **pelele**: krążek noszony w wardze.
- **bożków**: bożek to (stare, lekceważące) figurka lub istota czczona jak bóg.
- **kołowrotka**: kołowrotek to obracane urządzenie, które tu służy do obrzędu.
- **barometrze**: barometr to przyrząd, który pokazuje ciśnienie powietrza i pomaga przewidzieć pogodę.
- **braterstwo krwi**: przysięga, po której dwaj ludzie są jak bracia.
- **zrzuci, zrzucił**: tu: wyrzuci z siebie przez usta to, co połknął.
- **w naszych oczach**: (stare) na naszych oczach, przed nami.

## Rozdział XXXIX

Cała ludność odprowadziła dobre Mzimu daleko i pożegnała je ze łzami. Ludzie gorąco prosili, żeby jeszcze kiedyś przybyło do M'Ruy i pamiętało o jego ludzie. Staś przez chwilę wahał się, czy nie wskazać Murzynom wąwozu, gdzie schował towary i zapasy po Lindem. Nie mógł ich zabrać, bo nie miał tragarzy. Pomyślał jednak, że takie skarby mogłyby wywołać wśród nich zawiść i kłótnie, obudzić chciwość i zakłócić spokój ich życia. Porzucił więc ten zamiar. Zastrzelił natomiast wielkiego bawołu i zostawił im jego mięso na pożegnalną ucztę. Widok tak wielkiej ilości nyamy rzeczywiście ich pocieszył.

Przez następne trzy dni karawana znów szła przez pusty kraj. Dni były upalne, ale z powodu wysokości noce były tak zimne, że Staś kazał Mei przykrywać Nel dwoma kocami. Często przechodzili teraz przez górskie wąwozy. Czasem były jałowe i skaliste, a czasem tak zarośnięte, że trzeba się było przez nie przedzierać z największym trudem. Na brzegach tych wąwozów widywali wielkie małpy, a czasem lwy i pantery, które mieszkały w skalnych jaskiniach. Staś zabił jedną panterę na prośbę Kalego. Kali ubrał się potem w jej skórę, żeby Murzyni od razu poznali, że mają do czynienia z osobą królewskiej krwi.

Za wąwozami, na wysokiej równinie, znów zaczęły pojawiać się murzyńskie wioski. Niektóre leżały blisko siebie, niektóre o dzień lub dwa drogi. Wszystkie były otoczone wysokim płotem z pali, który chronił przed lwami. Były tak zarośnięte pnączami, że nawet z bliska wyglądały jak kępy dzikiego lasu. Dopiero po dymach wznoszących się w środku można było poznać, że mieszkają tam ludzie. Karawanę przyjmowano wszędzie mniej więcej tak jak we wsi M'Ruy. Z początku był strach i nieufność, a potem podziw, zdumienie i cześć. Tylko raz cała wioska na widok słonia, Saby, koni i białych ludzi uciekła do pobliskiego lasu. Nie było więc z kim rozmawiać. Jednak ani jedna włócznia nie została skierowana przeciw podróżnikom. Murzyni bowiem są raczej lękliwi i łagodni, dopóki mahometanizm nie wypełni ich dusz nienawiścią do niewiernych i okrucieństwem. Najczęściej było więc tak, że Kali zjadał „kawałek” miejscowego króla, a miejscowy król „kawałek” Kalego. Potem stosunki układały się jak najlepiej. Dobremu Mzimu wszędzie okazywano szacunek i bogobojność w postaci kur, jaj i miodu. Miód wyjmowano z kłód drzewa, zawieszonych na sznurach palmowych na gałęziach wielkich drzew. „Pan wielki”, władca słonia, piorunów i wężów ognistych, budził przeważnie strach. Strach ten szybko zmieniał się jednak we wdzięczność, gdy ludzie widzieli, że jego hojność jest równie wielka jak jego potęga. Tam, gdzie wioski leżały bliżej siebie, jedna zawiadamiała drugą o przybyciu niezwykłych podróżnych biciem w bębny. Murzyni potrafią bowiem bębnieniem powiedzieć wszystko. Zdarzało się też, że cała ludność wychodziła im na spotkanie, z góry jak najbardziej przyjazna.

W jednej wsi, która liczyła około tysiąca głów, miejscowy władca był jednocześnie czarownikiem i królem. Zgodził się pokazać im „wielkiego fetysza”, otoczonego niezwykłą czcią i strachem. Ludzie nie śmieli zbliżyć się do hebanowej kapliczki pokrytej skórą nosorożca. Ofiary składali z odległości pięćdziesięciu kroków. Król opowiadał o tym fetyszu, że spadł niedawno z księżyca, że był biały i że miał ogon. Staś oznajmił, że to właśnie on wysłał go na rozkaz dobrego Mzimu. I mówiąc tak, wcale nie mijał się z prawdą. Okazało się bowiem, że „wielki fetysz” był po prostu jednym z latawców puszczonych z Góry Lindego. Oboje z Nel ucieszyli się na myśl, że inne mogły przy dobrym wietrze dolecieć jeszcze dalej. Postanowili dalej puszczać je z wyżyn. Staś zrobił i puścił jeden jeszcze tego samego wieczoru. To ostatecznie przekonało Murzynów, że dobre Mzimu i biały pan też przybyli na ziemię z księżyca. Są więc bóstwami, którym nigdy nie można służyć dość pokornie.

Ale bardziej od tych oznak pokory i czci ucieszyła Stasia inna wiadomość. Dowiedział się, że Bassa-Narok leży tylko kilkanaście dni drogi stąd. Mieszkańcy tej wsi dostają czasem z tamtych stron sól w zamian za wino z palm dum. Tutejszy król słyszał nawet o Fumbie jako o władcy ludzi zwanych „Doko”. Kali potwierdził, że dalsi sąsiedzi tak nazywają Wa-himów i Samburu. Mniej pocieszające były wieści, że nad brzegami wielkiej wody trwa wojna. Trzeba też było iść do Bassa-Narok przez bardzo dzikie góry i strome wąwozy, pełne drapieżnych zwierząt. Ale z drapieżnych zwierząt Staś niewiele już sobie robił. A nawet najdziksze góry wolał od niskich równin, gdzie na podróżników czyha febra.

Ruszyli więc dalej z dobrą nadzieją. Za tą ludną wsią spotkali już tylko jedną osadę, bardzo biedną, zawieszoną jak gniazdo na skraju urwiska. Potem zaczęło się podgórze, gdzieniegdzie przecięte głębokimi szczelinami. Na wschodzie wznosił się ciemny łańcuch szczytów, który z daleka wydawał się prawie zupełnie czarny. Była to nieznana kraina. Szli właśnie do niej i nie wiedzieli, co może ich tam spotkać, zanim dojdą do ziem Fumby. Na górskich łąkach, przez które przechodzili, nie brakowało drzew. Oprócz samotnych smokowców i akacji stały one kępami, jakby małymi gajami. Podróżnicy zatrzymywali się wśród tych kęp, żeby coś zjeść, odpocząć i skorzystać z gęstego cienia.

Wśród drzew roiło się od ptaków. Były tam różne gatunki gołębi, wielkie dzioborożce, które Staś nazywał tukanami, kraski, szpaki, synogarlice i niezliczone prześliczne bengalis. Kręciły się wśród liści albo przelatywały z jednej kępy na drugą, pojedynczo lub stadami. Mieniły się przy tym jak tęcza. Niektóre drzewa z daleka wydawały się pokryte różnokolorowymi kwiatami. Nel szczególnie zachwycały rajskie muchołówki. Podobały się jej też spore czarne ptaki, od spodu ciemnoczerwone, które odzywały się głosem pasterskiej fujarki. Cudowne żołny, z wierzchu różowe, a od spodu jasnoniebieskie, latały w słońcu i chwytały w locie pszczoły i koniki polne. Na wierzchołkach drzew rozlegały się wrzaski zielonych papug. Czasem dochodził głos jakby srebrnych dzwonków. Tak witały się małe zielonoszare ptaszki, ukryte pod liśćmi baobabów.

Przed wschodem i po zachodzie słońca przelatywały stada tutejszych wróbelków. Było ich tak dużo, że gdyby nie pisk i szum skrzydełek, można by je wziąć za chmury. Staś przypuszczał, że to właśnie te krasnodzióbki tak dzwonią, gdy w dzień rozpraszają się po pojedynczych kępach.

Ale największe zdumienie i zachwyt budziły w dzieciach inne ptaki, które latały w małych stadkach i dawały prawdziwe koncerty. Każde stadko składało się z pięciu lub sześciu samic i jednego samca o metalicznie błyszczących piórach. Siadały najchętniej na pojedynczych akacjach. On siadał na wierzchołku drzewa, one niżej. Najpierw słychać było kilka tonów, jakby ptaki stroiły gardła. Potem on zaczynał śpiew, a one słuchały w milczeniu. Dopiero gdy skończył, powtarzały jednym chórem ostatnią zwrotkę jego śpiewu. Po małej przerwie on znów zaczynał i kończył, a one znów powtarzały. Potem całe stadko przelatywało lekkim, falistym lotem na następną, najbliższą akację. Koncert solisty i chóru rozbrzmiewał na nowo w południowej ciszy. Dzieci nie mogły się tego dość nasłuchać. Nel złapała główną melodię koncertu. Razem z chórem samiczek śpiewała swoim cienkim głosikiem ostatnie tony. Brzmiały one jak szybko powtarzane dźwięki: „tui, tui, tui, tui, twiling-ting! ting!”

Pewnego razu dzieci szły od drzewa do drzewa za skrzydlatymi muzykantami i odeszły kilometr od obozu. Zostało tam troje Murzynów, King i Saba. Staś chciał przy okazji zapolować i nie wziął Saby, żeby szczekaniem nie płoszył zwierzyny. Gdy stadko przeleciało wreszcie z ostatniej akacji na drugą stronę szerokiego wąwozu, chłopiec zatrzymał się i powiedział:

— Teraz odprowadzę cię do Kinga, a potem zobaczę, czy w wysokiej dżungli nie ma antylop albo zebr. Bo Kali mówi, że wędzonego mięsa wystarczy najwyżej na dwa dni.

— Przecież już jestem duża — odpowiedziała Nel, której zawsze bardzo zależało na tym, by pokazać, że nie jest małym dzieckiem. — Więc wrócę sama. Obóz widać stąd doskonale i dym także.

— Boję się, że zabłądzisz.

— Nie zabłądzę. W wysokiej dżungli może bym zabłądziła, ale tu, patrz, jaka trawa niska.

— Jeszcze coś cię napadnie.

— Sam mówiłeś, że lwy i pantery w dzień nie polują. Poza tym słyszysz, jak King trąbi z tęsknoty za nami. Jaki lew odważyłby się polować tam, gdzie dochodzi głos Kinga?

I zaczęła nalegać:

— Mój Stasiu, pójdę sama jak ktoś dorosły.

Staś wahał się przez chwilę, ale w końcu się zgodził. Obóz i dym rzeczywiście było widać. King, który tęsknił za Nel, trąbił co chwila. W niskiej trawie nie można było zabłądzić. A o lwach, panterach i hienach nie mogło być mowy, bo te zwierzęta szukają łupu tylko w nocy. Chłopiec wiedział zresztą, że niczym nie sprawi dziewczynce takiej przyjemności, jak pokazując, że nie uważa jej za małe dziecko.

— Dobrze więc — powiedział — idź sama, ale idź prosto i nie marudź po drodze.

— A czy mogę tylko narwać tych kwiatów? — zapytała, pokazując na krzak kusso, pokryty ogromną ilością różowych kwiatów.

— Możesz.

Potem zawrócił ją i dla pewności jeszcze raz pokazał jej kępę drzew, z której wychodził dym obozu. Stamtąd też słychać było trąbienie Kinga. Potem zanurzył się w wysoką dżunglę, która porastała brzeg wąwozu...

Ale nie uszedł jeszcze stu kroków, a już ogarnął go niepokój. „To przecież głupio z mojej strony — pomyślał — że pozwoliłem Nel chodzić samej po Afryce. Głupio! głupio! To takie dziecko! Nie powinienem odstępować jej ani na krok, chyba że jest przy niej King. Kto wie, co się może zdarzyć! Kto wie, czy pod tym różowym krzakiem nie siedzi jakiś wąż. Wielkie małpy mogą wyjść z wąwozu i porwać mi ją albo pokąsać. Broń Boże! Zrobiłem okropne głupstwo!”

I jego niepokój zmienił się w gniew na samego siebie, a zarazem w okropny lęk. Nie zastanawiał się dłużej i zawrócił, jakby poczuł nagle złe przeczucie. Szedł szybko, z tą ogromną wprawą, którą zdobył podczas codziennych polowań. Trzymał strzelbę gotową do strzału. Posuwał się wśród kolczastych mimoz bez żadnego szelestu, zupełnie jak pantera, gdy nocą skrada się do stada antylop. Po chwili wysunął głowę z wysokich zarośli, spojrzał i skamieniał.

Nel stała pod krzakiem kusso z rączkami wyciągniętymi przed siebie. Różowe kwiaty, które upuściła z przerażenia, leżały u jej nóg. A dwadzieścia kilka kroków od niej wielkie płowoszare zwierzę pełzło ku niej w niskiej trawie.

Staś wyraźnie widział jego zielone oczy wpatrzone w białą jak kreda twarz dziewczynki. Widział wąską głowę z położonymi uszami i łopatki podniesione do góry, bo zwierzę pełzło przyczajone. Widział długie ciało i jeszcze dłuższy ogon, którego koniec poruszał się lekko, po kociemu. Jeszcze chwila, jeden skok i byłoby po Nel.

Na ten widok chłopak, zahartowany i przywykły do niebezpieczeństw, w mgnieniu oka zrozumiał, co musi zrobić. Jeśli nie odzyska zimnej krwi, jeśli nie zachowa spokoju i przytomności, dziewczynka zginie. Zginie też, jeśli źle strzeli i tylko zrani napastnika, nawet ciężko. Ale umiał już nad sobą panować. Pod wpływem tych myśli jego ręce i nogi nagle stały się spokojne jak stalowe sprężyny. Jednym spojrzeniem znalazł ciemną cętkę blisko ucha zwierzęcia. Jednym lekkim ruchem skierował ku niej lufy strzelby i wystrzelił.

Huk wystrzału, krzyk Nel i krótki chrapliwy ryk rozległy się w tej samej chwili. Staś skoczył do Nel, zasłonił ją własnym ciałem i znów wycelował w napastnika.

Ale drugi strzał okazał się całkiem niepotrzebny, bo straszny kot rozpłaszczył się i leżał jak łachman. Leżał nosem przy ziemi, z pazurami wbitymi w trawę, prawie bez drgawek. Pękająca kula oderwała mu cały tył głowy razem z kręgami karku. Nad oczami bielały mu krwawe, poszarpane zwoje mózgu.

A mały myśliwy i Nel stali przez jakiś czas i patrzyli to na zabite zwierzę, to na siebie. Nie mogli powiedzieć ani słowa. Ale potem stała się rzecz dziwna. Ten sam Staś przed chwilą swoją zimną krwią i spokojem zadziwiłby najlepszych strzelców świata. Teraz nagle pobladł, nogi zaczęły mu się trząść, z oczu popłynęły łzy. Potem chwycił głowę w dłonie i zaczął powtarzać:

— O, Nel, Nel! gdybym ja nie był wrócił!...

Ogarnęło go takie przerażenie i taka spóźniona rozpacz, że każda żyłka w nim drżała, jakby dostał febry. Po ogromnym wysiłku woli i wszystkich sił duszy i ciała przyszła chwila słabości. Zobaczył w wyobraźni straszne zwierzę, które leży z zakrwawionym pyskiem w jakiejś ciemnej jaskini i szarpie ciało Nel. A przecież tak mogło być i tak by się stało, gdyby nie wrócił! Jedna minuta, jedna sekunda więcej i byłoby za późno. Tej myśli po prostu nie mógł znieść.

Skończyło się w końcu na tym, że Nel, gdy minęło jej przerażenie, musiała go pocieszać. To małe, dobre stworzenie zarzuciło mu obie rączki na szyję. Płacząc także, zaczęła wołać tak głośno, jakby chciała obudzić go ze snu:

— Stasiu! Stasiu! mnie nic! Patrz, że mi nic. Stasiu! Stasiu!

Ale doszedł do siebie i uspokoił się dopiero po długim czasie. Zaraz potem przyszedł Kali. Usłyszał strzał niedaleko obozu i wiedział, że bwana kubwa nigdy nie strzela na próżno. Przyprowadził więc konia, żeby zabrać zwierzynę. Gdy młody Murzyn spojrzał na zabite zwierzę, nagle się cofnął, a jego twarz od razu stała się popielata.

— Wobo! — krzyknął.

Dopiero teraz dzieci podeszły do sztywniejącego już trupa. Staś bowiem nie wiedział dotąd dokładnie, jaki drapieżnik padł od jego strzału. Na pierwszy rzut oka chłopcu wydawało się, że to wyjątkowo wielki serwal. Ale gdy przyjrzał się bliżej, zobaczył, że tak nie jest, bo zabite zwierzę było większe nawet od lamparta. Jego płowa skóra była pokryta kasztanowymi cętkami. Głowę miało węższą niż lampart, przez co było trochę podobne do wilka. Miało też wyższe nogi, szersze łapy i olbrzymie oczy. Jedno z nich kula całkiem wysadziła na wierzch. Drugie jeszcze patrzyło na dzieci, bezdenne, nieruchome i straszne. Staś doszedł do wniosku, że to jakiś gatunek pantery. Zoologia nie wiedziała o nim nic, tak samo jak geografia o jeziorze Bassa-Narok.

Kali wciąż patrzył z ogromnym strachem na rozciągnięte zwierzę i powtarzał cicho, jakby bał się je obudzić:

— Wobo!... Pan wielki zabić wobo.

Ale Staś zwrócił się do dziewczynki. Położył jej dłoń na główce, jakby chciał się ostatecznie upewnić, że wobo jej nie porwał. Potem powiedział:

— Widzisz, Nel, widzisz, że nawet gdybyś była całkiem duża, nie możesz sama chodzić po dżungli.

— Prawda, Stasiu — odpowiedziała Nel ze skruszoną minką. — Ale z tobą albo z Kingiem mogę?

— Mów, jak to było? Czy słyszałaś, jak się zbliżał?

— Nie... Tylko z kwiatów wyleciała wielka złota mucha, więc odwróciłam się za nią i zobaczyłam go, jak wychodził z wąwozu.

— I co?

— I stanął, i zaczął na mnie patrzeć.

— Długo patrzył?

— Długo, Stasiu. Dopiero jak upuściłam kwiaty i zasłoniłam się od niego rękami, zaczął się do mnie czołgać...

Stasiowi przyszło do głowy, że gdyby Nel była Murzynką, zostałaby natychmiast porwana. Pomyślał też, że ocalenie zawdzięcza także zdziwieniu zwierzęcia. Zobaczyło ono po raz pierwszy nieznaną sobie istotę i nie było na razie pewne, co ma zrobić.

I znów mróz przeszedł chłopca po kościach.

— Bogu dzięki! Bogu dzięki, że wróciłem!...

Potem pytał dalej:

— Co sobie w tej chwili myślałaś?

— Chciałam na ciebie zawołać i... nie mogłam... ale...

— Ale co?

