# Syzyfowe prace (poziom B1)

*Stefan Żeromski*

## I

Marcin miał pojechać do szkoły czwartego stycznia.

Oboje państwo Borowiczowie postanowili sami zawieźć tam swojego jedynaka. Zaprzęgnięto konie do malowanych sanek, okutych żelazem. Na głównym siedzeniu położono kolorowy, strzyżony dywan. Zwykle wisiał on nad łóżkiem pani. Około pierwszej po południu, wśród ogólnego płaczu, wyruszono w drogę.

Dzień był wietrzny i mroźny. Na szczytach wzgórz ciągle kurzył się śnieg niesiony przez zadymkę. Mimo to w szerokich dolinach, między lasami, zmarznięte pustkowia leżały spokojnie, prawie w ciszy. Szedł tamtędy tylko zimny wiatr i niósł sypki śnieg jak lekką plewę. Gdzieniegdzie nad zaspami unosiły się smugi drobniutkiego pyłu. Były podobne do popiołu z przygaszonego ogniska.

Chłopak na koźle wyglądał jak głowa cukru zawinięta w szary papier. Miał na głowie śpiczasty baszłyk. W tamtych stronach ten kaptur dawno już stał się swojski i nazywano go »maślochą«. Ubrany był w brązową sukmanę. Mocno trzymał lejce w dłoniach. Dłonie ukrył w ogromnych wełnianych rękawicach z jednym dużym palcem.

Konie były wypoczęte, bo od dawna nie chodziły do ciężkiej pracy. Dlatego biegły szybkim kłusem i parskały. Droga była ledwo przetarta i już znowu na pół zasypana. Podkowy sucho i równo stukały o zmarzniętą skorupę śniegu.

Pan Walenty Borowicz palił fajkę na krótkim cybuchu. Co kilka minut wychylał się na bok. Uważnie patrzył to na płozy sanek, to na migające kopyta. Wiatr smagał jego czerwoną twarz. To pewnie wiatr wyciskał mu łzy, które szlachcic ukradkiem ocierał.

Pani Borowiczowa wcale nie ukrywała wzruszenia. Łzy ciągle stały w jej oczach, które patrzyły na syna. Jej twarz była kiedyś piękna. Teraz była już bardzo zniszczona przez troski i chorobę piersiową. Miała niezwykły wyraz zamyślenia, jakby jakiejś głębokiej i gorzkiej refleksji.

Malec siedział »w nogach«, tyłem do koni. Był to duży, silny i muskularny ośmioletni chłopiec. Jego twarz była nie tyle piękna, ile mądra i miła. Miał czarne, błyszczące oczy, ukryte w cieniu gęstych brwi. Włosy, krótko ostrzyżone »na jeża«, przykrywała barankowa czapka wciśnięta na uszy. Miał na sobie zgrabną bekieszę z futrzanym kołnierzem i wełniane rękawiczki. Ubrano go w ten świąteczny strój, który tak bardzo lubił. Ale za to wieziono go do szkoły. Widział cichy smutek matki. Widział też minę ojca, który udawał dobry humor. Z tego doskonale zgadywał, że w tej chwalonej szkole obiecanych przyjemności nie będzie znowu tak dużo.

Znajomy widok rodzinnej wsi szybko zniknął mu z oczu. Nagie wierzchołki lip przed dworem jakby schyliły się ku brzegowi lasu. Las był obwieszony kiściami śniegu... Najbliższa góra zaczęła się obracać i zmieniać. Wyglądało, jakby się krzywiła i dziwnie garbiła. Teraz przed oczami chłopca pojawiały się zarośla, jakich jeszcze nigdy nie widział. Mijał płoty z sękatych, nieociosanych żerdzi. Wisiały na nich dziwne, bardzo długie sople lodu. Wyłaniały się puste przestrzenie. Gdzieniegdzie pokrywał je lód o kolorze sinym, zimnym i dzikim. Czasem las nagle podbiegał do drogi. Wtedy pokazywał zdziwionym oczom chłopca swoje ponure głębie.

— Patrz, Marcinek! zając, trop zajęczy... — wołał co chwila ojciec i trącał go nogą.

— Gdzie, tatku?

— A, o, tu! widzisz? Dwa ślady duże, dwa. Widzisz?

— Widzę...

— Będziemy teraz szukali tropów lisa. Czekajno... My go tu zaraz, oszusta, wyśledzimy. A potem palniemy mu w łeb i zdejmiemy futro. I każemy Zelikowi uszyć prześliczną lisiurę dla pana studenta, Marcinka Borowicza. Czekaj-no, my go tu zaraz...

Marcinek patrzył na ciche leśne polany. Ale zamiast zabawy znajdował na tych tropach zimny strach. Z radością pobiegłby za śladami lisów i zajęcy. Chętnie tarzałby się w śniegu i skakał wśród zasypanych krzaków. Ale teraz z całej okolicy i z jej tajemniczych fioletowych cieni wiała na niego bolesna i dziwna tajemnica: szkoła, szkoła, szkoła...

Ostatni kawałek lasu skręcił w inną stronę. Wydawało się, że ucieka gdzieś na przełaj, polami. Otworzyła się płaska przestrzeń. Tu i tam dzieliły ją płotki. Na dnie małych wąwozów kryły się wąskie drogi. Teraz zasypały je zaspy, podobne do wysokich kopców albo śpiczastych dachów. Sanie państwa Borowiczów wjechały w jedną z takich chłopskich dróg. Zaczęły przedzierać się przez zaspy. Marcinek mimo smutku chciał popatrzeć na konie. Kręcił głową i wiercił się na miejscu. Wtedy zobaczył na końcu pola rząd szarych ścian pod białymi strzechami. Ściany tworzyły równą linię. Ich kolor był niezwykły wśród śniegów i przyciągał wzrok.

— Co to jest, mamusiu? — zapytał z oczami pełnymi łez.

Pani Borowiczowa uśmiechnęła się z przymusem. Pozornie spokojnie odpowiedziała:

— To nic, kochanku... To Owczary.

— To już w tych Owczarach... szkoła?

— Tak, kochanku... Ale to nic. Przecież ty jesteś silny, rozumny, mądry chłopiec! Przecież ty kochasz swoją mamusię. Trzeba się uczyć, malutki, uczyć...

— Ale on tylko udaje... — powiedział ojciec. On także udawał, że zanosi się od śmiechu. — Czy to daleko do Wielkanocy? Zleci, jak z bicza strzelił! Ani się obejrzysz, a tu zajeżdża wózek przed szkołę. Po kogo przyjechał? — pytają Jędrka. — A po naszego panicza, po studenta — on powie. A w domu ile mazurków, ile bab, ile placków z migdałami... powiadam ci... zatrzęsienie!

Na polu wiatr był ostrzejszy i smagał twarze rodziców. Marcin po raz pierwszy w życiu poczuł ściśnięcie serca. Poddał się temu uczuciu. W milczeniu słuchał potoku słów o szkole i o tym, że trzeba się uczyć. Słuchał o gimnazjum, o mundurze, o mazurkach i zającach. Słuchał o cukrze lodowym, kapiszonach, posłuszeństwie i jakiejś pilności. Był to nieskończony łańcuch różnych obrazów. Chwilami przestawał myśleć. Patrzył wtedy zmęczonym wzrokiem na futrzany kołnierz matki w kształcie peleryny. Wiatr rozdmuchiwał futro w jednym miejscu. Wyglądało to tak, jakby ktoś przyłożył tam usta i chuchał. Chwilami znowu z całej siły dziecięcej woli tłumił wybuch przerażenia. Ten strach wstrząsał nim jak niespodziewany wystrzał.

Tymczasem janczary zadźwięczały głośniej. Po obu stronach drogi pojawiły się ściany stodół, potem parkany i bielone chaty. Sanie wjechały na szeroką, ubitą ulicę wsi. Chłopiec, który powoził, zaciął konie. Po kilkunastu minutach zatrzymał je przed pewnym budynkiem. Był on trochę większy od chłopskich chat, ale zbudowany tak samo jak one. W przedniej ścianie błyszczały dwa okna, każde z sześcioma szybkami. Nad drzwiami wejściowymi czerniała tablica z napisem: *Naczalnoje Owczarskoje Uczyliszcze*. Obok szkoły skromnie stała mała obórka. Przy niej tuliła się kupka krowiego nawozu, trochę mniejsza od obórki. Między drogą a domem był kawałek ziemi, pewnie ogródek warzywny. Tego dnia sterczało w nim jedno małe drzewko, obciążone mnóstwem sopli. Dookoła biegł płot z powyłamywanymi kołkami.

Kiedy sanki zatrzymały się na drodze, z sieni *uczyliszcza* wybiegł bez czapki nauczyciel, pan Ferdynand Wiechowski. Wybiegła też jego żona, pani Marcjanna z Pilaszów. Zanim podeszli do sanek, Marcin zdążył zadać matce kilka stanowczych pytań:

— Mamusiu, to nauczyciel?

— Tak, kochanku.

— A to nauczycielka?

— Tak.

— A czy mama widzi, jak temu nauczycielowi strasznie się grdyka rusza?

— Cicho bądź!...

Nauczyciel miał na sobie rude, bardzo zniszczone palto. Dziurki od guzików były postrzępione, a guziki pochodziły z różnych ubrań. Na nogach miał grube buty. Na długiej szyi nosił wełniany szalik w czerwone i zielone paski. Szerokie, żółtawe wąsy zakrywały mu usta jak dwa strzępy sukna. Od bardzo, bardzo dawna nie podkręcał ich do góry. Palce prawej ręki miał poplamione atramentem. Tymi palcami z wdziękiem i kokieterią odgarniał z czoła spadające kosmyki włosów. Ciągle się kłaniał i przy tym rozgarniał nogą śnieg. Jego zwiędła, zastygła twarz marszczyła się w uniżonym uśmiechu. Przez ten uśmiech wyglądała jak maska.

Pani nauczycielowa podchodziła do sanek o wiele śmielej. Była to ładna kobietka, choć trochę za duża i za tęga. Oczy zasłaniały jej niebieskie okulary. Przez te wielkie okulary Marcin Borowicz od razu bardzo jej nie polubił. Nie wiedział, czy ta pani w tej chwili na niego patrzy. A co najważniejsze, nie wiedział, czy ona w ogóle go widzi. Przez dziwne skojarzenie szybko wymyślił, że nauczycielka jest podobna do ogromnej muchy.

— Powitać, powitać! — wołała, sepleniąc, pani Wiechowska. Zaczęła pomagać matce Marcinka wysiąść z sanek.

— Jakże zdrowie? — zapytał gwałtownie nauczyciel, nie wiadomo kogo. Ani na chwilę nie przestawał się jednakowo uśmiechać.

— Powitać kawalera! — mówiła coraz śmielej i głośniej nauczycielowa, teraz już specjalnie do Marcina. — Cóż, były dudy? Pewno były, ej że!...

— Cóż to za dudy, mamo? — szepnął kawaler przez zęby.

— Jakże zdrowie? — wypalił znowu nauczyciel i mocno zacierał ręce.

— A no, otóż i jesteśmy! — powiedział swobodnie pan Borowicz. — Dudy? Było tam tego trochę, ale, chwalić Boga, niewiele, niewiele.

— Spodziewam się, proszę pana dobrodzieja — powiedziała nauczycielka bardzo pouczającym tonem — spodziewam się... Marcinek powinien to rozumieć — mówiła z coraz większym uczuciem i rozdymała nozdrza — że rodzice i cała familia oczekują po nim wiele, bardzo wiele! Powinien to rozumieć, że musi stać się nie tylko pociechą rodziców na starość, podporą ich późnych lat, ale i chlubą...

Słowo »chlubą« wymówiła szczególnie uroczyście.

— A, naturalna rzecz! — dodał nauczyciel. Zwrócił się przy tym do pana Borowicza z taką miną, jakby pytał:

— No, a może by tak kieliszeczek szpagaterii?

— Kimkolwiek Marcinek zostanie — mówiła nauczycielka coraz płynniej. Brnęła przez śnieg do sieni, a stamtąd wprowadzała gości do mieszkania. — Czy to obywatelem ziemskim, czy kapłanem, czy sekretarzem gminnym, albo oficerem, zawsze powinien przede wszystkim pamiętać, że ma być chlubą swojej familii. Nie wiem, co państwo dobrodziejstwo o tej sprawie sądzą. Co do mnie, to jest moje święte przekonanie...

— Znowu ta chluba... — myślał ze zmęczeniem kandydat na tak wysokie miejsce w całej rodzinie. Przed chwilą wyraźnie usłyszał, że może zostać oficerem. Jednocześnie patrzył w oczy matki, zamglone łzami i ogromną miłością. Dlatego przestał uważnie słuchać nauczycielki. Zaczął swobodnie myśleć o błyszczących szlifach i dzwoniących ostrogach. W tej chwili przysiągłby nawet, że ostrogi i szlify to właśnie ta nieznana chluba.

Pokoik, do którego wprowadzono gości, był bardzo mały i pełen gratów. W jednym kącie stało wielkie łóżko, w drugim ogromny piec, w trzecim znowu łóżko. Na środku stała kanapa i okrągły stolik z jesionowego drewna. Stolik był pocięty, pewnie scyzorykami, i porysowany jakimś tępym, zębatym narzędziem. Na ścianach wisiały gdzieniegdzie litografie z obrazkami świętych mężczyzn i kobiet. Przy drzwiach do izby szkolnej wisiał na sznurku duży kalendarz w zielonej okładce. Na nim wisiała rzemienna dyscyplina z pięcioma rzemieniami. Jej rączka wyglądała zupełnie jak nóżka sarny. Właśnie wtedy Marcinowi chodziła po głowie chluba w kształcie ułańskich szlif. I właśnie wtedy jego wzrok padł na ten okropny przyrząd...

— No, i jakże tam, hę? — zapytał nauczyciel. Wyciągnął chudą, kościstą rękę w stronę czupryny Marcina. Zrobił to tak samo jak felczer Lejbuś, kiedy zabierał się do strzyżenia »pod włos«. Malca przeszły wtedy dwa dreszcze: na widok dyscypliny i na widok tej okrutnej, chudej łapy. Westchnął głęboko, ale tak, że nikt tego nie zauważył, nawet matka. Spokojnie poddał głowę dziwnej pieszczocie nauczyciela. Przypominała ona rozcieranie świeżo nabitego guza. Chłopiec całą siłą woli zmuszał się do strasznej rezygnacji. Myślał cicho:

— Mama mię tu zostawi samego... on mię z początku będzie brał za głowę..., o, tak... a potem...

Potem spojrzał na dyscyplinę z odwagą, która była dla niego ciężkim cierpieniem. Podniósł nawet wzrok na pana Wiechowskiego.

Tymczasem do pokoju weszła dziewczynka, mniej więcej dziesięcioletnia. Miała cienkie nogi w dużych trzewikach. Dygnęła. Ubrana była w dość gruby kubrak. Z tyłu głowy miała cienki warkoczyk. W tamtych stronach taki warkoczyk nazywano »mysim ogonkiem«.

— To Józia... — powiedziała pani Wiechowska. — Uczy się i wychowuje u nas. Jest to właśnie siostrzenica księdza Piernackiego.

Słowo »siostrzenica« nauczycielka mocno podkreśliła. Jej ton nie pozwalał nikomu mieć choćby najmniejszej wątpliwości.

— A... — mruknęła dość niechętnie pani Borowiczowa.

— Przywitajcie się, moje dzieci! — powiedziała nauczycielka ze wzruszeniem. — Będziecie się razem uczyły, więc powinnyście żyć w zgodzie i pracować z zapałem!

Józia spojrzała na Marcinka błyszczącymi oczami, a potem zupełnie zgłupiała.

— Marcinek! — szepnął chłopcu do ucha pan Borowicz. — Przywitajże się... Tak zaczynasz się zachowywać w szkole! Wstydź się!... No!

Chłopiec zaczerwienił się i spuścił oczy. Potem nagle wyszedł na środek izby. Rozstawił szeroko nogi, z hałasem je złączył i zabawnie skłonił przed koleżanką całe ciało. Józia do reszty straciła głowę. Patrzyła na swoją nauczycielkę wytrzeszczonymi oczami i bokiem cofała się z pokoju. Była już blisko drzwi, kiedy ktoś je otworzył. W drzwiach ukazał się mały, kipiący samowar. Stał na krzywych, chorowitych nóżkach i był niezwykle powyginany.

Niosła go przed sobą duża, brzydka dziewucha. Miała na sobie grubą koszulę, czarną od brudu, i podarty, zatłuszczony lejbik. Nosiła też wełnianą zapaskę, a na głowie szmatkę. Jej włosów nikt nie czesał od kilku miesięcy.

Samowar postawiono na rogu stołu. Pan nauczyciel gorliwie w tym pomagał. Potem zaczęto sypać i parzyć herbatę bardzo uroczyście, jak podczas jakiegoś obrzędu.

Rodzice Marcinka zauważyli, że jest to na pewno pierwsza herbata w tym półroczu szkolnym.

Powoli w pokoiku zapadał zmrok. Pan Borowicz przysunął krzesło do rogu kanapki. Ten róg szczelnie wypełniała pani Wiechowska. Pan Borowicz zaczął z nią półgłosem ostateczną umowę o »leguminy«. Miał je dostarczać w zamian za naukę, którą jego syn miał w tym domu dostać.

Marcinek stał teraz obok matki i słuchał, jak ojciec mówi:

— Kaszy, wie pani, to nie mogę, bo mój młynarz tego porządnie nie zrobi, a zresztą, wie pani... Wolę za to kazać zemleć pszenicy na pytel. Będziesz pani miała na kluski, na łazanki albo choćby jakie ciastko upiec, żeby się przecie chłopczyna rozerwał. Grochu... ileżbyś pani chciała?...

Te słowa wnikały głęboko w umysł chłopca i naprawdę go bolały. Teraz rozumiał, że naprawdę zostaje w szkole. W głosie ojca i w jego naradach z nauczycielką po raz pierwszy usłyszał ton handlu. Poczuł też, że musi się poddać swojemu losowi i nic tego nie zmieni.

Chwilami ten ból rozlewał się po jego małym ciele. Zmieniał się wtedy w chęć dzikiego oporu: chciał wrzeszczeć, tupać nogami, szarpać suknię matki. Chwilami zaś przechodził w głuchą, słabą rozpacz. Pani Borowiczowa także brała udział w tej niepisanej umowie. Zapisywała nawet w małej książeczce ilości tych legumin. Miała oczy spuszczone i nie widziała chłopca. A jednak czuła na sobie jego wzrok. Przez jej serce przechodziła prawie taka sama burza szalonych uczuć. Kto wie, może nawet zupełnie taka sama?... Kto wie, czy jego gwałtowny niepokój nie szarpał nią tak samo i w tej samej minucie...

— Ale też pani jesteś nienasycona! — mówił pan Borowicz pół żartem, pół serio do nauczycielki. Domagała się bowiem to ryb, to włoszczyzny, to wreszcie lnu, grubego płótna i tak dalej.

— Ij! — odpowiedziała pani Wiechowska z jadowitym uśmiechem. — Nienasycona, proszę pana dobrodzieja, to ja nie jestem. Czy wszystkie te drobiazgi razem wyniosą tyle, ile państwo dobrodziejstwo musieliby dać korepetytorowi u siebie na wsi? Taki korepetytor, proszę pana, dziś ledwo za trzydzieści rubli *w miesiąc* pojedzie na wieś. A chce mieć osobny pokój, wszelkie wygody, wszelkie przyjemności, usługę... młodą, konia do jazdy wierzchem. Chce się czasem zabawić, chce świąt i wreszcie... co tu mówić...

— Pani kochana wiesz — odpowiedział szlachcic trochę szorstko — że dlatego oddaję wam dziecko, bo mnie nie stać na korepetytora. Naprawdę mnie nie stać. Nawet gdybym się wysilił i dał mu te jakieś trzysta rubli, to nie mam w domu kąta dla takiego guwernera. Pani kochana może wiesz, a może nie wiesz, że u nas nie co dzień jest mięso na obiad. A przy obcym człowieku w domu trzeba by się było pokazywać lepiej, niż nas stać...

— Co tu mówić, moja droga pani — powiedziała pani Borowiczowa. — Przecież pan Wiechowski przygotuje Marcinka do pierwszej klasy nie gorzej, a pewnie dużo lepiej niż najlepszy korepetytor. A u pani będzie mu tak samo jak u matki. On sam wie, że trzeba się uczyć, trzeba zębami i pazurami!... Mamusia kocha, mamusia bardzo kocha, ale to trudno, to trudno. On to zresztą wie. On pokaże, jaki z niego chłopiec. Pokaże, czy to prawda, co o nim mówił pan Miętowicz, że on tylko beczeć umie. On pokaże!

Rzeczywiście niespokojne wybuchy w Marcinku ucichły. Cała jego rozpacz jakby zawisła na jakimś haku. Spojrzał odważnie w oczy matki. W kącikach jej oczu, tuż pod powiekami, zobaczył dwie łzy. Wtedy uśmiechnął się dzielnie.

— Widzi pani, widzi pani, oto mój syn, mój kochany syn! — mówiła teraz pani Borowiczowa. Puściła wreszcie te łzy, które dotąd siłą woli trzymała pod powiekami.

Ojciec przyciągnął chłopca do siebie i głaskał go po czuprynie. Nie mógł wymówić ani słowa. Tymczasem zapadła noc. Wniesiono do pokoju lampę, a pani nauczycielowa zaczęła nalewać herbatę. Około godziny siódmej pan Borowicz wstał od stołu. Jego lewy policzek szybko drgał, a usta uśmiechały się smutno.

— No, Helenko, na nas pora... — powiedział do żony.

— O, cóż znowu? — wysepleniła nauczycielowa. — Cóż znowu? Przecież na Gawronki *w kwandrans* czasu sankami się prześliźnie...

— Tak, pani, ale teraz nie ma księżyca, zaspy są duże, chłopak nie zna drogi. Zresztą i na *państwa* już czas.

Pani Borowiczowa położyła tobołek z bielizną Marcina obok łóżka, na którym malec miał spać. Niepostrzeżenie sprawdziła ręką, czy siennik jest dobrze wypchany. Potem szybko ucałowała syna i pożegnała Wiechowskich. Brudnej Małgośce wsunęła jeszcze do ręki dwa złote groszy dwadzieścia. Wyszła na dwór i wsiadła do sanek. Mąż wyszedł za nią równie szybko.

Kiedy konie ruszyły, nauczycielka trzymała młodego Borowicza za rękę. Pan Wiechowski klepał go po ramieniu. Służąca trzymała wysoko kuchenną lampę. Gdy janczary odezwały się po raz pierwszy, podniosła światło jeszcze wyżej. Biały krąg światła padł na śnieg dookoła. Właśnie wtedy Marcinek zobaczył, jak tył sanek z zarysami głów rodziców przesunął się przez ostatnią linię światła. Potem sanki wpadły w ciemność. Chłopiec nagle przeraźliwie wrzasnął. Szarpnął się, wyrwał z rąk nauczycielki i pędem pobiegł za sankami. Trafił na rów wzdłuż drogi. Jednym skokiem wydostał się z zaspy i pędził dalej. Kiedy odbiegł od światła, nic już nie widział w ciemności. Potknął się raz i drugi o jakieś kołki. Upadł na ziemię i wrzeszczał z całych sił:

— Mamusiu, mamusiu!

Nauczyciel i jego żona chwycili go pod ręce i siłą zaprowadzili do szkoły. Janczary dzwoniły gdzieś daleko, coraz ciszej, jakby spod zasp śniegu.

— Nigdy nie spodziewałam się czegoś podobnego! Nigdy! Żeby taki duży chłopiec chciał uciekać do Gawronek... Pfe, brzydko! — sapała nauczycielka.

Marcinek ucichł, ale nie ze wstydu. Dusiło go jakieś bolesne zdziwienie. Gdziekolwiek spojrzał, nigdzie nie było matki. W głowę wbijała mu się myśl jak drzazga: nie ma, nie ma, nie ma... Z zaciśniętymi zębami wszedł do mieszkania. Usiadł na krzesełku, które wskazała mu nauczycielka. Słuchał jej długiego kazania, ale ciągle myślał o matce. Te myśli były szeregiem obrazów jej twarzy. Przesuwały mu się pod powiekami i znikały. To znikanie było początkiem, pierwszym sygnałem tęsknoty.

Brudna Małgosia słała tymczasem łóżka. Razem z nauczycielem ustawiała parawan przed posłaniem na kanapce. To posłanie było dla koleżanki Józi. Ustawianie trwało dość długo i musiało być bardzo trudne. Bo kiedy nauczycielka na chwilę wyszła do kuchni, służąca co chwila odskakiwała z chichotem.

Wreszcie wszystkie łóżka były posłane i Marcinkowi kazano się rozebrać. Położył się szybko, przykrył kołdrą i zaczął obmyślać plan ucieczki.

Chytrze wybierał odpowiednią chwilę wczesnym rankiem. Przypominał sobie drogę do Gawronek. Myślał o wyglądzie leśnych zakątków i pustkowi, które widział przed wieczorem. W marzeniu uciekał przez nie. Jego serce było zmęczone nawałem uczuć. Powoli rodził się w nim senny żal. W końcu wylał się cichym płaczem. Duże łzy spływały na poduszkę i robiły na niej szerokie plamy... Zasnął zapłakany, zmęczony i obojętny na wszystko.

W nocy nagle się obudził. Szybko usiadł na łóżku i szeroko otwartymi oczami patrzył przed siebie. Ktoś chrapał jak maszyna do ugniatania żwiru.

Mała nocna lampka stała w kącie izby. Oświetlała jedną ścianę i część sufitu. Marcinek zobaczył czyjeś ogromne, grube i tłuste kolano. Wystawało spod pierzyny. Trochę dalej zobaczył wielki nos i wąsy, które poruszały się równo od chrapania. Jeszcze dalej stał półokrągły koszyk wyszyty paciorkami. W słabym świetle błyszczał jak obnażone kły.

Uczucie samotności, bliskiej rozpaczy, chwyciło małego szlachcica jak stalowe szpony. Jego wzrok niespokojnie latał od przedmiotu do przedmiotu, z miejsca na miejsce. Szukał czegoś znajomego i bliskiego. Zatrzymał się wreszcie na tym rogu kanapki, gdzie siedzieli rodzice. Ale i tam spał ktoś obcy. Z ciemnych kątów izby wychylał się strach o wielkich oczach. Graty w półmroku zdawały się złowrogo grozić. Malec długo siedział na posłaniu i patrzył bezradnie. Mimo całego swojego cierpienia nie mógł zrozumieć, po co mu to wszystko zrobiono. Nie wiedział, co to znaczy. Nie wiedział, dlaczego tak go męczą.