— Ale myślałam, że ty mnie obronisz... Sama nie wiem...

Znów zarzuciła mu ramionka na szyję, a on zaczął głaskać jej czuprynkę.

— Nie boisz się już?

— Nie.

— Moje małe Mzimu! moje Mzimu! Widzisz, co to jest Afryka!

— Tak, ale ty zabijesz każde szkaradne zwierzę.

— Zabiję.

Oboje znów zaczęli przyglądać się drapieżnikowi. Staś chciał zachować jego skórę na pamiątkę i kazał Kalemu ją ściągnąć. Ale Kali bał się, że z wąwozu wyjdzie do niego drugi wobo, i prosił, by nie zostawiali go samego. Na pytanie, czy naprawdę boi się wobo bardziej niż lwa, odpowiedział:

— Lew ryczeć w nocy i nie przeskoczyć przez częstokół. A wobo przeskoczyć w biały dzień i zabić dużo Murzynów w środku wsi, a potem porwać jednego i zjeść. Od wobo włócznia nie obroni ani łuk, tylko czary, bo wobo zabić nie można.

— Głupstwo — powiedział Staś. — Przyjrzyj się temu, czy nie jest dobrze zabity?

— Biały pan zabić wobo, czarny człowiek nie zabić! — odpowiedział Kali.

Skończyło się na tym, że olbrzymiego kota przywiązano sznurem do konia i koń zawlókł go do obozu. Staś nie zdołał jednak zachować jego skóry, a to z powodu Kinga. Słoń widocznie domyślił się, że wobo chciał porwać jego panienkę. Wpadł w taki szał gniewu, że nawet rozkazy Stasia nie mogły go powstrzymać. Porwał trąbą zabite zwierzę, dwa razy wyrzucił je w górę i zaczął bić nim o drzewo. W końcu stratował je nogami i zmienił w bezkształtną masę, podobną do marmolady. Staś zdołał uratować tylko szczęki. Położył je z resztkami głowy na drodze kolumny mrówek. W ciągu godziny mrówki tak znakomicie oczyściły kości, że nie zostało na nich ani odrobiny mięsa lub krwi.

### Słowniczek

- **wąwozu**: wąwóz to wąska, głęboka dolina między skałami.
- **pantery**: pantera to duży dziki kot, drapieżnik.
- **nyamy**: nyama to mięso.
- **włócznia**: broń: długi kij z ostrym końcem.
- **drapieżnych**: drapieżne zwierzęta polują na inne zwierzęta i jedzą ich mięso.
- **fetysza**: fetysz to przedmiot, któremu ludzie oddają cześć.
- **mahometanizm**: (stare) islam.
- **kępy**: kępa to mała grupa drzew lub krzaków.
- **tukanami**: tukan to ptak o wielkim dziobie.
- **kusso**: krzew o różowych kwiatach.
- **wobo**: bardzo groźny wielki kot.
- **serwal**: średni afrykański dziki kot.
- **zimnej krwi**: spokoju w niebezpieczeństwie.
- **częstokół**: płot z grubych pali.
- **Murzynów**: Murzyn to (stare, dziś obraźliwe) czarnoskóry człowiek.

## Rozdział XL

Cztery dni później Staś zatrzymał się na dłuższy odpoczynek na wzgórzu trochę podobnym do Góry Lindego, ale mniejszym i ciaśniejszym. Tego samego wieczoru Saba po ciężkiej walce zagryzł wielkiego samca pawiana. Napadł na niego w chwili, gdy pawian bawił się resztkami latawca. Był to drugi z tych, które dzieci puściły przed wyruszeniem do oceanu. Staś i Nel skorzystali z postoju. Postanowili kleić ciągle nowe latawce, ale puszczać je tylko wtedy, gdy silny musson będzie wiał z zachodu na wschód. Staś liczył na to, że jeśli choć jeden wpadnie w ręce Europejczyków lub Arabów, na pewno zwróci ogromną uwagę. Przyczyni się też do wysłania specjalnej wyprawy na ratunek. Dla większej pewności obok napisów angielskich i francuskich dodawał też arabskie. Nie było to dla niego trudne, bo język arabski znał doskonale.

Wkrótce po wyruszeniu z postoju Kali oświadczył, że poznaje niektóre szczyty w łańcuchu gór na wschodzie. Otaczają one wielką czarną wodę, czyli Bassa-Narok. Nie zawsze był jednak tego pewien, bo góry wyglądały inaczej z różnych miejsc. Przeszli przez niewielką dolinę zarośniętą krzakami kusso, która wyglądała jak jedno różowe jezioro. Potem trafili na chatę samotnych myśliwych. Było w niej dwóch Murzynów, jeden z nich ukąszony przez nitkowca i chory. Ale obaj byli bardzo dzicy i głupi, a przy tym przerażeni nagłym przybyciem gości. Byli pewni, że zostaną zamordowani. Dlatego w pierwszych chwilach nie można było się od nich niczego dowiedzieć. Dopiero kilka płatów wędzonego mięsa rozwiązało język temu choremu. Był on nie tylko chory, ale i głodny, bo towarzysz dawał mu jedzenie bardzo skąpo. Od niego dowiedzieli się, że dzień drogi stąd leżą rozrzucone wioski, rządzone przez małych królów niezależnych od siebie. Dalej, za stromą górą, zaczyna się ziemia Fumby, która ciągnie się na zachód i południe od wielkiej wody. Gdy Staś to usłyszał, spadł mu z serca wielki ciężar, a w duszę wstąpiła nowa nadzieja. W każdym razie byli już prawie na progu krainy Wa-himów.

Oczywiście trudno było przewidzieć, jak pójdzie dalsza podróż. Ale chłopiec mógł się spodziewać, że nie będzie ona cięższa ani nawet dłuższa od tej okropnej drogi znad Nilu. A tę drogę przebył dzięki swojej wyjątkowej zaradności i uchronił na niej Nel od zguby. Nie wątpił, że dzięki Kalemu Wa-himowie przyjmą ich jak najgościnniej i dadzą im wszelką pomoc. Zresztą dobrze już poznał Murzynów i wiedział, jak z nimi postępować. Był prawie pewien, że nawet bez Kalego jakoś by sobie z nimi poradził.

— Wiesz — mówił do Nel — od Faszody przeszliśmy już więcej niż połowę drogi. Na tej drodze, która została, spotkamy może bardzo dzikich Murzynów, ale nie spotkamy już derwiszów.

— Ja wolę Murzynów — odpowiedziała dziewczynka.

— Tak, póki uchodzisz za bożka. Porwano mnie z Fajumu razem z panienką, której było na imię Nel, a odwiozę jakieś Mzimu. Powiem ojcu i panu Rawlisonowi, żeby nigdy nie nazywali cię inaczej.

A jej oczy od razu zaczęły się rozjaśniać i śmiać.

— Może zobaczymy tatusiów w Mombassa?

— Może. Gdyby nie ta wojna nad brzegami Bassa-Narok, bylibyśmy tam prędzej. I po co Fumba się w to wdawał!

Potem skinął na Kalego:

— Kali, czy chory Murzyn słyszał o wojnie?

— Słyszał. Być wielka wojna, bardzo wielka: Fumby z Samburu.

— Więc co będzie? Jak przejedziemy przez kraj Samburu?

— Samburu uciec przed panem wielkim, przed Kingiem i przed Kalim.

— I przed tobą?

— I przed Kalim, ponieważ Kali ma strzelbę, która grzmieć i zabijać.

Staś zaczął się zastanawiać, jaki udział przyjdzie mu wziąć w walce między plemionami Wa-himów i Samburu. Postanowił pokierować sprawą tak, żeby wojna nie utrudniała podróży. Rozumiał, że ich przybycie będzie całkiem niespodziewane i od razu da Fumbie przewagę. Trzeba było tylko dobrze wykorzystać przewidywane zwycięstwo.

W wioskach, o których mówił chory myśliwy, zdobyli nowe wiadomości o wojnie. Były coraz dokładniejsze, ale dla Fumby niepomyślne. Mali podróżnicy dowiedzieli się, że Fumba tylko się broni. Samburu pod wodzą swojego króla, który nazywał się Mamba, zajęli już dużą część kraju Wa-himów i zdobyli mnóstwo krów. Opowiadano, że wojna toczy się głównie na południowym końcu wielkiej wody. Tam, na wysokiej i szerokiej skale, leży wielka boma Fumby.

Te wiadomości bardzo zmartwiły Kalego. Prosił Stasia, żeby jak najszybciej przeszli górę, która oddzielała ich od okolic ogarniętych wojną. Zapewniał, że potrafi znaleźć drogę, którą przeprowadzi nie tylko konie, ale i Kinga. Był już w stronach, które dobrze znał, i teraz z wielką pewnością rozpoznawał szczyty znajome od dzieciństwa.

Przejście nie okazało się jednak łatwe. Gdyby nie pomoc mieszkańców ostatniej wioski, których ujęli darami, trzeba by było szukać dla Kinga innej drogi. Ci ludzie znali jednak wąwozy po tej stronie góry jeszcze lepiej niż Kali. Podróż była męcząca i trwała dwa dni, a nocami dokuczało wielkie zimno. W końcu szczęśliwie przeprowadzili karawanę na przełęcz, a z przełęczy do doliny leżącej już w kraju Wa-himów.

Staś zatrzymał się rano na postój w tej pustej dolinie otoczonej zaroślami. Kali poprosił, żeby mógł pojechać konno na zwiady w stronę bomy ojca, odległej o dzień drogi. Wyruszył jeszcze tej samej nocy. Staś i Nel czekali na niego przez całą dobę w największym niepokoju. Myśleli już, że zginął albo wpadł w ręce wrogów. Wreszcie pojawił się na wychudzonym i spienionym koniu. Sam też był zmęczony i tak przybity, że żal było na niego patrzeć.

Natychmiast upadł do nóg Stasia i zaczął błagać go o ratunek.

— O, panie wielki! — mówił. — Samburu zwyciężyć wojowników Fumby, zabić ich mnóstwo i rozpędzić tych, których nie zabić. A Fumbę oblegać w wielkiej bomie na górze Boko. Fumba i jego wojownicy nie mieć co jeść w bomie. I zginąć, jeśli pan wielki nie zabić Mamby i wszystkich Samburu razem z Mambą.

Błagając tak, obejmował kolana Stasia. A Staś zmarszczył brwi i głęboko się zastanawiał, co powinien zrobić, bo jak zawsze i wszędzie chodziło mu o Nel.

— Gdzie są — zapytał wreszcie — ci wojownicy Fumby, których rozpędzili Samburu?

— Kali ich znalazł i oni tu nadejść zaraz.

— Ilu ich jest?

Młody Murzyn kilkanaście razy poruszył palcami obu rąk i nóg, ale widocznie nie mógł dokładnie określić liczby. Powód był prosty: nie umiał liczyć dalej niż do dziesięciu. Każda większa liczba była dla niego tylko wengi, to jest mnóstwo.

— Więc jeśli tu przyjdą, to stań na ich czele i idź ojcu na ratunek — powiedział Staś.

— Oni się bać Samburu i z Kalim nie pójść, ale z panem wielkim pójść i zabić wengi, wengi Samburu.

Staś znów się zamyślił.

— Nie — powiedział w końcu. — Ja nie mogę ani brać bibi do bitwy, ani zostawić jej samej. I nie zrobię tego za nic w świecie.

Wtedy Kali wstał, złożył ręce i zaczął powtarzać raz po raz:

— Luela! Luela! Luela!

— Co to jest Luela? — zapytał Staś.

— Wielka boma dla kobiet Wa-hima i Samburu — odpowiedział młody Murzyn.

I zaczął opowiadać niezwykłe rzeczy. Fumba i Mamba od dawnych lat ciągle ze sobą walczyli. Niszczyli sobie nawzajem plantacje i porywali bydło. Ale na południowym brzegu jeziora było miejsce zwane Luela. W czasie nawet najgorszych walk kobiety obu narodów schodziły się tam na targ w zupełnym bezpieczeństwie. Było to miejsce święte. Wojna toczyła się tylko z mężczyznami. Żadne klęski ani zwycięstwa nie wpływały na los kobiet. W Lueli, za glinianym ogrodzeniem wokół wielkiego targowiska, miały one całkowicie bezpieczne schronienie. W czasie walk wiele z nich chroniło się tam z dziećmi i dobytkiem. Inne przychodziły nawet z odległych wiosek i przynosiły wędzone mięso, fasolę, proso, maniok i różne inne zapasy. Wojownicy nie mogli toczyć bitew w takiej odległości od Lueli, z jakiej dochodziło pianie koguta. Nie wolno im też było przekraczać glinianego wału wokół rynku. Mogli tylko stawać przed wałem, a wtedy kobiety podawały im jedzenie przywiązane do długich bambusów. Był to bardzo stary zwyczaj i żadna ze stron nigdy go nie złamała. Dlatego zwycięzcom zawsze zależało na tym, żeby odciąć pokonanym drogę do Lueli. Nie chcieli pozwolić im zbliżyć się do świętego miejsca na odległość, z której słychać pianie koguta.

— O panie wielki — błagał Kali, znów obejmując kolana Stasia — pan wielki odprowadzić bibi do Lueli. A sam wziąć Kinga, wziąć Kalego, wziąć strzelby, wziąć węże ogniste i pobić złych Samburu.

Staś uwierzył w opowieść młodego Murzyna, bo słyszał już wcześniej, że w wielu miejscach Afryki wojna nie obejmuje kobiet. Pamiętał, że kiedyś w Port-Saidzie opowiadał o tym pewien młody niemiecki misjonarz. Mówił, że w okolicach ogromnej góry Kilima-Ndżaro bardzo wojownicze plemię Massai ściśle trzyma się tego zwyczaju. Kobiety walczących stron chodzą tam zupełnie swobodnie na wyznaczony targ i nikt nigdy ich nie napada. Stasia bardzo ucieszyło, że ten sam zwyczaj istnieje nad brzegami Bassa-Narok. Mógł więc być pewny, że z powodu wojny Nel nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Postanowił też natychmiast wyruszyć z dziewczynką do Lueli. Tym bardziej że przed końcem wojny i tak nie można było myśleć o dalszej podróży. Potrzebna była do niej pomoc nie tylko Wa-himów, ale i Samburów.

Był przyzwyczajony do szybkich decyzji i wiedział już, co ma zrobić. Trzeba było uwolnić Fumbę i pobić Samburów, ale nie pozwolić Wa-himom na zbyt krwawą zemstę. Potem należało nakazać spokój i pogodzić walczących. Wydawało mu się to konieczne i najkorzystniejsze nie tylko dla niego, ale i dla Murzynów. „Tak ma być i tak się stanie!” — powiedział do siebie w duchu. Chciał też pocieszyć młodego Murzyna, którego było mu żal, więc oświadczył, że nie odmawia pomocy.

— Jak daleko stąd do Lueli? — zapytał.

— Pół dnia drogi.

— Słuchaj więc. Odwieziemy tam bibi natychmiast, a potem pojadę na Kingu i odpędzę Samburu od bomy twojego ojca. Ty pojedziesz ze mną i będziesz z nimi walczył.

— Kali będzie ich zabijać ze strzelby!

I przeszedł od razu od rozpaczy do radości. Zaczął skakać, śmiać się i dziękować Stasiowi z takim zapałem, jakby było już po zwycięstwie. Dalsze wybuchy wdzięczności i wesela przerwało mu jednak przybycie wojowników. Zebrał ich podczas swojej wyprawy na zwiady i kazał im stanąć przed białym panem. Było ich około trzystu. Mieli tarcze ze skóry hipopotama, dziryty, łuki i noże. Na głowach mieli pióra, grzywy pawianów i paprocie. Na widok słonia na służbie człowieka, białych twarzy, Saby i koni ogarnął ich strach i zdumienie. Tak samo było z Murzynami w poprzednich wioskach. Ale Kali uprzedził ich, że zobaczą dobre Mzimu i potężnego pana... „Który zabija lwy, który zabił wobo, którego boi się słoń, który łamie skały, puszcza węże ogniste” itd. Dlatego zamiast uciekać, stali długim szeregiem w milczeniu pełnym podziwu i błyskali tylko białkami oczu. Nie wiedzieli, czy mają klęknąć, czy paść na twarz. Wierzyli jednak mocno, że jeśli te niezwykłe istoty im pomogą, to zwycięstwa Samburu szybko się skończą. Staś przejechał na słoniu wzdłuż szeregu, zupełnie jak wódz podczas przeglądu wojska. Potem kazał Kalemu powtórzyć im swoją obietnicę, że uwolni Fumbę, i dał rozkaz wymarszu do Lueli.

Kali pojechał naprzód z kilkoma wojownikami, żeby zapowiedzieć zebranym kobietom obu plemion niezwykłe szczęście. Miały zobaczyć dobre Mzimu, które przyjedzie na słoniu. Było to tak niezwykłe, że nie uwierzyły nawet Wa-himki, które poznały w Kalim zaginionego następcę tronu. Myślały, że młody syn króla z nich żartuje. Dziwiły się, że chce mu się żartować w czasach tak ciężkich dla całego plemienia i dla Fumby. Ale po kilku godzinach zobaczyły olbrzymiego słonia, który zbliżał się do wałów, a na nim biały palankin. Wtedy wpadły w szał radości. Przyjęły dobre Mzimu takimi okrzykami i takim wyciem, że Staś w pierwszej chwili wziął te głosy za wybuch nienawiści. Tym bardziej że te Murzynki były tak niesłychanie brzydkie, że wyglądały jak czarownice.

Ale były to oznaki niezwykłej czci. Namiot Nel ustawiono w rogu targowiska, w cieniu dwóch gęstych drzew. Wa-himki razem z Samburkami ozdobiły go girlandami i wieńcami z kwiatów. Potem przyniosły tyle jedzenia, że wystarczyłoby na miesiąc nie tylko dla samego bóstwa, ale i dla jego orszaku. Zachwycone kobiety kłaniały się nawet Mei. Była ubrana w różowy perkal i w kilka sznurów niebieskich paciorków. Jako służąca Mzimu wydawała im się istotą o wiele wyższą od zwykłych Murzynek.

Nasibu był jeszcze dzieckiem, więc wpuszczono go za wał. Natychmiast skorzystał z ofiar przynoszonych dla Nel tak sumiennie, że już po godzinie jego brzuszek przypominał afrykański bęben wojenny.

### Słowniczek

- **pawiana**: pawian to duża małpa.
- **musson**: silny wiatr, który wieje w określonych porach roku.
- **ukąszony**: taki, którego ugryzł wąż lub owad.
- **nitkowca**: nitkowiec to wąż, którego ukąszenie jest groźne.
- **kusso**: krzew o różowych kwiatach.
- **wędzonego**: wędzone mięso to mięso suszone w dymie.
- **skąpo**: bardzo mało, niechętnie.
- **zaradności**: zaradność to umiejętność radzenia sobie w trudnej sytuacji.
- **bomy, bomie**: boma to płot z kolczastych gałęzi; też umocniona wieś.
- **targowiska**: targowisko to miejsce, gdzie ludzie kupują i sprzedają.
- **wengi**: bardzo dużo.
- **bożka**: bożek to (stare, lekceważące) figurka lub istota czczona jak bóg.
- **dziryty**: dziryt to lekka włócznia do rzucania.
- **palankin**: siedzenie z dachem, tu na grzbiecie słonia.
- **wałów**: wał to długi nasyp z ziemi lub gliny, który chroni jakieś miejsce.

## Rozdział XLI

Ale Staś odpoczął pod wałami Lueli tylko krótko. Jeszcze przed zachodem słońca ruszył z Kalim na czele trzystu wojowników w stronę bomy Fumby. Chciał uderzyć na Samburu w nocy. Liczył na to, że w ciemnościach „węże ogniste” zrobią większe wrażenie. Droga z Lueli do góry Boko, na której bronił się Fumba, trwała razem z odpoczynkami dziewięć godzin. Dlatego stanęli pod fortecą dopiero około trzeciej po północy.

Staś zatrzymał wojowników i kazał im na razie zachować jak najgłębsze milczenie. Potem zaczął badać położenie. Szczyt góry, na którym ukryli się obrońcy, był ciemny, ale Samburowie palili mnóstwo ognisk. Ich blask oświetlał strome ściany skały i olbrzymie drzewa, które rosły u jej stóp. Już z daleka słychać było głuchy głos bębnów oraz krzyki i śpiewy wojowników. Widocznie nie żałowali sobie pombe, bo chcieli uczcić bliskie i już ostateczne zwycięstwo.

Staś posunął się na czele swojego oddziału jeszcze dalej. W końcu od ostatnich ognisk dzieliło go nie więcej niż sto kroków. Straży obozowych nie było ani śladu. Noc była bez księżyca, więc dzicy nie mogli zobaczyć Kinga, którego zasłaniały też zarośla. Staś siedział na jego karku i po cichu wydał ostatnie rozkazy. Potem dał Kalemu znak, żeby podpalił jedną z przygotowanych rac.

Czerwona wstęga wyleciała z sykiem wysoko pod ciemne niebo. Potem z hukiem rozsypała się w bukiet czerwonych, niebieskich i złotych gwiazd. Wszystkie głosy umilkły i nastała chwila głuchej ciszy. Kilka sekund później wyleciały jeszcze dwa ogniste węże, jakby z piekielnym chichotem. Tym razem leciały poziomo, prosto na obóz Samburów. W tej samej chwili rozległ się ryk Kinga i wrzask trzystu Wa-himów. Uzbrojeni w asagaje, maczugi i noże, rzucili się naprzód w szalonym pędzie.

Zaczęła się bitwa, tym straszniejsza, że toczyła się w ciemnościach. W zamieszaniu od razu rozdeptano bowiem wszystkie ogniska. Ale zaraz na początku, na widok węży ognistych, Samburów ogarnął ślepy strach. To, co się stało, było zupełnie poza ich rozumem. Wiedzieli tylko, że napadły na nich jakieś straszne istoty. Wiedzieli też, że grozi im zguba okropna i nieunikniona. Większość z nich uciekała, zanim dosięgły ich włócznie i maczugi Wa-himów.

Stu kilkudziesięciu wojowników, których Mamba zdołał zebrać koło siebie, stawiało zacięty opór. Ale przy błyskach wystrzałów zobaczyli olbrzymie zwierzę, a na nim człowieka ubranego na biało. Do ich uszu docierał też huk broni, z której raz po raz strzelał Kali. Wtedy i oni stracili odwagę.

Na górze Fumba zobaczył pierwszą racę, która pękła wysoko na niebie. On także padł ze strachu na ziemię i przez kilka minut leżał jak martwy. Ale kiedy doszedł do siebie, z rozpaczliwego wycia wojowników zrozumiał jedną rzecz: jakieś duchy wybijają na dole Samburów. Wtedy przyszła mu do głowy myśl, że powinien tym duchom pomóc. Gdyby tego nie zrobił, ich gniew mógłby się zwrócić także przeciw niemu. A zguba Samburów była dla niego ratunkiem. Zebrał więc wszystkich swoich wojowników i bocznym, ukrytym wyjściem wysunął się z bomy. W ten sposób przeciął drogę większej części uciekających.

Bitwa zmieniła się teraz w rzeź. Bębny Samburów przestały huczeć. Ciemność rozdzierały tylko czerwone błyski ze strzelby Kalego. Rozlegało się w niej wycie mordowanych, głuche uderzenia maczug o tarcze i jęki rannych. Nikt nie prosił o litość, bo Murzyni jej nie znają. Kali bał się, że w ciemnościach i zamieszaniu trafi własnych ludzi, więc w końcu przestał strzelać. Chwycił miecz Gebhra i rzucił się z nim w środek wrogów.

Samburowie mogli teraz uciekać z gór do swoich granic tylko jednym szerokim wąwozem. Ale ten wąwóz zamknął Fumba ze swoimi wojownikami. Dlatego z całego wojska ocaleli tylko ci, którzy rzucili się na ziemię i dali się wziąć żywcem. A przecież wiedzieli, że czeka ich okrutna niewola albo nawet natychmiastowa śmierć z ręki zwycięzców. Mamba bronił się bohatersko, dopóki uderzenie maczugi nie strzaskało mu czaszki. Jego syn, młody Faru, wpadł w ręce Fumby. Fumba kazał go związać jako przyszłą ofiarę dziękczynną dla duchów, które przyszły mu z pomocą.

Staś nie pognał strasznego Kinga do bitwy. Pozwolił mu tylko ryczeć, żeby wrogowie bali się jeszcze bardziej. Sam też ani razu nie wystrzelił ze swojego sztucera do Samburów. Po pierwsze, kiedy wyjeżdżał z Lueli, obiecał małej Nel, że nikogo nie zabije. Po drugie, naprawdę nie miał ochoty zabijać ludzi, którzy ani jemu, ani Nel nie zrobili nic złego. Wystarczyło, że zapewnił Wa-himom zwycięstwo i uwolnił Fumbę oblężonego w wielkiej bomie. Wkrótce nadbiegł Kali z wiadomością o ostatecznym zwycięstwie. Staś rozkazał mu wtedy, żeby przerwano bitwę. Wrzała ona jeszcze w zaroślach i wśród skał, a przedłużała ją zawziętość starego Fumby.

Ale zanim Kali zdołał ją uspokoić, nastał dzień. Słońce, jak zwykle pod zwrotnikami, szybko wytoczyło się zza gór. Zalało jasnym światłem pole bitwy, na którym leżało przeszło dwieście trupów Samburów. Jedni byli przebici włóczniami, innych zmiażdżyły maczugi. Po pewnym czasie bitwa wreszcie ustała i tylko radosne wycie Wa-himów przerywało poranną ciszę. Wtedy znów zjawił się Kali. Miał jednak twarz tak przybitą i smutną, że już z daleka widać było, że spotkało go jakieś nieszczęście.

I rzeczywiście, stanął przed Stasiem, zaczął się bić pięściami po głowie i wołać żałośnie:

— O panie wielki — Fumba kufa! Fumba kufa (zabity)!

— Zabity? — powtórzył Staś.

Kali opowiedział, co się stało. Z jego słów wynikało, że wszystkiemu winna była tylko zawziętość Fumby. Kiedy bitwa już ustała, chciał jeszcze dobić dwóch Samburów i jeden z nich uderzył go włócznią.

Wiadomość w mgnieniu oka rozbiegła się między wszystkimi Wa-himami i wokół Kalego zebrał się tłum. Chwilę później sześciu wojowników przyniosło na włóczniach starego króla. Nie był zabity, ale ciężko ranny. Przed śmiercią chciał jeszcze zobaczyć potężnego pana, który siedział na słoniu i był prawdziwym zwycięzcą Samburu.

I rzeczywiście, w jego oczach ogromny podziw walczył z mrokiem, którym zasłaniała je śmierć. Jego pobladłe wargi, rozciągnięte przez pelele, szeptały cicho:

— Yancig! yancig!...

Ale zaraz potem głowa opadła mu do tyłu, usta otworzyły się szeroko — i umarł.

Kali, który go kochał, rzucił się z płaczem na jego piersi. Jedni wojownicy zaczęli bić się w głowy, drudzy wołać, że Kali jest królem, i „yancigować” na jego cześć. Niektórzy padli przed młodym władcą na twarze. Nikt się temu nie sprzeciwił, bo władza należała się Kalemu. Miał do niej prawo nie tylko jako najstarszy syn Fumby, ale też jako zwycięzca.

Tymczasem w bomie na szczycie góry, w chatach czarowników, rozległy się dzikie ryki złego Mzimu. Były takie same, jakie Staś słyszał w pierwszej wiosce murzyńskiej. Tym razem jednak nie były skierowane przeciw niemu, lecz domagały się śmierci jeńców za zabicie Fumby. Bębny zaczęły warczeć. Wojownicy ustawili się w długi szereg, po trzech ludzi obok siebie. Rozpoczęli taniec wojenny wokół Stasia, Kalego i trupa Fumby.

— Oa! oa! yah! yah! — powtarzały wszystkie głosy.

Głowy kiwały się równo w prawo i w lewo, błyszczały białka oczu, a ostrza dzid migotały w porannym słońcu.

Kali wstał, zwrócił się do Stasia i powiedział:

— Pan wielki przywieźć do bomy bibi i zamieszkać w chacie Fumby. Kali być królem Wa-himów, a pan wielki królem Kalego.

Staś skinął głową na znak zgody. Ale został jeszcze kilka godzin, bo i on, i King musieli odpocząć.

Wyjechał dopiero pod wieczór. Kiedy go nie było, ciała zabitych Samburu uprzątnięto i powrzucano do pobliskiej głębokiej przepaści. Nad przepaścią od razu zakłębiły się stada sępów. Czarownicy przygotowali pogrzeb Fumby, a Kali objął władzę jako jedyny pan życia i śmierci wszystkich poddanych.

— Czy wiesz, kto to jest Kali? — zapytał Staś dziewczynkę w drodze powrotnej z Lueli.

Nel spojrzała na niego ze zdziwieniem.

— To twój boy.

— Aha! boy! Kali to teraz król wszystkich Wa-himów.

Nel ogromnie ucieszyła się z tej wiadomości. Dawny niewolnik okrutnego Gebhra, a potem pokorny sługa Stasia, nagle został królem. Ta zmiana wydała jej się czymś nadzwyczajnym i zarazem strasznie zabawnym.

Linde mówił, że Murzyni są jak dzieci, które nie potrafią zapamiętać, co było wczoraj. Ale o Kalim nie było to prawdą. Kiedy tylko Staś i Nel stanęli u podnóża góry Boko, młody monarcha gorliwie wybiegł im naprzeciw. Powitał ich ze zwykłymi oznakami pokory i radości i powtórzył to, co powiedział już wcześniej:

— Kali być królem Wa-himów, a pan wielki królem Kalego.

I okazywał obojgu cześć prawie boską. Szczególnie przed Nel bił pokłony na oczach całego ludu. Wiedział bowiem z doświadczenia z podróży, że pan wielki dba o małą bibi bardziej niż o siebie samego.

Uroczyście wprowadził ich na szczyt, do stołecznej bomy, i oddał im chatę Fumby. Była ona podobna do wielkiej szopy podzielonej na kilka komór. Wa-himki, które przyszły razem z nimi z Lueli, nie mogły się napatrzeć na dobre Mzimu. Kali kazał im postawić w pierwszej komorze dzieże z miodem i kwaśnym mlekiem. Kiedy dowiedział się, że zmęczona drogą bibi zasnęła, nakazał wszystkim mieszkańcom jak najgłębszą ciszę. Za hałas groziła kara ucięcia języka. Ale postanowił uczcić gości jeszcze uroczyściej. Kiedy Staś po krótkim odpoczynku wyszedł przed szopę, Kali zbliżył się do niego. Złożył mu pokłon i powiedział:

— Jutro Kali kazać pochować Fumbę. I ściąć dla Fumby i dla Kalego tylu niewolników, ile obaj mają palców u rąk. Ale dla bibi i pana wielkiego Kali kazać ściąć Faru, syna Mamby, i wengi, wengi innych Samburów, których połapali Wa-himowie.

Staś zmarszczył brwi i zaczął patrzeć swoimi stalowymi oczami w oczy Kalego. Potem odpowiedział:

— Zakazuję ci tego zrobić.

— Panie — powiedział niepewnym głosem młody Murzyn — Wa-hima zawsze ścinać niewolników. Stary król umrzeć — ścinać; młody król nastać — ścinać. Gdyby Kali nie kazać ich ścinać, Wa-hima myśleliby, że Kali nie król.

Staś patrzył coraz surowiej.

— Więc co? — zapytał. — A ty niczego się nie nauczyłeś na Górze Lindego? Czy nie jesteś chrześcijaninem?

— Jestem, o panie wielki.

— Więc słuchaj! Wa-hima mają czarne mózgi, ale twój mózg powinien być biały. Skoro zostałeś ich królem, powinieneś dać im wiedzę. Naucz ich tego, czego nauczyłeś się ode mnie i od bibi. Oni są jak szakale i jak hieny — zrób z nich ludzi. Powiedz im, że nie wolno ścinać jeńców, bo za krew bezbronnych karze Wielki Duch. Do niego modlę się i ja, i bibi. Biali nie mordują niewolników, a ty chcesz być dla nich gorszy, niż był dla ciebie Gebhr — ty, chrześcijanin! Wstydź się, Kali! Zmień stare, obrzydliwe zwyczaje Wa-himów na dobre. Za to pobłogosławi cię Bóg, a bibi nie powie, że Kali jest dziki, głupi i zły Murzyn.

Okropne ryki w chatach czarowników zagłuszyły jego słowa. Staś machnął ręką i mówił dalej:

— Słyszę! To wasze złe Mzimu chce krwi i głów jeńców. Ale ty przecież wiesz, co to znaczy, i ciebie ono nie przestraszy. Więc powiem ci tak: weź bambus i idź do każdej z tych chat. Bij czarowników po skórze, dopóki nie zaczną ryczeć głośniej niż ich bębny. A bębny powyrzucaj na środek bomy, żeby wszyscy Wa-himowie zobaczyli i zrozumieli, jak te łotry ich oszukują. Powiedz też swoim głupim Wa-himom to, co sam ogłosiłeś ludziom M'Ruy. Tam, gdzie przebywa dobre Mzimu, nie wolno przelewać ludzkiej krwi.

Słowa Stasia widocznie przekonały młodego króla, bo spojrzał na niego trochę śmielej i powiedział:

— Kali wybić, ach, wybić czarowników! Wyrzucić bębny i powiedzieć Wa-himom, że tam gdzie jest dobre Mzimu, nie wolno nikogo zabić. Ale co Kali ma uczynić z Faru i Samburami, którzy zabili Fumbę?

Staś miał już wszystko przemyślane i czekał tylko na to pytanie. Odpowiedział natychmiast:

— Twój ojciec zginął i jego ojciec zginął, więc głowa za głowę. Zawrzesz z młodym Faru przymierze krwi. Potem Wa-hima i Samburu będą żyli w zgodzie, będą spokojnie uprawiali maniok i polowali. Opowiesz Faru o Wielkim Duchu, który jest ojcem wszystkich białych i czarnych ludzi. A Faru będzie cię kochał jak brata.

— Kali mieć teraz biały mózg! — odpowiedział młody Murzyn.

I na tym skończyła się rozmowa. Chwilę później znów rozległy się dzikie ryki, ale już nie złego Mzimu. Ryczeli obaj czarownicy, których Kali bił po skórze, ile wlazło. Wojownicy, którzy na dole wciąż otaczali Kinga ciasnym pierścieniem, co tchu przybiegli na górę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wkrótce przekonali się na własne oczy i z wyznań czarowników, jak jest naprawdę. Złe Mzimu, przed którym dotąd drżeli, to tylko wydrążony pień obciągnięty małpią skórą.

Młodemu Faru powiedziano, że nie zmiażdżą mu głowy na cześć dobrego Mzimu i „wielkiego pana”. Co więcej, Kali miał zjeść „kawałek” jego, a on „kawałek” Kalego. Faru nie chciał wierzyć własnym uszom. Potem dowiedział się, komu zawdzięcza życie. Położył się twarzą do ziemi przed wejściem do chaty Fumby. Leżał tak, dopóki Nel nie wyszła do niego i nie kazała mu wstać. Wtedy objął swoimi czarnymi dłońmi jej małą nóżkę i postawił ją na swojej głowie. Był to znak, że przez całe życie chce zostać jej niewolnikiem.

Wa-himowie bardzo się dziwili rozkazom młodego króla. Uważali jednak nieznanych gości za najpotężniejszych czarowników na świecie, więc nikt nie śmiał się sprzeciwić.

Starzy nie byli jednak zadowoleni z nowych zwyczajów. A dwaj czarownicy zrozumieli, że dobre czasy skończyły się dla nich raz na zawsze. W duszy poprzysięgli okropną zemstę królowi i przybyszom.

Tymczasem jednak uroczyście pochowano Fumbę u stóp skały pod bomą. Kali wbił na jego grobie krzyż z bambusów. Murzyni natomiast postawili tam kilka naczyń z pombe i z wędzonym mięsem, „aby nie dokuczał i nie straszył po nocy”.

Ciało Mamby oddano Samburom po zawarciu braterstwa krwi między Kalim a Faru.

### Słowniczek

- **pombe**: afrykańskie piwo.
- **węże ogniste**: race, czyli pociski, które lecą wysoko i świecą.
- **asagaje**: lekkie włócznie do rzucania.
- **pelele**: krążek noszony w wardze.
- **yancig**: okrzyk czci i powitania.
- **dzieże**: duże drewniane naczynia.
- **czarne mózgi**: (obraźliwe) słowa Stasia o ludziach, których uważa za niewykształconych.
- **Murzyn**: (stare, dziś obraźliwe) czarnoskóry człowiek.
- **bomy**: boma to płot z kolczastych gałęzi wokół obozu, a także umocniona wieś.
- **czarowników**: czarownik to człowiek, który twierdzi, że zna czary.
- **bębny**: instrumenty, w które uderza się rękami lub kijami.
- **maczugi**: ciężkie drewniane kije do walki.
- **ścinać**: zabijać człowieka przez odcięcie głowy.
- **wałami**: wał to wysoki nasyp z ziemi wokół wsi lub fortecy.
- **ryki**: bardzo głośne, dzikie krzyki.

## Rozdział XLII

— Nel, potrafisz wyliczyć nasze podróże od Fajumu? — zapytał Staś.

— Potrafię.

Dziewczynka podniosła brwi i zaczęła liczyć na paluszkach.

— Zaraz. Od Fajumu do Chartumu — to jedna. Od Chartumu do Faszody — to druga. Od Faszody do tego wąwozu, w którym znaleźliśmy Kinga — to trzecia. A od Góry Lindego do jeziora — to czwarta.

— Tak. Chyba nie ma na świecie drugiej muchy, która przeleciałaby taki kawał Afryki.

— Ładnie by ta mucha wyglądała bez ciebie!

A on zaczął się śmiać.

— Mucha na słoniu! Mucha na słoniu!

— Ale nie tse-tse? prawda, Stasiu? nie tse-tse?

— Nie — odpowiedział. — Taka sobie dosyć miła mucha!

Nel, zadowolona z pochwały, otarła nosek o jego ramię. Potem zapytała:

— A kiedy pojedziemy w piątą podróż?

— Kiedy ty odpoczniesz, a ja nauczę trochę strzelać tych ludzi, których obiecał nam dać Kali.

— I długo będziemy jechali?