Następnego dnia, po źle przespanej nocy, obudził się bardzo późno. W mieszkaniu nie było nikogo. Łóżko nauczycieli było posłane, kanapka sprzątnięta. Za drzwiami, obok których wisiał kalendarz i dyscyplina, słychać było prawie ciągły kaszel. Słychać było też cichy szmer rozmów. Czasem przerywał go głośny, prostacki śmiech albo hałaśliwy płacz.

Marcinek był ogromnie ciekawy. Wyskoczył z łóżka, szybko się ubrał i nasłuchiwał pod tajemniczymi drzwiami. Wczoraj wyglądały tak, jakby prowadziły do pustego składziku. Dziś zasłaniały jakieś ciekawe widowisko.

— A co to, kawaler ciekawy zobaczyć szkołę? — krzyknęła nauczycielowa, wychodząc z kuchenki. — A mył się kawaler, czesał się, ubrał porządnie? Najpierw trzeba się ubrać, a dopiero później myśleć o oglądaniu szkoły.

Marcinek ubrał się z wielkim trudem. Dotąd zawsze matka pomagała mu się myć i ubierać. Szybko wypił kubek gorącego mleka i czekał. Po śniadaniu nauczycielowa wzięła go za rękę. Tak jak stała, w białym kaftaniku, wprowadziła go do izby szkolnej. Kiedy drzwi się otworzyły, Marcin od razu pomyślał: to jest kościół, a nie żadna szkoła...

Izba była pełna. We wszystkich ławkach siedzieli chłopcy i dziewczęta. Grupka tych, którzy przyszli najpóźniej, nie znalazła miejsca i stała pod oknem. Chłopcy siedzieli w sukmankach, w kurtkach ojców, a nawet w lejbikach matek. Niektórzy mieli szyje owinięte szalikami, a ręce w wełnianych rękawicach. Dziewczęta miały na głowach zapaski i chusty. Wyglądały tak, jakby były nie w dusznej izbie, ale wśród zasp na otwartym polu. Wszyscy kaszleli. Większość, zanim weszła nauczycielka, ćwiczyła się w dawaniu sobie nawzajem »sera«. Zresztą sami nie umieliby nazwać tej zabawy tym fachowym słowem.

— Michcik, masz tu panicza z Gawronek, pokaż-że mu szkołę, bo ciekawy — powiedziała nauczycielka do chłopca, który siedział przy samych drzwiach w pierwszej ławce.

Był to wyrostek, który miał już kilkanaście lat. Miał bardzo jasne włosy i szare oczy. Grzecznie przesunął się w ławce i zrobił miejsce dla Marcinka. Marcinek przycupnął na brzeżku, zawstydzony i zmieszany. Pani Wiechowska wyszła. Przedtem głośno i stanowczo kazała wszystkim zachować spokój.

— Jakże ci na imię? — zapytał Michcik uprzejmie.

— Marcin Borowicz.

— A mnie Piotr Michcik. Umiesz czytać?

— Umiem.

— Ale pewnie po polsku?

Marcin spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— *Pa russki umiejesz czitat’?*

Marcin zaczerwienił się, spuścił oczy i wyszeptał cichutko:

— Ja nie rozumiem...

Michcik uśmiechnął się triumfalnie. Zaraz wyjął z drewnianej teczki rosyjską czytankę Paulsona. Teczka miała sznurek, żeby można ją było nosić na ramieniu. Michcik otworzył książkę w zatłuszczonym miejscu. Zaczął szybko czytać, kiwał przy tym głową i rozdymał nozdrza:

— *W szapkie zołota litoho staryj russkij wielikan podżidał k-siebie drugoho*...

Mały Borowicz był całkiem zajęty rozmową z Michcikiem. Tymczasem uczniowie powoli wychodzili ze wszystkich ławek. Zbliżali się krok za krokiem, szturchali się nawzajem i wyglądali zza ramion innych. Wkrótce dookoła Michcika i Borowicza zebrała się ciasna gromadka dzieci. Wszystkim oczy prawie wychodziły na wierzch z ciekawości. Stali w milczeniu i patrzyli na Marcinka bez mrugnięcia. Byli tak nieruchomi, jakby zesztywnieli z ciekawości.

Tymczasem Michcik ciągle czytał ten wiersz, coraz szybciej. Kiedy skończył, znowu spojrzał triumfalnie na Borowicza i powiedział:

— Tak sie czyta! Zrozumiałeś też co?

— Nic, nic... — odpowiedział nowy uczeń i zaczerwienił się po uszy.

— E, nauczysz się jeszcze i ty — powiedział tamten łaskawie. — I ja se myślałem, że trudno, a teraz i *stichi* na pamięć umiem, i rachunki ci robię po rusku, i *diktowkę*. Gramatyka, ta to trudna... uuch! Sprawiedliwie! *Imia suszczestwitielnoje, imia priłagatielnoje, miestoimienie*... Cóż, nie rozumiesz, choćbym ci i powiedział...

Nagle podniósł głowę i spojrzał na belki sufitu. Powiedział głośno, nie wiadomo do kogo, z uczuciem, a nawet jakby z zachwytem:

— »*Podleżaszczeje jest’ tot priedmiet, o kotorom goworitsia w predłożenii!*«

Potem znowu powiedział do Marcina:

— Widzisz, i Piątek już umie czytać, choć kiepsko. Czytaj, Wicek!

Obok Michcika siedział chłopiec z twarzą bardzo zniszczoną przez ospę. Otworzył tę samą książkę w równie zatłuszczonym miejscu. Zaczął »dukać« jakiś fragment. Od razu tak się w tym zatopił, że nawet strzały z armat nie przerwałyby mu tej pracy.

Nagle gromada ciekawskich rozbiegła się wśród szturchańców i hałasu. Drzwi od sieni otworzyły się szeroko i wszedł nauczyciel. Jego twarz była ledwie podobna do wczorajszej. Teraz była to surowa maska, a jeszcze bardziej śmiertelnie znudzona. Spojrzał na Marcinka i kwaśno się do niego uśmiechnął. Stanął na katedrze i dał znak Michcikowi. Michcik wstał i zaczął głośno, z przejęciem mówić modlitwę:

— »*Priebłagij Gospodi, nisposli nam błagodat’*...«

Kiedy zaczęła się modlitwa, wszystkie dzieci jak na komendę zerwały się na równe nogi. Po modlitwie usiadły w ławkach. Szkoła była pełna nie tylko zaduchu, ale prawdziwego, ciężkiego i nieznośnego smrodu.

Wiechowski przez chwilę ponuro patrzył na wystraszoną gromadę. Potem otworzył dziennik i zaczął czytać listę. Kiedy wymawiał jakieś imię po rosyjsku i nazwisko, w izbie zapadała śmiertelna cisza. Dopiero po jakimś czasie słychać było szepty i rozmowy. Dzieci szturchały i kopały wywołanego ucznia. W końcu gdzieś podnosiła się ręka dziecka i słychać było głos:

— Jest.

— Wcale nie jest, tylko *jest’* — wołał głośno nauczyciel. Sam kilka razy wyraźnie wymawiał to słowo, dla przykładu. Ostatnią spółgłoskę wymawiał miękko. Skutek był taki, że przy następnych nazwiskach chłopcy wstawali i podnosili palce. Wołali z wielkim zadowoleniem, zupełnie po swojemu:

— Jeść!

Marcinek nie rozumiał z tego wszystkiego zupełnie nic. Nie rozumiał wymagań nauczyciela ani całej tej ceremonii. A już najmniej rozumiał, skąd u wszystkich taka wielka ochota do jedzenia.

Kiedy przeczytano wszystkie nazwiska, pan Wiechowski znowu skinął na Michcika. Sam usiadł na krześle, wsunął dłonie w rękawy i założył nogę na nogę. Zaczął patrzeć w okno z takim uporem, jakby to był jeden z jego urzędowych obowiązków.

Michcik głośno czytał, a właściwie wykrzykiwał z Paulsona długą rosyjską bajkę ludową o chłopie, wilku i lisie.

Nauczyciel od czasu do czasu poprawiał akcenty w słowach.

Tymczasem w całej izbie szkolnej hałas ciągle rósł. Słychać było dźwięki: *a, be, ce, de, e*..., albo: *a, be, we, że, ze*...

Dzieci, które znały już alfabet, »pokazywały« go prostaczkom, którzy dopiero przyszli. Niektóre uczyły kolegów »ślabizowania«. Ale ogromna większość tylko udawała, że patrzy w elementarze. Mruczały coś pod nosem i strasznie się nudziły.

Kiedy Michcik wykrzyczał całą bajkę, zamknął książkę i dał ją koledze Piątkowi. Sam wyszedł na środek, do tablicy.

Wiechowski podyktował mu zadanie z mnożenia.

Michcik napisał dwie duże liczby i podkreślił je okropnie grubą linią. Przed pierwszą liczbą postawił taki znak mnożenia, że można by na nim powiesić palto. Zaczął szeptać do siebie cicho, ale tak, że Marcin dobrze go słyszał:

— Pięć razy sześć... trzydzieści. Piszę »kółko«, a sześć mam w »rozumie«.

Michcik mnożył z wielkim trudem i wysiłkiem. Jego twarz ciągle się zmieniała. Mięśnie twarzy, rąk i nóg pracowały bez celu. Były tak napięte, jakby uczeń dźwigał belki, rąbał drewno albo orał. Kiedy jednak pokonał jakieś »pięć razy sześć« i napisał »kółko«, zaraz półgłosem wszystko tłumaczył. Mówił tak, żeby nauczyciel słyszał:

— *Piatiu sześt’... tridcat’*...

Ale nauczyciel nie zwracał teraz uwagi ani na Michcika, ani na Piątka, który zaczął pokazywać swoją sztukę. Ciągle patrzył w okno z martwym spokojem.

Marcinek po raz drugi słuchał czytania Piątka. Przypomniał sobie wtedy Żyda Zelika, wiejskiego krawca. Zelik często całymi miesiącami siedział w Gawronkach przy pracy. Marcinek zobaczył go jak żywego. Był to stary, na pół ślepy, śmieszny Żyd z wiecznie oplutą brodą. Siedzi i zszywa stary barani kożuch. Okulary, związane sznurkiem, wiszą mu na końcu nosa. Igła nie trafia w skórę kożucha, tylko w palec, potem w pustkę, potem gdzieś utyka...

Marcinek chętnie roześmiałby się serdecznie z kłopotów Zelika i z jego powolnego szycia. Ale czuje na twarzy łzy żalu i ogromnej miłości, nawet do Żyda z Gawronek... Nie wiadomo dlaczego, czytanie Piątka tak dziwnie na niego działa.

Piątek trafia na dźwięki i łapie je w pośpiechu. Łączy je i skleja, jakby uderzał pięścią. Pcha je do kupy, jakby całym ciałem... Słychać dziwne słowa... Oto malec stęka:

— *Pie... piet... pietu... pietuch*...

Marcinek schyla głowę, zatyka sobie usta i dusi się ze śmiechu. Szepcze:

— Co za *pietuch? Pietuch!*...

Nauczyciel budzi się jakby ze snu. Kilka razy ze złością powtarza to słowo. Cała klasa po cichu ma z tego uciechę. Potem nauczyciel znowu się zamyśla. Wreszcie Piątek skończył lekcję. Ciężko usiadł w ławce i zaczął wycierać spocone czoło.

Wiechowski otworzył dziennik i wyczytał nazwisko:

*Warfołomiej* Kapciuch.

Na środek izby wyszedł chłopak w nędznej sukmanie. Na nogach miał chyba buty ojca. Szedł w nich tak „zgrabnie", jakby miał nogi w dwóch konewkach. Mały Bartek Kapciuch w szkole awansował na jakiegoś *Warfołomieja*. Rozłożył swój elementarz na brzegu stolika nauczyciela. Wziął w brudną rękę drewniany wskaźnik. Przeczytał całe *a, be, we, że, ze*... Kilka razy pociągnął nosem. Potem wrócił na miejsce tak zadowolony, że chyba nawet nie czuł ciężaru swoich ogromnych butów. Następnie wywołano jakiegoś *Wikientija*. Pokazał nauczycielowi, co umie, i zniknął w tłumie.

Ta nauka trwała tak długo, że Marcinek prawie zasnął. Sennymi oczami patrzył po ścianach. Tu i tam odpadły z nich płaty wapna. Oglądał obrazki nosorożców i strusi, które wisiały obok drzwi. W końcu patrzył na trzy grube ślady błota między drzwiami a pierwszą ławką... Było mu duszno w okropnym powietrzu izby. Nudziło go stękanie dzieci, które »wydawały« przed nauczycielem rosyjski alfabet. Był nieuważny i roztargniony. Mimo to zauważył, że pan Wiechowski też porządnie się nudził. Na szczęście w sąsiednim mieszkaniu nauczyciela zegar wybił jedenastą. Nauczyciel przerwał przepytywanie, zszedł z katedry i powiedział po polsku:

— Teraz sobie zaśpiewamy jedną śliczną pieśń po rusku, nabożną. Będziecie śpiewać po mnie i tak samo jak ja. Dziewuchy cienko, chłopaki grubiej. No... a słuchaj przecie jedno z drugim, uchem, nie brzuchem!

Przymknął oczy, otworzył usta i zaczął śpiewać, wybijając takt palcem:

*Kol sławien nasz Gospod’ w Syjonie*...

Z nauczycielem śpiewał Michcik. Piątek ryczał coś swojego. Kilkoro dzieci, chyba bardziej muzykalnych, próbowało naśladować melodię. Reszta też śpiewała. Ale melodia była poważna, a ludzie w tej okolicy śpiewają tylko na nutę żywego tańca. Dlatego dzieci zaraz przeszły na jedyną uroczystą melodię, do której przyzwyczaiły się w kościele. Zaczęły wrzeszczeć nieposłusznymi głosami:

»Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny!...«

Pan Wiechowski kilka razy musiał przerywać i zaczynać od początku. Melodia »Święty Boże« ciągle wygrywała z *Kol sławien*. Chodziło tu chyba nie o to, żeby nauczyć dzieci śpiewu. Chodziło o to, żeby wbić im cerkiewną pieśń do uszu jak gwóźdź. Nauczyciel musiał pokonać chłopską melodię. Musiał pociągnąć za swoją melodią wszystkie dzieci i wkrzyczeć im ją do pamięci. Dlatego śpiewał coraz głośniej. Marcinek patrzył na to widowisko z ogromnym zdziwieniem. »Grdyka« nauczyciela pracowała teraz z całych sił. Jego twarz z mocno czerwonej zrobiła się aż brązowa. Żyły na czole nabrzmiały mu jak sznurki. Czupryna spadała mu na oczy. Miał zamknięte powieki, a usta otwarte jak przepaść. Wymachiwał pięścią, jakby bił w kark niewidzialnego wroga. I naprawdę przekrzyczał cały chór dziecięcych głosów. Ze wszystkich sił, na całe gardło śpiewał pieśń:

*Kol sławien nasz Gospod’ w Syjonie!*...

### Słowniczek

- **baszłyk (maślocha)**: ciepły, śpiczasty kaptur na głowę, wiązany pod szyją.
- **sukmana, sukmanka**: długie, grube, wełniane okrycie chłopskie.
- **janczary**: dzwonki przy uprzęży koni, które dzwonią w czasie jazdy saniami.
- **Naczalnoje Owczarskoje Uczyliszcze**: po rosyjsku: Początkowa Szkoła w Owczarach.
- **grdyka**: wystająca część gardła z przodu szyi, rusza się przy przełykaniu.
- **były dudy**: był płacz (żartobliwie o dziecku, które płacze).
- **chluba**: duma, powód do dumy dla rodziny.
- **szlify**: ozdoby na ramionach munduru oficera.
- **dyscyplina**: bat z kilku rzemieni do karania dzieci.
- **leguminy**: tu: jedzenie (mąka, groch, ryby itp.), które ojciec daje zamiast zapłaty za naukę.
- **korepetytor, guwerner**: prywatny nauczyciel, który uczy dziecko w domu za pieniądze.
- **dwa złote groszy dwadzieścia**: mała suma pieniędzy, napiwek dla służącej.
- **Pa russki umiejesz czitat’?**: po rosyjsku: Umiesz czytać po rosyjsku?
- **stichi, diktowka**: po rosyjsku: wiersze, dyktando.
- **Imia suszczestwitielnoje, imia priłagatielnoje, miestoimienie**: po rosyjsku: rzeczownik, przymiotnik, zaimek.
- **Podleżaszczeje jest’ tot priedmiet, o kotorom goworitsia w predłożenii**: po rosyjsku: Podmiot to rzecz, o której mówi się w zdaniu.
- **Priebłagij Gospodi, nisposli nam błagodat’**: po rosyjsku: Najdobrotliwszy Panie, ześlij nam łaskę (modlitwa).
- **jest’**: po rosyjsku „jest" (jestem obecny); dzieci mówią to jak polskie „jeść".
- **pietuch**: po rosyjsku: kogut.
- **Piatiu sześt’... tridcat’**: po rosyjsku: pięć razy sześć... trzydzieści.
- **Kol sławien nasz Gospod’ w Syjonie**: po rosyjsku: Jak sławny jest nasz Pan na Syjonie (pieśń cerkiewna).
- **ślabizować**: czytać powoli, sylaba po sylabie.

## II

Przez dwa miesiące w szkole Marcinek »zdumiewające uczynił w naukach postępy«.

Tak pisała w listach do rodziców chłopca pani nauczycielowa.

Rzeczywiście Marcinek umiał już czytać (oczywiście po rosyjsku) i pisać dyktanda. Umiał robić *zadaczki* na cztery działania. Zaczął nawet ćwiczyć dwa rozbiory: etymologiczny i składniowy.

Pan Wiechowski zwracał szczególną uwagę na te rozbiory. Codziennie o drugiej po południu zaczynał z Marcinkiem lekcję. Chłopiec czytał jakiś fragment. Potem opowiadał, co przeczytał. Robił to tak śmiesznie i takimi zabawnymi, barbarzyńskimi słowami, że nawet nauczyciela bawiła ta nauka.

Po czytaniu zaraz zaczynały się rozbiory. Można je było porównać chyba tylko do upartego strugania mokrego drewna osiki tępym scyzorykiem.

Prawdziwą trudnością była dla małego Borowicza arytmetyka. Chłopczyna rozumiał całkiem dobrze, choć niezbyt szybko. Ale musiał robić dwie rzeczy naraz: liczyć i siłą wdzierać się w tajemnice języka rosyjskiego. To był dla niego za duży ciężar.

Kiedy zaczynał wszystko rozumieć, kiedy nawet cieszyła go jasność rachunku, wszystko psuły nazwy. Pan Wiechowski nie mógł porwać umysłu chłopca zrozumiałym wykładem. Nie mógł pokazać mu samej arytmetyki, o którą przecież w arytmetyce chodziło. Musiał cały wysiłek wkładać w to, żeby wbić uczniowi nazwy różnych rzeczy. Nie do umysłu, ale do pamięci. Pierwsze kształcenie rozumu to piękna walka i szlachetne widowisko. Dziecko się uczy. Jego umysł po raz pierwszy zdobywa nieznane pojęcia. To naprawdę wzniosła chwila. Ale w Owczarach była to ogromna walka. Często była to prawdziwa męczarnia. A co najgorsze, ta męczarnia nie miała żadnego celu.

Kiedy mały Borowicz przypadkiem zgubił wątek, powtarzał za nauczycielem mechanicznie nazwy, kombinacje i wzory. Nauczyciel naciskał go pytaniami: czy rozumie, czy pamięta, czy dobrze wie. Marcinek odpowiadał, że tak. A na bezpośrednie pytania odpowiadał, zgadując.

Zdarzały się dni, kiedy z lekcji arytmetyki nie rozumiał nic, od *a* do *z*. Wtedy ogarniał go strach. Na pół świadomie czuł, że kłamie. Że nie uczy się chętnie i celowo martwi rodziców. Że wcale ich nie kocha... Wtedy zimny pot występował mu na czoło. Mózg jakby oblepiała mu skorupa zaschniętej gliny. Nauczyciel był już daleko dalej. Mówił o czym innym, pytał o co innego. A Marcinek przestępował z nogi na nogę, ściskał kolana i z wysiłkiem gonił jakąś *sfaję*. To słowo leżało w poprzek jego myślenia jak góra. Jego mózg nie mógł wykonywać dwóch prac naraz. Dlatego myślenie o rachunkach schodziło na drugi plan. Jego miejsce zajmowały ciągłe pytania o znaczenie słów.

Osobną sztuką było rosyjskie dyktando. Pan Wiechowski codziennie powtarzał Marcinkowi pewną zasadę. Uczeń, który zrobi trzy błędy na stronie dyktanda, nie zostanie przyjęty do klasy wstępnej. Kandydat do tej klasy przysiągł sobie w duszy, że nie zrobi trzech błędów na stronie. Starał się nie robić ich wcale, ale bez wielkiego skutku. Głowa mu pękała od myślenia, czy w danym miejscu pisać *jat’*, czy *je*. Pamięć pracowała ciężko i bez sensu. Nauczyciel nie mógł wyjaśnić zasad pisowni, zanim nie wyłożył gramatyki. Dlatego biedny Marcin robił na stronie po trzydzieści i więcej potwornych błędów. Na pamięć uczył się rosyjskiej gramatyki i wierszy. To wkuwanie wierszy odbywało się zawsze przed południem.

Właściwie największe postępy Marcinek zrobił w katechizmie ks. Putiatyckiego i w kaligrafii. Można go było obudzić z twardego snu o północy i zapytać:

— »Co za naukę stąd brać mamy, że Pan Bóg jest dobrym i sprawiedliwym sędzią?«

A odpowiedziałby jednym tchem, bez namysłu i wahania:

— »Stąd, że Pan Bóg jest sprawiedliwym sędzią, brać mamy tę naukę...« i tak dalej.

Kaligrafię lubił znowu ćwiczyć sam, na własną rękę. Zastępowała mu trochę ruch, spacery i bieganie po dalekich miejscach. Nauczyciel nieraz zastawał go, jak z ogromnym zapałem bazgrał wielkie, koślawe litery. Pisał je kredą na tablicy albo piórem w starych zeszytach. Przy obu sposobach ćwiczenia tej szlachetnej i potrzebnej sztuki Marcinek wywieszał język i pociągał nosem. Z czasem zabroniono mu bazgrać w zeszytach. Przy tej pracy obie jego ręce, mankiety kurtki i koszuli, a nieraz i czubek nosa były całe w atramencie. Przez to zużywało się więcej mydła nauczyciela. A tego w umowie z rodzicami Marcinka nie przewidziano. Nie pozwalano mu też bawić się z wiejskimi chłopakami, bo tego wymagało tak zwane dobre wychowanie. Siedział więc ciągle w pokoju państwa Wiechowskich i kształcił swój umysł. Sam »pan« uczył w izbie szkolnej albo był poza domem. Jego żona wrzeszczała w kuchni na służącą. Mała Józia zwykle ugniatała kluski, zwane »paluszkami«, albo nawet obierała kartofle. Marcinek siedział na kanapce pod oknem i mruczał lekcję. Kiedy jednak gramatyka zupełnie go znudziła, dalej obłudnie mruczał. A naprawdę gapił się na świat przez szyby.

Okna wychodziły na pola. Te pola były płaskie jak stół, bo tam kończyły się już wzgórza i lasy. Głęboki śnieg leżał ciężką warstwą aż po horyzont. Na tej równinie nigdzie nie było widać wsi ani nawet samotnej chaty. Mniej więcej trzy wiorsty dalej czerniał rząd bezlistnych drzew i szarzały jakieś zarośla. Był tam duży staw, zarośnięty trzciną. Ale i on o tej porze zlał się z równiną śniegu. W czasie odwilży spod śniegu wyglądały grzbiety zagonów. Ten widok był jedyną odmianą i rozrywką w życiu Marcinka. Odwilże zdarzały się rzadko, a po nich przychodziły zadymki i mrozy. Wtedy przestrzenie znowu sztywniały i pokrywały się martwotą. Dla żywego chłopca było w tym obcym krajobrazie coś bezdennie smutnego. Widok jednostajnej równiny dziwnie łączył się z nudą, która siedziała między kartkami rosyjskiej gramatyki. Marcinek nie mógł objąć i zrozumieć ani tego krajobrazu, ani tajemnic gramatyki. Gdyby go zapytano, co to jest i jak się nazywa ta spokojna, nudna przestrzeń, odpowiedziałby bez wahania: to jest *imia suszczestwitielnoje*.

Przez całe dwa miesiące ani ojciec, ani matka nie odwiedzili Marcinka. Postanowiono go zahartować i przyzwyczaić do rygoru. Nie chciano go »rozmazgajać« wizytami. Tylko raz pani Wiechowska zabrała Borowicza i Józię na spacer. Poszli za wieś drogą przetartą w głębokim śniegu. Droga prowadziła aż na górę, porośniętą starym lasem. Na skraju lasu stały osobno duże świerki. Widać je było nawet z daleka. Dzień był śliczny i mroźny. W czystym powietrzu widać było bardzo daleko. Zdyszany Marcinek stanął przy tych samotnych świerkach. Spojrzał na południe i zobaczył górę, u której stóp leżały Gawronki. Tam się urodził i wychował. Na jednolitym śniegu ciemnoniebieską barwą odcinały się gęste zarośla jałowca. Wyraźny garb szczytu sterczał na tle nieba, różowego od zachodu. Nagle chłopiec głośno i serdecznie się rozpłakał.

Ta jedyna wycieczka Marcina skończyła się długim, opryskliwym kazaniem nauczycielki. Było w nim pełno niezrozumiałych słów.

W pierwszych dniach marca pan Wiechowski wrócił z sąsiedniego miasteczka. Przywiózł wiadomość, która, można powiedzieć, wstrząsnęła całym budynkiem szkoły. Wszedł do pokoju z oszronionymi wąsami. Nie otrzepał nawet śniegu z butów i powiedział:

— Dyrektor przyjeżdża w tym tygodniu!

Jego głos brzmiał tak dziwnie i przerażająco, że wszyscy zadrżeli. Zadrżeli nawet Marcin, Józia i Małgosia, choć zupełnie nie rozumieli, co to zdanie właściwie znaczy.

Pani Wiechowska zbladła i poruszyła się na krześle. Jej duże, tłuste wargi drgnęły, a ręce bezwładnie opadły na stół.

— Kto ci mówił? — zapytała zdławionym głosem.