— Oj! długo, Nel, długo! Kto wie, czy to nie będzie najdłuższa droga.

— Ale ty sobie poradzisz jak zawsze!

— Muszę.

I rzeczywiście, Staś radził sobie, jak mógł, ale ta piąta podróż wymagała wielu przygotowań. Mieli znów wejść w nieznane krainy, w których groziło wiele niebezpieczeństw. Chłopiec chciał więc zabezpieczyć się przed nimi lepiej niż poprzednio. Dlatego uczył strzelać z remingtonów czterdziestu młodych Wa-himów. Mieli oni stanowić główną siłę zbrojną i jakby gwardię Nel. Więcej strzelców nie mógł mieć, bo King przydźwigał tylko dwadzieścia pięć karabinów, a na koniach przyjechało piętnaście.

Resztę armii mieli stanowić Wa-himowie i Samburowie uzbrojeni we włócznie i łuki, po stu z każdego ludu. Samburów obiecał dostarczyć Faru. Dzięki nim znikały wszystkie trudności podróży przez rozległą i bardzo dziką krainę plemion Samburu. Staś myślał o tym nie bez pewnej dumy. Uciekł przecież w czasie podróży z Faszody tylko z Nel i dwojgiem Murzynów, bez żadnych środków. A teraz mógł przyjść nad brzeg oceanu na czele dwustu zbrojnych ludzi, ze słoniem i końmi. Wyobrażał sobie, co powiedzą na to Anglicy, którzy tak wysoko cenią zaradność. Ale przede wszystkim myślał o tym, co powie jego ojciec i pan Rawlison. Ta myśl osładzała mu wszystkie trudy.

A jednak wcale nie był spokojny o los swój i Nel. Dobrze! Pewnie łatwo przejdzie przez ziemie Wa-himów i Samburów, ale co potem? Na jakie plemiona jeszcze trafi, do jakich okolic wejdzie i ile drogi mu zostanie? Wskazówki Lindego były zbyt ogólne. Stasia bardzo martwiło to, że właściwie nie wiedział, gdzie jest. Na mapach, z których uczył się geografii, ta część Afryki wyglądała bowiem zupełnie jak biała kartka.

Nie miał też żadnego pojęcia, czym właściwie jest jezioro Bassa-Narok i jak jest wielkie. Był na jego południowym końcu, gdzie woda mogła mieć kilkanaście kilometrów szerokości. Ale jak daleko jezioro ciągnęło się na północ, tego nie umieli mu powiedzieć ani Wa-himowie, ani Samburowie. Kali znał jako tako język ki-swahili, ale na wszystkie pytania odpowiadał tylko: „Bali! bali!”, co znaczy: daleko! daleko! Nic więcej Staś nie zdołał z niego wydobyć.

Góry, które zamykały widnokrąg na północy, wydawały się dość bliskie. Dlatego przypuszczał, że jest to niezbyt duże górskie jezioro, jakich wiele jest w Afryce. Kilka lat później okazało się, jak ogromny popełnił błąd. Na razie jednak nie chodziło mu tak bardzo o dokładne poznanie Bassa-Narok. Chciał przede wszystkim wiedzieć, czy nie wypływa z niego jakaś rzeka, która potem wpada do oceanu. Samburowie, poddani Faru, twierdzili, że na wschód od ich kraju leży wielka pustynia bez wody, której nikt jeszcze nie przeszedł.

Staś znał Murzynów z opowiadań podróżników, z przygód Lindego, a częściowo także z własnych doświadczeń. Wiedział, że gdy zaczną się niebezpieczeństwa i trudy, wielu jego ludzi ucieknie z powrotem do domu. A może nie zostanie mu żaden. Znalazłby się wtedy wśród puszcz i pustyń tylko z Nel, z Meą i małym Nasibu. Przede wszystkim jednak rozumiał, że brak wody natychmiast rozproszyłby karawanę. Dlatego tak uparcie dopytywał się o rzekę. Gdyby szli wzdłuż niej, uniknęliby tych okropności, które czekają podróżników w okolicach bez wody.

Ale Samburowie nie umieli mu powiedzieć nic pewnego. Sam zaś nie mógł sobie pozwolić na dłuższą wycieczkę wzdłuż wschodniego brzegu jeziora, bo inne zajęcia zatrzymywały go w Boko. Obliczył, że latawce puszczane z Góry Lindego i z murzyńskich wiosek po drodze prawdopodobnie nie przeleciały przez szczyty wokół Bassa-Narok. Dlatego trzeba było robić i puszczać nowe. Dopiero te wiatr mógł zanieść daleko nad płaską pustynią, może aż do oceanu.

Tej pracy musiał pilnować osobiście. Nel bowiem świetnie umiała kleić latawce, a Kali nauczył się je puszczać. Ale żadne z nich nie potrafiło napisać na nich tego wszystkiego, co należało napisać. Staś uważał, że jest to sprawa wielkiej wagi i że w żadnym razie nie wolno jej zaniedbać.

Te prace zajęły mu tyle czasu, że karawana była gotowa do drogi dopiero po trzech tygodniach. W przeddzień wyruszenia, które wyznaczono na świt, młody król Wa-himów stanął przed Stasiem. Skłonił mu się głęboko i powiedział:

— Kali pójść z panem i z bibi aż do wody, po której pływają wielkie pirogi białych ludzi.

Ten dowód przywiązania wzruszył Stasia. Uważał jednak, że nie ma prawa zabierać chłopca w tak ogromną podróż. Powrót z niej był dla niego bardzo niepewny.

— Dlaczego chcesz iść z nami? — zapytał.

— Kali kochać pana wielkiego i bibi.

Staś położył mu dłoń na wełnistej głowie.

— Wiem, Kali, jesteś poczciwy i dobry chłopiec. Ale co się stanie z twoim królestwem i kto będzie rządził za ciebie Wa-himami?

— M'Tana, brat matki Kalego.

Staś wiedział, że między Murzynami też toczą się walki o władzę i że władza kusi ich tak samo jak białych. Pomyślał chwilę i powiedział:

— Nie, Kali. Nie mogę cię zabrać. Musisz zostać z Wa-himami, żeby zrobić z nich dobrych ludzi.

— Kali do nich powrócić.

— M'Tana ma wielu synów. Co będzie, jeśli zechce sam być królem i zostawić królestwo swoim synom? A jeśli namówi Wa-himów, żeby cię wypędzili?

— M'Tana dobry. On tego nie zrobić.

— Ale jeżeli zrobi?

— To Kali pójść znów nad wielką wodę, do pana wielkiego i bibi.

— Nas już tam nie będzie.

— To Kali siąść nad wodą i z żalu płakać.

Mówiąc to, założył ręce na głowę, a po chwili wyszeptał:

— Kali bardzo kochać pana wielkiego i bibi — bardzo.

I dwie wielkie łzy zaświeciły mu w oczach.

Staś nie wiedział, co zrobić. Żal mu było Kalego, ale nie zgodził się od razu na jego prośbę. Niebezpieczny był już sam powrót. Ale Staś rozumiał też coś jeszcze. Jeśli M'Tana lub czarownicy zbuntują Murzynów, chłopcu będzie groziło nie tylko wypędzenie z kraju, ale i śmierć.

— Lepiej będzie dla ciebie zostać — powiedział. — O wiele lepiej!

Ale kiedy to mówił, weszła Nel. Przez cienką matę, która dzieliła komory, doskonale słyszała całą rozmowę. Zobaczyła łzy w oczach Kalego i zaczęła ścierać je paluszkami z jego rzęs. Potem zwróciła się do Stasia.

— Kali pójdzie z nami — powiedziała bardzo stanowczo.

— Oho! — odpowiedział Staś trochę urażony. — To nie zależy od ciebie.

— Kali pójdzie z nami — powtórzyła.

— Albo nie pójdzie.

Nagle tupnęła nóżką.

— Ja chcę!

I sama rozpłakała się z całego serca.

Staś spojrzał na nią z największym zdziwieniem. Jakby nie rozumiał, co się stało tej zawsze dobrej i łagodnej dziewczynce. Ale zobaczył, że wsadziła obie piąstki w oczy, a otwartymi ustami łapie powietrze jak ptaszek. Zaczął więc wołać w wielkim pośpiechu:

— Kali pójdzie z nami! pójdzie! pójdzie! Czemu płaczesz? Jaka nieznośna! Pójdzie! A to mnie urządziła! pójdzie — słyszysz?

I tak się stało. Staś aż do wieczora wstydził się swojej słabości dla dobrego Mzimu. A dobre Mzimu postawiło na swoim i było tak ciche, łagodne i posłuszne jak zawsze.

### Słowniczek

- **tse-tse**: mucha, która zabija konie i bydło.
- **remingtonów**: amerykańskich karabinów.
- **gwardię**: wybranych żołnierzy, którzy chronią ważną osobę.
- **latawce**: zabawki, które latają na sznurku.
- **ki-swahili**: język, którym mówi się w Afryce Wschodniej.
- **Bali**: daleko.
- **pirogi**: wąskie łodzie.
- **Murzynów**: (stare, dziś obraźliwe) czarnoskórych ludzi.
- **widnokrąg**: linia, gdzie ziemia spotyka się z niebem.
- **przydźwigał**: z trudem przyniósł coś ciężkiego.
- **włócznie**: długie kije z ostrym końcem, broń do walki.
- **zaradność**: umiejętność radzenia sobie w trudnych sprawach.
- **osładzała**: czyniła coś przyjemniejszym, łatwiejszym do zniesienia.
- **rozproszyłby**: sprawiłby, że ludzie rozeszliby się w różne strony.
- **urządziła**: (potocznie, tutaj) postawiła mnie w trudnej sytuacji i zmusiła do ustępstwa.

## Rozdział XLIII

Karawana ruszyła następnego dnia o świcie. Młody Murzyn był wesoły, mała despotka nadal łagodna i posłuszna, a Staś pełen energii i nadziei. Szło z nimi stu Samburów i stu Wa-himów. Czterdziestu z tych ostatnich miało remingtony i umiało z nich jako tako strzelać. Biały wódz ćwiczył ich w tym przez trzy tygodnie. Wiedział wprawdzie, że w razie potrzeby narobią dużo więcej hałasu niż szkody. Ale myślał, że w spotkaniach z dzikimi hałas znaczy nie mniej niż kula, i był zadowolony ze swojej gwardii.

Wzięto wielkie zapasy manioku i dużo wędzonego mięsa. Wzięto też placki z wielkich, tłustych białych mrówek, które starannie wysuszono i zmielono na mąkę. Z karawaną szło kilkanaście kobiet. Niosły różne dobre rzeczy dla Nel i worki ze skór antylop na wodę. Staś pilnował porządku z wysokości grzbietu Kinga i wydawał rozkazy. Robił to może nie tyle dlatego, że były potrzebne, ile dlatego, że upajała go rola wodza. Z dumą patrzył na swoją małą armię.

„Gdybym chciał — mówił sobie — mógłbym tu zostać królem nad wszystkimi ludami Doko, tak jak Beniowski na Madagaskarze!”

Przez głowę przeleciała mu myśl, czy nie byłoby dobrze kiedyś tu wrócić. Mógłby podbić wielki obszar kraju, ucywilizować Murzynów i założyć w tych stronach nową Polskę. Albo nawet ruszyć kiedyś na czele wyćwiczonych czarnych wojsk do starej Polski. Czuł jednak, że w tej myśli jest coś śmiesznego. Wątpił też, czy ojciec pozwoliłby mu grać w Afryce rolę Aleksandra Macedońskiego. Dlatego nie powiedział o swoich planach Nel, która była pewnie jedyną osobą na świecie gotową je pochwalić.

Zresztą przed podbojem tych okolic Afryki trzeba było przede wszystkim się z nich wydostać. Zajął się więc bliższymi sprawami. Karawana rozciągnęła się w długi sznur. Staś siedział na karku Kinga i postanowił jechać na jej końcu, żeby mieć wszystko i wszystkich przed oczami.

Ludzie przechodzili koło niego jeden za drugim. Wtedy zauważył nie bez zdziwienia dwóch czarowników, M'Kunjego i M'Puę, tych samych, których Kali wybił. Należeli do karawany i z pakunkami na głowach szli razem z innymi.

Zatrzymał ich więc i zapytał:

— Kto wam kazał iść?

— Król — odpowiedzieli obaj, pokornie się kłaniając.

Spod tej pokory ich oczy błyszczały tak dziko, a twarze były tak złe, że Staś chciał ich od razu odpędzić. Nie zrobił tego tylko dlatego, że nie chciał podważać powagi Kalego.

Od razu jednak go zawołał.

— Czy to ty kazałeś czarownikom iść z nami? — zapytał.

— Kali kazać, albowiem Kali jest mądry.

— Więc pytam jeszcze raz, dlaczego twoja mądrość nie zostawiła ich w domu?

— Bo gdyby M'Kunje i M'Pua zostawić, wówczas obaj namawiać by Wa-himów, żeby Wa-himowie zabić Kalego po powrocie. Ale jeśli oni iść z nami, Kali na nich patrzeć i pilnować.

Staś pomyślał chwilę i powiedział:

— Może masz rację. Ale uważaj na nich pilnie dzień i noc, bo źle im patrzy z oczu.

— Kali mieć bambus — odpowiedział młody Murzyn.

Karawana ruszyła. W ostatniej chwili Staś rozkazał, żeby gwardia z remingtonami szła na końcu pochodu. Byli to bowiem ludzie przez niego wybrani i najpewniejsi. Ćwiczenia z bronią trwały dość długo, więc do pewnego stopnia przywiązali się do swojego młodego wodza. Jako ludzie najbliżsi jego dostojnej osoby, uważali się też za kogoś lepszego od innych. Teraz mieli czuwać nad całą karawaną i łapać tych, którzy chcieliby uciec. Łatwo było przewidzieć, że gdy zaczną się trudy i niebezpieczeństwa, znajdą się także uciekinierzy.

Ale pierwszego dnia wszystko szło jak najlepiej. Murzyni nieśli ciężary na głowach. Każdy miał włócznię i kilka mniejszych dzirytów, czyli tak zwanych asagai. Szli przez dżunglę, rozciągnięci długim wężem. Przez jakiś czas posuwali się południowym brzegiem jeziora, po równinie. Ale jezioro ze wszystkich stron otaczały wysokie szczyty, więc kiedy skręcili na wschód, musieli wspinać się pod górę.

Starzy Samburowie, którzy znali te strony, mówili, że karawana będzie musiała przejść wysokie przełęcze. Leżały one między górami, które nazywali Kullal i Inro. Potem miała wejść do krainy Ebene, położonej na południe od Borani. Staś rozumiał, że nie można iść prosto na wschód. Pamiętał bowiem, że Mombassa leży o kilka stopni za równikiem, a więc znacznie na południe od tego nieznanego jeziora. Miał jednak kilka kompasów po Lindem i nie bał się, że zgubi właściwą drogę.

Pierwszy nocleg wypadł im na lesistej wyżynie. Kiedy zrobiło się ciemno, zapłonęło kilkadziesiąt ognisk. Murzyni piekli przy nich suszone mięso i jedli palcami z naczyń ciasto z korzeni manioku. Kiedy zaspokoili głód i pragnienie, opowiadali sobie nawzajem, dokąd prowadzi ich bwana kubwa i co za to od niego dostaną. Niektórzy śpiewali, siedząc w kucki i grzebiąc w ogniu. Wszyscy gadali tak długo i tak głośno, że Staś musiał w końcu nakazać ciszę, żeby Nel mogła spać.

Noc była bardzo chłodna. Ale następnego dnia, gdy tylko pierwsze promienie słońca oświetliły okolicę, od razu zrobiło się cieplej. O wschodzie słońca mali podróżni zobaczyli dziwny widok. Zbliżali się właśnie do jeziorka szerokiego na dwa kilometry. Była to raczej wielka kałuża, którą deszcze utworzyły w górskiej kotlinie. Staś siedział razem z dziewczynką na Kingu i oglądał okolicę przez lunetę. Nagle zawołał:

— Patrz, Nel, słonie idą do wody.

I rzeczywiście, w odległości pół kilometra widać było małe stado. Pięć zwierząt zbliżało się powoli do jeziorka, jedno za drugim.

— To jakieś dziwne słonie — powiedział Staś, nadal bardzo uważnie im się przyglądając. — Są mniejsze od Kinga, uszy też mają o wiele mniejsze i wcale nie widzę kłów.

Tymczasem słonie weszły do wody. Nie zatrzymały się jednak przy brzegu, jak zwykle robił King, i nie zaczęły się polewać trąbami. Szły ciągle naprzód i zanurzały się coraz głębiej. W końcu tylko ich czarne grzbiety wystawały nad wodą, podobne do odłamków skał.

— Co to jest? Nurkują! — zawołał Staś.

Karawana podeszła znacznie bliżej i wreszcie stanęła tuż nad brzegiem. Staś zatrzymał ją i zaczął patrzeć z ogromnym zdumieniem to na Nel, to na jezioro.

Słoni już prawie nie było widać. Na gładkiej tafli wody można było jednak nawet gołym okiem zobaczyć pięć jakby okrągłych czerwonych kwiatów. Wystawały nad powierzchnię i lekko się kołysały.

— One stoją na dnie, a to końce trąb — odezwał się Staś, nie wierząc własnym oczom.

Potem zawołał Kalego:

— Kali! widziałeś?

— Tak, panie, Kali widzieć, to są słonie wodne — odpowiedział spokojnie młody Murzyn.

— Słonie wodne?

— Kali widzieć je nieraz.

— I one żyją w wodzie?

— W nocy wychodzić w dżunglę i paść się, a w dzień mieszkać w jeziorze, tak jak kiboko (hipopotamy). One wyjść dopiero po zachodzie słońca.

Staś długo nie mógł wyjść ze zdziwienia. Gdyby nie spieszył się w drogę, zatrzymałby karawanę aż do wieczora, żeby lepiej przyjrzeć się tym niezwykłym zwierzętom. Ale przyszło mu do głowy, że słonie mogą wyjść z wody po przeciwnej stronie jeziora. A nawet gdyby wyszły bliżej, trudno byłoby dokładnie obejrzeć je po ciemku.

Dał więc znak do odjazdu, ale po drodze mówił do Nel:

— No! Widzieliśmy coś, czego nie widziały nigdy oczy żadnego Europejczyka. I wiesz, co myślę? Jeśli szczęśliwie dojdziemy do oceanu, to nikt nam nie uwierzy, gdy powiem, że w Afryce są słonie wodne.

— A gdybyś jednego z nich złapał i zabrał z nami do oceanu? — powiedziała Nel. Była jak zawsze przekonana, że Staś wszystko potrafi.

### Słowniczek

- **despotka**: osoba, która chce, żeby wszystko było tak, jak ona każe.
- **gwardia**: wybrani żołnierze, którzy chronią ważną osobę.
- **manioku**: rośliny o jadalnych korzeniach.
- **asagai**: lekkich włóczni do rzucania.
- **przełęcze**: niskie miejsca między górami, przez które można przejść.
- **lunetę**: przyrząd, przez który widać daleko.
- **kiboko**: hipopotam.
- **bwana kubwa**: wielki pan (w języku ki-swahili).
- **Beniowski**: polski podróżnik, który według opowieści był władcą na Madagaskarze.
- **zmielono**: rozdrobniono na proszek.
- **wędzonego**: suszonego w dymie, żeby się nie psuło.
- **upajała**: dawała wielką radość, jak mocny napój.
- **ucywilizować**: nauczyć życia tak, jak żyją Europejczycy.
- **czarowników**: ludzi, którzy twierdzą, że znają czary.
- **podbojem**: zdobyciem kraju siłą.