— No, Pałyszewski, — któż miał mówić? — odpowiedział nauczyciel i zdjął szalik z szyi.

Od tej chwili w całym domu panowały wielki strach i milczenie.

Małgosia, nie wiadomo dlaczego, chodziła na palcach. Józia całymi godzinami płakała żałośnie po kątach. A Marcinek z przerażeniem, ale i z pewną ciekawością, czekał na jakieś nadprzyrodzone zjawiska.

Nauczyciel trzymał wiejskie dzieci w szkole prawie przez całe dnie. Uczył je szybko, sposobem »na skoro«, odpowiadać na powitanie: »*zdarowo rebiata!*«. Wszystkich uczył chóralnego śpiewu »*Kol sławien*«. A Piątka i Wójcika ćwiczył w sztuce wyliczania członków rodziny cara. Tej nauce towarzyszyło podwójne bicie dyscypliną.

Marcinek, skulony przy swoim oknie, co chwila słyszał wrzaskliwy płacz i daremne prośby. Zaraz potem rozlegało się zawsze to samo, nieodwołalne:

— Uch, nie będę, nie będę! Póki życia, nie będę! uch, panie, nie będę, nie będę!...

Wieczorami, często do późna, pan Wiechowski przygotowywał dzienniki szkolne i wykazy. Stawiał uczniom stopnie. Niezwykle kaligraficznie pisał tak zwane *wiedomosti*. Oczy mu się zaczerwieniły, wąsy obwisły jeszcze bardziej, a policzki się zapadły. »Grdyka« ciągle się ruszała, bo bez przerwy przełykał ślinę. Po wsi rozeszła się głucha pogłoska: naczelnik przyjedzie! Wokół tej wieści rosły dziwne domysły, prawie bajki.

Wszystkie te opowieści przynosiła z powrotem do szkoły Małgosia. Szeptała je do ucha Borowiczowi i Józi. Budziła w nich coraz okropniejszy strach.

W izbie szkolnej zrobiono gruntowny porządek. Zeskrobano łopatą z podłogi zaschnięte błoto i porządnie ją wyszorowano. Zmieciono kurz. Otrzepano i wytarto obrazki żyraf i słoni, zabrudzone przez muchy. Wytarto też mapę Rosji i mały globus. Globus stał na górnym gzymsie szafy i przedstawiał wiedzę daleką, wysoką i niedostępną.

Z sieni wyniesiono do obórki beczkę z kapustą. Wyniesiono też całą zagródkę razem z cielęciem. Kupę nawozu przykryto świerkowymi gałęziami. Sam nauczyciel przyniósł z miasteczka dziesięć butelek najlepszego warszawskiego piwa i jedną krajowego porteru. Przyniósł też pudełko sardynek i cały stos bułek.

Pani Wiechowska upiekła na rożnie zająca i pieczeń wołową, niezwykle kruchą. Te przysmaki miały być podane dyrektorowi na zimno. Oczywiście razem ze słoikami konfitur, marynowanych rydzów, korniszonów i tak dalej. Nauczycielowa przygotowała to przyjęcie tak samo starannie jak jej mąż szkołę. Mogło się wydawać, że tajemniczy dyrektor przyjeżdża po to, żeby dokładnie sprawdzić smak zajęczego combra. I to tak samo dokładnie jak postępy wiejskich chłopaków w »dukaniu«.

W dniu przed tym strasznym dniem mieszkanie, kuchnia i izba szkolna wyglądały jak obraz zupełnej paniki. Wszyscy biegali z szeroko otwartymi oczami. Najprostsze czynności robili w ogromnym napięciu nerwów. W nocy prawie nikt nie spał. Od świtu w całym domu znowu wybuchła gorączka biegania i szeptania. Wszyscy mieli zaschnięte gardła i wytrzeszczone oczy. Miał przyjść posłaniec od Pałyszewskiego. Pałyszewski był nauczycielem szkoły w Dębicach, we wsi oddalonej o trzy mile. Dyrektor miał go odwiedzić najpierw, a dopiero potem Owczary. Dyrektor musiał jechać trzy mile gościńcem. Szybki posłaniec miał iść prosto przez pola. Dzięki temu miał stanąć w szkole Wiechowskiego jakąś godzinę wcześniej.

Od samego świtu nauczyciel co chwila wyglądał przez okno, przy którym zwykle uczył się Marcinek. Pokój mieszkalny był posprzątany, łóżka przykryte białymi kapami. W kąciku, za jednym z łóżek, stały butelki z piwem. W szafie czekała gotowa pieczeń i całe przyjęcie. Potem dzieci zaczęły schodzić się do szkoły. Nauczyciel musiał opuścić swój punkt obserwacyjny. Kazał więc Marcinkowi usiąść na tym miejscu i nie spuszczać oka z równiny. Mały Borowicz sumiennie spełnił ten obowiązek. Przysunął twarz do samej szyby. Co chwila ją wycierał, kiedy zaparowała od oddechu. Tak wytrzeszczał oczy, że aż napełniały mu się łzami. Około dziewiątej na horyzoncie pojawił się ruchomy punkcik. Obserwator długo śledził go wzrokiem. Serce biło mu gwałtownie. Wreszcie zobaczył chłopa w żółtym kożuchu. Chłop szedł szerokimi krokami po grzbietach zagonów. Wtedy Marcinek wstał z krzesła. To była jego chwila. Czuł się panem sytuacji, bo miał w ręku tak ważną wiadomość. Powoli podszedł do kuchni i krótko, podniesionym głosem zawołał:

— Małgośka, »rypaj« powiedzieć panu, że... posłaniec. On tam już będzie wiedział, co to znaczy.

Małgosia też wiedziała, co trzeba w takich wypadkach robić. Rzuciła się do sieni, otworzyła drzwi do izby szkolnej i z okropnym wrzaskiem oznajmiła:

— Panie, posłaniec!

Wiechowski natychmiast wszedł do swojego mieszkania. Zaczął wkładać świąteczne ubranie. Były to szerokie czarne spodnie i kamaszki na wysokich obcasikach z postrzępionymi gumkami. Była też bardzo głęboko wycięta kamizelka i za duży żakiet. Wszystko to kupił przed laty, kiedy był w mieście gubernialnym. Kupił to u pewnego sprzedawcy »trochę przechodzonej« tandety. Marcinek wsunął się do pokoju i lękliwym głosem powiedział do nauczyciela:

— O, proszę pana, tam idzie...

— Bardzo dobrze, idź teraz, mój kochany, i schowaj się w kuchni razem z Józią. Niech ręka Boska broni, żeby was dyrektor zobaczył!

Wychodząc z pokoju, Marcinek obejrzał się na »belfra«. Nauczyciel stał w tej chwili przed jednym z obrazów religijnych. Jego twarz była biała jak papier. Miał schyloną głowę i przymknięte oczy. Szeptał półgłosem:

— Panie Jezu Chryste, dopomóż-że mi też... Panie Jezu miłosierny... Zbawicielu... Zbawicielu!...

W tej chwili do izby wbiegła pani Marcjanna. Potrąciła Borowicza i wołała:

— Idzie! idzie!...

Pan Wiechowski wyszedł do szkoły. Tymczasem w »stancji« robiono ostatnie przygotowania. Nakryto stół serwetą, nastawiono samowar. Wycierano talerze, szklanki, noże i połamane widelce.

Marcinek znalazł już dla siebie i dla koleżanki bezpieczną kryjówkę. Była za drzwiami, między ścianą a ogromną szafarnią. Ta szafa zajmowała pół kuchenki. Oboje wtulili się w najciemniejszy kąt. Z wielką gorliwością ukrywali się tam co najmniej przez jakieś półtorej godziny. Ciągle nakazywali sobie nawzajem milczenie. Z bijącym sercem nasłuchiwali każdego szelestu. Tylko czasem odważali się szepnąć jakieś niewyraźne sylaby.

Dopiero po dwóch godzinach nagle wbiegła z dworu nauczycielka, a za nią Małgosia. Małgosia w okropnym strachu powtarzała raz po raz:

— Jedzie naczelnik! Jedzie naczelnik! W skórzanej budzie jedzie! Oj, będzie tu teraz dopiero, będzie mój Jezus kochany, drogi, oj, będzie tu, będzie!

Ciekawość pokonała wszystkie obawy. Józia i Marcin wyszli z kryjówki. Na palcach podeszli do drzwi, które prowadziły do sieni. Na zmianę wyglądali przez szpary i dziurkę od klucza. Zobaczyli tył krytej budy na saniach i ogromne futro pana, który wchodził do szkoły. Zobaczyli też plecy Wiechowskiego, które ciągle zginały się w ukłonach.

Po chwili drzwi do izby szkolnej zamknięto. Dzieci poczuły gorzkie rozczarowanie. Wróciły do kryjówki za szafarnią i drżały tam ze strachu.

Tymczasem do izby szkolnej wszedł pan Piotr Nikołajewicz Jaczmieniew. Był kierownikiem dyrekcji szkolnej, która obejmowała trzy gubernie. Najpierw zrzucił z ramion ogromne futro. Zauważył, że w izbie jest aż za ciepło. Zdjął więc także palto i został w granatowym mundurze ze srebrnymi guzikami.

Był to wysoki, trochę przygarbiony człowiek. Miał czterdzieści parę lat. Jego twarz była duża, trochę rozlana i obwisła. Otaczał ją rzadki czarny zarost. Na ustach dyrektora prawie zawsze był łagodny, dobroduszny uśmiech. Jego zamglone oczy patrzyły przyjaźnie i życzliwie.

— Witam pana, panie Wiechowski — powiedział po rosyjsku i przygładził ręką rzadkie włosy na skroniach. — Co słychać? Jak się panu powodzi?

— Wszystko jak najlepiej, jaśnie wielmożny panie... — odpowiedział Wiechowski. Na widok łaskawości dyrektora poczuł w sercu promyczek nadziei.

— Ależ zima u was tęga! Dużo się człowiek najeździł po świętej Rusi, a takiego zimna w marcu rzadko doświadczał. Ja w karecie, w futrze, w palcie, a i tak czuję ten, wie pan, dreszczyk...

— A może by... — szepnął Wiechowski. On sam czuł dreszcz sto razy mocniejszy, aż w piętach.

Dyrektor udał, że wcale nie słyszy, co powiedział Wiechowski. Odwrócił się do dzieci. Siedziały nieruchomo i wytrzeszczały oczy ze zdumienia. Większość miała szeroko otwarte usta.

— Jak się macie, dziatki? — powiedział łaskawie. — Witam was.

Wiechowski stał za plecami Jaczmieniewa. Dawał znaki oczami, rękami i całym ciałem, ale na próżno. Nikt nie odpowiadał na powitanie przełożonego. Dopiero po chwili zerwał się Michcik, bo nauczyciel rozpaczliwie go ponaglał spojrzeniami i gestami. Zawołał:

— *Zdrawia żełajem Waszemu Wysokorodiu!*

Dyrektor mlasnął ustami. Uniósł brwi tak zagadkowo, że Wiechowskiemu mróz przeszedł po plecach.

— Panie nauczycielu, bądź pan łaskaw wywołać któregoś ze swoich uczniów — powiedział po chwili gość. — Chciałbym usłyszeć, jak też czytają.

— Może jaśnie wielmożny pan sam raczy rozkazać któremu z nich — powiedział uprzejmie Wiechowski i podał mu dziennik. Jednocześnie całą duszą błagał Boga, żeby jaśnie wielmożnemu panu nie przyszło do głowy zgodzić się na tę propozycję. Jaczmieniew z grzecznym uśmiechem odsunął dziennik i powiedział:

— Nie, nie... proszę bardzo.

Wiechowski przez chwilę udawał, że się waha, kogo wywołać. W końcu wskazał palcem Michcika. Specjalnie posadził go wcześniej w czwartej ławce.

Dyrektor tymczasem wszedł na katedrę i usiadł. Podparł brodę pięścią. Spod przymkniętych powiek uważnie patrzył na ten tłum dzieci.

Michcik wstał. Z wielką godnością chwycił Paulsona trzema »palicami« i dał prawdziwy koncert czytania. Strach na chwilę spadł z piersi Wiechowskiego jak marmurowa płyta. Michcik czytał świetnie, płynnie i głośno. Dyrektor przyłożył dłoń do ucha, żeby lepiej słyszeć. Z zadowoleniem poprawiał akcenty i kiwał głową na znak zgody.

— Czy możesz mi opowiedzieć »swoimi słowami« to, co przeczytałeś? — zapytał po chwili.

Chłopiec zamknął książkę. Odsunął ją na znak, że będzie opowiadał tylko z pamięci. Zaczął po rosyjsku wykładać treść przeczytanej bajki.

Jaczmieniew ciągle się uśmiechał. W najciekawszym miejscu opowieści podniósł rękę. Był to gest nauczyciela, który jest pewny, że jego miły uczeń dobrze odpowie. Szybko rzucił pytanie:

— Siedem razy dziewięć?

— *Szest’diesiat tri!* — zawołał triumfalnie Michcik.

— Wyśmienicie, wyśmienicie — powiedział głośno dyrektor. Pochylił się do Wiechowskiego i szepnął półgłosem: — Szanowny panie nauczycielu, temu chłopcu na koniec roku, pojmuje pan... najpierwszą...

Nauczyciel schylił głowę i trochę rozdął nozdrza. Był to znak nie tylko zgody, ale pełnego porozumienia, co do joty. Przypominał w tej chwili kelnera z eleganckiej restauracji, który zgaduje życzenia hojnego gościa. Był już prawie pewny swojej sytuacji. Zaczął więc kusić los, jak zwykle robi szczęśliwy człowiek.

— Może jaśnie wielmożny pan zechce jeszcze Michcika... coś z arytmetyki, z gramatyki?

— Czy tak? Bardzo, bardzo jestem... Ale trzeba już temu dać spokój. Proszę, wyrwij pan kogoś jeszcze...

— Piątek! — zawołał nauczyciel, trochę zbity z tropu.

— Jeść! — wrzasnął Piątek. Był pewny, że chodzi o tak zwaną *perekliczkę*.

— Czytaj! — syknął na niego ze złością Wiechowski.

Czytanie Piątka już mniej zachwyciło dyrektora. Wcale go nie poprawiał. Tylko się uśmiechał, pół żartobliwie, pół ironicznie. Zanim chłopiec przemęczył trzy linijki, dyrektor powiedział do nauczyciela:

— Proszę jeszcze kogoś wywołać...

Te słowa zrobiły w głowie nauczyciela gwałtowny szum. Szum rozwiał wszystkie jego myśli, jak wicher rozwiewa plewy. Tylko kilku chłopców umiało jeszcze sylabizować, i to ledwie po kilka liter. Na chybił trafił Wiechowski zawołał jednak:

— Gulka *Matwiej!*

Gulka wstał i wziął wskaźnik do ręki. Cichutko wyszeptał kilka rosyjskich liter. Dyrektor zaczął go ponaglać, żeby mówił głośniej. Wtedy chłopak przestraszył się i usiadł na miejscu. W końcu wlazł pod ławkę. Wtedy Jaczmieniew zszedł z katedry i wszedł między ławki. Sam przepytywał po kolei dzieci. Trwało to bardzo długo. Wiechowski drżał ze strachu. Nagle usłyszał, że dyrektor mówi najczystszą polszczyzną:

— No, a kto z was, dzieci, umie czytać po polsku, no, kto umie?

W różnych kątach izby odezwało się kilka głosów.

— Zobaczymy, zaraz zobaczymy... Czytaj! — rozkazał pierwszej osobie z brzegu.

Dziewczyna, owinięta w zapaski, wyjęła »Drugą książeczkę Promyka«. Zaczęła czytać dość płynnie.

— A kto ciebie nauczył czytać po polsku? — zapytał ją dyrektor.

— »Stryjna« mnie nauczyli... — szepnęła.

— »Stryjna«, co to jest »stryjna«, panie nauczycielu? — zwrócił się do Wiechowskiego.

Nie czekał na odpowiedź Wiechowskiego. Zapytał małego chłopca:

— A ciebie kto nauczył czytać po polsku?

— Pani nauczycielowa pokazała noma z Kaśką »durkowane...«

— Pani nauczycielowa? *Wot kak!* — szepnął z jadowitym uśmiechem.

Wysłuchał jeszcze kilku chłopców. Dowiedział się, że litery nierosyjskie pokazywał im sam nauczyciel. Wtedy wycofał się spomiędzy ławek i zapytał Wiechowskiego:

— Czy jakiś ksiądz przychodzi do szkoły?

— Nie. U nas we wsi nie ma kościoła. Dopiero w miasteczku Parchatkowicach, dziesięć wiorst stąd, jest kościół i dwóch księży.

— Tak, tak... No, panie Wiechowski — powiedział nagle Jaczmieniew — bardzo, bardzo jest źle. Na takie stado dzieci dwóch czyta, a reszta nic nie umie. Zresztą źle mówię. Bo dość dużo dzieci czyta po polsku. W porównaniu z tymi, którzy czytają po rusku, to wprost ogromna liczba. I mnie to nawet nie dziwi. Pan, jako Polak i katolik, prowadzisz polską propagandę.

— Propagandę... polską? — jęknął Wiechowski. Wcale nie rozumiał, co mogą znaczyć te dwa słowa. Ale dobrze rozumiał jedno: kryło się w nich słowo »dymisja«.

— Tak... polską propagandę! — zawołał krzykliwie Jaczmieniew. — To może się panu i innym podobać. Ale nie takie jest życzenie władzy. Wiele razy pisałem o tym w okólnikach. Pan jesteś tutaj urzędnikiem i źle pan pełnisz swój urząd. Mało dzieci czyta... Nie widzę wyników.

— Michcik — szepnął Wiechowski.

— Co Michcik? Byłeś pan kiedy w teatrze? Widziałeś pan głównego tenora i statystów? Otóż cała szkoła to statyści, a ci dwaj to główni śpiewacy, okazy... Stara to sztuczka, znam się na niej nieźle. Powtarza się przecież prawie w każdej szkole i jest śmiertelnie nudna... Ja nie jestem z pana zadowolony, panie Wiechowski...

Nauczycielowi zatrzęsło się serce i wszystko w środku. Nie widział już wcale dyrektora. Jak dziecko zwracał się ku szparze w drzwiach do swojego mieszkania. Przez tę szparę pani Marcjanna podglądała i podsłuchiwała przebieg wizyty. W jego głowie biegały jeszcze jakieś myśli, jak ukłucia bólu. Jedną z nich, ostatni ratunek, powiedział do Jaczmieniewa:

— Może jaśnie wielmożny pan dyrektor raczy wejść do mnie...

— Nie, ja nie mam czasu — i żegnam... — powiedział szorstko naczelnik i w pośpiechu wkładał palto.

— Książki, wykazy prowadzę starannie... — powiedział jeszcze Wiechowski.

— Książki! — zawołał szyderczo dyrektor. — Myśli pan więc, że za pensję, mieszkanie i stanowisko nie trzeba nawet prowadzić ksiąg? A jeżeli się w nich coś pisze, to już należy się za to nagroda? Zresztą... cóż książki? Przecież ja mam pańskie wykazy. Są tam liczby dzieci, które czytają. A ja ich tu wcale nie znajduję.

Ostatnie słowa powiedział, zarzucając futro na ramiona.

— Żegnam was, dzieci, uczcie się pilnie, starajcie się!... — powiedział do zebranych uczniów. Potem, wychodząc, odezwał się do nauczyciela:

— Moje uszanowanie...

Wiechowski nie mógł go odprowadzić ani wyjść za nim. Stał oparty o stolik na katedrze i patrzył na drzwi wejściowe. Śmiertelny chłód ogarniał jego ciało i zatrzymywał krew w żyłach.

— Wszystko się skończyło... — myślał pan Ferdynand. — Masz teraz... Co tu robić, dokąd się wynieść, z czego tu żyć? Utrzymam się z pisania próśb do sądu? Przecież tam to samo robi już czterech...

Skinął na dzieci, że mogą iść. Otworzył drzwi do swojego mieszkania i jednym spojrzeniem objął ten pokój. Nagle rozpacz i żal wybuchły z jego piersi potokiem łez. Długo szlochał głośno jak dziecko, leżąc piersią na stole. Kiedy podniósł oczy, zobaczył w kącie rząd butelek z piwem. Zaraz skoczył i chwycił pierwszą z brzegu. Wyrwał korek i prawie jednym tchem wypił całą butelkę. Rzucił pierwszą w kąt i wypił do dna drugą, potem trzecią i czwartą. Pił i ciągle głośno płakał. Właśnie otwierał piątą butelkę, kiedy ktoś mocno zastukał do drzwi. Wiechowski ze złością otworzył je szeroko. Przed nim stał... znowu Jaczmieniew w futrze i czapce. Uśmiechał się do niego i wyciągał obie ręce.

— Ot pomyłka — mówił — ot głupstwo! Jak łatwo skrzywdzić uczciwego człowieka, ach, jak łatwo! Wiechowski! Ja będę o panu pamiętał i podwyższę pensję. Trzeba tylko, żeby więcej czytało... usilności, rozumiesz pan, więcej... A co do śpiewów, to bardzo rad jestem, bardzo, bardzo... I nie zapomnę. Już w następnym miesiącu dostaniesz pan lepszą pensję... No, mnie się spieszy, więc do widzenia. Proszę nie gniewać się za nieuważne słowa... Usilności tylko, usilności...

Przyjaźnie uścisnął rękę Wiechowskiego i wyszedł z izby. Nauczyciel szedł za nim krok w krok. Był zupełnie pewny, że to, co widzi i słyszy, to nagły sen po wypiciu tylu butelek piwa Machlejda. Przed drzwiami stała gromada bab. Rozsunął je i zrobił miejsce dla dyrektora. Usadził go w karecie i otulił mu nogi pledem. Ukłonił się kilkanaście razy. Kareta zniknęła na zakręcie drogi. Wtedy wrócił do siebie, ale ciągle miał wrażenie, że śpi coraz mocniej. Z tego oszołomienia wyrwała go dopiero pani Marcjanna. Wpadła do izby jak kula armatnia i, podskakując, rzuciła się mężowi na szyję.

— A to szelmowskie chłopstwo! A to nam usługę zrobiło! — krzyczała i zanosiła się od śmiechu.

— Jaką usługę, co ty pleciesz?

— To ty nic nie wiesz? Ano, przecież baby zaniosły na ciebie skargę.

— Jakie baby?

— Masz ci... jakie baby? Gulonka, Pulutowa, Piątkowa, stara Dulębina, Zalesiaczka, no, wszystkie baby...

— Gdzie, jak?

— Ano tak. Kiedy dyrektor przyjechał, zeszły się całą wsią i czekały pod drzwiami. Kiedy wyszedł z sieni, otoczyły go i się ukłoniły. Zalesiaczka pierwsza wyskoczyła z gębą...

— Czegóż ona chciała?

— No, stul gębę, to ci opowiem po kolei, jak i co było. Powiedziała tak... Aż ścierpłam, jak zaczęła mleć tym pyskiem! Powiedziała tak: »Dopraszam się łaski, wielmożny naczelniku, nie chcemy tego nauczyciela, co tu siedzi u nas we wsi«. On jej na to: »Nie chcecie tego nauczyciela, a to dlaczego?«. Ona wtedy: »Nie chcemy tego pana Wiechowskiego, bo źle uczy«. »Jak to źle uczy? Co wam się nie podoba?« »Nam się — ona powiada — nic nie podoba, co ta on uczy«. »Ij, co ta długo gadać — wtrąca się zaraz stara Dulębina. — Wielmożny naczelniku, nie chcemy tego nauczyciela, bo nam uczy dzieci jakichsi śpiewaniów *po ruśku*, na książce tylko tosamo *po ruśku*. Cóż to za nauka taka? Dzieciska *bez* trzy zimy wałęsają się do tej ta szkoły i nie umie się żadne modlić na książce. A jak które umie, to się nie we szkole nauczyło, tylko jedno od drugiego, choć i na błoni za bydłem. Nie wstyd to? Katolickiego śpiewania to ich nie ponaucza, tylko jakiesi ta... a nawet gębą nie można wymówić... I jak dzieci — gadała — zaczną we szkole śpiewać nabożnie, to ten nic, tylko się drze sam, a znowu mądrala Michcik za nim. I nie dadzą dzieciskom Pana Boga pochwalić. Do czegóż to to podobne? A tu płać, dawaj na niego osypkę!«. Dyrektor się spytał: »Często też nauczyciel tak po rusku śpiewa z dziećmi?«. »Co dzień śpiewa!« — wrzasnęły wszystkie razem. »To się przecie łatwo przekonać. Choćby i jego samego się spytać, przecie się nie może w żywe oczy zaprzeć! Nieraz to nawet ani jednemu na książce nie pokaże, tylko od samego rana wyśpiewują...« — trajkotała Piątkowa. »Tak wy niedowolne panem Wiechowskim — spytał się ich dyrektor — dlatego, że on uczy po rusku?«. »A i mamy być „dowolne"! Dopraszamy się, wielmożny naczelniku, żeby go zabrać, a innego dać, coby po polsku uczył. A nie, to... nam ta szkoła niepotrzebna. Dzieciska się ta same nauczą, jak które chętliwe, i przypowiastki se przeróżne wyczytują z książek. A ten ogłupia do reszty i pokój. Albo mu zakazać tych śpiewów...«. »Dobrze, dobrze« — powiedział dyrektor i poszedł tu do ciebie.

— Chi-cha! — zaśmiał się pan Wiechowski. — Tak to mię oskarżyły! A niechże im też Pan Jezus da zdrowie!... Samem nawet zapomniał dyrektorowi powiedzieć o tym śpiewaniu. Chy... — wrzasnął nagle i zaczął wywijać po pokoju jakieś kozackie hołubce. Zdyszany stanął przed żoną i powiedział:

— Marcysiu, wykpiłem się! Podwyższy mi pensję! Jeszcze lepiej stoję niż ten Pałyszewski. Wiesz ty co, żoneczko, czarnobrewko, palnijmy sobie to piwko, co go dyrektor pić nie chciał. Okropnie *my* smakuje...

Pani Wiechowska zgodziła się bez trudu. Nauczyciel zaczął żłopać szklankę po szklance. Ona sama dość skutecznie mu w tym pomagała. Nawet Józia, Marcinek i służąca dostali każde po ćwierć szklanki. Kiedy skończyło się piwo, pan Wiechowski zaczął domagać się wódeczki. Wkrótce potem Marcinek usłyszał w pokoju okropny wrzask. Uchylił drzwi i z przerażeniem zobaczył nauczyciela. Siedział na stole w samej bieliźnie. W jednej ręce trzymał butelkę jarzębinówki, w drugiej duży kieliszek. Zawzięcie komuś wymyślał.