## Rozdział XLIV

Po dziesięciu dniach drogi karawana przeszła wreszcie górskie przełęcze i weszła do innego kraju. Była to rozległa równina, przeważnie płaska, tylko gdzieniegdzie z niewielkimi wzgórzami. Roślinność zmieniła się zupełnie. Nie było już wielkich drzew, które stały pojedynczo lub po kilka nad falującymi wysokimi trawami. Tylko z rzadka, daleko od siebie, sterczały akacje. Jedne wydawały gumę i miały pnie w kolorze koralu, inne były podobne do parasoli. Liści miały jednak mało i dawały niewiele cienia.

Między kopcami termitów tu i tam strzelała w górę euforbia, z gałęziami podobnymi do ramion świecznika. Pod niebem krążyły sępy. Niżej z akacji na akację przelatywały ptaki podobne do kruków, o czarno-białych piórach. Trawy były żółte i w kłosach, jak dojrzałe żyto. A jednak ta sucha dżungla widocznie dawała dużo pożywienia wielkiej liczbie zwierząt. Kilka razy dziennie podróżni spotykali bowiem duże stada antylop gnu, bubalów, a szczególnie zebr. Upały na otwartej równinie bez drzew stały się nie do zniesienia. Niebo było bez chmur, dni męczące, a noce przynosiły niewiele odpoczynku.

Podróż z każdym dniem stawała się trudniejsza. W wioskach, na które trafiała karawana, mieszkali bardzo dzicy ludzie. Przyjmowali ją ze strachem, ale przeważnie niechętnie. Na szczęście pagazich było wielu i mieli broń, a miejscowi widzieli też białe twarze, Kinga i Sabę. Gdyby nie to, podróżnym groziłoby wielkie niebezpieczeństwo.

Z pomocą Kalego Staś zdołał się dowiedzieć, że dalej nie ma już żadnych wiosek i że kraj jest bez wody. Trudno było w to uwierzyć, bo liczne stada, które spotykali, musiały gdzieś pić. Ale opowieści o pustyni, w której nie ma ani rzek, ani kałuż, przestraszyły Murzynów. Zaczęły się ucieczki. Pierwsi dali przykład M'Kunje i M'Pua. Na szczęście wcześnie zauważono ich ucieczkę i konny pościg złapał ich niedaleko obozu. Kiedy ich przyprowadzono, Kali za pomocą bambusa wyjaśnił im, jak niewłaściwie postąpili.

Staś zebrał wszystkich pagazich i przemówił do nich, a młody Murzyn tłumaczył jego słowa na miejscowy język. Na poprzednim postoju lwy ryczały całą noc wokół obozu i Staś z tego skorzystał. Starał się przekonać swoich ludzi, że kto ucieknie, ten na pewno stanie się zdobyczą lwów. A gdyby nawet nocował na akacjach, znajdzie tam jeszcze straszniejsze wobo. Potem mówił, że gdzie żyją antylopy, tam musi być też woda. A jeśli dalej będą okolice bez wody, można przecież nabrać jej na dwa, trzy dni w worki ze skór antylop.

Murzyni słuchali go i co chwila powtarzali jedni drugim: „O matko, jakaż to prawda!” Ale następnej nocy uciekło pięciu Samburów i dwóch Wa-himów, a potem co noc kogoś ubywało.

M'Kunje i M'Pua nie próbowali jednak szczęścia drugi raz. Powód był prosty: Kali codziennie po zachodzie słońca kazał ich wiązać.

Kraj stawał się jednak coraz bardziej suchy, a słońce bez litości wypalało dżunglę. Nie było widać nawet akacji. Stada antylop ciągle się pojawiały, ale mniejsze. Osioł i konie znajdowały jeszcze dość pożywienia. W wielu miejscach pod wysoką wyschniętą trawą rosła bowiem niższa, bardziej zielona i mniej sucha. Ale King, chociaż nie wybrzydzał, schudł. Kiedy trafił na akację, łamał ją głową i starannie zjadał liście i strąki, nawet zeszłoroczne.

Karawana trafiała dotąd codziennie na wodę, ale często złą, którą trzeba było filtrować. Czasem była to słona woda, której w ogóle nie można było pić. Potem zdarzyło się kilka razy, że ludzie wysłani przez Stasia naprzód wracali pod wodzą Kalego z niczym. Nie znaleźli ani kałuży, ani strumienia ukrytego w szczelinie ziemi. Kali z zatroskaną miną mówił wtedy: „Madi apana” (nie ma wody).

Staś zrozumiał, że ta ostatnia wielka podróż wcale nie będzie łatwiejsza od poprzednich. Zaczął się niepokoić o Nel, bo i ona się zmieniła. Jej twarzyczka nie opalała się na słońcu i wietrze, lecz z każdym dniem stawała się bledsza. Oczy traciły zwykły blask. Na suchej równinie nie było wprawdzie komarów, więc febra jej nie groziła. Ale widać było, że straszne upały niszczą siły dziewczynki. Chłopiec patrzył teraz z litością i strachem na jej małe rączki, które zrobiły się białe jak papier. Gorzko sobie wyrzucał, że stracił zbyt wiele czasu na przygotowania i ćwiczenia Murzynów w strzelaniu. Przez to wystawił ją na podróż w tak gorącej porze roku.

Wśród tych obaw mijał dzień za dniem. Słońce wypijało z ziemi wilgoć i życie coraz chciwiej i bezlitośniej. Trawy skurczyły się i wyschły tak bardzo, że kruszyły się pod nogami antylop. Nawet małe stada wzbijały w biegu tumany kurzu.

Podróżni trafili jednak jeszcze raz na rzeczkę. Poznali ją z daleka po długich szeregach drzew, które rosły nad jej brzegami. Murzyni pobiegli do drzew, ścigając się ze sobą. Dopadli brzegu i położyli się na nim jeden obok drugiego. Zanurzali głowy i pili tak chciwie, że przestali dopiero wtedy, gdy krokodyl chwycił jednego z nich za rękę.

Inni rzucili się na pomoc towarzyszowi i w jednej chwili wyciągnęli z wody wstrętnego gada. Nie chciał on jednak puścić ręki człowieka, chociaż otwierali mu paszczę dzidami i nożami. Sprawę zakończył dopiero King. Postawił na nim nogę i rozgniótł go tak łatwo, jakby to był zgniły grzyb.

Kiedy ludzie wreszcie ugasili pragnienie, Staś kazał zrobić na płytkiej wodzie okrągłą zagrodę z wysokich bambusów. Miała tylko jedno wejście od strony brzegu. W niej Nel mogła się wykąpać zupełnie bezpiecznie. A mimo to postawił jeszcze przy wejściu Kinga. Kąpiel ogromnie odświeżyła dziewczynkę, a odpoczynek przywrócił jej trochę sił.

Bwana kubwa postanowił zostać przy tej wodzie przez dwa dni, ku wielkiej radości całej karawany i Nel. Na tę wiadomość ludzie wpadli w doskonały humor i od razu zapomnieli o trudach. Po śnie i posiłku niektórzy Murzyni zaczęli chodzić między drzewami nad rzeką. Szukali palm z dzikimi daktylami i tak zwanych łez Hioba, z których robi się naszyjniki. Kilku z nich wróciło do obozu przed zachodem słońca. Nieśli jakieś kwadratowe białe przedmioty, w których Staś poznał swoje własne latawce.

Jeden z tych latawców miał numer 7. To dowodziło, że puszczono go jeszcze z Góry Lindego, bo dzieci puściły stamtąd kilkadziesiąt latawców. Staś ogromnie się ucieszył z tego widoku i nabrał otuchy.

— Nie spodziewałem się — mówił do Nel — że latawce mogą przelecieć taką odległość. Byłem pewny, że zostaną na szczytach Karamojo, i puszczałem je tylko na wszelki wypadek. Ale teraz widzę, że wiatr może je zanieść, dokąd chce. Mam nadzieję, że te, które wysłaliśmy z gór wokół Bassa-Narok i teraz z drogi, dolecą aż do oceanu.

— Dolecą na pewno — odpowiedziała Nel.

— Daj Boże! — powiedział chłopiec, myśląc o niebezpieczeństwach i trudach dalszej podróży.

Karawana ruszyła znad rzeczki trzeciego dnia, z wielkimi zapasami wody w skórzanych workach. Zanim nadszedł wieczór, znów weszli w okolicę spaloną przez słońce. Nie rosły tu nawet akacje, a ziemia w niektórych miejscach była łysa jak klepisko. Czasem tylko spotykali passiflory. Ich pnie, wgłębione w ziemię, były podobne do potwornych dyń i miały do dwóch łokci średnicy. Z tych olbrzymich kul wyrastały cienkie jak sznurki liany. Pełzły po ziemi i pokrywały ogromne przestrzenie. Tworzyły taką gęstwinę, że nawet myszom trudno byłoby się przez nią przedostać. Rośliny te miały piękny zielony kolor i przypominały europejski ostrokrzew. Ale było w nich tyle kolców, że ani King, ani konie nie mogły się nimi pożywić. Skubał je tylko osioł, i to ostrożnie.

Czasem jednak przez kilka mil angielskich nie widzieli nic oprócz szorstkiej, krótkiej trawy i niskich roślin podobnych do nieśmiertelników. Kruszyły się, gdy się ich dotknęło. Po pierwszym noclegu przez cały następny dzień z nieba leciał żywy ogień. Powietrze drgało jak na Pustyni Libijskiej. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Ziemia była tak zalana światłem, że wszystko wydawało się białe. Żaden głos, nawet brzęczenie owadów, nie przerywał tej śmiertelnej ciszy, pełnej groźnego blasku.

Ludzie ociekali potem. Czasem składali w jedną wielką kupę pakunki z suszonym mięsem i tarcze, żeby znaleźć pod nimi trochę cienia. Staś kazał oszczędzać wodę, ale Murzyni są jak dzieci, które nie myślą o jutrze. W końcu trzeba było otoczyć strażą tych, którzy nieśli zapasowe worki. Wodę wydzielano teraz każdemu osobno. Kali robił to bardzo sumiennie, ale zabierało to ogromnie dużo czasu. Opóźniało to marsz, a więc i znalezienie nowego wodopoju.

Samburowie narzekali przy tym, że więcej wody dostają Wa-himowie, a Wa-himowie, że Samburowie. Ci ostatni zaczęli grozić, że wrócą. Ale Staś zapowiedział im, że Faru każe im poucinać głowy. Polecił też wystąpić swoim strzelcom z remingtonami i kazał nikogo nie wypuszczać.

Drugi nocleg wypadł na gołej równinie. Nie budowano bomy, czyli, jak mówią w Sudanie, zeriby, bo nie było z czego. Obozu strzegli King i Saba. Taka straż wystarczała. Ale King dostał dziesięć razy mniej wody, niż potrzebował, i trąbił o nią aż do wschodu słońca. Saba wywiesił język i patrzył na Stasia i Nel z niemą prośbą choćby o jedną kroplę. Dziewczynka chciała, żeby Staś dał mu trochę wody z gumowej flaszki. Flaszkę tę dostał po Lindem i nosił ją na sznurku przez ramię. Ale chował te resztki dla małej na czarną godzinę, więc odmówił.

Czwartego dnia pod wieczór zostało już tylko pięć niewielkich worków z wodą. Na jednego człowieka przypadało niecałe pół kieliszka. Noce są jednak chłodniejsze od dni i pragnienie mniej wtedy dokucza niż w palącym słońcu. Ludzie dostali też rano po niewielkiej ilości wody. Dlatego Staś kazał zachować te worki na następny dzień. Murzyni szemrali przeciw temu rozkazowi, ale wciąż za bardzo bali się Stasia. Nie śmieli więc rzucić się na ostatni zapas. Stanęło też przy nim na straży dwóch ludzi z remingtonami, którzy mieli się zmieniać co godzinę.

Wa-himowie i Samburu oszukiwali pragnienie. Wyrywali źdźbła nędznych traw i żuli ich korzonki. Ale prawie nie było w nich wilgoci, bo bezlitosne słońce wypiło ją nawet z głębi ziemi.

Sen nie gasił pragnienia, ale pozwalał przynajmniej o nim zapomnieć. Kiedy więc nastała noc, ludzie zmęczeni całodziennym marszem padali jak nieżywi tam, gdzie stali, i zasypiali głęboko. Staś też zasnął. Ale miał w duszy zbyt wiele trosk i niepokoju, żeby spać spokojnie i długo. Po kilku godzinach obudził się i zaczął myśleć o tym, co będzie dalej. Skąd wziąć wodę dla Nel i całej karawany, dla ludzi i zwierząt?

Położenie było ciężkie, a nawet może straszne, ale zaradny chłopak jeszcze się nie poddawał. Zaczął sobie przypominać wszystko, od porwania z Fajumu aż do tej chwili. Pierwszą olbrzymią podróż przez Saharę, huragan na pustyni, próby ucieczki, Chartum, Mahdiego, Faszodę. Potem wyrwanie się z rąk Gebhra i dalszą drogę po śmierci Lindego. Aż do jeziora Bassa-Narok i do tego miejsca, w którym teraz nocowali.

„Tyle przeszliśmy, tyle wycierpieliśmy — mówił sobie. — Tak często wydawało mi się, że wszystko przepadło i że nie znajdę żadnej rady. A jednak Bóg mi pomógł i zawsze znalazłem radę. To przecież niemożliwe, żebyśmy po takiej drodze i tylu strasznych niebezpieczeństwach zginęli w ostatniej podróży. Teraz jest jeszcze trochę wody. A ta okolica to przecież nie Sahara, bo gdyby tak było, ludzie by o niej wiedzieli.”

Nadzieję dawało mu głównie to, że w ciągu dnia zobaczył przez lunetę na południowym wschodzie jakieś mgliste kształty, jakby góry. Do gór były może setki mil angielskich, a może więcej. Gdyby udało się do nich dotrzeć, byliby ocaleni, bo w górach rzadko brakuje wody. Nie umiał jednak obliczyć, ile potrzeba na to czasu, bo to zależało od wysokości gór. W tak przezroczystym powietrzu jak afrykańskie wysokie szczyty widać z ogromnej odległości. Trzeba więc było znaleźć wodę wcześniej. Inaczej groziła im zguba.

„Trzeba” — powtarzał sobie Staś.

Co chwila przerywał mu rozmyślania chrapliwy oddech słonia, który wydmuchiwał z płuc gorąco, jak mógł. Ale po pewnym czasie wydało mu się, że słyszy jakby stękanie. Dochodziło z innej strony obozu, z tej, gdzie leżały worki z wodą, przykryte na noc trawą. Jęki powtórzyły się kilka razy, więc wstał, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. Poszedł do kępy, która była kilkadziesiąt kroków od namiotu. Noc była tak jasna, że już z daleka zobaczył dwa ciemne ciała obok siebie. Dwie lufy remingtonów błyszczały w świetle księżyca.

„Murzyni zawsze są tacy sami! — pomyślał. — Mieli pilnować tej wody, droższej teraz dla nas niż wszystko na świecie, a obaj zasnęli jak we własnych chatach. Ach! bambus Kalego będzie miał jutro dobrą robotę.”

Podszedł i trącił nogą jednego ze strażników, ale natychmiast cofnął się z przerażeniem.

Murzyn, który wydawał się spać, leżał na plecach z nożem wbitym po rękojeść w gardło. Obok leżał drugi, z szyją tak strasznie przeciętą, że głowa była prawie oddzielona od tułowia.

Dwa worki z wodą zniknęły. Trzy inne leżały wśród rozrzuconej trawy, rozcięte i zapadnięte.

Staś poczuł, że włosy stają mu na głowie.

### Słowniczek

- **pagazich**: tragarzy w afrykańskiej karawanie.
- **wobo**: bardzo groźny wielki kot.
- **Madi apana**: nie ma wody.
- **febra**: (stare) malaria.
- **łez Hioba**: twardych nasion pewnej rośliny, z których robi się naszyjniki.
- **klepisko**: twarda, ubita ziemia.
- **passiflory**: rośliny z długimi pędami, które rosną przy ziemi.
- **ostrokrzew**: krzew o ciemnozielonych, kolczastych liściach.
- **łokci**: (stare) miary długości; jeden łokieć to około 60 centymetrów.
- **kępy**: małej grupy roślin rosnących gęsto obok siebie.
- **zeriby**: płotu z kolczastych gałęzi wokół obozu.
- **akacje**: drzewa ciepłych krajów, często z kolcami.
- **bubalów**: dużych afrykańskich antylop.
- **sępy**: wielkie ptaki, które jedzą martwe zwierzęta.
- **na czarną godzinę**: na bardzo trudny czas, który może nadejść.

## Rozdział XLV

Na jego krzyk pierwszy przybiegł Kali, a za nim dwaj strzelcy, którzy mieli zmienić poprzednią straż. Chwilę później wszyscy Wa-himowie i Samburu zebrali się na miejscu zbrodni, wrzeszcząc i wyjąc. Powstało zamieszanie, pełne krzyków i strachu. Ludziom chodziło nie tyle o zabitych i o zabójstwo, ile o resztki wody, która już wsiąkła w spieczoną ziemię dżungli. Niektórzy Murzyni rzucali się na ziemię, wyrywali palcami grudki i wysysali z nich resztki wilgoci. Inni krzyczeli, że to złe duchy zamordowały strażników i porozcinały worki.

Ale Staś i Kali wiedzieli, co o tym myśleć. Wśród ludzi wyjących nad kępą trawy brakowało M'Kunjego i M'Puy. To, co się stało, było czymś więcej niż zabójstwem dwóch strażników i kradzieżą wody. Rozcięte worki świadczyły, że była to zemsta, a zarazem wyrok śmierci na całą karawanę. Kapłani złego Mzimu zemścili się na dobrym. Czarownicy zemścili się na młodym królu, który odkrył ich oszustwa. Nie pozwoliłby im dłużej wykorzystywać ciemnych Wa-himów. Teraz śmierć rozpostarła skrzydła nad całą karawaną, jak jastrząb nad stadem gołębi.

Kali za późno przypomniał sobie, że zapomniał kazać związać czarowników. Był zmartwiony i myślał o czym innym. A od ich ucieczki kazał to robić co wieczór. Widać też było, że dwaj strzelcy przy wodzie położyli się i zasnęli przez wrodzoną Murzynom niedbałość. To ułatwiło łotrom robotę i pozwoliło im uciec bezkarnie.

Minęło sporo czasu, zanim zamieszanie trochę ucichło, a ludzie otrząsnęli się z przerażenia. Zbrodniarze nie mogli jednak być daleko. Ziemia pod rozciętymi workami była bowiem wilgotna, a krew obu zabitych jeszcze nie całkiem zastygła. Staś rozkazał ścigać zbiegów, nie tylko po to, żeby ich ukarać. Chciał też odzyskać dwa ostatnie worki wody. Kali wsiadł na konia, wziął ze sobą kilkunastu strzelców i ruszył w pogoń. Staś w pierwszej chwili chciał jechać razem z nimi. Ale pomyślał, że nie można zostawić Nel samej wśród rozdrażnionych i wzburzonych Murzynów, więc został. Kazał tylko Kalemu zabrać ze sobą Sabę.

Został, bo po prostu bał się buntu, szczególnie ze strony Samburów. Ale w tym się pomylił. Murzyni w ogóle wybuchają łatwo, czasem z błahych powodów. Ale gdy przyciśnie ich wielkie nieszczęście, a zwłaszcza gdy zawiśnie nad nimi bezlitosna ręka śmierci, poddają się jej biernie. Robią tak nie tylko ci, których islam nauczył, że walka z losem nie ma sensu, ale wszyscy. Wtedy ani strach, ani męka ostatnich chwil nie mogą ich obudzić z odrętwienia.

Tak stało się i teraz. Najpierw minęło wzburzenie. Potem Wa-himowie i Samburowie ostatecznie uwierzyli, że muszą umrzeć. Położyli się cicho na ziemi, żeby czekać na śmierć. Nie trzeba się więc było bać buntu. Bać się należało raczej tego, czy jutro zechcą wstać i pójść dalej. Kiedy Staś to zobaczył, ogarnęła go ogromna litość nad nimi.

Kali wrócił jeszcze przed świtem. Od razu położył przed Stasiem dwa poszarpane worki, w których nie zostało ani kropli wody.

— Panie wielki — powiedział — Madi apana!

Staś otarł ręką spocone czoło i zapytał:

— A M'Kunje i M'Pua?

— M'Kunje i M'Pua umrzeć — odpowiedział Kali.

— Kazałeś ich zabić?

— Ich zabić lew albo wobo.

I zaczął opowiadać, co się stało. Trupy dwóch zbrodniarzy znaleźli dość daleko od obozu, tam, gdzie spotkała ich śmierć. Obaj leżeli obok siebie. Obaj mieli czaszki zmiażdżone z tyłu, poszarpane łopatki i objedzone plecy. Kali przypuszczał, że gdy wobo lub lew ukazał im się w świetle księżyca, padli przed nim na twarz. Pewnie zaczęli go błagać, żeby darował im życie. Ale straszne zwierzę zabiło obu. Kiedy zaspokoiło pierwszy głód, poczuło wodę i poszarpało worki.

— Bóg ich pokarał — powiedział Staś. — I Wa-himowie przekonają się, że złe Mzimu nie potrafi nikogo uratować.

A Kali powtórzył:

— Bóg ich pokarać, ale my nie mamy wody.

— Daleko przed nami, na wschodzie, widziałem góry. Tam musi być woda.

— Kali widzieć je także, ale do nich mnóstwo, mnóstwo dni...

Nastała chwila milczenia.

— Panie — odezwał się Kali — niech dobre Mzimu... niech bibi poprosi Wielkiego Ducha o deszcz albo o rzekę.

Staś nic nie odpowiedział i odszedł. Przed namiotem zobaczył białą figurkę Nel. Krzyki i wycie Murzynów już dawno ją obudziły.

— Co się stało, Stasiu? — zapytała, podbiegając do niego.

A on położył jej rękę na główce i powiedział poważnie:

— Nel, módl się do Boga o wodę, bo inaczej wszyscy zginiemy.

Dziewczynka podniosła więc bladą twarzyczkę i utkwiła oczy w srebrnej tarczy księżyca. Zaczęła błagać o ratunek Tego, który na niebie porusza kręgi gwiazd, a na ziemi dopasowuje wiatr do wełny jagnięcia.

Po bezsennej, hałaśliwej i niespokojnej nocy słońce wytoczyło się nad widnokrąg nagle, jak zawsze pod zwrotnikami. Nastał jasny dzień. Na trawach nie było ani kropli rosy, na niebie żadnej chmurki. Staś kazał strzelcom zebrać ludzi i krótko do nich przemówił. Powiedział, że wracać do rzeki już nie można. Dobrze przecież wiedzą, że dzieli ich od niej pięć dni i nocy drogi. Ale nikt nie wie, czy wody nie ma w przeciwnej stronie. Może nawet niedaleko znajdzie się jakieś źródło, jakaś rzeczka albo kałuża.

Nie widać wprawdzie drzew, ale na otwartych równinach, gdzie wichry porywają nasiona, drzewa często nie rosną nawet przy wodzie. Wczoraj widzieli kilka wielkich antylop i kilka strusi, które uciekały na wschód. To znak, że tam musi być jakiś wodopój. Kto więc nie jest głupcem i ma w piersi serce nie zająca, ale lwa lub bawołu, ten wybierze drogę naprzód. Będzie wolał iść, nawet w pragnieniu i męce, niż leżeć tu i czekać na sępy albo hieny.

Mówiąc to, wskazał ręką sępy, z których kilka krążyło już groźnie nad karawaną. Po tych słowach Kali kazał Wa-himom wstać i prawie wszyscy się podnieśli. Przywykli do strasznej władzy królewskiej i nie śmieli się jej sprzeciwić. Ale wielu Samburów nie chciało już wstać, bo ich król, Faru, został nad jeziorem. Mówili między sobą: „Po co mamy iść naprzeciw śmierci, kiedy ona sama do nas przyjdzie?”

W ten sposób karawana ruszyła naprzód, zmniejszona prawie o połowę, i od razu zaczęła się męka. Ludzie od dwudziestu czterech godzin nie mieli w ustach ani kropli wody ani żadnego innego płynu. Nawet w chłodniejszym klimacie byłoby to przy pracy cierpieniem nie do zniesienia. A cóż dopiero w tym rozpalonym afrykańskim piecu! Tutaj nawet ci, którzy dużo piją, tak szybko wypacają wodę, że mogą ją prawie od razu ścierać rękami ze skóry. Można było przewidzieć, że wielu ludzi padnie w drodze z wyczerpania i od udaru słonecznego.

Staś chronił Nel przed słońcem, jak mógł. Nie pozwalał jej ani na chwilę wychylić się spod palankinu. Pokrył jego daszek kawałkiem białego perkalu, żeby był podwójny. Z tych resztek wody, które miał jeszcze w gumowej flaszce, ugotował jej mocnej herbaty. Podał ją ostudzoną, bez cukru, bo słodycze zwiększają pragnienie. Dziewczynka ze łzami prosiła go, żeby też się napił. Przyłożył więc do ust flaszkę, w której zostało zaledwie kilka naparstków wody. Poruszał gardłem i udawał, że pije.

Kiedy poczuł na wargach wilgoć, wydało mu się, że w piersiach i w żołądku ma płomień. Wydawało mu się, że jeśli tego płomienia nie ugasi, padnie martwy. Przed oczami zaczęły mu latać czerwone plamy. W szczękach poczuł straszny ból, jakby ktoś wbijał w nie tysiące szpilek. Ręka drżała mu tak, że o mało nie rozlał tych ostatnich kilku kropel. A jednak złapał językiem na ustach tylko dwie lub trzy krople. Resztę zachował dla Nel.

Minął znów dzień męki i trudów. Po nim przyszła, na szczęście, chłodniejsza noc. Ale następnego ranka żar na świecie stał się okropny. Nie było ani powiewu wiatru. Słońce jak zły duch niszczyło żywym ogniem wyschniętą ziemię. Końce widnokręgu zbielały. Jak okiem sięgnąć, nie było widać nawet euforbii. Nic, tylko spalona, pusta równina, pokryta kępami sczerniałej trawy i wrzosów. Czasem w ogromnej odległości słychać było lekkie grzmoty. Ale przy pogodnym niebie nie zapowiadały burzy, tylko suszę.

W południe, gdy upał jest największy, trzeba się było zatrzymać. Karawana rozłożyła się w głuchym milczeniu. Okazało się, że padł jeden koń, a kilkunastu pagazich zostało w drodze. Podczas odpoczynku nikt nie pomyślał o jedzeniu. Ludzie mieli zapadnięte oczy i popękane wargi, a na nich zaschnięte grudki krwi.

Nel oddychała ciężko jak ptak. Staś oddał jej więc gumową flaszkę, krzyknął: „Piłem, piłem!” i uciekł na drugą stronę obozu. Bał się bowiem, że jeśli zostanie, odbierze jej tę wodę albo zażąda, żeby się z nim podzieliła. I był to może najbardziej bohaterski czyn w całej jego podróży. Sam jednak zaczął okropnie cierpieć. Przed oczami ciągle latały mu czerwone płaty. Szczęki tak mu się zaciskały, że z trudem je otwierał i zamykał. Gardło miał suche i piekące, w ustach ani śliny, a język jakby drewniany. A przecież dla niego i dla karawany był to dopiero początek męki.

Grzmoty zapowiadające suszę bez przerwy odzywały się na końcach widnokręgu. Około godziny trzeciej, gdy słońce przechyla się na zachodnią stronę nieba, Staś postawił karawanę na nogi. Ruszył na jej czele na wschód. Ale szło teraz za nim tylko siedemdziesięciu ludzi. Co chwila któryś z nich kładł się obok swojego pakunku, żeby już nie wstać. Upał zmalał o kilka stopni, ale wciąż był straszny. W nieruchomym powietrzu unosił się jakby czad. Ludzie nie mieli czym oddychać, a zwierzęta zaczęły cierpieć nie mniej.

Godzinę po wyruszeniu znów padł jeden koń. Saba ciężko dyszał, poruszając bokami. Z jego wywieszonego, sczerniałego języka nie spadła ani kropla piany. King, przyzwyczajony do suchych afrykańskich dżungli, cierpiał widocznie mniej, ale zaczął być zły. Jego małe oczka błyszczały dziwnym światłem. Stasiowi, a zwłaszcza Nel, która co jakiś czas do niego mówiła, odpowiadał jeszcze gulgotaniem. Ale kiedy Kali nieuważnie przeszedł obok niego, chrząknął groźnie i tak machnął trąbą, że o mało go nie zabił. Chłopak w porę odskoczył na bok.

Kali miał oczy nabiegłe krwią, spuchnięte żyły na szyi i popękane wargi, tak jak inni Murzyni. Około godziny piątej podszedł do Stasia. Głosem tępym, który z trudem wychodził mu z gardła, powiedział:

— Panie wielki, Kali nie móc iść dalej. Niech już tu nadejdzie noc.

A Staś przemógł ból w szczękach i odpowiedział z wysiłkiem:

— Dobrze. Stańmy. Noc przyniesie ulgę.

— Przyniesie śmierć — szepnął młody Murzyn.

Ludzie zrzucili z głów pakunki. Gorączka w ich zgęstniałej krwi doszła już do najwyższego stopnia, więc tym razem nie położyli się od razu na ziemi. Serca i tętna w skroniach, rękach i nogach biły im tak, jakby miały za chwilę pęknąć. Skóra wysychała, kurczyła się i zaczęła ich swędzić. W kościach czuli niezwykły niepokój, a we wnętrznościach i gardłach ogień. Niektórzy chodzili niespokojnie między pakunkami. Innych widać było dalej, w czerwonych promieniach zachodzącego słońca. Kręcili się jeden za drugim wśród suchych kęp, jakby czegoś szukali. Trwało to tak długo, aż opadli zupełnie z sił. Wtedy padali kolejno na ziemię, ale leżeli w drgawkach.

Kali usiadł w kucki przy Stasiu i Nel, łapiąc otwartymi ustami powietrze. Między jednym oddechem a drugim zaczął błagalnie powtarzać:

— Bwana kubwa, wody!

Staś patrzył na niego szklanym wzrokiem i milczał.

— Bwana kubwa, wody! — a po chwili: — Kali umierać...

Wtedy podeszła Mea. Z nieznanych powodów najłatwiej znosiła pragnienie i cierpiała najmniej ze wszystkich. Usiadła koło niego, objęła ramieniem jego szyję i odezwała się cichym, melodyjnym głosem:

— Mea chce umrzeć razem z Kalim.

Nastało długie milczenie.

Tymczasem słońce zaszło i noc okryła okolicę. Niebo zrobiło się granatowe. W jego południowej stronie rozbłysnął krzyż. Nad równiną zamigotały roje gwiazd. Księżyc wydostał się spod ziemi i zaczął napełniać ciemności światłem. Na zachodzie rozciągnęła się słaba, blada zorza światła zodiakalnego. Powietrze zmieniło się w jedno wielkie świetliste morze. Coraz silniejszy blask zalewał okolicę. Palankin na grzbiecie Kinga, o którym zapomniano, i namioty błyszczały jak w jasne noce domy pobielone wapnem! Świat zapadał w ciszę, ziemię ogarniał sen.

A wśród tej ciszy i spokoju przyrody ludzie w obozie wili się z bólu i czekali na śmierć. Na srebrzystym tle mroku wyraźnie rysowała się olbrzymia, czarna postać słonia. Promienie księżyca oświetlały namioty i białe ubrania Stasia i Nel. Wśród kęp wrzosów widać było ciemne, skurczone ciała Murzynów i porozrzucane tu i tam kupy pakunków. Przed dziećmi siedział Saba, oparty na przednich łapach. Podniósł głowę ku tarczy księżyca i ponuro wył.

W duszy Stasia kołatały się tylko resztki myśli. Zmieniły się w jedno głuche, rozpaczliwe uczucie, że tym razem nie ma już żadnej rady. Przebył straszne drogi od Medinet do Chartumu, od Chartumu do Faszody i od Faszody aż do nieznanego jeziora. Ogromne trudy i wysiłki, cierpienia, czyny woli i odwagi — wszystko to nie przydało się na nic. Przychodził bezlitosny koniec walki i życia. Wydawało mu się to tym straszniejsze, że ten koniec nadszedł właśnie w czasie ostatniej drogi, na której końcu leżał ocean.

Ach, nie doprowadzi już małej Nel do brzegu! Nie odwiezie jej statkiem do Port-Saidu, nie odda jej panu Rawlisonowi! Sam nie padnie w ramiona ojca i nie usłyszy od niego, że postępował jak dzielny chłopak i jak prawy Polak! Koniec, koniec! Za kilka dni słońce oświetli tylko martwe ciała. Potem wysuszy je jak te mumie, które w Egipcie śpią wiecznym snem w muzeach.

Z męki i gorączki zaczęło mu się mieszać w głowie. Nadlatywały do niego widzenia i złudzenia słuchu, jakie mają umierający. Wyraźnie słyszał głosy Sudańczyków i Beduinów, którzy krzyczeli „Yalla, yalla!” na rozpędzone wielbłądy. Widział Idrysa i Gebhra. Mahdi uśmiechał się do niego grubymi wargami i pytał: „Czy chcesz napić się ze źródła prawdy?...” Potem lew patrzył na niego ze skały. Potem Linde dawał mu słoik chininy i mówił: „Śpiesz się, śpiesz, bo mała umrze!” A w końcu widział już tylko bladą, bardzo kochaną twarzyczkę i dwie małe ręce, które wyciągały się do niego.

Nagle drgnął i na chwilę wróciła mu przytomność. Tuż przy jego uchu rozległ się bowiem cichy, podobny do jęku szept Nel:

— Stasiu... wody!

I ona, tak jak wcześniej Kali, tylko od niego czekała ratunku.

Ale on oddał jej ostatnie krople dwanaście godzin temu. Zerwał się więc i zawołał głosem pełnym bólu, rozpaczy i żalu:

— O Nel! jam udawał tylko, że piję! ja od trzech dni nie miałem nic w ustach!

Złapał się rękami za głowę i uciekł, żeby nie patrzeć na jej mękę. Biegł na oślep między kępami trawy i wrzosów, dopóki nie stracił zupełnie sił i nie upadł na jedną z kęp. Był bez broni. Lampart, lew czy nawet wielka hiena miałyby w nim łatwą zdobycz. Ale przybiegł Saba. Obwąchał go i znów zaczął wyć, jakby teraz wzywał dla niego pomocy.

Nikt jednak nie spieszył z pomocą. Tylko z góry patrzył na niego spokojny, obojętny księżyc. Chłopak długo leżał jak martwy. Ocucił go dopiero chłodniejszy powiew, który niespodziewanie przyszedł ze wschodu. Staś usiadł i po chwili próbował wstać, żeby wrócić do Nel.

Chłodniejszy wiatr powiał drugi raz. Saba przestał wyć, odwrócił się na wschód i zaczął poruszać nozdrzami. Nagle szczeknął raz i drugi krótkim, urywanym basem i pobiegł przed siebie. Przez jakiś czas nie było go słychać, ale wkrótce znów odezwało się w oddali jego szczekanie. Staś wstał i chwiejąc się na zdrętwiałych nogach, zaczął patrzeć za nim.

Długie podróże, długi pobyt w dżungli, ciągłe napięcie wszystkich zmysłów i ciągłe niebezpieczeństwa nauczyły chłopaka czujnie patrzeć na wszystko wokół. Dlatego mimo męki i na wpół przytomnego umysłu, z instynktu i przyzwyczajenia, zaczął uważać na zachowanie psa. Po pewnym czasie Saba znów pojawił się przy nim, ale jakiś dziwnie poruszony i niespokojny. Kilka razy podniósł na Stasia oczy i obiegł go dookoła. Znów pobiegł we wrzosy, węsząc i poszczekując, i znów wrócił. Wreszcie chwycił chłopca za ubranie i zaczął go ciągnąć w stronę przeciwną do obozu.

Staś zupełnie oprzytomniał.

„Co to jest? — myślał. — Albo pies oszalał z pragnienia, albo poczuł wodę. Ale nie!... Gdyby woda była blisko, pobiegłby pić i miałby mokrą paszczę. Gdyby była daleko, nie poczułby jej... woda nie ma zapachu... Do antylopy by mnie nie ciągnął, bo nie chciał jeść wieczorem. Do drapieżników także nie... Więc co?”

I nagle serce zaczęło mu bić jeszcze mocniej.

„Więc może wiatr przyniósł mu zapach ludzi... może... w dali jest jakaś wieś murzyńska?... może któryś z latawców doleciał aż do... O, Chryste miłosierny! o, Chryste!...”

Błysk nadziei przywrócił mu siły. Zaczął biec do obozu mimo oporu psa, który ciągle zabiegał mu drogę.

W obozie zamajaczyła przed nim biała postać Nel i dobiegł go jej słaby głos. Po chwili potknął się o Kalego, który leżał na ziemi, ale na nic nie zwracał uwagi. Dobiegł do pakunku z racami, rozerwał go i wyjął jedną z nich. Drżącymi rękami przywiązał ją do bambusa, a bambus wbił w szczelinę w ziemi. Skrzesał ogień i zapalił sznurek zwisający na dole rurki.

Po chwili czerwony wąż wyleciał z sykiem i zgrzytem w górę. Staś chwycił oburącz bambus, żeby nie upaść, i wbił oczy w dal. Tętna w rękach i skroniach waliły mu jak młotem. Usta poruszały się w gorącej modlitwie. Ostatni oddech, a w nim całą duszę, wysyłał do Boga.

Minęła jedna minuta, druga, trzecia, czwarta. Nic i nic! Ręce chłopca opadły, głowa pochyliła się ku ziemi i ogromny żal zalał jego umęczoną pierś.

— Na próżno! na próżno! — szepnął. — Pójdę, siądę przy Nel i umrzemy razem.

Ale nagle daleko, daleko, na srebrnym tle księżycowej nocy, wzbiła się w górę ognista wstęga. Rozsypała się w złote gwiazdy, które spadały powoli na ziemię jak wielkie łzy.