— Chamy, łajdaki! — wrzeszczał nauczyciel i wytrzeszczał oczy. — Musicie śpiewać, jak wam każę, i gadać, jak wam każę! Wszystkie bechy będą szczekać *pa russki! Ponimajesz chołop, mużiczjo?* Sam dyrektor własnym słowem wyraził się, że mi pensję podwyższy, *ponimajesz chamskoje otrodje?* Bunt chciałyście zrobić? Chi cha!... *Na w zuby!* — wołał i celował w niewidzialnych wrogów.

Za bardzo się pochylił i spadł ze stołu na sofkę, a z niej stoczył się na ziemię. Smaczna jarzębinówka wylała się z przechylonej butelki. Popłynęła długą strugą w szparę między deskami. Potem mały Borowicz ze zgrozą patrzył, jak Małgośka i pani Marcjanna ciągną nauczyciela za czuprynę do łóżka. A nauczyciel wierzgał nogami, bronił się pięścią i zawzięcie śpiewał:

*Ach, powstancy kochający Udirajut, kak zajoncy....*

Kiedy nauczyciel tak się radował, jego przełożony przejeżdżał tymczasem przez łańcuch niezbyt wysokich wzgórz. Gościniec biegł ukośnie po zboczu bardzo długiego pagórka, aż do przełęczy. Stamtąd zjeżdżało się na równinę, szeroką na kilka mil. Na środku tej równiny leżało miasto gubernialne, siedziba oświaty ludowej. Po tej stronie wzgórz doliny i wzniesienia pokrywały czarne lasy. Wśród nich bieliły się szerokie polany z długimi pasami chłopskich wsi. Dzień był ciepły, przecudny. W południe słońce dosłownie zalewało blaskiem całą tę szeroką okolicę. Na kraj wiały ciepłe powiewy. Leciały od wiosny, która zza gór i zza lasów szła już w tamte strony. Konie ciągnęły karetę pod górę noga za nogą. Dlatego Jaczmieniew wcale nie czuł, że jedzie. Opuścił szybę w karecie. Wygodnie półleżał na siedzeniu i oddawał się marzeniom. Bardzo dawne i niezwykle miłe wspomnienia przylatywały do niego na skrzydłach wiosennego wiatru. Otaczały go jak rozkoszny tłum.

— Góry, góry... — szeptał i patrzył przez okno na daleki widok. Przypominały mu się młodzieńcze wędrówki po Bawarii, Tyrolu, Włoszech i Szwajcarii.

Jaczmieniew skończył studia na wydziale filologicznym w Moskwie. Był wtedy gorącym przyjacielem ludu. Postanowił »iść między naród« i zamieszkać w wiejskiej szkole. Chciał jednak poznać i opanować metodę pracy, która dawałaby jak najlepsze wyniki. Dlatego pojechał do Szwecji, Anglii, Niemiec i Szwajcarii. We wszystkich tych krajach pilnie badał szkoły ludowe. Najlepiej poznał Szwajcarię. Wędrował po niej z kijem w ręku i tornistrem na plecach, od jeziora Bodeńskiego aż do Lugano i Genewy. Prawie w każdej szkole poznawał nauczyciela. Słuchał lekcji i brał udział w wycieczkach. Szczególnie badał tak zwaną *Primarschule*. Tam nauka zaczyna się od wesołych pogawędek i zabaw na świeżym powietrzu.

Teraz, w drodze, przypomniał sobie pewną małą dziewczynkę. Miała ogromne trzewiki podbite gwoździami. W ręku trzymała wielki parasol. Szła do szkoły w deszcz i wichurę ze swojej chaty. Chata sterczała wśród chmur. Tam tylko koza, żywicielka rodziny, umiała znaleźć dla siebie jedzenie. A człowiek był tam sto razy biedniejszy niż koza.

Co by dał za to, żeby jeszcze raz w życiu pójść do lasu z sześcioletnimi obywatelami wolnego Schwizerlandu! Szukałby z nimi *zwergl’ów*, ukrytych między liśćmi, w wielkich śpiczastych czapkach i z ogromnymi brodami... Ach, co by dał, żeby wrócić do tamtej młodości! Chciałby znowu prowadzić długie rozmowy z uczciwymi nauczycielami szwajcarskich wiejskich szkółek. Chciałby długo w noc radzić z nimi, jak usunąć ciemnotę w »strasznej Rosji«. I chciałby znowu mieć w piersi prawe, szlachetne serce!... I nagle dyrektor Jaczmieniew się rozpłakał...

Ciepły wiatr się wzmagał, kiedy kareta dojechała na szczyt góry.

— Ach, jakże jestem już stary, jak bardzo stary... — szepnął do siebie Jaczmieniew. — Przeszło, minęło na zawsze, rozwiało się jak mgła nad jeziorem. Wczoraj, zdaje się, człowiek łaził z kijem w ręku po skałach. Chciał się nauczyć, jak najlepiej, najszybciej, najbardziej po ludzku zapalać światło wśród ciemnych mas chłopstwa. A dziś... Nie należy szerzyć oświaty w kosmopolitycznym znaczeniu tego słowa. Należy szerzyć »oświatę rosyjską«. Na to przydał się cały Pestalozzi... Chcemy przez zruszczenie tych polskich chłopów naprawdę pomóc w szybkim rozwoju północy na drodze cywilizacji. Trzeba by to więc zrobić bardzo skutecznie. Tak, żeby tutejszy chłop pokochał Rosję, jej prawosławną wiarę, mowę i obyczaje. Żeby był gotów za nią ginąć na wojnie i pracować dla niej w czasie pokoju. Trzeba by więc wyrwać z korzeniem tutejszy, prawdziwie zwierzęcy konserwatyzm tych chłopów. Trzeba by zburzyć tę odwieczną, swoistą kulturę, jak stary dom. Spalić na stosie wierzenia, przesądy i obyczaje. I zbudować nowe, nasze, tak szybko, jak się buduje miasta w Ameryce Północnej. Dopiero na tym gruncie można by zacząć spełniać marzenia szwajcarskich pedagogów. To, co my robimy, te środki, które podejmujemy...

I co by tu można zrobić? Co właściwie zaplanować, żeby wzmocnić rusyfikację, tę rusyfikację konieczną i skuteczną?...

To pytanie wyskoczyło nagle z głębi rozmyślań Jaczmieniewa. Stanęło przed nim bardzo wyraźne i stanowcze. Było jak tajny agent policji, który wychodzi zza rogu wtedy, kiedy nikt się go nie spodziewa.

Kareta była na szczycie góry. Droga biegła po jej grzbiecie. Z prawej i z lewej strony otwierał się szeroki widok na dwie płaskie doliny. Tu i tam ciągnęły się pasy lasów, pagórki, wielkie białe płaty pól... Daleko, daleko za ostatnimi sinymi borami szarzały lekkie mgły. Zasłaniały horyzont. Było samo południe. Z kominów chat w ogromnych wsiach wszędzie szły dymy, jak niebieskie słupy. To był jedyny ruch w tej ogromnej przestrzeni. Cała przestrzeń leżała w niemym spokoju, jakby spała. Tylko długie pasma dymów zdawały się pisać na białych, martwych kartach pól tajemnicze znaki, których nikt nie znał.

### Słowniczek

- **zadaczki**: po rosyjsku: zadania z rachunków.
- **sfaja**: obce, rosyjskie słowo, którego Marcinek nie rozumiał i które jak góra zagrodziło mu drogę myślenia.
- **jat’**: dawna rosyjska litera; trudno było wiedzieć, kiedy ją pisać, a kiedy *je*.
- **klasa wstępna**: klasa przygotowawcza przed pierwszą klasą gimnazjum.
- **zdarowo rebiata!**: po rosyjsku: witajcie, dzieci!
- **wiedomosti**: po rosyjsku: wykazy, sprawozdania dla władz szkolnych.
- **rypaj**: (gwara) biegnij szybko.
- **szafarnia**: duża szafa na jedzenie i zapasy.
- **Zdrawia żełajem Waszemu Wysokorodiu!**: po rosyjsku: Życzymy zdrowia Waszej Wielmożności!
- **perekliczka**: po rosyjsku: sprawdzanie obecności.
- **Szest’diesiat tri**: po rosyjsku: sześćdziesiąt trzy.
- **stryjna**: (gwara) ciotka, żona brata ojca.
- **Wot kak!**: po rosyjsku: Ach, tak!
- **propaganda, dymisja**: szerzenie jakichś idei; wyrzucenie z pracy na urzędzie.
- **osypka**: zboże, które wieś płaciła nauczycielowi.
- **Machlejd**: warszawski browar; jego piwo.
- **Ponimajesz chołop, mużiczjo?... chamskoje otrodje... Na w zuby!**: po rosyjsku: Rozumiesz, chłopie, chamie?... chamskie plemię... W zęby!
- **Ach, powstancy kochający Udirajut, kak zajoncy**: pijacka piosenka po rosyjsku: powstańcy uciekają jak zające.
- **Primarschule**: po niemiecku: szkoła podstawowa (w Szwajcarii).
- **zwergl’e**: po niemiecku (gwara szwajcarska): krasnoludki.
- **rusyfikacja**: zmuszanie Polaków, by stali się Rosjanami.

## III

Na dolnym korytarzu gimnazjum klasycznego w Klerykowie było mnóstwo osób. Byli tam urzędnicy, szlachta, księża, właściciele fabryk, a nawet bogatsi chłopi. Cały ten tłum należał w tej chwili do jednej grupy: byli to rodzice.

Korytarz był długi i wyłożony posadzką z piaskowca. Bardzo przypominał to, czym był kiedyś: korytarz w klasztorze. Wąskie okna były osadzone w bardzo grubych, chłodnych murach. Panował tam jeszcze dawny cień i smutek.

Przez stare, zielonkawoniebieskie szyby wpadały nieśmiało promienie porannego słońca. Złociły świeżo pobielone ściany i żółtawą, wydeptaną posadzkę. Z prawej i z lewej strony był rząd drzwi do sal szkolnych. Te drzwi, tak samo jak okna, były pootwierane. Właśnie niedawno pomalowano ściany »klas« na kolor szaroniebieski, z wielkimi lamperiami. Podłogi pomalowano żółtą farbą olejną. Ostry zapach terpentyny i lakierów wypełniał cały korytarz.

W przedsionku, za oszklonymi drzwiami, spał spokojnie, mimo tak wczesnej godziny, wysoki i chudy pedel. Dwa pokolenia uczniów znały go jako »pana Pazura«.

Pan Pazur przesłużył dwadzieścia pięć lat na »Kapkazie« za cara Mikołaja. Drugie tyle siedział w szkole, w której z ogromnym zapałem pielęgnowano język rosyjski. A jednak nie nauczył się tego języka. Zdążył za to zamienić swój ojczysty język na niezwykłą gwarę. Składała się ona z zupełnie nowych słów. Nikt na całym świecie, oprócz pana Pazura, nie znał ich znaczenia ani brzmienia.

Pan Pazur chętnie zastępował niektóre słowa ruchami pięści albo tak zwanym »trąbieniem na nosie«. Czasem przymykał oczy, a nawet wywieszał język.

Kiedyś stosowano często karę cielesną, zwaną »ostanówkami po subotach«. Od kiedy ją zniesiono, pan Pazur stracił humor i fantazję. Zaczął drzemać. Dzielnie znosił nawet drwiny wstępniaków i pierwszaków.

Na drugim końcu korytarza była kancelaria gimnazjum. Ciągle wchodzili do niej nauczyciele, którzy przychodzili do szkoły. Tłum ludzi też ciągle rósł.

Słychać było szmer żywej, ale przyciszonej rozmowy. Ludzie mówili cicho, bo rozmawiali po polsku w murach rosyjskiego gimnazjum. Szmer to się wznosił, to cichł.

W tłumie ludzi, którzy chodzili wzdłuż korytarza, była także pani Borowiczowa i Marcinek, kandydat do klasy wstępnej. Kandydat był już ubrany »po męsku«. Zdjęto mu wreszcie sznurowane trzewiki i pończochy. Ubrano go w prawdziwe spodnie, które sięgały aż do obcasów nowych kamaszków z gumkami.

Te spodnie i kamasze były przygotowaniem do munduru gimnazjalnego. Były jakby przedmową do książki, której nikt jeszcze nawet nie zaczął pisać na brudno.

Żeby włożyć mundur, trzeba było zdać egzamin. Dwa miesiące wcześniej złożono prośbę »na imię« dyrektora. Proszono w niej, żeby przyjąć Marcinka do klasy przygotowawczej. Do prośby dołączono świadectwo o majątku rodziców, świadectwo szczepienia ospy, metrykę i tak dalej. Teraz czekano, aż wyznaczą termin egzaminów. O tym terminie właśnie żywo rozmawiali ludzie na korytarzu.

Każdy pracownik gimnazjum, który przechodził przez tłum, był pilnie obserwowany. Często pytano go właśnie o dzień egzaminów.

Żaden z nauczycieli w Klerykowie, a tym bardziej żaden z tak zwanych pomocników gospodarzy klas, nie umiał odpowiedzieć choćby w przybliżeniu. Najbardziej niepokoili się tym tajemniczym dniem ziemianie i w ogóle ludzie, którzy przyjechali z daleka. Właściwie termin ogłoszony w gazetach już minął. W wyznaczonym dniu niektóre egzaminy przełożono na później, bez dokładnej daty. Inne rozłożono tak, że malec zdający do klasy wstępnej miał dziś zdawać czytanie po rosyjsku. Arytmetykę miał zdawać dopiero za tydzień, a pacierz i katechizm jeszcze kiedy indziej. Niektórzy rodzice przyjechali z odległości kilkunastu mil. Nie mogli odjechać, dopóki nie wiedzieli, czy dzieci zostaną przyjęte. Stąd brały się gorące szepty i ciągłe wypytywanie. Pani Borowiczowa miała do Gawronek tylko trzy mile. Ale ona również czuła się w Klerykowie jak na szpilkach.

Marcin nie zdawał jeszcze żadnego egzaminu. Nie było też wcale pewne, czy zostanie przyjęty, bo kandydatów przyszło bardzo dużo. Wszystko to razem, a do tego strach, pragnienie i niepokój o dom, sprawiało, że matka Marcinka była smutna i zdenerwowana. Szybko chodziła po korytarzu i prowadziła syna za rękę. Miała starą, niemodną mantylę, wypłowiałą parasolkę i bardzo stary kapelusz. Bogatsi ludzie nie zwracali na nią uwagi. Ale od razu zauważył ją pewien jegomość w czarnym surducie. Miał szerokie spodnie, wpuszczone w cholewy grubych butów, wyczyszczonych na glans szuwaksem. Był tęgi i czerwony na twarzy. Chyba miał astmę, bo ciężko sapał i pokasływał.

— Proszę też pani — powiedział szeptem i podszedł do pani Borowiczowej — nic nie wiadomo, kiedy egzamina?

— Nic nie wiem, mój panie. Pan syna oddaje?

— A chciałbym... Czwarty dzień siedzę. Nie wiem już, co robić nawet...

— Spieszy się panu?

— A i jakże, proszę łaski pani, u mnie propinacja zwłoki nie cierpi. Akcyźny jeździ, a wiadomo, co to akcyźny, jak gospodarza w domu niemasz. Raz człowieka niemasz, drugi raz, to on tam natychmiast zada corny kawy z czytryną!

— Chłopiec do wstępnej klasy?

— Ma się wiedzieć, proszę łaski pani.

— Przygotowany?

— Ha, kto jego wie? Powiedział korepetur, że najpierwsza ranga.

Karczmarz zaczął dokładniej opowiadać o tym, jak przygotowano jego syna. Wtedy na korytarz wszedł dyrektor gimnazjum. Był to stary, siwy człowiek średniego wzrostu, z krótko przystrzyżoną brodą. Szedł z podniesioną głową. Spod ciemnoniebieskich okularów rzucał szybkie spojrzenia na prawo i na lewo. Nagle zatrzymał się przed szynkarzem i głośno na niego zawołał:

— *Wam czewo?*

Gruby jegomość zapiął swój czarny surdut i uderzył się dłonią po karku.

— Kto pan jesteś? — pytał dyrektor coraz głośniej, natarczywiej i bardziej niegrzecznie.

— Józef Trznadelski... — wybełkotał.

— Czego pan sobie życzysz?

— Syn... — szepnął Józef Trznadelski.

— Co syn?

— Do egzaminu...

Dyrektor obejrzał karczmarza badawczo od stóp do głów. Dłużej zatrzymał wzrok na cholewkach jego butów. Potem zadarł głowę jeszcze wyżej i poszedł do kancelarii. Nie odpowiadał na ukłony zebranych.

W czasie tej rozmowy pani Borowiczowa ze strachem odeszła z tego miejsca. Stanęła aż w przedsionku. Kręciło się tam kilkunastu uczniów w mundurach, z pierwszej albo drugiej klasy. Mieli jakieś »poprawki«. Nawet kiedy kopali się nawzajem i targali za czupryny, nie wypuszczali z rąk łacińskich i greckich gramatyk. Marcinek odszedł od matki. Właśnie przyglądał się bójce dwóch gimnazjalistów, kiedy z podwórza przybiegł trzeci w mundurze. Od razu zaczepił małego Borowicza.

— Te, ryfa, kto ci sprawił takie majtasy?

— Mama... — szepnął Marcinek i cofnął się pod mur.

— Ma-ma? Nie pradziadek Pantaleon Zapinalski z Cielęcej Wólki?

— Nie... ja nie mam pradziadka Zapinalskiego... — powiedział zdziwiony Borowicz.

— Nie masz? To gdzieś go podział? Gadaj!

— A co to kawaler chce od mego syna? — zapytała pani Borowiczowa. Trochę ją dotknęły drwiny z jej syna.

Zamiast odpowiedzieć, gimnazjalista usiadł bokiem, po damsku, na poręczy schodów. W mgnieniu oka zjechał na sam dół. Zniknął jak senne marzenie w mroku suteren. Były tam drewutnie i szkolne składziki.

W tej samej chwili pan Pazur, który drzemał na stołeczku, troszeczkę uniósł jedną ze swoich ogromnych powiek. Chrapliwym głosem wrzasnął:

— *Wospreszcza się* gadać *po polski!*

Dwaj uczniowie przed chwilą wyrywali sobie garściami włosy. Kiedy usłyszeli upomnienie pana Pazura, jak na komendę zgodnie zaśpiewali piosenkę:

»Pazur

Mazur Obżarł się grochu!...«

Pedel z powrotem zamknął uchyloną powiekę. Od niechcenia naśladował wargami świst rózgi. Ręką zrobił kilka ruchów, które dokładnie przypominały »rznięcie na pokładankę«. Pani Borowiczowa podeszła do niego. Dotknęła ręką jego ramienia i zapytała:

— Panie, czy nie mógłby mi pan powiedzieć, kiedy będzie egzamin?

Stary pedel spojrzał na nią leniwie i nic nie powiedział. Wtedy wsunęła mu do ręki srebrną czterdziestówkę i powtórzyła pytanie. Stary od razu się ożywił i zaczął drapać się po błyszczącej łysinie.

— Widzi pani, mnie nic *nie izwiestno*. Ale trzeba by tak zrobić: *jak uczyteli* wyjdą z kancelarii i pójdą na *etaż*, to można iść do *sekretara*. Jeśli kto wie, to on...

— A prędko też mogą wyjść z tej kancelarii?

— Ha... tego, to już *znać* nie mogę.

Matka Marcina powtórzyła tę wiadomość kilku osobom na korytarzu. Wieść, że można się czegoś dowiedzieć, szybko rozeszła się w tłumie. Rzeczywiście dyrektor, a za nim po kolei nauczyciele wychodzili z kancelarii. Szli na piętro, gdzie była większość wyższych klas. Obcym nie wolno było tam wchodzić. W kancelarii zostało jednak jeszcze kilku nauczycieli. Jeden z nich wszedł do klasy, której nie odnawiano. Prowadził za sobą uczniów, którzy zdawali »poprawki«.

Drzwi do tej sali zostały otwarte. Marcinek z lękliwą ciekawością patrzył i słuchał, jak się egzaminuje. Stary nauczyciel w granatowym fraku chodził od drzwi do okna i coś mruczał pod nosem. Uczeń rozwiązywał na tablicy zadanie z algebry. Marcinek zobaczył jakieś znaki i cyfry, których zupełnie nie rozumiał. Zdrętwiał ze strachu i ze łzami szepnął do matki:

— Mama myśli, że ja zdam, kiedy ja tego wcale nie umiem!

— Ależ ciebie o to pytać nie będą... Widzisz przecież, że to uczeń z wyższej klasy odpowiada.

Mimo to Marcinek nie otrząsnął się ze strachu. Widok *iksów* i *greków* jeszcze bardziej powiększył ciężar, który przygniatał malca jak stos gruzu.

Wreszcie z kancelarii wyszli ostatni nauczyciele. Wtedy pewna grupa osób weszła do tego pokoju. Dołączyła do niej także pani Borowiczowa. Pokój był długi i ciemny. Miał jedno okno, którego dolna rama była na równi z brukiem podwórza. Tyłem do drzwi siedział tam sekretarz szkoły.

Przybyli dość długo stali przy drzwiach. Nie śmieli zaczepić sekretarza, który był pochłonięty pracą. W końcu ktoś chrząknął. Urzędnik obejrzał się i zapytał zebranych, czego sobie życzą. Pewien ziemianin przywiózł do szkoły dwóch chłopców aż z drugiego końca sąsiedniej guberni. Kiepską ruszczyzną poprosił o jakąś wskazówkę co do dnia egzaminów.

— Nic panu nie mogę powiedzieć — odpowiedział sekretarz — bo nic nie wiem. Wszystko zależy od nauczyciela, który uczy w klasie wstępnej, od pana Majewskiego. Jeżeli panu chodzi o egzaminy do wstępnej. Przypuszczam, że w tym jeszcze tygodniu.

— W tym tygodniu... — zamruczał szlachcic. Był już od ośmiu dni poza swoim folwarkiem.

— Tak sądzę... — powiedział sekretarz. Natychmiast zaczął wycierać gumką, oprawioną w drewno, jakiś błąd w swoich papierach.

Szlachcic zwrócił się do osoby, która stała najbliżej. Udawał, że wyjaśnia jej odpowiedź. Naprawdę czekał, że urzędnik jeszcze coś powie. Ale urzędnik nic nie powiedział. Spojrzał tylko na niego niecierpliwie.

Wtedy cała gromada wyszła z kancelarii. Kiedy Marcin i jego matka znaleźli się na ulicy, ogarnął ich jeszcze większy smutek. Niepokój czekania nie minął, a zmęczenie wzrosło. Od przyjazdu do tego miasta chłopiec był smutny. Męczył go i dusił miejski upał. Bruk palił mu stopy i wykręcał nogi. Widok murów i brak horyzontu sprawiały mu przykrość, której nie umiał nazwać. Ciągle wzdychał, ale ta przykrość nie chciała wyjść z jego piersi. Wszystko w tym mieście było inne niż na wsi. Było dla niego zimne i szorstkie, nie traktowało go jak dziecka. Gdzieniegdzie przy chodnikach stały małe drzewa w żelaznych kratach, jak skuci więźniowie. Ten widok sprawiał mu ból. Tak bardzo brakowało mu miękkiej trawy, że ze łzami patrzył na jej źdźbła, które z trudem rosły między kamieniami bruku. Jedyną ulgę i pociechę znajdował w patrzeniu na niebo. Tylko niebo było takie samo jak w Gawronkach. Tylko ono, jak wierny przyjaciel, szło za nim wszędzie, gdziekolwiek poszedł.

Z gimnazjum wrócili prosto do hotelu i zamknęli się w swoim pokoju. Zajazd był w jednej z brudniejszych ulic miasta. Dom był piętrowy. Przez bramę we frontowej ścianie wchodziło się na podwórze, niewiele szersze od bramy. Wybrukowano je takimi wielkimi bryłami kamieni, jakby zrobili to cyklopi. To ci olbrzymi budowniczowie Akrisiosa, dziadka Perseusza. Na końcu podwórza stała stajnia pod wielkim, dość dziurawym dachem. Z obu stron placyku stały dwa długie parterowe domy. Były w nich pokoje hotelowe. Wchodziło się do nich prosto z bruku. Po bruku było widać, że konie szlachciców, którzy mieszkali w hotelu Warszawskim, nieraz bardzo długo czekały na wyjazd swoich panów. W rogu podwórza na odrapanym murze czerniały ogromne litery napisu: *Nómerowy*. Niżej było okno, do połowy schowane w ziemi. Tam właśnie mieszkał chudy i ponury Wincenty. Żył z napiwków. Dostawał je za wszelkie usługi, które robił dla gości hotelu Warszawskiego.

Pani Borowiczowa kazała Marcinowi powtarzać rosyjską gramatykę. Sama położyła się na kanapie, żeby odpocząć. Chciała choć chwilą snu skrócić czas czekania na wynik swoich starań. Ale nie mogła zmrużyć oka. Twarda hotelowa poduszka i jej wilgotna poszewka budziły w niej wstręt. Co chwila rozlegał się straszny łoskot, kiedy na podwórze wjeżdżała jakaś furmanka. Do sąsiedniego pokoju prowadziły drzwi. Były zamknięte na głucho i zastawione komodą. Zza nich słychać było ciągłe hałasy i wrzaski.

— Sam ojciec nie ma wyobrażenia o *udareniach*, a będzie tu mnie uczył! — wrzeszczał piskliwie i z ogromną złością głos dziecka.

— Ja ci się nie pytam, *cembale*, o to, czy ja utniem *udarenia*, czy nie, tylko ci każę czytać... — odpowiadał gruby głos.

— No, to ja ojcu mówię, że ojciec nie umie! Golić brody ojciec umie, strzyc kłaki to samo, ale co do czytania, to tam już nie ojca głowa.

— Widzieliście wy, moi ludzie... — narzekał gruby głos. — Jeszcze to to do sztuby nie weszło, a już jaki rezon. A cóż to będzie potem? Ojcem swym, rodzicem gardzisz?

— E!... daj mi tam ojciec święty pokój!... Pan inaczej kazał czytać, i cała rzecz.

— Ale tu pana nie ma, rozumiesz ty to? Jutro albo pojutrze wezmą cię na spytki i pójdziesz na grzyby, jak nie będziesz czytał, bo zapomnisz na amen.

— A zaraz, na grzyby... — mruknął głos dziecka.

Marcinek stał w oknie i szeptał oklepane terminy gramatyczne. Umiał je nie tylko jak pacierz, ale na wyrywki, jak tabliczkę mnożenia. Obojętnie patrzył na podwórze.

Rozmowa w sąsiednim pokoju mało go obchodziła. Za to uderzyło go to, co zobaczył obok mieszkania stróża.

Stał tam Żyd w długim, ale niesięgającym do kostek surducie, zupełnie czystym. Trzymał w ustach białą kościaną rączkę laski. Słuchał tego, co mu żywo opowiadał numerowy. Czasem spod oka rzucał spojrzenie na szyby, przy których stał Marcinek. Ciągle drapał się palcami prawej ręki po brodzie. Wkrótce powoli podszedł do drzwi pokoju i zastukał.

— Któż tam? — zapytała z niepokojem pani Borowiczowa i przekręciła klucz w zamku.

— To ja, proszę wielmożnej pani — powiedział przybysz i wsunął głowę do pokoju. — Jestem kupiec zbożowy, chcę trochę powiedzieć o interesie.

— Ja nie mam teraz czasu mówić o tych sprawach, mój panie. Jedź pan z łaski swojej do Gawronek do mego męża, to się pan z nim rozmówisz.

— Tak to łatwo wielmożnej pani powiedzieć: jedź... Takie czasy okropne nastały z tą stagnacją, z tym... rządem. Zresztą, czy ja potrzebuję wielmożnej pani te rzeczy wytłumaczyć — powiedział i prawie siłą wszedł do pokoju.

— Mój panie kupiec, ja nie jestem wielmożną. O interesie teraz i tutaj mówić nie będę, bo mam inne, ważniejsze sprawy na głowie...

— Z tym młodym kawalerem. Ja rozumiem, moja pani kochana. To jest niemały kłopot... ja to wiem... — powiedział z westchnieniem.

To westchnienie i sama wzmianka o kawalerze od razu zmiękczyły serce pani Borowiczowej.

— Oddawałeś pan może syna do gimnazjum? — zapytała.

— Ja nie oddawałem, bo mnie nie bardzo stać na takie fanaberie w dzisiejszych czasach. Ale mój brat, ten oddawał. No i użył na tej zabawce... A do której klasy? — zapytał Marcinka z uśmiechem.

— Do wstępnej, panie.

— Uu! Bardzo dużo kandydaty, całe sto ludzi, powiadają, na trzydzieści cztery miejsca. Czy dobrze przygotowany... — przepraszam, jak imię synka?

— Marcinek... — odpowiedziała pani Borowiczowa. — Pan się pyta, czy dobrze przygotowany? Pewnie, że dobrze, ale czy zda... któż to może wiedzieć?...

— Dlaczego on nie może zdać, taki Marcinek! — zawołał kupiec. — On zda na pewno, tylko od tego zdania do przyjęcia to jeszcze cały loch. Niech pani obliczy: sto kilka, i może jeszcze więcej kandydaty, na trzydzieści cztery miejsca... to jest okropna cyfra. Oni... te Moskale — dodał ciszej — oni chyba będą od razu nasze biedne dzieci pytać z łaciny przy egzaminie do wstępnej klasy!... Dzisiaj prawie każdy przygotowany, wszystkie mówią po rusku, a oni wybierają tylko niektórych. To są ciężkie czasy, moja pani, dla *oszwiate*...

Wzrok Marcinka spotkał się ze wzrokiem matki. Nie znalazł tam otuchy. Ten Żyd nagle wydał się pani Borowiczowej złym znakiem. Chciała już wyprosić go z pokoju, kiedy on znowu powiedział:

— Mój brat dwa lata temu, jak oddawał synka, tak samo do wstępnej klasy, to on się doskonale urządził.

— Jakże on się urządził?

— On sobie pomyślał: Kto może najlepiej wiedzieć, jak trzeba odpowiadać, żeby zdać do pierwszej klasy? Oczywiście ten, co egzaminuje do pierwszej klasy. On sobie pomyślał dalej: Dlaczego ten, co egzaminuje do wstępnej klasy, nie ma nauczyć mojego Gucia dobrze odpowiedzieć? Dlaczego on jemu nie może dać korepytycje, kiedy wszystkie profesory mają prawo dawać korepetycje? Mój brat tak sobie pomyślał i poszedł do pana Majewskiego. Ten egzaminuje, a później przez cały rok uczy we wstępnej klasie ruskiego, *artymetyki*... On jego grzecznie poprosił...

— Dużo też zapłacił brat pański za takie lekcje?

— Tego ja nie wiem dokładnie, ale mnie się zdaje, że niedużo. To jest wyrozumiały człowiek, ten pan Majewski.

— A czy długo bratanek pański chodził do niego?

— To samo niedługo. Całej parady tydzień chodził.

— I zdał?

— Zdał bardzo dobrze, lepiej niż takie, co mieli *korepytory* akademiki...

— Panie łaskawy — powiedziała matka Marcinka — nie mógłbyś się pan czasami dowiedzieć od swego brata, ile on też zapłacił panu Majewskiemu?

— Dlaczego nie? Ja mogę się dowiedzieć, ale odpowiem chyba aż jutro. Bo mój brat mieszka bardzo daleko, na drugim końcu miasta, za przedmieściem Podpórką, a ja nie mam tam żaden interes...

— Ja bym panu zwróciła koszty na dorożkę — powiedziała pani Borowiczowa. Wyjęła z woreczka papierek rublowy i podała go kupcowi. — Gdybyś pan zechciał zaraz pojechać i dowiedzieć się dokładnie.

— Owszem, ja to mogę zrobić dla pani — powiedział starozakonny i od niechcenia schował papierek do portmonetki. — Ja się dowiem i niedługo wrócę. *Adiu!*

Pani Borowiczowa poczuła gorąco, kiedy usłyszała, że można tak poprawić sprawę egzaminów. Zanim się uspokoiła, zanim zebrała myśli i rozważyła wszystko, Żyd już pukał do drzwi. Jego brat mieszkał na drugim końcu Klerykowa. A on tak szybko dowiedział się od niego całego sekretu, jakby w Klerykowie działały jakieś błyskawiczne środki komunikacji, nigdzie jeszcze na świecie niewprowadzone.

— Mój brat powiada — powiedział jeszcze w drzwiach — że on na tę całą sztukę wydał po trzy ruble za godzinę, to znaczy dwadzieścia jeden. Żeby to było grzecznie, w jednym papierku, to on dał dwadzieścia pięć rubli.

— A nie wiesz pan przypadkiem, gdzie mieszka pan Majewski?

— On mieszka na Moskiewskiej ulicy, w domu Baranka, z bramy po lewej ręce.

— Dziękuję panu bardzo za pańską grzeczność — powiedziała pani Borowiczowa. — Kto wie, może i ja poproszę pana Majewskiego o lekcje dla mego syna.

Starozakonny próbował znowu zacząć pogawędkę o zbożu i jego cenach. Ale pani Borowiczowa nie chciała już z nim dłużej rozmawiać. Wychodził z pokoju powoli, ociągając się. Jeszcze w głębi podwórza nad czymś głęboko się zastanawiał.

O pierwszej dziedziczka Gawronek wyszła z synem na obiad do restauracji. Od razu odesłała do domu furmana z końmi i bryczką. Opisała mężowi w liście całą sytuację. Gorąco prosiła go, żeby pożyczył od miejscowych bankierów dwadzieścia pięć rubli. W restauracji matka i syn prawie niczego nie tknęli. Kelner był w połowie zjedzony przez gruźlicę. Na próżno biegał z ogromną elegancją w swoim fraku. Frak błyszczał tak olśniewająco, jakby był uszyty z zaschniętego tłuszczu z rosołu. Kelner przynosił różne miseczki, półmiski i talerze z płynnymi, smażonymi i duszonymi potwornościami. Odnosił je do kuchni prawie tak samo pełne.

Wszystko, co robiła i o czym myślała pani Borowiczowa, było w życiu takiej szlacheckiej rodziny po prostu zamachem stanu. Już samo oddanie syna do gimnazjum było ogromnym wysiłkiem. Trzeba było płacić za stancję i wpisowe, kupować książki, mundur i tak dalej. A teraz trzeba było jeszcze płacić po trzy ruble za godzinę lekcji. To była już gra o wysoką stawkę. Pani Borowiczowa rozważała to wszystko i przemyślała wszystkie szanse. Zdecydowała ostatecznie: choćby przyszło łachmany wiązać, chłopca uczyć trzeba. Liczyła zresztą na indyki, prosięta, kaczki i tym podobne. Obiecywała sobie, że pokryje nieoczekiwane wydatki.

W czasie obiadu była w szczególnym stanie podniecenia. W takim stanie człowiek tak trafnie ocenia różne sprawy i zjawiska życia, że prawie widzi na jawie ich przyszły bieg. Ale były to tylko sprawy bliskie. Nad dalszą granicą tego widoku wisiała nieprzenikniona ciemność. Zakrywała go nawet przed wzrokiem matki. Kim jest ten mały Marcinek? Jaki mężczyzna wyrośnie z tego dziecka? Jaka będzie jego twarz? Jak on będzie mówił? Co on będzie myślał?... Ciągle zagłębiała się w te pytania i patrzyła na jego ostrzyżoną główkę.

Restauracja była prawie pusta. Salki były urządzone z brudnym szykiem, i to z brudnym szykiem małego miasta. Krzątał się po nich ten kelner. Miał uczernione i podkręcone do góry wąsy. Włosy rozczesane na środku głowy świetnie pasowały do jego twarzy. Twarz pokrywała trupia, zielonkawa skóra. Na lewym policzku czerwieniła się ceglasta plama gorączki. Kiedy kelner podchodził do gości, przybierał swój kelnerski uśmiech. Ten uśmiech był w jego zawodzie takim samym strojem jak frak. Kelner poruszał się bardzo elegancko, krzątał się i kłaniał z wielką swobodą. Pani Borowiczowa przez kilka chwil uważnie na niego patrzyła. Było to właśnie wtedy, kiedy w marzeniach zaglądała w przyszłość kandydata do klasy wstępnej. I znowu przyszedł jej na myśl nowy wydatek, najbardziej konieczny ze wszystkich. Za dwa obiady należało się pięć złotych. Kiedy przyszło do płacenia, położyła na tacce obok tej sumy trzy papierowe ruble. Przysunęła je kelnerowi i myślała w głębi serca:

...Na intencję szczęśliwego życia mojego Marcinka...

Zaraz po obiedzie oboje poszli na ulicę Moskiewską. Łatwo znaleźli mieszkanie pana Majewskiego. Kiedy zadzwonili, drzwi otworzyła im bardzo piękna pani w eleganckim negliżu.

Dowiedziała się, że pani Borowiczowa ma interes do »profesora«. Wprowadziła ją więc do saloniku. Uprzejmie radziła poczekać tam na powrót męża. Miał wrócić punktualnie za pół godziny.

Ten salonik był prawdziwym pudełeczkiem, pełnym pięknych mebli. Na środku błyszczącej posadzki leżał dywan. Na nim stały niewielkie mebelki, obite jasnym materiałem: elegancka kanapka i foteliki. Stały wokół małego stolika. Na stoliku leżały albumy i całe stosy fotografii w pięknych pudełkach. Stała też misa pełna biletów wizytowych.

Pod oknem stało biurko, zastawione mnóstwem ciekawych drobiazgów. Szeptał tam zegar w kształcie altanki. W jego głębi łagodnie kołysało się wahadło w kształcie kołyski ze śpiącym dzieciątkiem. Stały tam różne kałamarze i przyrządy na papierosy, zapałki, stalówki i tak dalej, najróżniejszych pomysłów. Wyżej, na dwóch półkach, błyszczało mnóstwo przycisków do papieru i figurek z porcelany i brązu. Były też kubki i kolorowe szkła. Przed biurkiem stało lekkie krzesło na biegunach, obok niego kosz z podartymi papierami. Na wszystkich ścianach wisiały tak zwane chińskie parawaniki. Były na nich rozłożone jak wachlarze fotografie pięknych dziewcząt. Miały niezwykle wielkie oczy i piersi odsłonięte tak bardzo, jak tylko można. Były też obrazki miłych kociąt, zabawnych scen i widoki miasta gubernialnego Klerykowa.

W rogu saloniku, obok kwietnika, stało pianino. Na nim znowu stały zadziwiająco piękne drobiazgi i fotografie w eleganckich ramkach z pluszu i błyszczącej blachy.

Pani Borowiczowa usiadła na brzeżku pierwszego krzesła, blisko drzwi. Kilka razy powiedziała synowi, żeby stał spokojnie i, broń Boże, niczego nie stłukł. Czekała z bijącym sercem. Ten zamach stanu był już prawie zrobiony. Teraz zaczął ją ogarniać strach, czy to nie jest szalony krok. Zegar na biurku jakby szeptał: nic z tego, nic z tego...

W sąsiednich pokojach słychać było jakieś kroki i rozmowy szeptem. Pani Borowiczowa nasłuchiwała, czy to już nie wchodzi sam pan profesor. Machinalnie spojrzała w kąt pokoju. Zobaczyła tam *ikonę* w srebrnej szacie, a przed nią płonące światełko.

...Prawda, prawda... — pomyślała — przecież to ten, co przeszedł na prawosławie.

W tej chwili ta sprawa najmniej by ją obchodziła. Ale za tą myślą jak cień wlókł się przesąd:

...To nie musi być dobry człowiek...

Zegar z kołyską wydzwonił srebrnym głosikiem godzinę drugą, a pana Majewskiego jeszcze nie było.

Dopiero przed trzecią rozległ się dzwonek w przedpokoju. Po kilkunastu minutach drzwi do saloniku cicho się otworzyły. Stanął w nich pan profesor.

Był to wysoki blondyn z jasnym zarostem i bardzo przerzedzonymi włosami. Miał na sobie jeszcze granatowy frak i granatową kamizelkę ze srebrnymi guzikami. Na każdym guziku był orzeł państwowy. Kamizelka była głęboko wycięta. Odsłaniała przód koszuli, promiennie biały, wykrochmalony i błyszczący jak lustro.

Nauczyciel ukłonił się i pięknym ruchem wyciągnął oba mankiety. Pani Borowiczowa powiedziała swoje nazwisko. Wtedy zapytał po rosyjsku:

— Czym mogę służyć?

Matka Marcinka nie mówiła po rosyjsku. Bała się jednak obrazić profesora, jeżeli zacznie mówić po polsku. Zaczęła więc tłumaczyć mu swoją prośbę po francusku. Z trudem wymawiała dawno zapomniane zdania i zwroty.

Pan Majewski z wdziękiem usiadł na pobliskim fotelu. Mimowolnym ruchem poprawiał swoje ciemnoniebieskie binokle. Przy tym lekko otwierał usta. Ale chyba nie rozumiał, o co chodzi.

Wkrótce zapytał po polsku. Przeciągał przy tym słowa i akcentował je po rusku. A przecież został Rosjaninem dopiero przed dwoma laty. Nigdy nie był w Rosji. Ani razu nie wyjechał poza granice guberni klerykowskiej, gdzie mieszkali sami Polacy i wielu Żydów.

— Otóż, chodzi tutaj o tego młodzieńca... tak li?...

— Tak, panie profesorze — mówiła teraz jednym tchem pani Borowiczowa. — Chciałabym oddać go do klasy wstępnej. Uczył się na wsi, w szkole elementarnej. Czy jest przygotowany... tego właśnie nie umiem ocenić. Dlatego śmiem prosić pana profesora, czy nie zechciałby przygotować go jeszcze trochę przed egzaminem... Na pewno kilka lekcji od takiego pedagoga jak pan profesor nauczy go więcej niż pół roku nauki w szkole wiejskiej...

— No, cóż znowu? — zawołał pan Majewski z zadowoleniem. Był kierownikiem klasy, co prawda tylko wstępnej, ale zawsze w gimnazjum. A jeszcze parę lat temu był nauczycielem szkółki elementarnej w jakiejś Kiernozji.

— Jestem najmocniej przekonana, że tak jest... Gdyby tylko pan profesor raczył zwrócić uwagę na mego syna...

— Widzi pani — przerwał pan Majewski — masa kandydatów... Nie wiem, co on umie, czy to się na co przyda...

— Panie profesorze...

Pan Majewski uprzejmym gestem przerwał pani Borowiczowej. Zadał Marcinowi kilka pytań po rosyjsku z arytmetyki, gramatyki i tak dalej. Wysłuchał jego dość dobrych odpowiedzi. Potem oparł czoło na ręce i przez kilka chwil coś głęboko rozważał.

— Panie... — szepnęła z drżeniem matka kandydata.

— Tak... Jeżeli pani sobie życzy, mogę dać małemu kilka lekcji. Czy zda... tego, rozumie się, przewidzieć niepodobna...

— Źle jest przygotowany?

— Nie to, żeby źle, owszem, ogólnie biorąc... Ale, widzi pani, wymowa, akcent... Tego jakiś korepetytor, jakiś belfrzyna na wsi nie może nauczyć, bo sam tego nie ma... System, widzi pani, wymaga, to jest... akuratnej wymowy, a tego... nie ma. Wszyscy w tych stronach mówią w domu po polsku, rodzice... więc też i dzieci nie mogą mówić dobrze. A system, pojmuje pani, wymaga tej, że tak powiem... akuratnej wymowy.

Ktoś lekko zapukał do drzwi. Profesor poruszył się niecierpliwie, jakby na znak, że sprawa jest skończona.

Ta chwila była dla pani Borowiczowej prawdziwą męką. Trzeba było bowiem przejść do sprawy zapłaty. Trzeba było załatwić ją stanowczo, dyplomatycznie i z mistrzowską grzecznością.

— Będę — powiedziała — nieskończenie wdzięczna panu profesorowi za tę prawdziwą łaskę... Czy mogłabym od razu teraz zapłacić za te lekcje? Pewnie będę musiała w tych dniach odjechać i dlatego trudzę pana...

— O to... tego... Biorę zwykle po trzy ruble za godzinę. Mam tutaj kilkunastu chłopców, których również przygotowuję. Od nich biorę tak samo...

— Mam nadzieję, że wystarczy jeszcze czasu na jakieś osiem lekcji. Władza tak zwleka... — powiedziała pani Borowiczowa z łaskawym i uprzejmym wyrzutem. — Dla nas, zardzewiałych na wsi, to właściwie dobrodziejstwo, bo możemy przy okazji korzystać z miasta. Ale za to nasze pola i stodoły... Oto jest dwadzieścia pięć rubelków...

— Ach... to ja pani rubla reszty... — zawołał w pośpiechu nauczyciel i rzucił się do eleganckiego biurka.

— Och... tyle kłopotu...

— A, nie, nie! — wołał nauczyciel. — Jestem tej zasady, rozumie pani: kochajmy się jak bracia, a liczmy się jak Żydzi...

Pani Borowiczowa wcale nie nadawała się na brata pana Majewskiego. Ale nie wzięła mu za złe tego powiedzenia. Przyjęła rubla. Wśród wzajemnych ukłonów i tysiąca komplementów profesora wyszła z pokoju. Odprowadził ją aż do drzwi wejściowych. W sieni pan Majewski chwycił malca za ramię. Otworzył drzwi na lewo i pokazał mu duży, prawie pusty pokój. Na środku stał ogromny sosnowy stół.

— Przychodź na lekcje od dziś codziennie punkt o piątej... i od razu wchodź do tego pokoju... — powiedział i pogłaskał chłopca po czuprynie.

### Słowniczek

- **gimnazjum klasyczne**: szkoła średnia (8 klas), w której uczono łaciny i greki; tu szkoła rosyjska.
- **pedel**: woźny w szkole.
- **»Kapkaz«**: Kaukaz (tak mówi pan Pazur); góry na południu Rosji, gdzie walczyło wojsko carskie.
- **»ostanówki po subotach«, »rznięcie na pokładankę«**: dawna szkolna kara: bicie uczniów rózgą w soboty.
- **wstępniak, pierwszak**: uczeń klasy wstępnej, uczeń pierwszej klasy.
- **poprawka**: egzamin, który uczeń zdaje drugi raz, bo nie zdał go wcześniej.
- **propinacja, propinator, akcyźny**: prawo sprzedaży wódki, karczmarz; urzędnik, który sprawdza podatek od wódki.
- **korepetytor, korepetycje**: prywatny nauczyciel; płatne lekcje w domu.
- **Wam czewo?**: po rosyjsku: Czego pan chce?
- **Wospreszcza się**: po rosyjsku: zabrania się.
- **nie izwiestno, uczyteli, etaż, sekretar, znać**: (zła ruszczyzna Pazura) nie wiadomo, nauczyciele, piętro, sekretarz, wiedzieć.
- **czterdziestówka**: srebrna moneta warta 40 groszy.
- **udarenia**: po rosyjsku: akcenty w słowach.
- **cembał, cymbał**: (potocznie) głupiec.
- **sztuba**: (potocznie) szkoła.
- **pójść na grzyby**: tu: nie zdać egzaminu, zostać odesłanym do domu.
- **starozakonny**: Żyd (dawne, uprzejme słowo).
- **oszwiate**: oświata, nauka (wymowa kupca).
- **Adiu!**: do widzenia (z francuskiego).
- **zamach stanu**: tu żartobliwie: bardzo śmiały, ryzykowny krok.
- **negliż**: lekki strój, w którym chodzi się rano po domu.
- **ikona, prawosławie**: święty obraz w Kościele wschodnim; wiara rosyjska.
- **binokle**: okulary bez zauszników, zakładane na nos.

## IV

Tylko trzy razy pani Borowiczowa zaprowadziła jedynaka z hotelu na południowe lekcje do profesora. Już czwartego dnia odbył się bowiem pierwszy egzamin z języka rosyjskiego. Tego dnia na korytarzu gimnazjum panował prawdziwy stan oblężenia. Ludzie tak zawzięcie się tłoczyli, żeby podglądać i podsłuchiwać, co się dzieje w sali egzaminacyjnej, że władze musiały coś zrobić. Wysłały aż trzech pomocników gospodarzy klas i pana Pazura. Mieli oni mówić rodzicom grubiańskie uwagi, a nawet siłą rozpychać ich łokciami.

Komisja egzaminacyjna składała się z trzech osób: z inspektora gimnazjum, pana Majewskiego i jednego z nauczycieli. Ten ostatni chyba nie przywiązywał do całej sprawy wielkiej wagi. Był zajęty tylko dłubaniem w uchu bardzo cienkimi brzozowymi patyczkami, uciętymi z miotły. Cały pęk takich narzędzi wystawał z bocznej kieszeni jego fraka. Inspektor był mężczyzną ogromnego wzrostu. Jego głowę porastała prawdziwa kupa rudawych włosów, jak zgrabione siano. Jego wielkie niebieskie oczy patrzyły tak ponuro i złowrogo, że dreszcz strachu przechodził nie tylko uczniów, ale i rodziców. Przed inspektorem leżał stos papierów. Była to dla niego jakby lista chłopców, którzy przystępowali do egzaminu. Były to prośby i dokumenty kandydatów. Kiedy nauczyciel Majewski egzaminował malca, inspektor uważnie czytał jego papiery i stawiał swoją ocenę. Przepytywanie trwało krótko. Chłopiec czytał dwa, trzy zdania, a potem je opowiadał. Mówił jakiś rosyjski wiersz, jeśli umiał go na pamięć. Następnie dostawał pytanie z gramatyki i musiał zrobić rozbiór. Większość małych Polaków głupiała od rozbioru i od zwykłych pytań do rozmowy, które zadawano im znienacka.

Co chwila jakiś »zerżnięty« wychodził na korytarz. Tam witała go zrozpaczona, często zalana łzami twarz matki albo ojca. Chłopcy, którzy dobrze odpowiedzieli, na rozkaz inspektora wracali na swoje miejsca. Kiedy tak przebrano kandydatów, ponad setka zmniejszyła się do pięćdziesięciu kilku. Wtedy pan Majewski posadził ich tak, że między jednym a drugim było dużo miejsca w ławce. Kazał im pisać dyktando. Kiedy zebrano zapisane kartki, odbył się drugi egzamin. Był dokładniejszy i dotyczył głównie pisowni.

Teraz pytał sam inspektor, a pan Majewski powtarzał wszystko, co robił jego przełożony. Kiedy inspektor Sieldiew marszczył swoje niskie czoło i mrużył oczy, pan Majewski robił surową minę. Kiedy inspektor szyderczo śmiał się z głupich pomysłów małych »przywiślańców« na temat tajemnic etymologii i składni, pan Majewski chichotał do rozpuku. Kiedy inspektor ze złością patrzył na drzwi i dawał znaki podglądającym rodzicom, żeby odeszli i byli cicho, pan Majewski machał rękami i kurczowo się wykrzywiał. Jego krzesło stało trochę za krzesłem inspektora. Dzięki temu nauczyciel klasy wstępnej mógł w każdej chwili spod oka obserwować minę gimnazjalnego władcy.

Zdarzyło się jednak, że inspektor dłubał paznokciem w zębie. Robił to po rosyjsku, bez żadnych ceremonii. Chciał wyjąć jakieś dokuczliwe włókienko. Przy tym wyszczerzył lewą połowę swojej paszczy. Majewski zobaczył spróchniałe zęby i od razu wybuchnął głośnym śmiechem. Sieldiew przyjrzał mu się wtedy ze zdumieniem. Ale nie tylko on. Był tam też Ilarjon Stiepanycz Ozierskij. Wszyscy nazywali go Kałmukiem: uczniowie, mieszkańcy Klerykowa, koledzy nauczyciele, a nawet jego własna rodzina. Teraz Ozierskij wyjął patyk z ucha. Wytrzeszczył swoje białe oczy, uderzył pięścią w stół i mruknął:

— *Da-s eto toczno!*

Marcin Borowicz należał do tych, których zostawiono w klasie. Utrzymał się nawet po drugim egzaminie i zasłużył na przychylną ocenę inspektora. Ogromna większość chłopców na korytarzu mogła już wyjść z gimnazjum. Było bowiem jasne, że przyjętych będzie trzydziestu kilku, tych, którzy siedzieli w klasie. Oprócz kilku prawosławnych i synów ludzi bogatych albo wysoko postawionych wszyscy oni byli, dziwnym zbiegiem okoliczności, uczniami pana Majewskiego. Tak świetnie zdając egzamin, wystawili jak najlepsze świadectwo jego zdolnościom pedagogicznym. Pokazali, co znaczy przed wejściem do gimnazjum choćby kilka lekcji rozmowy z dobrym akcentem.

Nie da się opisać radości pani Borowiczowej. Kiedy Marcinka wołano na środek, patrzyła przez szybę. Przeżyła wtedy prawdziwy atak wszelkich cierpień.