— Ratunek!!! — krzyknął Staś.

I stało się tak, że ludzie, którzy przed chwilą byli na pół martwi, teraz biegli na wyścigi. Przeskakiwali przez kępy wrzosów i traw. Po pierwszej racy pojawiła się druga i trzecia. Potem wiatr przyniósł jakby stukanie, w którym łatwo było poznać dalekie strzały. Staś kazał strzelać ze wszystkich remingtonów. Od tej chwili rozmowa karabinów nie ustawała i stawała się coraz wyraźniejsza. Chłopiec siedział na koniu, który jakby cudem też odzyskał siły. Trzymał przed sobą Nel i pędził przez równinę w stronę ratujących ich odgłosów. Obok biegł Saba, a za nimi dudnił olbrzymi King.

Oba obozy dzieliło kilka kilometrów, ale obie strony szły sobie naprzeciw, więc droga nie trwała długo. Wkrótce strzały było już nie tylko słychać, ale i widać. Jeszcze jedna raca wyleciała w powietrze, nie dalej niż kilkaset kroków od nich. Potem rozbłysło wiele świateł. Na chwilę zasłoniło je lekkie wzniesienie. Ale kiedy Staś je minął, znalazł się prawie tuż przed szeregiem Murzynów, którzy trzymali w rękach zapalone pochodnie.

Na czele szeregu szli dwaj Europejczycy w angielskich hełmach, z karabinami w rękach.

Staś od pierwszego spojrzenia poznał kapitana Glena i doktora Clarego.

### Słowniczek

- **kęp**: małych grup roślin rosnących gęsto obok siebie.
- **kępami**: małymi grupami roślin rosnących gęsto obok siebie.
- **Madi apana**: nie ma wody.
- **wobo**: bardzo groźny wielki kot.
- **perkalu**: bawełnianej tkaniny.
- **naparstków**: małych osłonek na palec do szycia; tu: bardzo mała ilość.
- **udaru słonecznego**: choroby od zbyt dużej ilości słońca.
- **czad**: trujący gaz.
- **pochodnie**: palące się kije, które dają światło.
- **światła zodiakalnego**: słabego blasku na niebie po zmroku.
- **chininy**: gorzkiego leku na febrę.
- **wrzosów**: niskich krzewinek z drobnymi fioletowymi kwiatami.
- **sępy**: wielkie ptaki, które jedzą martwe zwierzęta.
- **szczękach**: szczęki to kości twarzy, w których są zęby.
- **widnokręgu**: linii, gdzie ziemia spotyka się z niebem.

## Rozdział XLVI

Wyprawa kapitana Glena i doktora Clarego wcale nie miała na celu odnalezienia Stasia i Nel. Była to liczna i bogato zaopatrzona ekspedycja rządowa. Wysłano ją, żeby zbadała północno-wschodnie stoki olbrzymiej góry Kilima-Ndżaro. Miała też zbadać mało znane rozległe krainy na północ od tej góry. Kapitan i doktor wiedzieli wprawdzie o porwaniu dzieci z Medinet-el-Fajum, bo pisały o tym gazety angielskie i arabskie. Myśleli jednak, że oboje umarli albo cierpią w niewoli u Mahdiego, z której nie wydostał się dotąd żaden Europejczyk.

Siostra Clarego była żoną Rawlisona w Bombaju. W czasie podróży do Kairu doktor bardzo zachwycił się małą Nel, więc jej strata ogromnie go zabolała. Ale obaj z Glenem szczerze żałowali też dzielnego chłopca. Kilka razy wysyłali z Mombassa depesze do pana Rawlisona z pytaniem, czy dzieci się nie odnalazły. Ostatnia niepomyślna odpowiedź przyszła na długo przed wyruszeniem karawany. Dopiero wtedy stracili wszelką nadzieję.

Nawet nie przyszło im do głowy, że dzieci uwięzione w dalekim Chartumie mogą pojawić się w tych stronach. Często jednak rozmawiali o nich wieczorami, po skończonej pracy, bo doktor w żaden sposób nie mógł zapomnieć małej, ślicznej dziewczynki.

Tymczasem wyprawa posuwała się coraz dalej. Najpierw długo przebywała na wschodnich stokach Kilima-Ndżaro. Potem zbadała górny bieg rzeki Sobbatu i Tany oraz góry Kenia. Następnie kapitan i doktor skręcili na północ. Przeszli przez bagnistą Guasso-Nyjro i weszli na rozległą równinę bez ludzi, na której żyły tylko niezliczone stada antylop. Po ponad trzech miesiącach podróży ludzie potrzebowali dłuższego odpoczynku. Kiedy więc kapitan Glen odkrył niewielkie jeziorko ze zdrową, brunatną wodą, kazał rozbić nad nim namioty i zapowiedział dziesięciodniowy postój.

W czasie postoju biali polowali i porządkowali notatki geograficzne i przyrodnicze. Murzyni oddawali się próżnowaniu, które zawsze jest dla nich słodkie. Pewnego dnia doktor Clary wstał rano i podszedł do brzegu. Zobaczył tam kilkunastu Zanzibarczyków z karawany. Patrzyli z zadartymi głowami na czubek wysokiego drzewa i powtarzali w kółko:

— Ndege? — akuna ndege! — Ndege? (Ptak? — nie ptak! — ptak?)

Doktor był krótkowidzem, więc posłał do namiotu po szkła polowe. Potem spojrzał przez nie na rzecz, którą pokazywali Murzyni, i na jego twarzy pojawiło się wielkie zdziwienie.

— Poproście tu kapitana — powiedział.

Ale zanim Murzyni dobiegli, kapitan pojawił się przed namiotem, bo wybierał się na antylopy.

— Patrz, Glen — powiedział doktor, wskazując ręką w górę.

Kapitan zadarł głowę, zasłonił oczy ręką i zdziwił się nie mniej niż doktor.

— Latawiec! — zawołał.

— Tak, ale Murzyni nie puszczają latawców, więc skąd się tu wziął?

— Może gdzieś w pobliżu jest jakaś osada białych albo jakaś misja?...

— Od trzech dni wiatr wieje z zachodu, czyli z nieznanych stron, prawdopodobnie tak samo bezludnych jak ta dżungla. Zresztą wiesz, że tu nie ma żadnych osad ani misji.

— To rzeczywiście ciekawe...

— Koniecznie trzeba zdjąć tego latawca...

— Trzeba. Może się dowiemy, skąd pochodzi.

Kapitan wydał rozkaz. Drzewo miało kilkadziesiąt metrów wysokości, ale Murzyni natychmiast wdrapali się na szczyt. Ostrożnie zdjęli uwięzionego latawca i oddali go doktorowi. Doktor spojrzał na niego i powiedział:

— Są jakieś napisy... Zobaczmy...

Zmrużył oczy i zaczął czytać.

Nagle jego twarz się zmieniła, a ręce zadrżały.

— Glen — powiedział — weź to, przeczytaj i upewnij mnie, że nie dostałem udaru słonecznego i że jestem przy zdrowych zmysłach!

Kapitan wziął bambusową ramkę, do której przymocowany był arkusz, i przeczytał:

Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski,

odesłani z Chartumu do Faszody,

a z Faszody prowadzeni na wschód od Nilu,

wyrwali się z rąk derwiszów.

Po długich miesiącach podróży przybyli do jeziora

leżącego na południe od Abisynii.

Idą do oceanu.

Proszą o spieszną pomoc.

Na boku arkusza był jeszcze dodatek napisany mniejszymi literami:

Latawiec ten, z rzędu pięćdziesiąty czwarty, puszczony jest z gór otaczających nieznane w geografii jezioro. Kto go znajdzie, niech da znać do Zarządu Kanału w Port-Saidzie albo do kapitana Glena w Mombassa.

Stanisław Tarkowski

Kiedy głos kapitana ucichł, dwaj przyjaciele zaczęli w milczeniu patrzeć na siebie.

— Co to jest? — zapytał wreszcie doktor Clary.

— Oczom nie wierzę! — odpowiedział kapitan.

— To przecież nie złudzenie?

— Nie.

— Wyraźnie napisano: „Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski.”

— Jak najwyraźniej...

— I oni mogą być gdzieś w tych stronach?

— Bóg ich uratował, a więc prawdopodobnie tak.

— Dzięki Mu za to! — zawołał gorąco doktor.

— Ale gdzie ich szukać?

— Czy nie ma nic więcej na latawcu?

— Jest jeszcze kilka słów, ale w miejscu rozdartym przez gałęzie. Trudno odczytać.

Obaj pochylili głowy nad arkuszem. Dopiero po dłuższym badaniu zdołali odczytać sylaba po sylabie:

Pora dżdżysta dawno minęła.

— Co to ma znaczyć? — zapytał doktor.

— To, że chłopiec stracił rachubę czasu.

— I w ten sposób chciał mniej więcej podać datę. Masz rację! A więc ten latawiec mógł być puszczony niezbyt dawno.

— Jeśli tak jest, to oni też mogą być niezbyt daleko.

Ta gorączkowa, urywana rozmowa trwała jeszcze chwilę. Potem obaj znów zaczęli badać dokument i rozprawiać nad każdym napisanym na nim słowem. Cała sprawa wydawała się bardzo nieprawdopodobna. Ale w tych stronach w ogóle nie było Europejczyków, a do najbliższego wybrzeża było ponad sześćset kilometrów. Gdyby nie to, doktor i kapitan przypuszczaliby, że to głupi żart. Mogłyby go zrobić jakieś europejskie dzieci po przeczytaniu w gazetach o porwaniu albo wychowankowie jakiejś misji. Trudno jednak było nie wierzyć własnym oczom. Mieli przecież latawca w ręku, a mało zatarte napisy czerniały przed nimi wyraźnie.

Ale i tak wiele rzeczy nie mieściło im się w głowie. Skąd dzieci wzięły papier na latawce? Gdyby dała im go jakaś karawana, przyłączyłyby się do niej i nie wzywałyby pomocy. Dlaczego chłopiec nie starał się uciec z małą towarzyszką do Abisynii? Dlaczego derwisze wysłali ich na wschód od Nilu, w nieznane strony? Jak zdołały wyrwać się z rąk straży? Gdzie się ukryły? Jakim cudem przez długie miesiące podróży nie umarły z głodu? Dlaczego nie stały się zdobyczą dzikich zwierząt? Dlaczego nie zabili ich dzicy? Na te wszystkie pytania nie było odpowiedzi.

— Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem — powtarzał doktor Clary. — To chyba cud boski!

— Na pewno — odpowiedział kapitan.

Potem dodał:

— Ależ i ten chłopak! Bo to przecież jego dzieło.

— I nie opuścił małej. Niech Bóg błogosławi jego głowę i oczy.

— Stanley, nawet Stanley nie wyżyłby w tych warunkach przez trzy dni.

— A jednak oni żyją.

— Ale proszą o pomoc. Postój skończony! Ruszamy natychmiast.

I tak się stało. W drodze obaj przyjaciele jeszcze badali dokument. Mieli nadzieję, że znajdą w nim wskazówki, w jakim kierunku iść z pomocą. Ale wskazówek nie było. Kapitan prowadził karawanę zygzakiem. Liczył na to, że może trafi na jakiś ślad, na wygasłe ognisko albo na drzewo ze znakami wyciętymi w korze. W ten sposób szli przez kilka dni.

Niestety weszli potem na równinę zupełnie bez drzew, pokrytą wysokimi wrzosami i kępami suchej trawy. Obu przyjaciół zaczął ogarniać niepokój. Jak łatwo było na tych ogromnych przestrzeniach minąć się nawet z całą karawaną! A cóż dopiero z dwojgiem dzieci. Wyobrażali sobie, że pełzną gdzieś jak dwa małe robaczki wśród wrzosów wyższych od nich. Minął znów dzień. Nie pomagały ani blaszane puszki z kartkami w środku, zostawiane na kępach, ani ognie w nocy. Kapitan i doktor chwilami zaczynali tracić nadzieję, czy uda im się odnaleźć dzieci, a zwłaszcza czy znajdą je żywe.

Ale i w następne dni gorliwie szukali. Patrole, które Glen wysyłał w prawo i w lewo, doniosły w końcu, że dalej zaczyna się pustynia zupełnie bez wody. Przypadkiem odkryto jeszcze raz wodę w szczelinie ziemi. Trzeba się więc było przy niej zatrzymać, żeby zrobić zapasy na dalszą drogę.

Była to właściwie szpara, głęboka na kilkanaście metrów i bardzo wąska. Na jej dnie biło ciepłe źródło, które kipiało jak wrzątek, bo było nasycone kwasem węglowym. Kiedy jednak woda wystygła, okazała się dobra i zdrowa. Źródło było tak obfite, że trzystu ludzi z karawany nie mogło go wyczerpać. Przeciwnie, im więcej czerpano, tym mocniej biło i tym wyżej napełniało szparę.

— Może z czasem — mówił doktor Clary — będzie tu jakieś uzdrowisko. Ale teraz ta woda jest dla zwierząt niedostępna, bo ściany szczeliny są zbyt strome.

— Czy dzieci mogą trafić na podobne źródła? — zapytał kapitan.

— Nie wiem. Możliwe, że jest ich w okolicy więcej. Ale jeśli nie, to bez wody muszą zginąć.

Nadeszła noc. Rozpalono nędzne ognie, ale nie budowano bomy, bo nie było z czego. Po wieczornym posiłku doktor i kapitan usiedli na składanych krzesłach i zapalili fajki. Zaczęli rozmawiać o tym, co najbardziej leżało im na sercu.

— Żadnego śladu! — odezwał się Clary.

— Myślałem o tym — odpowiedział Glen — żeby wysłać dziesięciu naszych ludzi nad brzeg oceanu z depeszą, że jest wiadomość o dzieciach. Ale cieszę się, że tego nie zrobiłem, bo ludzie prawdopodobnie zginęliby w drodze. A nawet gdyby doszli, to po co budzić daremną nadzieję...

— I odnawiać ból...

Doktor zdjął z głowy biały hełm i otarł spocone czoło.

— Słuchaj — powiedział. — A gdybyśmy wrócili nad tamto jezioro, kazali naścinać drzew i palili nocami olbrzymi ogień? Może dzieci by go zobaczyły...

— Gdyby były blisko, znaleźlibyśmy je i tak. A jeśli są daleko, ogień zasłonią wzniesienia. Ta równina tylko wygląda na płaską. Naprawdę jest cała w garbach, pofalowana jak ocean. Poza tym, gdybyśmy się cofnęli, stracilibyśmy ostatecznie szansę znalezienia nawet ich śladów.

— Powiedz otwarcie, nie masz żadnej nadziei?

— Mój drogi, jesteśmy dorosłymi, silnymi i zaradnymi mężczyznami. A pomyśl, co by się z nami stało, gdybyśmy znaleźli się tu sami, we dwóch. Nawet z bronią, ale bez zapasów i bez ludzi...

— Tak! niestety, tak... Wyobrażam sobie dwoje dzieci, które idą w taką noc przez pustynię.

— Głód, pragnienie, dzikie zwierzęta...

— A jednak chłopiec pisze, że szli tak przez długie miesiące.

— I właśnie jest w tym coś, czego nie potrafię sobie wyobrazić.

Przez dłuższy czas w ciszy słychać było tylko skwierczenie tytoniu w fajkach. Doktor zapatrzył się w bladą głębię nocy, a potem odezwał się cicho:

— Późno już, ale nie mogę zasnąć... I pomyśleć, że oni, jeśli żyją, błądzą tam gdzieś przy księżycu, wśród tych suchych wrzosów... sami... takie dzieci! Pamiętasz, Glen, anielską twarz tej małej?

— Pamiętam i nie mogę zapomnieć.

— Ach! dałbym sobie rękę uciąć, gdyby...

I nie dokończył, bo kapitan Glen zerwał się jak oparzony.

— Raca w oddali! — krzyknął. — Raca!

— Raca! — powtórzył doktor.

— Jakaś karawana jest przed nami.

— Która może znalazła dzieci!

— Może. Spieszmy do niej!

— Naprzód!

Rozkazy kapitana w jednej chwili rozległy się w całym obozie. Zanzibarczycy zerwali się na nogi. Wkrótce zapalono pochodnie. W odpowiedzi na daleki sygnał Glen kazał wypuścić kilka rac, jedną po drugiej. Potem kazał raz po raz strzelać salwami z karabinów. Zanim minął kwadrans, cały obóz był już w drodze.

Z daleka odpowiedziały strzały. Nie było już żadnej wątpliwości, że to jakaś europejska karawana z nieznanych powodów wzywa pomocy.

Kapitan i doktor biegli na wyścigi, targani na przemian strachem i nadzieją. Znajdą dzieci czy ich nie znajdą? Doktor mówił sobie w duszy, że jeśli nie, dalej będą mogli szukać chyba tylko ich ciał wśród tych okropnych wrzosów.

Po pół godzinie jedno z tych wzniesień, o których wcześniej mówili, zasłoniło obu przyjaciołom dalszy widok. Ale byli już tak blisko, że wyraźnie słyszeli tętent koni. Jeszcze kilka minut i na grzbiecie wzniesienia pojawił się jeździec, który trzymał przed sobą duży, białawy przedmiot.

— W górę pochodnie! — rozkazał Glen.

W tej samej chwili jeździec zatrzymał konia w kręgu światła.

— Wody! Wody!

— Dzieci! — krzyknął doktor Clary.

— Wody! — powtórzył Staś.

I prawie rzucił Nel w ręce kapitana, a sam zeskoczył z siodła.

Ale natychmiast zachwiał się i padł jak martwy na ziemię.

### Słowniczek

- **ekspedycja**: duża wyprawa, która ma coś zbadać.
- **depesze**: (stare) telegramy.
- **misja**: miejsce, w którym misjonarze mieszkają i pracują.
- **szkła polowe**: lornetka.
- **derwiszów**: muzułmańskich mnichów; w tej książce też żołnierzy Mahdiego.
- **udaru słonecznego**: choroby od zbyt dużej ilości słońca.
- **Pora dżdżysta**: pora deszczowa, massika.
- **salwami**: wieloma strzałami oddanymi w tej samej chwili.
- **Raca**: pocisk, który leci wysoko i świeci.
- **ndege**: ptak.
- **wrzosów**: niskich krzewinek z drobnymi fioletowymi kwiatami.
- **stokach**: stok to bok góry.
- **bagnistą**: mokrą, pełną błota i bagien.
- **wzniesienia**: miejsca, gdzie ziemia jest wyższa.
- **niepomyślna**: zła, niedobra dla kogoś.

## Zakończenie

Radość w obozie kapitana Glena i doktora Clarego nie miała granic, ale ciekawość obu Anglików była wystawiona na ciężką próbę. Wcześniej nie wierzyli, że dzieci mogą same przejść przez olbrzymie puszcze i pustynie dzielące te strony od Nilu i Faszody. Teraz nie rozumieli już zupełnie, jak ten „mały Polak”, jak nazywali Stasia, tego dokonał. Nie rozumieli też, jak zjawił się przed nimi jako wódz całej karawany. Miała ona europejską broń, słonia niosącego palankin, konie, namioty i duże zapasy żywności. Na ten widok kapitan rozkładał ręce i co chwila mówił: „Clary, dużo widziałem, ale takiego chłopca nie widziałem!” A poczciwy doktor powtarzał z nie mniejszym zdumieniem: „I małą wyrwał z niewoli — i ją ocalił!” Potem biegł do namiotów zobaczyć, jak się czują dzieci i czy dobrze śpią.