Dookoła siebie widziała rozpacz ludzi, których najsłodsze nadzieje już się rozwiały. Czuła rozpacz ich wszystkich. Ale choć ją czuła, deptała cudze nieszczęście. Szła jakby po trupach, bo pchały ją miłość i nadzieja.

Pan Majewski uśmiechał się do jej syna. Po odpowiedzi wskazywał mu miejsce w ławce. Wtedy uwielbiała tego profesora całym sercem matki, którego nie da się niczym zmierzyć. Ale wkrótce potem ten sam pedagog wyszedł z klasy. Ze zgniłym uśmiechem patrzył na gromadę rodziców i dzieci, które odrzucił. Wtedy poczuła, że i w niej, mimo wszystko, szarpie się wzburzone serce. Poczuła, że wyrywa się z niego głucha i śmiertelna nienawiść. Pan Majewski szedł przez tłum. Kłaniał się na prawo i na lewo ludziom, którzy zwracali się do niego z błaganiem, płaczem i pytaniami.

Wkrótce po nim z klasy wyszedł inspektor. Ten na nikogo nie zwracał uwagi. Zaczepił go jakiś chudy jegomość. Zapytał, jak zdał jego młodszy synek. Inspektor odpowiedział głośno po rosyjsku i zwrócił się przy tym do wszystkich:

— Nie może być dobrych wyników, bo przygotowanie jest złe. Dzieci nie mówią po rosyjsku. Jak więc mają się uczyć w tej szkole, gdzie wykłada się w tym języku? Trzeba zrzucić pychę z serca i zabrać się do reformy. Dopiero wtedy dziecko może być przyjęte...

— Do jakiejże reformy, panie inspektorze, należy się zabrać? — zapytał ten jegomość. — Niech chociaż wiem, czego moi chłopcy nie umieją i czego mają się jeszcze uczyć, żeby mogli zdać do klasy wstępnej. Trzymałem dla nich nauczyciela przez półtora roku...

W tłumie rozszedł się głuchy szmer poparcia.

— Należy jeszcze — zaczął wrzeszczeć inspektor — należy jeszcze mówić z nimi w domu po rosyjsku. Oto jaką reformę trzeba przeprowadzić! Pan wymagasz, żebyśmy przyjmowali pańskich synów do szkoły rosyjskiej. A sam nie umiesz albo nie chcesz mówić po rosyjsku. Do mnie, przełożonego tej szkoły, w jej murach śmiesz mówić jakimś obcym językiem! Pomyśl pan, czy to nie jest skandal?

— To wcale nie jest skandal, jeżeli ja nie znam żadnego obcego języka i mówię do pana inspektora tym, który umiem...

— Język rosyjski tu, w tym kraju, nie jest językiem obcym, jak się panu podoba mówić... Za pozwoleniem... pańskie nazwisko?

Chudy pan cofnął się i schował za plecami kobiet. Kobiety ciasnym kołem otoczyły inspektora. Zaczęły przedstawiać mu swoje prośby, słuchać jego mądrych zasad i gróźb.

Jeszcze tego samego dnia odbył się egzamin z religii. Z tego przedmiotu pytano już tylko wybrańców losu. Przez tłum przecisnął się ksiądz prefekt Wargulski i wszedł do klasy.

Ksiądz Wargulski pochodził z »gulonów« i miał wszystkie ich cechy fizyczne i charakteru. Był wielki i zgarbiony. Miał bardzo szerokie ramiona i długie ręce, żylaste i ogromnie muskularne. Siwizna mocno już przyprószyła jego krótkie włosy. Stały jak szczotka nad kwadratowym czołem.

Ksiądz Wargulski zawsze patrzył spod oka. Tak zaciskał swoje wielkie wargi, że na wygolonej twarzy usta wyglądały tylko jak prosta linijka. Mówił strasznie szybko, niezrozumiale i rzadko.

W klasie chłopcy siedzieli w dużych ławkach nieruchomo, jak sztachety w płocie. Ksiądz wszedł i od razu podszedł do pierwszego z brzegu. Wyciągnął w stronę jego nosa najdłuższy ze swoich ogromnych palców i szybko wymamrotał:

— Jak się nazywasz? Przeżegnaj się, zmów Ojcze nasz i Zdrowaś Maria...

Zanim chłopiec zdążył powiedzieć jedną trzecią odpowiedzi, prefekt już wyciągał palec do drugiego:

— Jak się nazywasz? Przeżegnaj się, zmów Ojcze nasz...

Po kwadransie wszyscy kandydaci dostali piątki i wychodzili z klasy.

Następnego dnia odbył się egzamin z arytmetyki. Była to już zwykła formalność. Uczniowie pana Majewskiego i tutaj świetnie się wyróżnili. O dwunastej inspektor przeczytał publiczności listę chłopców przyjętych do klasy wstępnej. Pani Borowiczowa usłyszała imię i nazwisko swojego syna. Krótko westchnęła. Dopiero w tej chwili mogła zrozumieć smutny los dzieci niezamożnych rodziców, których nie przyjęto do szkoły.

Zjedli obiad wesoło i z apetytem. Potem poszli do »starej Przepiórzycy«. Tak nazywano panią Przepiórkowską na całym Wygwizdowie i w okolicach miasta, które leżały obok tego przedmieścia. Pani Borowiczowa znała ją od dawna. Pani Przepiórkowska mieszkała kiedyś w sąsiedztwie Gawronek, w leśnictwie w Grabowym Smugu. Mieszkała tam u syna, który był podleśnym w lasach rządowych. Pani Przepiórkowska trzymała uczniów na stancji. Dlatego matka wstępniaka uznała, że najlepiej będzie oddać go pod opiekę starej, dobrej znajomej.

Dawniej »stara Przepiórzyca« miała trzech synów i dwie córki. Z taką przynajmniej gromadką została po śmierci męża, który był urzędnikiem w fabrykach żelaza. Została wtedy na bruku, a raczej w błocie miasteczka Bełchatowa. Nikt nie wie, jak wydostała się z tego błota i dała dzieciom jakie takie wykształcenie. Dość, że najstarszy i najukochańszy syn, Teofil, dostał posadę podleśnego. Zabrał do siebie całą rodzinę. Średni syn dostał posadę na poczcie. Najmłodszy był urzędnikiem w Towarzystwie kredytowym ziemskim. Życie uśmiechnęło się wtedy do starej, ale ten uśmiech trwał krótko. Wybuchło powstanie. Średni syn zniknął z domu i już nigdy nie wrócił. Matka nie odnalazła nawet jego ciała, choć zjeździła całą okolicę wzdłuż i wszerz. Osiem lat później najstarszy syn, Teofil, dobroczyńca i opiekun całej rodziny, nagle umarł w lesie. Ukąsiła go żmija.

Wtedy matka i dwie siostry przeprowadziły się do najmłodszego, Karola, i zamieszkały u niego. W tamtych okolicach mówiono o tym bez złośliwości, ale z zupełną słusznością, że wszystkie trzy usiadły mu na karku. Panny Przepiórkowskie nie wyszły za mąż i zestarzały się. Ze swoich przyzwyczajeń, charakterów i humorów zrobiły prawdziwy ocet siedmiu złodziei. Starsza miała około czterdziestu lat. Do tak późnego wieku zachowała umiejętność uśmiechania się w niektórych chwilach życia. Młodsza z nieznanych powodów tak skandalicznie zbrzydła, że uczniowie siódmej i ósmej klasy opowiadali o niej pewną rzecz. Kiedy przechodziła ulicą, zajadle szczekały na nią nawet najspokojniejsze psy w mieście, których głosu nikt nigdy nie słyszał.

Pan Karol Przepiórkowski dostawał pięćdziesiąt rubli srebrem pensji miesięcznie. Codziennie rano, oprócz niedziel i wielkich świąt, był w biurze. Codziennie po południu, i to także w niedziele i wielkie święta, grał w preferansa z dwoma przyjaciółmi i z »dziadkiem«. Dwa razy w roku kupował sobie kamaszki. Raz w roku kupował gumowe kalosze i raz spodnie. W zimie nosił algierkę, podbitą baranim futrem. Miała futrzany kołnierz, wycięty ze starego futra matki. Na Boże Ciało wkładał białą kamizelkę z pikowanego materiału. Wszyscy, nawet poza Wygwizdowem, nazywali go »synem starej matki« albo »sznupaczem«. Pewnie dlatego, że głośno i regularnie pociągał nosem. Pan Karol nigdy, do nikogo i nic nie mówił. Byli ludzie, którzy go znali, a wcale nie słyszeli jego głosu.

Przedmieście Wygwizdów leży w małej dolince. Miasto Kleryków powoli schodzi w nią w dół i tam się zwęża. Tworzy jedną długą, krętą ulicę. Domy są tam bardzo stare i okropnie wilgotne. Podwórza śmierdzą, mieszkania są ciemne i brudne. »Stara Przepiórzyca« mieszkała w domu, który od bardzo dawna nazywano Cegielszczyzną.

Matka Marcinka cicho otworzyła drzwi z sieni na lewo i stanęła na progu. Z głębokiego fotela wstała na jej powitanie staruszka. Była wysoka, krzepka, okazała i jeszcze bardzo żwawa. Ubrana była czysto, w szarą suknię i duży biały czepek z ogromnymi falbanami. Falbany piętrzyły się na jej skroniach i na czubku głowy. Spod czepka wysuwały się pasma włosów białych jak mleko i błyszczących jak czyste srebro. Duża twarz babci była poprzecinana masą zmarszczek. Tworzyły one prawdziwą sieć dróg między oczami i ustami, między brodą i środkiem dolnej wargi. Skóra tej twarzy była biała, a raczej popielata, biało-szara. Zmarszczki nadawały twarzy pani Przepiórkowskiej wyraz martwoty. Ale wśród nich żywo świeciły jej oczy, duże i ruchliwe, choć już zupełnie wyblakłe i prawie białe.

— Paniusia, moja sąsiadeczka! — zawołała staruszka ze szczerą radością i otworzyła ramiona. — Oto mi dobry dzień nastał! Oto mi gość! Nastka — krzyknęła głośniej w stronę sionki, za którą była kuchnia — przystawiaj mi zaraz *jembryk* do ognia, duży, odrutowany. Jeśli wygasło, to napal, tylko przecie patyczkami... A cóż was tu do Klerykowa zagnało, moje złotko, a któż was też natchnął?...

— Ten oto kawaler! — odpowiedziała pani Borowiczowa i pokazała kawalera. W takich chwilach kawaler zwykle chętnie chował się za spódnicą matki.

— Prawda! Jedynak, syngielton! — krzyknęła stara. Przycisnęła głowę Marcinka do swojej piersi. Na jego policzkach odcisnęły się trzy duże rogowe guziki jej kaftana.

— To już uczeń gimnazjum, moja pani, prawdziwy uczeń... — wyszeptała przez łzy radości pani Borowiczowa.

— Masz, diable, fartuszek! Taka historia! — zawołała stara. Zwinęła język w trąbkę i pogwizdywała.

Po chwili wyciągnęła rękę na stół. Zmarszczyła brwi i zapytała głębokim, stanowczym głosem:

— Oddajesz go pani do mnie »na stancję«?

— Właśnie przyszłam...

Teraz staruszka uroniła kilka łez. Potoczyły się kanałami zmarszczek i zaświeciły dopiero koło ust.

— Zobaczysz, że mu u mnie będzie dobrze. Już on u mnie zmarnować się nie zmarnuje, już ja jego zrobię człowiekiem. Kiedy mój Teofil był taki oto smarkaty...

Pokój dzieliła na dwie części kotara. Zza kotary wyszły jedna za drugą panny Przepiórkowskie. Udawały wielką radość i rzuciły się do pani Borowiczowej.

Doskonale wiedziały, kto przyszedł. Słyszały całą rozmowę. A jednak robiły zdziwione miny. Udawały, że właśnie dowiadują się o udanym egzaminie Marcinka. Jak na komendę zwróciły się do niego i powiedziały:

— Aa... powinszować...

Zaraz potem obie umilkły. Ich twarze przybrały zwykły wyraz. Wiało od nich kwaśnym chłodem, jak z dwóch piwnic.

— Pewno, że powinszować — powiedziała głośno stara Przepiórzyca — na takie facecje, jakie oni tam wyprawiają, te...

Tu pochyliła się i szepnęła do ucha pani Borowiczowej:

— Te łajdaki!

Drzwi do sąsiedniego pokoju otworzyły się i wszedł pan Karol Przepiórkowski.

Był to kawaler około czterdziestki, już trochę łysy, chudy i mizerny. Tak samo jak siostry, był wiecznie niezadowolony.

— A!... — powiedział i pocałował panią Borowiczową w rękę.

Potem odsunął się w kąt i usiadł. Na jego twarzy malowała się prawdziwa radość. Słyszał bowiem z sąsiedniego pokoju, że pani Borowiczowa sama przyprowadziła ucznia na jego stancję.

To uwalniało go od biegania po zajazdach, zaczepiania szlachciców i proszenia nauczycieli. Był to człowiek nieśmiały i małomówny. Nie miał ani trochę pomysłowości ani sprytu. Dla takiego człowieka nie było większej męki niż szukanie rodziców. Musiał się im narzucać jak pośrednik i zachwalać swoją stancję.

Dlatego matka Marcina sprawiła mu wielką ulgę. Zrzuciła jeden z kamieni, które przygniatały mu plecy.

Stara nie porzuciła tematu, który jej właśnie przerwano:

— Moja pani Borowiczowa, to ci sumiennie mówię, że tu chłopcu będzie jak w domu. Ja tam dobra nie jestem, ale i nie kąsam. Do nauki i dobrego zawsze napędzę i cała rzecz. Głodny u nas nie będzie, tego możesz być pewna. A jak mu będzie strasznie źle, to niech zadrze ogona i rwie do Gawronek!... Co? Może mu pozwolisz, jedynaczkowi, gagatkowi... Kiedy mój Teofil był taki oto...

— Niechże też matka da pokój! — syknęła przez zęby starsza córka. Babcia zaraz umilkła.

Ale nie dała za wygraną i po chwili znowu mówiła:

— Porządek u mnie grunt. A co do nauki, to go będzie pilnował korepetytor, a my znowu wszyscy korepetytora. Oto jak jest... Nastka!... — zawołała i sama sobie przerwała. — Postaw drugi, bo pewno zaraz starzy nadejdą, tylko ich patrzeć. Widzisz, moja pani Borowisiu, co do *gieldów*, to cię nie będziemy obdzierać, nic się nie lękaj... Dacie nam — mówiła uroczyście — sto pięćdziesiąt rubli i może tam jaką fureczkę drzewa na miesiąc, w zimie na saniach, to się wam nawet koniska nie ściągną. Parę skrzyń ziemniaków w jesieni, no i tej mąki z waszego młyna... U was ją tam dobrze Wojciech robi, nie można powiedzieć... Mój Boże, jak Teofil żył, częstośmy na Gawronki posyłali do waszego...

— Dajże też matka pokój! — mruknęła znowu panna Konstancja.

— Dużo uczniów macie państwo u siebie? — zapytała pani Borowiczowa. Chciała zyskać chwilę, żeby rozważyć te warunki.

— Pięciu było w zeszłym roku, moja pani. Trzech Daleszowskich, synów ziemianina spod Gryzmołowa. Jeden tam Szwarc, mały, z pierwszej klasy, to chłopak sztygara, wnuczek dawnego znajomego. I jeden także z pierwszej, Soraczek, to znowu syn rządcy z Dzięciołowa. A korepetytor szósty. Pójdźże pani, pokażę ci stancję!

Staruszka żwawo ruszyła z miejsca. Otworzyła drzwi do sieni, a potem na prawo do sporego pokoju. O tej porze stał tam tylko na środku długi sosnowy stół, zalany atramentem. Wokół niego stały krzesła i długie drewniane ławy. W jednym kącie sterczało żelazne łóżko bez pościeli. Jego pręty były tak okropnie powyginane, jakby skręcił je jakiś straszny reumatyzm. Okna nie były zamknięte. Żelazne haczyki w oknach jednostajnie stukały. Marcinek wszedł tam za matką. Na widok tego pokoju ścisnął go dziwny żal.

— Widzisz... Tu będziesz sypiał z kolegami... — szepnęła do niego matka. — Wybierz sobie kącik, gdzie ci będzie najlepiej.

Potem zwróciła się do »starej Przepiórzycy«:

— Droga babciu, nic taniej nie można?

— Moja pani Borowiczowa, ty wiesz, że ja cię skrzywdzić nie chcę! Wbij zęby w ścianę, nie można! Ani grosz!

— Ha, cóż robić, co robić? — szepnęła matka. — Trzeba się rujnować dla tego huncwota, to trudno. Muszę mu jeszcze łóżko kupić. Żelazne chyba? Siennik to w domu się wypełni, pościel przyślę w tych dniach.

— Żelazne łóżko kup, z gałkami, za osiem rubli, u Siapsiowicza! — radziła staruszka, jak zawsze uroczyście. — Dziś już by mógł spać tutaj...

— A nie, nie... Jeszcze dziś razem przenocujemy w hotelu, a jutro koło południa to się już wprowadzi.

— Zaraz pewno i tamci chłopcy zjadą, ale czy też wszyscy staną znowu u nas, Bogu Wszechmogącemu wiadomo... Od Soraczka jakoś żadnej wieści nie ma...

Pani Borowiczowa długo jeszcze omawiała ze »starą Przepiórzycą« różne drobne sprawy. Chodziło o to, jak urządzić Marcinka na stancji. Kiedy wyszły z pokoju uczniów i wracały przez sień, z pokoju staruszki słychać było głośną rozmowę.

— Oho, już są radcy! — powiedziała pani Przepiórkowska.

— Któż to tam jest? — zapytała matka Marcina.

— A, to dawni znajomi: Somonowicz i Grzebicki. Co dzień tu dziadygi przyłażą do mnie na kawę. Z nieboszczykiem mężem znali się jeszcze przed rewolucją.

Otworzyła drzwi, wprowadziła panią Borowiczową i przedstawiła jej emerytów.

Pierwszy był zgarbiony, siwy starzec z krótko ostrzyżoną brodą. Broda porastała mu prawie całe policzki. Miał na sobie surdut długi do kolan. Kiwnął gościowi głową i dalej przechadzał się po pokoju.

Drugi, pan Grzebicki, był malutki, ale ogromnie zadziorny i elegancki. Skórę na czole, nosie, policzkach, łysinie i szyi miał czerwonawą, w kolorze wypalonej cegły. Nad uszami zaczesywał do przodu dwie kępki białych włosów. Wokół jego wygolonej brody srebrzył się półksiężyc siwiutkiego zarostu. Odcinał się od czarnej chustki na szyi.

Radca Grzebicki trzymał swoją małą głowę sztywno. Pomagały mu w tym dwa kołnierzyki, obwiązane czarną chustką z dużym węzłem pod brodą.

Radca Somonowicz ciągle coś żuł i cmokał bezzębnymi ustami. Powłóczył pantoflami, chodził z kąta w kąt i stękał. Nagle zauważył Marcinka, który właśnie chował się za krzesłem matki. Zatrzymał się, przestał mlaskać i zapytał:

— A to znowu co za jeden?

— No, cóż ma być za jeden! — zawołała opryskliwie »stara Przepiórzyca«. — Syn pani Borowiczowej. Pochwaliłbyś go, radca, oto, bo zdał do szkół do wstępnej klasy...

— Co znowu? Ja? Chcesz jejmość, żebym ja chwalił takie postępowanie? Ja mam chwalić za to, że się najniepotrzebniej pcha dzieci do szkół... Paradne!

— Jak to... najniepotrzebniej, łaskawy panie? — wtrąciła pani Borowiczowa, dotknięta do żywego.

— Najniepotrzebniej — orzekł stary radca i przerwał rozmowę. Potem wyjął z papierowej torebki cukierek, landrynkę. Zaczął go ssać z przymkniętymi oczami.

— Facecja! słowo uczciwości!... — zaśmiał się drugi radca.

— Znowu coś nowego wymyślił? — zapytała pani Przepiórkowska radcę Grzebickiego.

— Wcale nic nowego i nie wymyślił, jeśli jejmość chcesz wiedzieć... — powiedział Somonowicz. — Wszystko idzie do szkół, wszystko się pcha do fraka. Jest nadmiar tego wszystkiego, oto co mówię od tylu lat. Byle szewczyna, krawczyna już pędraczka do terminu nie oddaje, tylko na mędrca! A na mędrca nie każdego Pan Bóg powołał. Dlatego naokoło siebie widzisz jejmość jakichś rozgrymaszonych, rozlazłych, rozkisłych półmędrców, ćwierćmędrców albo i całkiem głupich mazgajów. A ja już widziałem, moja jejmość, jaki to z takiej mąki chleb bywa. Oto co ja mówię...

— Przesada, jak zawsze... — wyszeptał piskliwym głosem pan Grzebicki i rozczesywał palcami lewej ręki swoje bokobrody.

— To samo słyszałem i wtedy, akurat to samo słowo: przesada... — odpowiedział gardłowym głosem Somonowicz. Patrzył przy tym nie na radcę Grzebickiego, ale na Marcina.

— Wtedy rząd nie stawiał dzikich wymagań...

— Rząd zawsze wie, co robi, i teraz wie również. A do tego robi, co do niego należy w takim porządku rzeczy. Nie trzeba było...

— Przecież ja, mój radco, nie zarzucam rządowi złych intencji i w ogóle daleki jestem od myślenia o tym. Nie należy jednak, zdaje mi się, pałać chęcią tłumienia oświaty, che-che... — szydził mały radca.

— Powtarzam jeszcze raz, że nie wszyscy możemy być filozofami, bo któż by świnie pasał? — powiedział radca grubianin i zabrał się do wyjmowania z torebki trzeciego cukierka.

— Nigdy, zdaje mi się, nie brakowało jeszcze urzędników do pełnienia obowiązku pastuchów trzody chlewnej. Zresztą jest to obowiązek zaszczytny, jak każdy inny. Bać by się raczej trzeba ich nadmiaru.

— Wolę ja nadmiar świniopasów niż nadmiar mądrali.

— Co kto lubi.

— Nie o to chodzi, co kto lubi, tylko o to, gdzie jest rozum, *ergo* racja. Czy powiesz mi waćpan, że może nie od półmędrków wychodziła ta inicjatywa, ten tak zwany duch? Czy nie w tych łbach, z błota podniesionych, lęgła się anarchia? O to właśnie pytam waćpana po raz tysięczny!

— Ależ na miłość boską, przecież z tych głów, jak radca mówisz, z błota podniesionych, wypływało również, że się tak wyrażę, światło.

— Co mi tam z pańskiego światła! — wołał Somonowicz i potrząsał ręką. — Gdzie było światło, kiedy błaźniska budowały awantury? Co zwyciężyło, skandal czy jakieś tam światło? Pytam! Zwyciężył, mości dobrodzieju, skandal. To światło — mówił dalej, wytrzeszczał oczy i miażdżył wzrokiem Grzebickiego — często, a nawet prawie zawsze wspierało skandal. Oto co mówię od dawien dawna!...

— Ja nie jestem zwolennikiem skandali, owszem, jestem ich zajadłym wrogiem — mówił Grzebicki. Groźnie wydymał czerwone policzki i wysoko unosił brwi. — Byłem i jestem zdecydowanym wrogiem, powiadam, o tym radca wiesz najlepiej, ale...

— Co za ale? Nie ma żadnego ale! Jest na świecie tylko jedna logika, i ta mówi, co następuje. Kiedy my z waćpanem wchodziliśmy na drogę życia, nikt nam nie bronił patrzeć na własne znaki narodowe. Nikt nam nie kazał rozumieć tamtego języka. A dziś co? Na własne moje stare oczy widziałem w tamtym pokoju gramatykę języka polskiego napisaną po rosyjsku. Była w ręku żaka z pierwszej klasy. Uczył się przy mnie tej polskiej gramatyki po rosyjsku. Tu, w tym domu, w mieście Klerykowie! Kronikarz Mateusz herbu Cholewa pisze o nim, że »gród ten polski, od niepamiętnych czasów bogactwy słynący, na płaszczyźnie pochyłej jest rozłożony«... Kto sprawił, że ten polski gród, rozłożony na płaszczyźnie pochyłej, zszedł na taki szary koniec? Sprawiła to ta mania demokratyczna, to pożądanie fraka, ta ambicja hołoty, domaganie się praw bez żadnych zasług...

Kiedy radca Somonowicz to mówił, pan Karol Przepiórkowski zaczął głośniej pociągać nosem. Zrobił taką dziwną minę, jakby chciał coś powiedzieć.

Radca spojrzał na niego kilka razy i powiedział gwałtownie:

— Ależ, mówże pan, u licha! Czekamy, słuchamy!

Pan Karol jeszcze raz pociągnął nosem i nic nie powiedział. Usiadł na swoim miejscu.

Wtedy radca wpadł w prawdziwy zachwyt.

— Jeśli chcemy wytępić wroga, który w nas siedzi, musimy zacząć od gruntu, od rdzenia, od takiego pędraka! — wołał. Chwycił przy tym Marcinka za ucho i wyciągnął go na środek pokoju.

— Daj no dobrodziej chłopcu święty spokój! — ujęła się za Marcinkiem »stara Przepiórzyca«. — Polityka polityką, a co do uszu, to nie ma racji wyciągać ich na próżno.

Radca wpakował sobie do ust trzy cukierki. Zadarł głowę do góry, założył ręce do tyłu i zaczął szybko dreptać po pokoju.

— O! tak, tak... — powiedział Grzebicki. — Kiedy my zaczynaliśmy urzędowanie... Bagatelka! Uwierzy też pani dobrodziejka, że do tej chwili tkwi mi w uchu, ale jak tkwi!... marsz powitalny na wjazd Najjaśniejszego Pana, kiedy raczył przybyć do Warszawy na koronację w roku pańskim 1825...

Mały radca zerwał się i wyprostował. Mocno oparł ręce o stół. Bystro patrzył na panią Borowiczową i zaczął głośno gwizdać ten marsz.

Somonowicz chodził po pokoju i wtórował mu gwizdaniem, a raczej dmuchaniem do taktu.

Marcinka ten występ ciekawił dużo bardziej niż wcześniejsze wywody. Po chwili z głębokim zdziwieniem zauważył coś dziwnego. Radcy, który gwizdał pierwszym głosem, kapały z oczu duże łzy. Z hałasem spadały na ceratę stołu.

— Co tam marsz?! — zawołał Somonowicz. — Pamiętam... zresztą mówię wam to już od dawien dawna, co do mnie powiedział książę pan...

— Lubecki... — szepnął radca Grzebicki pani Borowiczowej, żeby jej wyjaśnić. Wycierał przy tym zapłakane oczy.

— Co do mnie powiedział książę pan... rozumie się Lubecki, Drucki Lubecki... Było to wtedy, kiedy to błaźnisko, Morusek Mochnacki, znalazło się w jego przedpokoju. Błagał, żeby go ukryć przed tłuszczą. Od samego początku ciągle ją podburzał do awantury. A w końcu ta tłuszcza ścigała go po ulicach. Chciała go powiesić na szubienicy jak podłego psa. Książę pan zapłakał. Położył mi rękę na ramieniu i powiedział te słowa: »Somonowicz, młodzieńcem jesteś i wchodzisz w życie. Nie mówię do waćpana jak do kancelisty, lecz jak do męża, do obywatela. Oto przyjąłem do domu i ukryłem przed motłochem wroga narodu, Mochnackiego. Czy wiesz — mówił mi książę — że ten nędznik szedł na czele żołnierzy, aby mię rozstrzelać? I patrzcie, jak Pan Bóg zmiażdżył jego zamiary: przed chwilą ten sam Mochnacki klęczał przede mną, przypędzony do mojego progu przez palec Boży. Weź waćpan do serca tę naukę i wszystkimi siłami zwalczaj szatana, którego sługami są tacy Mochnaccy...«

— Kiedy bo radca wpadasz, u diabła, w przesadę! — wypaliła nagle »stara Przepiórzyca«. — Pewno, że tacy ludzie, kto ich tam zresztą wie... no juści pewno, że wy to lepiej rozumiecie ode mnie. Ale przecież są inni wrogowie, u kaduka! Kiedy mój Ignacy...

— Taki Murawjew! — syknęła panna Konstancja.

— Zostaw no waćpanna tę sprawę, zostaw... — powiedział uroczyście, jak biskup, Somonowicz. — Ta sprawa nie należy do ludzi ani do ludzkiego sądu. Człowieka, którego nazwisko waćpanna wymówiłaś, Pan Bóg wziął w swoją rękę. Jeśli dusza ludzka jest nieśmiertelna, a nie masz waćpanna najmniejszego powodu wątpić w tę prawdę, bo wszystko za nią przemawia... To dusza tego człowieka cierpi już męki takiego potępienia, jakich nie obejmie rozum śmiertelny. Cierpi za te łzy, rozlane po ziemi, za tę krew niewinną. Za krzywdy, zrobione nie dla mocy prawa, nie dla władzy miecza, ale dla samych krzywd i dla samego płaczu. Zresztą ja nie chcę o tym mówić, ja nie chcę o tym myśleć za żadne skarby. Dajcie mi święty spokój! Nie chcę o tym myśleć. Oto co wam mówię i powtarzam od początku świata...

— Chryste ukrzyżowany! — zawołał Grzebicki. — Radca Somonowicz chce nas przekonać, że on naprawia społeczeństwo od początku świata!

Radcowie tak rozważali sprawy wielkiej polityki. Pani Borowiczowa pozornie uważnie słuchała ich twierdzeń, ale myślami odbiegła daleko. Ukazywały się przed nią jakieś kształty i zjawy, jakieś cienie i widma bez ciała. Tworzyły jakby sceny i wydarzenia z przyszłego życia Marcinka. Kiedy chciała je złapać wzrokiem i myślą, znikały... Mochnacki, którego tłuszcza ściga, żeby go powiesić jak psa na szubienicy... Kto to jest Mochnacki, co to za jeden? Ach, to ten, to znaczy... — myślała i rzucała się duszą w jakiś widok pełen ludzi i wrzasku. Murawjew? Kto to jest Murawjew? I nagle jej serce przestawało bić i umierało, jak żywa istota, którą przebiło zabójcze żelazo.

### Słowniczek

- **»zerżnięty«**: (gwara uczniowska) uczeń, który nie zdał egzaminu.
- **»przywiślańcy«**: urzędowa, pogardliwa nazwa Polaków z Królestwa Polskiego (»Kraju Przywiślańskiego«).
- **Da-s eto toczno!**: po rosyjsku: Tak jest, to pewne!
- **prawosławny**: człowiek wiary rosyjskiej (Kościoła wschodniego).
- **ksiądz prefekt**: ksiądz, który uczy religii w szkole.
- **»guloni«**: grupa wiejskich ludzi, z której pochodził ksiądz; byli znani z tego, że są wielcy i silni.
- **stancja**: mieszkanie dla uczniów u obcych ludzi, za pieniądze; także pokój uczniów.
- **podleśny**: leśnik, pomocnik nadleśniczego.
- **ocet siedmiu złodziei**: coś bardzo kwaśnego; tu: ludzie bardzo zgryźliwi.
- **preferans**: gra w karty; **»dziadek«** — w tej grze: brakujący gracz, którego karty leżą odkryte.
- **algierka**: długi płaszcz z kapturem.
- **sztygar**: nadzorca w kopalni.
- **jembryk**: imbryk, czajnik (wymowa staruszki).
- **gieldy**: pieniądze (z niemieckiego *Geld*).
- **radca**: emerytowany urzędnik (tytuł).
- **rewolucja**: tu: powstanie listopadowe 1830–1831.
- **Lubecki, Mochnacki, Murawjew**: prawdziwe postacie: polski książę i minister; młody przywódca powstania 1830 r.; rosyjski generał, który okrutnie karał Polaków po powstaniu 1863 r.
- **ergo**: po łacinie: więc.
- **waćpan, waćpanna, jejmość**: dawne, grzeczne formy zwracania się do mężczyzny, panny i pani.

## V

Podwórze kończyło się niskim murem. Mur był gdzieniegdzie rozwalony i zarośnięty trawą i mchem. Za murem płynął kanał. Kiedyś jego koryto było obmurowane. Z czasem wiele kamieni wysunęło się z muru, wpadło do wody i ugrzęzło w śmierdzącym mule na dnie. Brzegi tego strumienia porosły bujne krzaki i błotne zielska.

Dalej, za rowem, ciągnął się czyjś park. Rósł na błotnistej ziemi. Był tak zaniedbany, że wyglądał jak mała puszcza. Wydawało się, że nigdy nie postała tam ludzka stopa i że mieszkają tam tylko ptaki.

Po tej stronie muru stała szopa i drewutnie. Zbudowano je bardzo niedbale. Tuż przy szopie, pod samym murem, leżało kilka starych belek. Były osmalone i na pół zgniłe. Ani właściciel, ani żaden złodziej chyba nie pamiętał, że one tam są. Pokrzywy i osty próbowały całkiem je zakryć.

Po rozpoczęciu roku szkolnego Marcinek przesiadywał na tych belkach całe popołudnia i »wykuwał« swoje *uroki*. Wielkie drzewa w zaroślach i stare wierzby przypominały mu wieś, dom i matkę. Wierzby miały niezliczone gałązki, które zwisały aż do ziemi. Marcinek uczył się pilnie i z wielką powagą. Nie znał jeszcze ani zwątpienia, ani nieufności, ani żadnego wyrachowania czy oszustwa.

Z historii świętej, czyli z »*Zakonu Bożego*«, wbijał sobie w pamięć wszystko. Zaczynał od tytułu rozdziału i kończył na ostatnim słowie. Siadał na belce, brał głowę w dłonie i głośno powtarzał to, co było »zadane«. Powtarzał tak długo, aż umiał doskonale. Aż zasychało mu w gardle i mąciło się w głowie. Inaczej było z arytmetyką i rosyjskim. Z tych dwóch przedmiotów trzeba było odrabiać *urok* z korepetytorem. Korepetytor mówił i tłumaczył po rosyjsku, tak samo jak pan Majewski w klasie.

Z tych wykładów Marcinek nie tylko nic nie rozumiał. Przeciwnie, głupiał coraz bardziej i coraz bardziej się męczył. W domu i w szkole ciągle mówiono mu o liczbach z nieskończoną liczbą zer. Kazano mu robić z tymi wielkimi liczbami jakieś działania. Tłumaczono mu te łatwe rzeczy bardzo prosto, jak najprościej. Tłumaczono najlepiej i najpoprawniej, z czystymi i wzorowymi akcentami. A tymczasem Marcinek drżał ze strachu, bo niejasno czuł, że nie rozumie, co do niego mówią.

Lekcje zadane z rosyjskiego też musiał czytać przy korepetytorze. Chodziło o to, żeby akcenty były doskonałe.

Właściwie więc na belkach Marcinek uczył się tylko »Zakonu Bożego«. Czwarty przedmiot, język polski, nie sprawiał mu żadnych kłopotów. Z tego przedmiotu nie zadawano nic do nauki w domu.

Korepetytorem na stancji »Przepiórzycy« był pan Wiktor Alfons Pigwański. Był uczniem klasy siódmej i jednocześnie poetą gimnazjalnym. Ponieważ w mieście nie było innego poety, był też poniekąd poetą całego Klerykowa. Był to szczupły, mizerny młodzieniec z krostami na twarzy. Zawsze był niedbale ubrany. Próbował zapuścić długie włosy, choć groziły za to surowe kary szkolne. Wypalał ogromną liczbę papierosów. Pewnie dlatego nazywano go Pytią. Trudno jednak zgadnąć, dlaczego nazywano go także »żydówką«. Pytia uczył się dobrze, ale nie tak dobrze, jak można by się spodziewać po jego prawdziwych zdolnościach.

— Pigwański... — mawiała do przyjaciółek »stara Przepiórzyca« — to głowa otwarta, jak wielka stodoła, ale cóż pani poczniesz, kiedy mu akurat poezyjka w łeb wjechała, jak fura siana. Nic, tylko pani siedzi i smaruje *wirsze!*

Poeta często specjalnie był niedbały. Zapominał o rzeczach, zeszytach i książkach. Chciał, żeby nazywano go roztargnionym, bo to mu się ogromnie podobało. Bardzo często celowo zostawiał w domu zeszyt z zadaniami z trygonometrii. Zostawiał też wypracowanie rosyjskie albo łacińskie, albo greckie *extemporale*. Chodziło mu tylko o to, żeby pokazać swoje poetyckie roztargnienie. Wiersze pisał prawie bez przerwy i z błyskawiczną szybkością. Były w nich masy rusycyzmów i spora kolekcja prawdziwie polskich błędów ortograficznych. Wszystkie jego utwory, jakkolwiek się nazywały i jakie miały motto, mówiły o tym samym. Opłakiwał w nich swoją śmierć albo opiewał swój pogrzeb. Albo malował ponury krajobraz ze swoim grobem w głębi i z księżycem ukrytym za czarnymi chmurami. Myśli i uczucia, tło i dodatki, porównania i rytm tych utworów były pożyczone. Często brał je żywcem z Puszkina i Lermontowa. Oprócz rozpaczy z powodu własnej, przedwczesnej śmierci poeta czasem znajdował jeszcze jeden powód do pisania. Pisał jakąś elegię albo idyllę o miłości. Ale z tych utworów nie da się zgadnąć, kogo tak namiętnie kochał. Raz bowiem zachwycał się jakimiś »złotymi kędziorami« i gwałtownie pragnął z ich powodu umrzeć. A już stronę dalej pisał o »czarnobrewej, czarnookiej, ozdobionej kaskadą czarnych pierścieni«.

Stare panny Przepiórkowskie wyjmowały mu z kuferka ogromnie grube brudnopisy, kiedy autor był w szkole. Deklamowały najbardziej rzewne elegie i zanosiły się od śmiechu. Łamały sobie głowę, kto mógłby być bohaterką tylu dramatów, eposów i wierszy. Ale żadna kobieta z tych utworów nie przypominała żadnej z nich ani wiekiem, ani urodą. Dlatego postanowiły stanowczo, że te bohaterki po prostu nie istnieją w Klerykowie i są wyssane z palca.

Najstarszy z trzech braci Daleszowskich był uczniem klasy czwartej. Wyróżniał się przede wszystkim tym, że miał srebrny zegarek z wielkim łańcuszkiem z tombaku. A wobec Marcinka okazywał tak przygniatającą pogardę, że mały wstępniak nie widział żadnej różnicy między samym korepetytorem a »panem« Daleszowskim. Był prawie pewny, że obaj ci »panowie« są kimś w rodzaju profesorów. Krótko mówiąc, myślał, że umieją więcej niż pan Wiechowski, bo uczą się po grecku i po łacinie. A tamten »pan« z Owczar nie miał o tym pojęcia. Dwaj młodsi bracia Daleszowscy z drugiej klasy też nie byli dla Marcinka życzliwsi. Co prawda rozmawiali z nim. Ale za to bezlitośnie z niego drwili i robili mu kawały. Wysyłali go do apteki po *Verstand*. Kiedy zasypiał, puszczali mu w nos *finfy* i tak dalej.

Obaj drugoklasiści namiętnie grali w »obrazki«. W kuferkach mieli pełne pudła kolorowych żołnierzy, oficerów na koniach i innych malowanek. Mieli też stosy zużytych stalówek. Gra wyglądała tak. Między kartki książki wkładało się w różnych miejscach obrazki. Potem podawało się książkę koledze. Kolega na chybił trafił wsuwał między kartki stalówkę, żeby znaleźć obrazek. Jeżeli stalówka trafiła w puste miejsce, dostawał ją ten, kto zaproponował grę. Jeżeli trafiła na obrazek, obrazek dostawał właściciel stalówek.

Daleszowscy umieli w razie potrzeby tak zgrabnie »naciągać frajera«, że Marcinek nie mógł tego w żaden sposób zauważyć. Dlatego Marcinek Borowicz zawsze z nimi przegrywał. A do tego dostawał od nich szturchańce, kiedy z płaczem domagał się swoich stalówek. Gracze zabierali mu je wbrew najważniejszym zasadom wymiany.

Trochę inaczej układały się sprawy między Marcinem a Szwarcem. Szwarc drugi rok siedział w klasie pierwszej. Był znany z tego, że wszyscy mu udowadniali, że jest dardanelskim osłem. Mieli przy tym wyraźne, a nawet dobrze uzasadnione powody.

Temu nieszczęsnemu pierwszakowi nigdy nie »wychodziły« zadania. Za to łacińskie słówka nie tylko mu wypadały, ale wylatywały z pamięci jak wiatr. A jednak przy każdej okazji dręczył Marcinka swoimi wywodami. Mówił, że właściwie wstępniaki nie są jeszcze uczniami. Z łaski pozwala im się nosić mundur i czapkę z palmami. Ale każdy uczeń prawdziwej, pierwszej klasy ma pełne prawo dać w zęby pierwszemu lepszemu kapcanowi z wstępnej. I to wtedy, kiedy tylko ma na to ochotę.

Marcinek, rzecz jasna, nie znał praw gimnazjalnych na tyle dobrze, żeby zaprzeczyć Szwarcowi słowami albo na piśmie. Dlatego najczęściej odpowiadał na takie twierdzenia pięściami i obcasami.

Mimo nierównych sił i różnych poglądów między Szwarcem a Borowiczem istniał *de facto* pewien rodzaj naturalnego przymierza. Było ono jaką taką przeciwwagą dla ogromnej potęgi zjednoczonej Daleszowszczyzny i jej jawnych i ukrytych napaści.

Mimo to mały Borowicz czuł się na stancji samotny jak palec. Nikogo nie obchodziły jego troski ani okropne strachy, które rosły zwłaszcza na glebie arytmetyki.

Czasem próbował zwierzyć się Szwarcowi, że nie rozumie zadanej lekcji albo że się boi. Wtedy Buła (takie przezwisko miał Szwarc) odpowiadał mu wrzaskiem i z pogardą. Mówił, że tylko ktoś, kto przyjechał do Klerykowa z Gawronek, może nazywać takie głupstwa trudnymi. Co może być trudnego w »owczarni«, gdzie nie ma łaciny ani geografii? Niechby ktoś spróbował trzeciej deklinacji z wyjątkami! (Marcinek czuł, że to »ktoś« było wycelowane tylko w niego). Albo niechby ktoś spróbował na wielkiej mapie »przejechać wodą« z Morza Białego do Czarnego...

A przecież Marcinek nie umiał sobie poradzić z tak łatwymi przedmiotami. Nieraz budził się w nocy albo w zimne jesienne poranki. W smutnej drzemce widział klasę, nauczyciela i siebie przy tablicy... Zimno wstrząsało jego ciałem. Ogromny strach wysysał mu krew jak zmora.

Na stancji »stara Przepiórzyca« okazywała mu dużo serca i troski. Ale jej przyjaźń polegała głównie na tym, że zachęcała go do częstej zmiany bielizny. Dawała mu też w sekrecie kilka śliwek, dwa jabłka, garść suszonych gruszek albo spodeczek kwaśnych powideł. W klasie trochę względów okazywał mu wszechwładny nauczyciel, pan Majewski. Ale te względy, które okazywał mdłym uśmiechem, z czasem coraz bardziej znikały. Pan Majewski o różnych porach dnia i wieczoru odwiedzał stancję »Przepiórzycy«. Do jego obowiązków należało bowiem odwiedzanie stancji uczniowskich. Łatwo więc zauważył, że rodzice Borowicza nie są bogaci. I coraz mniejszą miarką odmierzał mu swoją sympatię.

Sala klasy wstępnej była na dole budynku gimnazjum. Prowadziły do niej drzwi z korytarza, który Marcinek dobrze znał od czasu egzaminów. Przy tym samym korytarzu były jeszcze dwa równoległe oddziały klasy pierwszej i dwa drugiej. Były też pojedyncze sale trzeciej i czwartej klasy. Wyższe klasy, aż do ósmej, były na piętrze. Oczywiście na dole było dużo weselej niż na piętrze. Mieszkańcy dołu głęboko gardzili całym piętrem. Nie wiadomo dlaczego, nazywali je cukiernią. Na dolnym korytarzu pilnie pracowało kilku pomocników gospodarzy klas i zwykłych nauczycieli, którzy pilnowali porządku. Na górze nudził się tylko jeden. Na dole zwykle kilku łobuziaków odsiadywało popołudniową kozę za zbyt wesoły humor. Na górze coś takiego byłoby skandalem.

Cukiernia nigdy też nie witała żadnej przerwy takim piekielnym hałasem jak korytarz. Pan Pazur wprawną ręką szarpał dzwonek. Kiedy tylko w powietrzu zadrżał jego cienki, przenikliwy krzyk, w głębokiej ciszy wybuchał prawdziwy huragan. Z każdych otwartych drzwi wyskakiwał nowy oddział. Dokładał do ogromnego chóru swoją porcję wrzasku, płaczu i śmiechu. W mgnieniu oka korytarz wypełniał się kurzem. Cały ten wielki dom drżał chyba od fundamentów aż po dach. Wyglądało to tak, jakby w środku szalała trąba powietrzna.

Stary pedel patrzył na to ze swojego posterunku na końcu dolnego korytarza. W rzadkim pyle widział setki ostrzyżonych głów i zawsze mnóstwo podniesionych pięści. Nieraz tu i tam widział też nogi zadarte nad głowami. Lubił ten widok. Lubił te wielkie psoty, których żadna mowa nie wyliczy i żadne pióro nie opisze. Lubił te wspaniałe dowcipy i błazeństwa. Nieraz tak go śmieszyły, że staruszek trząsł się na swoim stołku jak galareta z cielęcych nóżek. A przy tym miał urzędowo ponurą minę i zagryzał wargi.

Jesienią, w pogodne przedpołudnia, kiedy do korytarza wpadały jeszcze promienie słońca, stary pedel bywał wesoły prawie jak dziecko.

— Nuże! — wołał na łobuziaków, których lepiej znał. — Jazda, *poka* czas. Za *szest’* sekund *zwonok!* Stawajta, chłopcy, na łbach — nu! *Prawoje pleczo wpierod — marsz!*

Kiedy znowu rozlegał się dzwonek, hałas szybko i nagle opadał wielkimi falami. Zmieniał się w gwar, w szmer przyciszonych rozmów. Był to cudowny szmer, którego dźwięk człowiek pamięta do starości... W urywanych szeptach wyrażały się ogromne interesy i wielkie sprawy. Wyrażały się w nich niespokojne marzenia, jak woda górskiego potoku. Były w nich napięte ambicje i gwałtowne jak grom bóle małych serc. Te szepty tworzyły wzruszoną mowę szkoły. Przed każdą klasą czatowała niewielka postać. Ukrywała się za framugą drzwi tak, że na zewnątrz widać było tylko zarys twarzy i oko. Oko patrzyło w stronę kancelarii. Kiedy drzwi pokoju nauczycielskiego się uchylały, jedna z postaci znikała. Wtedy nad jakąś salą zapadało nieme milczenie.

W czasie półgodzinnej, czyli tak zwanej dużej przerwy prawie cały dolny korytarz wybiegał na podwórze. W mgnieniu oka zaczynała się wojna.

Był to właśnie czas kasztanów. Podwórze było duże i nierówne. Było na nim coś w rodzaju łańcuchów górskich z dawnych śmietników. Były też doły po wapnie i gruz z zawalonego muru. Całe to szerokie podwórze otaczały wysokie i grube mury. Za nimi z jednej strony był park publiczny, z drugiej pusta uliczka, a z trzeciej ogrody księży.

Z parku i z ogrodu nad podwórzem gimnazjum wznosiły się i zwisały stare kasztanowce. Rodziły niezliczone owoce. Te owoce świetnie nadawały się do podbijania oczu i nabijania na głowach guzów wielkości indyczego jaja.

Sprytna klasa trzecia prawie zawsze zaraz po dzwonku zdobywała »Himalaje«. Przeciągała też na swoją stronę jeden z oddziałów klasy drugiej. Drugi oddział klasy drugiej pozostawał wierny tłumowi i swoimi dzielnymi piersiami osłaniał pierwszaków i wstępniaków. Ale mimo to cała ta gromada zajmowała strasznie niewygodną pozycję. Stała w otwartym polu, pod murem.

Kiedy pierwsze kasztany zaczynały przeraźliwie gwizdać, odbijać się od muru i piekielnie podskakiwać, wstępniaki zwykle paskudnie uciekały. Szeregi pierwszoklasistów tak się przerzedzały, że »Grecy« zaczynali wychodzić zza »Himalajów« i z furią atakować.

Wtedy wybuchała prawdziwa bitwa. Z obu stron rozlegało się ogłuszające »hura!«. Kasztany cięły jak najgorszy grad. Ranni uciekali z głośnym płaczem. Wodzowie darli się na całe gardło i zagrzewali do boju żołnierzy, którzy zwykle stali plecami do wroga... Biada pomocnikowi gospodarzy klas, którego inspektor wysłał, żeby przerwał awanturę! Biada mu, jeżeli zbliżył się wtedy do placu boju! Zaraz z obozu »Greków« i z obozu »Persów« odzywały się dziko zmienione głosy. Zachęcały do czynów wprost zbrodniczych.

— Grajcarek — wołano po polsku — celujemy w twój cylinder. Chodźże bliżej, kłapouchu!...

I rzeczywiście cylinder, trafiony naraz wieloma ciosami, spadał z głowy pana Gałuszewskiego.

Jeżeli zjawiał się pan Sieczenskij, wołano go też po polsku:

— Chodź, chodź, Perispomenon, zbliż się, ananasie z pestką, wyjmij notesik i zapisuj! Panowie, celnie w notesik!

»Perispomenon« zaraz cofał się do sieni. Chował się za drzwiami i przez szparę obserwował, co dzieje się dalej.

Pan Majewski z zasady nie pokazywał się wtedy na podwórzu. Nie mógł znieść przezwisk, które wykrzykiwano tak głośno i bezkarnie.

W ten sposób bitwa, której władza nie mogła przerwać, trwała zwykle przez całą »dużą« przerwę. Dopiero na dźwięk dzwonka zwycięzcy i zwyciężeni wracali do klasy na dwie ostatnie lekcje. Byli okryci chwalebnymi siniakami.

Marcinek był dzielnym »Persem«. Pewnego razu dostał taki postrzał koło piątego żebra, że prawie przez dwa tygodnie nie mógł leżeć na prawym boku.

Po jednej z takich bitew wrócił do klasy zmęczony. Nie pamiętał nawet dokładnie, jaka będzie teraz lekcja. Siedział w czwartej ławce pod oknem, obok Gumowicza. Był to duży chłopiec z włosami tak czarnymi, że miały fioletowy odcień. Gumowicz był synem akuszerki. Była to kobieta bardzo biedna, ogromnie energiczna i krzykliwa. Mama Gumowiczowa czasami zjawiała się na dolnym korytarzu. Rozmawiała z księdzem Wargulskim i panem Majewskim. Wypytywała o stopnie i zachowanie swojego Romcia, który już drugi rok siedział w klasie wstępnej. Nieraz przy całym tłumie groziła mu pięścią. Wieść głosiła, że po każdej takiej wizycie pani Gumowiczowej w szkole Romcio dostawał w domu ciężkie »lanie«, czyli »wały«.

Pan Majewski często wołał go do katedry. Wytykał mu jego wady: lenistwo, niezdarność i głupotę. Wspominał o biedzie i o zawodzie starej matki. Mówił o jego niskim pochodzeniu i wystawiał go na pośmiewisko. Kiedy pyzaty Romcio stawał przy tablicy, wszyscy w klasie chichotali, razem z nauczycielem. Romcio miał zawsze porządne zeszyty. Najlepiej wiedział, jaki rozdział trzeba opowiadać, i doskonale umiał to, co było »zadane«. Ale czytał tak gdaczącym głosem i tak śmiesznie syczał, dmuchał i jęczał, kiedy zastanawiał się przy dodawaniu, że w końcu zwykle dostawał dwójkę.

Tego dnia pan Majewski »wyrwał« Gumowicza do arytmetyki. Podyktował mu dużą liczbę. »Czarny« drżał na całym ciele. Kilka razy upuścił kredę. Widać było, że trudno mu zebrać myśli, bo pisał zupełnie inne cyfry. Po klasie przelatywał stłumiony śmiech. Zdolni chłopcy z pierwszych ławek zawsze umieli patrzeć nauczycielowi w oczy z pochlebstwem i zgadywać, czego chce. Teraz specjalnie zatykali sobie usta, żeby głośno nie parsknąć. Pan Majewski jeszcze dwa razy powtórzył długą liczbę. A kiedy Gumowicz znowu napisał co innego, kazał mu wrócić na miejsce.

— Ty, Gumowicz, akurat tyle umiesz z arytmetyki, co pachciarska kobyła... — rzucił mu na pożegnanie.

Te dwa ostatnie słowa pan Majewski powiedział po polsku. Wywołało to szalony efekt. Chłopcy zaczęli strasznie krzyczeć z radości.