A dzieci, napojone, nakarmione, przebrane i ułożone do snu, spały jak zabite przez cały następny dzień. Ludzie z ich karawany tak samo. Kapitan Glen próbował wypytywać Kalego o przygody w podróży i o czyny Stasia. Ale młody Murzyn otworzył jedno oko, odpowiedział tylko: „Pan wielki wszystko może” i znów zasnął. W końcu trzeba było odłożyć pytania i wyjaśnienia na następne dni.

Tymczasem dwaj przyjaciele naradzali się nad drogą powrotną do Mombassa. I tak dotarli dalej i zbadali więcej okolic, niż im polecono. Postanowili więc wracać bez zwłoki. Kapitana co prawda bardzo kusiło to nieznane w geografii jezioro. Ale ważniejsze było zdrowie dzieci i chęć jak najszybszego oddania ich zatroskanym ojcom. Doktor zastrzegał jednak, że trzeba będzie odpocząć na chłodnych wyżynach gór Kenia albo Kilima-Ndżaro. Dopiero stamtąd postanowili wysłać wiadomość do ojców i wezwać ich do Mombassa.

Droga powrotna rozpoczęła się trzeciego dnia, po należytym odpoczynku i kąpielach w ciepłych źródłach. Był to też dzień rozstania z Kalim. Staś przekonał małą, że ciągnięcie go dalej, do oceanu albo do Egiptu, byłoby z ich strony samolubstwem. Mówił jej, że w Egipcie, a nawet w Anglii, Kali będzie tylko sługą. A jeśli obejmie władzę nad swoim narodem, jako król rozszerzy i umocni chrześcijaństwo. Złagodzi dzikie obyczaje Wa-himów i zrobi z nich ludzi nie tylko ucywilizowanych, ale i dobrych. Mniej więcej to samo powtórzył Kalemu.

Przy pożegnaniu wylano jednak mnóstwo łez, których nie wstydził się także Staś. On i Nel przeżyli przecież z Kalim tyle złych i dobrych chwil. Nauczyli się cenić jego poczciwe serce i szczerze go pokochali. Młody Murzyn długo leżał u stóp swojego bwana kubwa i dobrego Mzimu. Dwa razy wracał, żeby jeszcze na nich popatrzeć. Ale w końcu przyszła chwila rozstania i dwie karawany ruszyły w dwie przeciwne strony.

Dopiero w czasie drogi zaczęły się opowieści o przygodach dwojga małych podróżników. Staś, który kiedyś lubił się trochę chwalić, teraz wcale tego nie robił. Po prostu zbyt wiele dokonał, zbyt wiele przeszedł i za bardzo dojrzał. Dlatego rozumiał, że słowa nie powinny być większe od czynów. Zresztą same czyny wystarczały, nawet opowiadane jak najskromniej. Codziennie, w czasie upalnych „białych godzin” i wieczorami na postojach, kapitan Glen i doktor Clary widzieli jakby obrazy tych wydarzeń. Widzieli porwanie z Medinet-el-Fajum i straszną drogę na wielbłądach przez pustynię. Widzieli Chartum i Omdurman, podobne do piekła na ziemi, i złowrogiego Mahdiego.

Staś opowiedział, co odpowiedział Mahdiemu, gdy ten namawiał go do zmiany wiary. Wtedy obaj przyjaciele wstali i każdy z nich mocno uścisnął jego prawą rękę. Potem kapitan powiedział:

— Mahdi już nie żyje!

— Mahdi nie żyje? — powtórzył ze zdumieniem Staś.

— Tak — odezwał się doktor. — Udusił się własnym tłuszczem, czyli, mówiąc inaczej, umarł na serce. A władzę po nim objął Abdullahi.

Nastało długie milczenie.

— Ha — powiedział Staś — nie spodziewał się, gdy nas wysyłał na zgubę do Faszody, że śmierć wcześniej dosięgnie jego...

Po chwili dodał:

— Ale Abdullahi jest jeszcze okrutniejszy od Mahdiego.

— Dlatego zaczęły się już bunty i rzezie — odpowiedział kapitan. — I cała ta budowla, którą wzniósł Mahdi, musi prędzej czy później runąć.

— A co nastąpi potem?

— Anglia — powiedział kapitan.

W dalszej drodze Staś opowiadał o podróży do Faszody i o śmierci starej Dinah. Opowiadał o wyruszeniu z Faszody w bezludne okolice i o szukaniu w nich Smaina. Doszedł do tego, jak zabił lwa, a potem Gebhra, Chamisa i dwóch Beduinów. Wtedy kapitan przerwał mu tylko dwoma słowami: All right! Potem znów uścisnęli mu prawą rękę. Obaj z Clarym słuchali dalej z rosnącym zainteresowaniem. Staś mówił o oswojeniu Kinga, o zamieszkaniu w „Krakowie” i o febrze Nel. Opowiadał też o znalezieniu Lindego i o latawcach, które dzieci puszczały z gór Karamojo.

Doktor z każdym dniem coraz bardziej przywiązywał się do małej Nel. Tak bardzo przejmował się wszystkim, co jej najbardziej groziło, że co pewien czas musiał się wzmocnić kilkoma łykami brandy. Staś zaczął opowiadać, jak Nel o mało nie stała się zdobyczą strasznego wobo, czyli abassanto. Wtedy doktor chwycił dziewczynkę na ręce. Długo nie chciał jej puścić, jakby się bał, że jej życiu zagrozi jakiś nowy drapieżnik.

Co on i kapitan myśleli o Stasiu, dowodziły dwie depesze. Wysłali je dwa tygodnie po przybyciu do podnóża Kilima-Ndżaro, przez posłańców, na ręce zastępcy kapitana w Mombassa. Miał on przesłać je dalej do ojców. Pierwsza depesza została napisana ostrożnie, żeby nie zrobiła zbyt piorunującego wrażenia. Wysłana do Port-Saidu, zawierała następujące słowa:

„Dzięki chłopcu wiadomość pomyślna o dzieciach. Przyjeżdżajcie do Mombassa.”

Druga, już całkiem wyraźna, z adresem: „Aden”, brzmiała:

„Dzieci są z nami — zdrowe — chłopiec bohater.”

Na chłodnych wyżynach u stóp Kilima-Ndżaro zatrzymali się przez piętnaście dni. Doktor Clary bowiem koniecznie tego wymagał dla zdrowia Nel, a nawet dla zdrowia Stasia. Dzieci z całej duszy podziwiały tę górę sięgającą nieba, na której są wszystkie klimaty świata. Jej dwa szczyty, Kibo i Kima-Wenze, były w dzień najczęściej ukryte w gęstych mgłach. Ale w pogodne wieczory mgły nagle się rozpraszały. Od zorzy wieczornej odwieczne śniegi na Kima-Wenze płonęły różowym blaskiem, gdy cały świat tonął już w mroku. Góra wyglądała wtedy jak świetlisty boży ołtarz. Na ten widok ręce obojga dzieci same składały się do modlitwy.

Dla Stasia skończyły się dni trosk, niepokoju i wysiłków. Mieli przed sobą jeszcze miesiąc drogi do Mombassa, a droga prowadziła przez cudowny, ale niezdrowy las Taweta. Ale o ile łatwiej było teraz podróżować z liczną, bogato zaopatrzoną karawaną i znanymi już szlakami! Dawniej błądzili w nieznanych puszczach tylko z Kalim i z Meą. Zresztą za podróż odpowiadał teraz kapitan Glen. Staś odpoczywał i polował.

Wśród narzędzi karawany znalazł dłuta i młotki. W chłodniejszych godzinach wykuwał więc na wielkiej gnejsowej skale napis: „Jeszcze Polska...” Chciał bowiem, żeby został jakiś ślad ich pobytu w tych stronach. Anglicy, którym przetłumaczył napis, dziwili się, że nie pomyślał, by uwiecznić na tej afrykańskiej skale swoje nazwisko. Ale on wolał wyryć to, co wyrył.

Nadal jednak opiekował się Nel i budził w niej nieograniczone zaufanie. Kiedyś doktor Clary zapytał ją, czy nie będzie się bała burz na Morzu Czerwonym. Dziewczynka podniosła na niego swoje śliczne, spokojne oczy i odpowiedziała tylko: „Staś poradzi.” Kapitan Glen twierdził, że nikt nie mógłby lepiej powiedzieć, czym Staś był dla małej. Nikt też nie mógłby go bardziej pochwalić.

Pierwsza depesza, wysłana do pana Tarkowskiego do Port-Saidu, była napisana bardzo ostrożnie. A jednak zrobiła tak wstrząsające wrażenie, że radość o mało nie zabiła ojca Nel. Także pan Tarkowski, chociaż był człowiekiem wyjątkowo silnym, w pierwszej chwili po otrzymaniu depeszy ukląkł do modlitwy. Prosił Boga, żeby ta wiadomość nie była tylko złudzeniem, chorobliwym widzeniem, zrodzonym z żalu, tęsknoty i bólu. Przecież obaj tyle się napracowali, żeby choć dowiedzieć się, czy dzieci żyją! Pan Rawlison wysyłał do Sudanu całe karawany. Pan Tarkowski, przebrany za Araba, z największym niebezpieczeństwem dla życia dotarł aż do Chartumu. I wszystko to na nic się nie zdało.

Ludzie, którzy mogli coś wiedzieć, umarli na ospę lub z głodu albo zginęli podczas ciągłych rzezi. Dzieci przepadły jak kamień w wodę! W końcu obaj ojcowie stracili wszelką nadzieję i żyli tylko wspomnieniami. Byli głęboko przekonani, że już nic ich w życiu nie czeka. Dopiero śmierć miała ich połączyć z tymi najdroższymi istotami, które były dla nich wszystkim na ziemi.

Tymczasem nagle spadła na nich radość niemal ponad siły. Ale łączyły się z nią niepewność i zdumienie. Obaj w żaden sposób nie mogli pojąć, jakim sposobem wiadomość o dzieciach przyszła z tej strony Afryki, czyli z Mombassa. Pan Tarkowski przypuszczał, że może wykupiła je lub wykradła jakaś karawana arabska. Mogła ona wyjść ze wschodniego brzegu po kość słoniową i dotrzeć w głąb kraju, aż do Nilu. Słowa depeszy: „Dzięki chłopcu” tłumaczyli sobie tak, że Staś zawiadomił listownie kapitana i doktora, gdzie są z Nel. Wielu rzeczy nie dało się jednak odgadnąć. Ale pan Tarkowski rozumiał zupełnie jasno, że wiadomość jest nie tylko pomyślna, ale bardzo pomyślna. Inaczej kapitan i doktor nie odważyliby się budzić w nich nadziei i przede wszystkim nie wzywaliby ich do Mombassa.

Przygotowania do drogi trwały krótko. Drugiego dnia po otrzymaniu depeszy obaj inżynierowie i nauczycielka Nel byli już na pokładzie wielkiego parowca „Peninsular and Orient Company”. Płynął on do Indii, a po drodze zawijał do Adenu, Mombassa i Zanzibaru. W Adenie czekała na nich druga depesza: „Dzieci są z nami — zdrowe — chłopiec bohater.” Po jej przeczytaniu pan Rawlison prawie oszalał z radości. Ściskał dłonie pana Tarkowskiego i powtarzał: „Widzisz, to on ją ocalił! jemu zawdzięczam jej życie!” Pan Tarkowski nie chciał okazać zbyt wielkiej słabości. Odpowiedział tylko, zaciskając zęby: „Tak! dzielnie mi się chłopak spisał!” Ale kiedy został sam w kabinie, płakał ze szczęścia.

Nadeszła wreszcie chwila, w której dzieci wpadły w objęcia ojców. Pan Rawlison chwycił na ręce swój odzyskany mały skarb, a pan Tarkowski długo przyciskał do piersi swojego bohaterskiego chłopca. Ich nieszczęście minęło, jak mijają wichry i burze na pustyni. Życie znów wypełniło się pogodą i szczęściem, a tęsknota i wcześniejsze rozstanie jeszcze powiększyły radość. Dzieci dziwiły się tylko, że głowy tatusiów zupełnie posiwiały podczas rozłąki.

Wracali do Suezu doskonałym francuskim statkiem kompanii „Messageries Maritimes”. Było na nim pełno podróżnych z wysp Reunion, Mauritius, z Madagaskaru i Zanzibaru. Rozeszła się wieść, że na pokładzie są dzieci, które uciekły z niewoli u derwiszów. Staś stał się wtedy przedmiotem powszechnej ciekawości i podziwu. Ale szczęśliwa rodzina wolała zamykać się w wielkiej kabinie, którą odstąpił im kapitan. Spędzali tam chłodniejsze godziny na opowieściach. Nel też w nich uczestniczyła, szczebiocząc jak ptaszek. Ku wielkiej uciesze wszystkich każde zdanie zaczynała od „i”. Siadała na kolanach ojca, podnosiła ku niemu swoje śliczne oczka i mówiła tak:

— I tatusiu! I nas porwali, i wieźli na wielbłądach. I Gebhr mnie uderzył, i Staś mnie bronił. I przyjechaliśmy do Chartumu, i tam ludzie umierali z głodu. I Staś pracował, żeby dostać dla mnie daktyli. I byliśmy u Mahdiego, i Staś nie chciał zmienić religii. I Mahdi wysłał nas do Faszody. I potem Staś zabił lwa i wszystkich. I mieszkaliśmy w wielkim drzewie, które się nazywa „Kraków”. I King był z nami. I miałam febrę, i Staś mnie wyleczył. I zabił wobo, i zwyciężył Samburów. I był zawsze dla mnie dobry, tatusiu...

Tak samo opowiadała o Kalim, o Mei, o Kingu, o Sabie, o Górze Lindego i o latawcach. Opowiadała też o ostatniej podróży, aż do spotkania karawany kapitana i doktora. Pan Rawlison słuchał tego szczebiotania i z trudem powstrzymywał łzy. Co chwila tylko tulił do serca swoją dziewczynkę. A pan Tarkowski nie posiadał się z dumy i szczęścia. Nawet z dziecinnych opowieści wynikało, że bez dzielności i energii chłopca mała zginęłaby bez ratunku, nie raz, ale tysiąc razy.

Staś opowiadał o wszystkim dokładniej i ze szczegółami. Przy opowieści o podróży z Faszody do wodospadu spadł mu z serca wielki ciężar. Kiedy bowiem mówił o tym, jak zastrzelił Gebhra i jego towarzyszy, zająknął się i zaczął niespokojnie patrzeć na ojca. Pan Tarkowski zmarszczył brwi, pomyślał chwilę, a potem powiedział poważnie:

— Słuchaj, Stasiu! Nikomu nie wolno lekko zadawać śmierci. Ale jeśli ktoś zagrozi twojej ojczyźnie, życiu twojej matki, siostry albo życiu kobiety, którą oddano ci w opiekę, to pal mu w łeb, ani pytaj. I nie rób sobie z tego żadnych wyrzutów.

Zaraz po powrocie do Port-Saidu pan Rawlison zabrał Nel do Anglii i zamieszkał tam na stałe. Stasia ojciec oddał do szkoły w Aleksandrii, bo tam mniej wiedziano o jego czynach i przygodach. Dzieci pisały do siebie prawie codziennie, ale tak się złożyło, że nie widziały się przez dziesięć lat. Po skończeniu szkół w Egipcie chłopiec wstąpił na politechnikę w Zurychu. Potem uzyskał dyplom i pracował przy budowie tuneli w Szwajcarii.

Dopiero po dziesięciu latach, kiedy pan Tarkowski odszedł ze stanowiska, obaj odwiedzili przyjaciół w Anglii. Pan Rawlison zaprosił ich na całe lato do swojego domu w pobliżu Hampton-Court. Nel miała już osiemnaście lat i wyrosła na dziewczynę piękną jak kwiat. A Staś przekonał się, kosztem własnego spokoju, że mężczyzna, który skończył dwadzieścia cztery lata, może jednak myśleć jeszcze o damach. Myślał nawet o ślicznej Nel tak ciągle, że w końcu postanowił uciec, dokąd oczy poniosą.

Ale wtedy pewnego dnia pan Rawlison położył mu obie dłonie na ramionach. Spojrzał mu prosto w oczy i powiedział z anielską dobrocią:

— Stasiu, powiedz sam. Czy jest na świecie człowiek, któremu mógłbym oddać ten mój skarb i to moje kochanie z większym zaufaniem?

Młodzi państwo Tarkowscy zostali w Anglii aż do śmierci pana Rawlisona, a rok później wyruszyli w długą podróż. Obiecali sobie odwiedzić miejsca, w których spędzili najmłodsze lata i po których błąkali się kiedyś jako dzieci. Dlatego przede wszystkim pojechali do Egiptu. Państwo Mahdiego i Abdullahiego już dawno upadło, a po jego upadku „nastąpiła”, jak mówił kapitan Glen, Anglia. Z Kairu do Chartumu zbudowano kolej. Oczyszczono suddy, czyli nilowe rozlewiska. Młoda para mogła więc dotrzeć wygodnym parowcem nie tylko do Faszody, ale aż do wielkiego jeziora Wiktoria-Nianza. Z miasta Florence nad brzegiem tego jeziora pojechali koleją do Mombassa.

Kapitan Glen i doktor Clary przenieśli się już do Natalu. Ale w Mombassa żył King, pod troskliwą opieką miejscowych władz angielskich. Olbrzym od razu poznał swoich dawnych państwa. Szczególnie Nel witał tak radosnym trąbieniem, że pobliskie drzewa mangrowe trzęsły się jak od wiatru. Poznał również starego Sabę, który żył już prawie dwa razy dłużej niż zwykłe psy. Chociaż był już częściowo ślepy, towarzyszył Stasiowi i Nel wszędzie.

Staś dowiedział się na miejscu, że Kali cieszy się dobrym zdrowiem. Pod protektoratem angielskim rządzi całą krainą na południe od Jeziora Rudolfa. Sprowadził też misjonarzy, którzy szerzą chrześcijaństwo wśród dzikich miejscowych plemion.

Po tej ostatniej podróży młodzi państwo Tarkowscy wrócili do Europy i zamieszkali na stałe w Polsce, razem z sędziwym ojcem Stasia.

### Słowniczek

- **palankin**: siedzenie z dachem, tu na grzbiecie słonia.
- **białych godzin**: najgorętszych godzin dnia, gdy słońce świeci najmocniej.
- **depesza**: (stare) telegram.
- **gnejsowej skale**: bardzo twardej skale.
- **Jeszcze Polska...**: początek polskiego hymnu.
- **szczebiocząc**: mówiąc szybko, wesoło i wysokim głosem.
- **pal mu w łeb**: strzel do niego.
- **protektoratem**: opieką silnego państwa nad słabszym krajem.
- **suddy**: bagna nad Białym Nilem, zatkane roślinami.
- **sędziwym**: bardzo starym.
- **wyżynach**: wysoko położonych, dość płaskich terenach.
- **zastrzegał**: mówił wyraźnie, że trzeba spełnić jakiś warunek.
- **samolubstwem**: myśleniem tylko o sobie.
- **umocni**: zrobi silniejszym.
- **ucywilizowanych**: żyjących tak, jak żyją Europejczycy.