— Pachciarska kobyła. Oho-ho... — Gumowicz — pachciarska kobyła!...

Gumowicz usiadł na miejscu i jak zwykle zwiesił głowę. Na rozkaz nauczyciela ogólna wesołość trochę ucichła. Wtedy Gumowicz spojrzał na Marcinka, który też świetnie się nim bawił. Nieśmiało, cichym szeptem zapytał:

— Co mi postawił?

Borowicz wysunął głowę i uważnie śledził ruch ręki nauczyciela. Zobaczył, jak charakterystycznie pochyla się pióro. Wtedy szepnął okrutnie:

— Pałę!

Mały Gumowicz dziwnie się skurczył. Został tak bez ruchu i patrzył w zeszyt do arytmetyki. Marcinek przyglądał mu się i pokazywał go sąsiadom. Po chwili na długiej czarnej rzęsie »Pachciarskiej kobyły« pojawiła się jedna wielka łza. Był to znak bezdennej rozpaczy. Borowicz przestał się śmiać. Zmarszczył czoło i ciągle patrzył na tę błyszczącą łzę. Pochłonęła jego uwagę, pamięć i jakby całą duszę. W jego piersi po raz pierwszy w życiu drgnęło współczucie.

### Słowniczek

- **uroki**: po rosyjsku: lekcje zadane do domu.
- **Zakon Boży**: po rosyjsku: religia, historia święta (przedmiot szkolny).
- **korepetytor**: prywatny nauczyciel; tu starszy uczeń, który pilnuje nauki młodszych na stancji.
- **stancja**: mieszkanie dla uczniów u obcych ludzi, za pieniądze; także pokój uczniów.
- **Pytia**: w starożytnej Grecji kapłanka, która wróżyła w dymie; tu przezwisko ucznia, który dużo pali.
- **wirsze**: wiersze (wymowa staruszki).
- **extemporale**: po łacinie: ćwiczenie pisane w klasie bez przygotowania.
- **rusycyzm**: słowo albo zwrot wzięty z rosyjskiego.
- **tombak**: tani metal podobny do złota.
- **Verstand**: po niemiecku: rozum (żart: chłopca wysyłano do apteki po rozum).
- **finfy**: (gwara uczniowska) psikus, który robiono śpiącemu koledze w nos.
- **naciągać frajera**: oszukiwać naiwnego.
- **dardanelski osioł**: bardzo głupi człowiek (żartobliwie).
- **kapcan**: (potocznie) niezdara, głupek.
- **de facto**: po łacinie: w rzeczywistości.
- **koza**: szkolna kara: uczeń musi siedzieć zamknięty w klasie po lekcjach.
- **cukiernia**: przezwisko górnego piętra gimnazjum, gdzie były wyższe klasy.
- **poka, szest’, zwonok, Prawoje pleczo wpierod**: marsz!*** — po rosyjsku: póki, sześć, dzwonek, Prawe ramię naprzód — marsz!
- **Grecy i Persowie**: dawne wojska w wojnie starożytnej; tu nazwy dwóch obozów w bitwie na kasztany.
- **akuszerka**: kobieta, która pomaga przy porodzie.
- **pachciarska kobyła**: koń dzierżawcy sadu (pachciarza), który wozi owoce; tu obraźliwie: bardzo głupi.
- **pała**: najgorszy stopień w szkole.

## VI

Bryczka skręciła z twardej szosy na boczny gościniec, a z gościńca na wąską drogę. Droga biegła między chłopskimi polami i była nie szersza od zwykłego pastwiska. Słońce schowało się już za grzbietem wzgórz. Zostawiło po sobie tylko przepiękną zorzę. Bryczka jechała właśnie w jej stronę. Marcinek i jego matka patrzyli na tę zorzę. Konie biegły spokojnym kłusem. Wózek toczył się powoli w głębokich koleinach. Po obu stronach drogi rosło żyto, na którym nie było jeszcze widać kłosów. Były też poletka wczesnych kartofli, mocno zielone pasy owsa i zagony lnu. Niedaleko czerniła się biedna wioska. Dalej na tle przejrzystego nieba widać było ciemny łańcuch wzgórz. Porastał je jałowiec i brzozy.

Zdarzyło się, że w przeddzień Zielonych Świątek pani Borowiczowa miała jakąś pilną sprawę w Klerykowie. Na początku roku szkolnego poznała pana Majewskiego. Dzięki tej znajomości łatwo dostała dla Marcinka urlop na dwa dni świąt. Urlop był wypisany na urzędowym blankiecie z ogromną pieczęcią. I oto wiozła jedynaka do Gawronek. Miała to być niespodzianka dla ojca i całego folwarku. Oboje cieszyli się tym bardziej, że ani matka, ani syn nie spodziewali się, że sprawa tak dobrze się uda. Na te święta rzadko kiedy dawano urlopy.

Wózek zjeżdżał polnymi drogami z pochyłej równiny. Kiedy znalazł się u wejścia do doliny między dwoma wielkimi wzgórzami, zapadała już noc. Zbocza gór wznosiły się stromo po prawej i lewej stronie. Ich wielkie garby wysuwały się z mroku jak kolana i stopy. Kiedy wózek się do nich zbliżał, rosły w oczach.

Dolina była dość długa, ale niezbyt szeroka. W niektórych miejscach była tak wąska, że na jej dnie ledwo mieściły się obok siebie strumień i droga. Wiosną i koło świętego Jana potok zmieniał się w rzekę. Była to wielka, szalona rzeka. Jej wody sięgały brzóz, które rosły wysoko na zboczach pagórków. Na jałowcach zostawiały pasy zabłoconego siana, garście lnu, a nieraz całe krzaki. Woda wyrywała je z korzeniami na dalekich górach. Dlatego droga obok tej burzliwej rzeczki była, ściśle mówiąc, suchym korytem potoku. Nikt jej nigdy nie naprawiał ani nie zmieniał. Była sama sobą. Zmieniała się swobodnie i słuchała tylko praw przyrody, zupełnie tak samo jak okoliczne drzewa, osypiska i wyrwy. Były na niej kawałki z natury dobre, zupełnie gładkie. Na innych, dość długich, leżały spore bryły kamieni. A były też tak zwane dołki. Istniały tam od czasów, jeżeli nie piastowskich, to na pewno zygmuntowskich.

Kto nie umiał przejechać przez te dołki, ten nie przejechał. Łamał tam dyszel, oś albo rozworę. Wpadał w błoto z głową i czapką. Albo zostawał w dołku z tylną częścią wozu, a konie szły dalej z przednią. Na szczęście w całej okolicy każdy człowiek miał swój »sposób«, żeby szczęśliwie przejechać przez te zdradliwe wyrwy. W pewnym miejscu jechało się dość długo tak, że przednie i tylne koło z prawej strony było prawie o łokieć wyżej niż koła z lewej. Ale tutejsi ludzie przyzwyczaili się do tej cechy drogi i nikt jej nawet nie zauważał.

Nad wodą rosły gęste olszyny i zasłaniały zakręty rzeki. Gdzieniegdzie stały kępami duże, smutne wierzby o długich gałązkach i wąskich liściach. Konie wlokły się noga za nogą po kamienistej drodze. Były dopiero na pierwszym zakręcie doliny, kiedy nad górą wzeszedł księżyc. Białe światło powoli rozlało się w dole, na zboczach gór i po wąwozach. Widać było śpiczaste jałowce pod samymi szczytami. Widać było brzózki o srebrzyście lśniących listkach, które kołysały się na wietrze. Daleko bieliły się kamienie w korycie rzeki. Tu i tam, poza cieniem krzaków, lśniły się między kamieniami ruchliwe, maleńkie fale i wodospady. O tej porze strumień był płytki. Jak żywa istota szeptał coś w głębokiej ciszy.

Ten szept opowiadał Marcinkowi cudowne rzeczy. Opowiadał o wszystkim, co zdarzyło się w wodzie, odkąd pewien uczeń klasy wstępnej przestał chodzić boso po rzeczce. Dawniej łapał tu siatką płotki, okonie i małe szczupaki, podobne do ciemnych kawałków drewna...

Uczeń gimnazjum został gdzieś z boku. Marcinek patrzył w blask wody i zaczął odpowiadać na jej szum. Odpowiadał jakiejś innej osobie. Ta osoba była w połowie nim samym, a w połowie kimś zupełnie obcym.

Siedział tak cicho przy matce i zawędrował w bardzo daleki świat marzeń.

— Paniczek to nawet nie wie, że nam gniadą ukradli! — zawołał nagle Jędrek, który był fornalem.

— Gniadą ukradli? — powiedział Marcinek, jakby się obudził ze snu. — Przecież gniada idzie przed twoim nosem u dyszla...

— E!... a i cóż ta z tego, kiedy ją ukradli...

— Czy on prawdę mówi, mamusiu?

— Opowiedzże paniczowi, jak to było!... — powiedziała matka Marcinka.

Gniada klacz była ulubienicą całego folwarku. Pochodziła z tak arystokratycznej rodziny, że opowiadano o niej prawdziwe legendy. Według jednej z nich gniada w prostej linii pochodziła od dziadka araba i od matki, spolszczonej angielki. Według innej była wnuczką jakiejś Hatfy, którą przywieziono prosto z Arabii. I tak dalej.

Rzeczywiście klacz miała małą główkę, mądre oczy, wyraźne łopatki, szeroką pierś i cienką skórę. Ale wszystkie te zalety straciły na wartości od ciężkiej pracy w polu. Woziła drewno, zboże i nawóz, odbywała długie podróże w bryczce. Teraz żaden obcy nie zwracał na nią uwagi. Boki tej szlachetnie urodzonej klaczy zapadły się, a grzbiet sterczał jak piła.

Jednak zimą, kiedy pracy było mniej, a owies dawano regularnie, gniada odzyskiwała cechy swojej rasy. Wtedy w niedzielę, kiedy zbliżali się do kościoła, pan Borowicz nieraz musiał upominać furmana Jędrka:

— Trzymaj-no konie, cymbale, nie gap się! Jeszcze poniosą i w rów gdzie wywalą...

Klacz była zła i nikogo do siebie nie dopuszczała. Nawet swojego furmana potrafiła przy okazji chwycić zębami albo kopnąć kopytem.

Mimo to wszyscy ją lubili. Lubili ją z dumy, bo miała wielkie zalety. Odrabiała najcięższą pracę fornalską, prawdziwą końską pańszczyznę. A w razie potrzeby mogła się równać z najlepszym koniem do powozu. Miała zresztą kilka pięknych źrebiąt. Kiedy je w najlepszym końskim wieku sprzedawano na jarmarku, ratowały pana Borowicza z niejednego ciężkiego kłopotu.

— A to tak było... — zaczął Jędrek. — Z soboty na niedzielę, będzie ze cztery tygodnie temu, poszliśmy z Wincentym spać... zwyczajnie w stajni. Spać duszno z koniami, to my otwarli drzwi, tylko my śtangę założyli. Samem śrubę zakręcił *na fest*, klucz-em pod żłób cisnął i układłem się. Oni ta tylko głowę przytkną do słomy, już ci po nich...

— A ty, toś znowu czujny nadzwyczajnie! — wtrąciła pani Borowiczowa.

— E... bo mnie, proszę pani, jedna baba urzekła w Trzebicach, żebym niby do spania był taki chytry... A no i pospali my się. Ledwie świt, jak ci mię ten Wincenty wyrżną w łep trepem! »Gdzie kobyła?« — powiadają. Ja spojrzę: *śtanga* wisi, gniadej nie ma. Pod progiem my spali — jakże on ta wyszedł, mój Jezus kochany? Dopiero to jest *machenik!* Łabas my za *śtangę*, a tu przerżnięta, jak mydło. Powiadają, że ma taką piłeczkę cienką. Ale to głupiemu powiedzieć, żeby kto żelazo piłką urżnął. Musi *para* mieć włos z żydowskiego trupa, i tym tak rżnie. Wylecieli my na świat... Przed stajnią widać było ślad do stawu. Skoczyliśmy do stawu. Poszedł we wodę! My na drugi brzeg *pu* Cieplakom — nie ma nigdzie! Rosa bielusienieczka stała na łąkach, a śladu ani — ani! Dopiero oni powiadają, że może brzegiem stawu się wziął, a potem wjechał w rzekę. Polecieli my i tam, ale nie było nic, i pokój. Pan wstał, ludzie się zeszli, gwar, krzyk, ale śladu nikt wypatrzeć nie mógł. Jak słońce przygrzało, rosa zginęła, to tam już nie było o czym gadać. Sobieraj powiadali, że był gdzieś ślad na smugu, ale kto ich wie. Oni zawsze muszą wszystko gębą rozpowiedzieć, co im do łba przyjdzie. Poszli ludzie do kościoła. Dobrodziej opublikował z ambony, że tak i tak: kobyłę ukradli u pana na Gawronkach, a kto by zaś wiedział, żeby zaraz znać dawał. Ale gwaru tylko z tego było dosyć przed kościołem po sumie, a nikt nie mógł nawet wziąć na rozum, w którą stronę złodziej pojechał. Pan to się tak zafrasował, co o kęs... Mnie pan wyprał, ale co ja krzyw, kiedy my spali? Obiadu pan nie jadł, tylko chodził po polach, pani to samo poszła — i tak do wieczora. Ja pojechałem na siwym pod Wybrankową, Wincenty poszli ze Stasińskim do Dolnej, ale my z niczym wrócili na wieczór. Po kolacji siedzieliśmy tak wszyscy przede drzwiami. Cicho się stało, tylko żabska rechotały, jak muzyka. Wtem jakoś mi się zdało, że kobyła rży... Zerwałem się, aże mię ognie przeszły. Słyszę, a tu daleko, daleko spod lasu — drugi raz. Jak ja pójdę z nogi za staw! Miesiąc wszedł, nie przymierzając, jak teraz, widno było na rosie het, het... Stanąłem pod krzyżem, na góreczce. Słucham, słucham, a tu znowu rży. Patrzę niedługo, a tu rwie łąkami, z tamtej strony stawu galop, ale tak, co ino, ino... Bez płot na pastewniku to wraz trzunęła, jak bez próg. Przyleciała pode wrota. Mój Jezus kochany! Jak wzięła rżeć raz za razem, to jakby ten człowiek na człowieka wołał. Sam pan poleciał otworzyć jej wrota. To my tak zaczęli hurtem beczeć z radości!... Miała na szyi postronek grubaśny, a na nogach koło pęcin poprzywiązywane jakieś gałgany, żeby widać śladu nie było. W lesie ją pewno przywiązał i układł się spać, a ona sobie tam już poradziła... Albo go może trzepnęła gdzie o ziemię — i poszła. Boki to miała zapadnięte, jak wściekła suka. Kazał jej pan dać tę resztkę owsa, co była w spichlerzu. Chleba jej pytlowego trzy kromki pani dała, cukru słodziuśkiego chyba ze cztery kawałki... Aż mi dziwno, bo kobylsko nikomu tego wieczora nic nie mówiło. Ani razu nikogo nie chwyciło zębcami, nikogo nie wierzgnęło, a co je kto poklepał, to ino se zarżało po cichu...

Marcinek słuchał tej opowieści głęboko wzruszony. Jego oczy z miłością i czułością obejmowały drewniane ramy chomąta i łeb gniadej. Dobrze było je widać na tle srebrnej wody.

Na małych łąkach nad rzeką rozkładała się już rosa jak lśniący obrus. Był utkany z nitek mgły i światła.

Na niebie rozsypało się niezliczone mnóstwo wspaniałych gwiazd. Wydawało się, że odrywają się od nich bardzo małe świecące cząsteczki. Powoli, cienkimi warstwami sypały się w dół, na ziemię. W przezroczystym błękicie stały jakieś dziwnie oświetlone smugi. Były tam śpiące w niebie małe obłoki, drogi i znaki. Były tam niepojęte kształty blasku, które przyciągały oczy i duszę. Z traw rozchodziły się zapachy dojrzewających kwiatów. Od rzeki płynął wilgotny, mocny i miły zapach rokit i wikliny.

A wody ciągle szeptały...

Ich cichą melodię przerywały tylko ostrożne kroki koni po kamieniach. Przerywał ją też dźwięk żelaznych obręczy kół. Kiedy koła trafiały na kamienie, wspinały się na nie ze zgrzytem i opadając, stukały. Rozmowa ucichła.

Pani Borowiczowa patrzyła na niebo pełne iskier. Z dalekich przestrzeni tej cudownej nocy płynęły ku niej dawne wspomnienia. Z jej serca wypływały młode nadzieje. A przecież to serce przeczuwało już koniec swoich snów i marzeń i jakieś wielkie zmęczenie.

Teraz to serce otwierało się szeroko na wszystko, co uczciwy człowiek pielęgnuje i kocha.

Ziemskie troski, codzienne trudy, interesy i drobiazgi na chwilę odeszły. Matka Marcina myślała o wielu rzeczach i sprawach prawie zapomnianych. Myślała i myślała...

W pewnym miejscu przejeżdżało się przez rzeczkę w bród. Kiedy konie weszły do wody, od razu się zatrzymały. Schyliły łby i zaczęły głośno pić wodę.

Marcinek położył głowę na kolanach matki. Przycisnął usta do jej spracowanych rąk i szepnął:

— Mamusiu, jak to dobrze, że mama po mnie przyjechała... Tak sobie jedziemy razem... To dopiero dobrze...

Czule gładziła go po włosach. Pochyliła się i w sekrecie, nie wiadomo przed kim, szepnęła mu do ucha:

— Będziesz zawsze kochał swoją matkę, zawsze a zawsze?...

Zamiast słów odpowiedziały jej słodkie łzy. Wielkimi kroplami padały z oczu chłopca.

Tuż za rzeką droga wspinała się po stromym zboczu góry. Zbocze porastała tarnina i gąszcz dzikich głogów.

Kiedy te zarośla się przerzedziły i rozsunęły, widać było już niedaleko migające światełka wioski. Dalej, za wsią, w dolinie, widać było wielką taflę stawu, białą od księżyca. Widać było też światła we dworze w Gawronkach.

Konie szły powoli pod górę. Marcin wyskoczył z wózka. Oczami pełnymi łez patrzył na te dalekie, duże okna, które świeciły w ciemności.

Przed wsią, na pustym wzgórzu, stała drewniana kapliczka. Była już zupełnie spróchniała, od samego dołu aż do żelaznego kogucika na szczycie dachu.

Dookoła tej staruszki rosły bujne bzy z ogromnymi kiściami pachnących kwiatów.

Marcinek szybko skoczył do kapliczki. Wspiął się na płot i ułamał ogromny pęk kwitnących gałęzi. Wózek tymczasem odjechał i zbliżał się już do wioski. Chłopiec pędem pobiegł po drodze, która była tam już równa. Strząsał rosę z kwiatów. Zdyszany rzucił matce na kolana cały ten pęk kwiatów.

Nie miała serca robić mu wyrzutów, że obrabował biedną, starą kapliczkę.

Niebieskie kwiatuszki odrywały się i spadały razem z kroplami rosy. Przyklejały się do jej palców. A ciężki, słodki zapach tak dziwnie ją odurzał...

### Słowniczek

- **bryczka**: lekki wóz konny do jazdy.
- **gościniec**: dawna szeroka droga między wsiami i miastami.
- **Zielone Świątki**: święto kościelne w maju albo czerwcu (Zesłanie Ducha Świętego).
- **folwark**: gospodarstwo szlachcica: dom, pola, zabudowania.
- **dyszel**: drążek z przodu wozu, po obu stronach którego idą konie.
- **rozwora**: długi drąg, który łączy przednią i tylną część wozu.
- **łokieć**: dawna miara, około 60 cm.
- **czasy piastowskie, zygmuntowskie**: bardzo dawne czasy w historii Polski (dawni królowie).
- **fornal, furman**: robotnik na folwarku, który pracuje z końmi; ten, kto powozi.
- **gniada**: klacz o brązowej sierści z czarną grzywą i ogonem.
- **pańszczyzna**: dawna przymusowa praca chłopów u pana; tu: bardzo ciężka praca.
- **cugowy koń**: koń do eleganckiego powozu.
- **śtanga**: (gwara) żelazny drąg, którym zamyka się drzwi.
- **na fest**: (gwara) mocno, porządnie.
- **urzec**: rzucić urok, zaczarować spojrzeniem.
- **trep**: drewniany but.
- **machenik**: (gwara) spryciarz, sprytny złodziej.
- **dobrodziej opublikował z ambony**: ksiądz ogłosił w kościele.
- **pęcina**: część końskiej nogi tuż nad kopytem.
- **chomąto**: część uprzęży zakładana koniowi na szyję.
- **rokita, wiklina**: krzewy, które rosną nad wodą.
- **tarnina, głóg**: kolczaste krzewy.

## VII

Marcinek przeszedł do klasy pierwszej i zaczął się zaniedbywać. Z jego dawnej pracowitości niewiele zostało. Jesienią uczył się jeszcze jako tako. Ale około Bożego Narodzenia już tylko »wykpiwał się« i przed korepetytorem, i w klasie. Wszyscy mniej teraz na niego uważali, a on czuł, że ma mniej obowiązków.

Pani Borowiczowa umarła latem tego roku. Marcinek na początku nie odczuł tej straty. Na pogrzebie zmuszał się do płaczu i robił efektowne miny. Wrzeszczał i próbował rzucić się za trumną do grobu. Słyszał od ludzi, że tak wypada. Przeczuwał też, że to jeszcze bardziej wyróżni go tego dnia.

Po pogrzebie ojciec zabrał go do Gawronek. W domu panował nieład. Największy pokój, gdzie jeszcze niedawno stała trumna, śmierdział zgnilizną i dymem ze świec. Pan Borowicz zaprowadził Marcinka do sąsiedniego pokoju. Była to sypialnia zmarłej. Panował tam jeszcze większy nieład. Łóżko było nieprzykryte. Prześcieradło i kołdra leżały na podłodze. W drewnianej spluwaczce było więcej plwocin niż piasku. Pan Borowicz usiadł pod oknem. Wydawało się, że słucha, jak haczyki okna jednostajnie stukają o ramę i jak wiatr dzwoni w szybach... Marcinek zapatrzył się w puste łóżko. I wtedy poczuł, że jego matka umarła.

Był to koniec wakacji. Zaraz potem życie szkolne zupełnie go pochłonęło. Czasem, w chwilach nieszczęść i katastrof, budziło się w nim to samo zdumienie, które poczuł w pustym pokoju matki. Wtedy czuł w sercu wielki i nieopisany ból sieroty. Kiedy w strachu i w rozpaczy biegł w myślach do matki, swojego jedynego schronienia, stawał mu przed oczami tamten pokój, głuchy i niemy...

Ojciec pracował teraz na folwarku z podwójną energią. Musiał bowiem sam doglądać także tej części gospodarstwa, którą dawniej prowadziła żona. Dlatego mało zajmował się chłopcem. Dbał przede wszystkim o to, żeby zdobyć pieniądze na wpisowe, na stancję i książki. Marcin nie miał już teraz ani ładniejszej bielizny, ani smakołyków. Nikt już tak gorąco nie dzielił jego szkolnych sukcesów. Nikt nie płakał nad jego porażkami ani nie zachęcał go do nowych wysiłków. Ojciec pytał tylko o to, czy nie ma dwójek i pał. Reszta mało go obchodziła. Dlatego świat chłopca opustoszał. Zgasło nad nim słońce. Jakby po promiennym dniu nastał zimny i bezlitosny wieczór.

W tym czasie Marcinek bardzo zaprzyjaźnił się z pewnym »Wilczkiem«. Był to chłopiec, który drugi rok siedział w pierwszej klasie. Był synem bogatej lichwiarki, pani Wilczkowskiej. Był jedynakiem, pieszczochem i niesłychanym łobuzem. Umiał wszystko wyszpiegować. Znał na pamięć charakter każdego nauczyciela. Na tej znajomości ludzkiej duszy opierał swoje »nabieranie belfrów«. Umiał wszelkie rodzaje »ściągania« i podpowiadania. Znał sposoby, żeby wyjść z klasy i pójść na wagary. Nigdy nie odrabiał żadnej lekcji. Oszukiwał korepetytorów. Mnóstwo czasu i sprytu tracił na wyprowadzanie w pole nauczycieli w szkole. Do tablicy zawsze wychodził z cudzym zeszytem. Owijał go w arkusz papieru ze swoim nazwiskiem. Do tłumaczeń z łaciny umiał tak chować karteczki, że nawet sam pan Leim nie mógł ich znaleźć. Wszystkie lekcje ustne odpowiadał z podpowiadania albo genialnie »ściągał«.

Wilczek zawsze uciekał z kościoła w niedziele i w dni galowe. Wymykał się prawie z rąk księdzu prefektowi. Wyglądało to tak, jakby zapadał się pod ziemię tuż przed jego nosem. Potem jakimiś dziurami pod chórem uciekał na dwór i na parę godzin pędził w pola. Jesienią kradł rzepę z ogrodów pod miastem. Zimą jeździł na ślizgawce albo chodził na spacery. Posadzono ich z Marcinem Borowiczem w jednej ławce. Kiedy się lepiej poznali, Wilczek zaczął kształcić tego prostaczka. Marcinek uległ jego wpływom. Teraz uważał za punkt honoru stosować różne sztuczki i sposoby zamiast mozolnej nauki. Dawał się też wyciągać na wagary.

Pewnego dnia galowego w grudniu obaj »bryknęli« za miasto przed nabożeństwem. Nabożeństwo w miejscowym kościele miało się zacząć o dziesiątej. Na rzeczce był jaki taki lód, więc ślizgali się do woli. Potem włóczyli się wzdłuż nasypu kolejowego. Brnęli po śniegu i z zadowoleniem taplali się w wodzie. Marcin zmarzł i powiedział do Wilczka:

— Ty, ja idę do kościoła.

— E, widzisz, ośle... Takiś stary kolega! Już się boisz księdza...

— Nie boję się, tylko mi zimno.

— O, bydlę! zimno mu. Mnie wcale nie zimno.

— Ja już idę. Chodź, Wilczek! Co tu będziesz robił!

— To idź sobie, ośle! Widzisz go. Jeszcze ty pożałujesz... Niby to udaje... stary kolega, a fagasuje księdzu...

Marcinek pędem ruszył do miasta. Wilczek rzucił za nim grudą zmarzniętej ziemi i pokazał mu język. Potem znowu zaczął się ślizgać. Borowicz rozpiął szynel i szybko biegł. Mijał ulice, jakich o tej porze nigdy jeszcze nie widział. Była to bowiem godzina, kiedy codziennie siedział na lekcjach. Wydawało mu się, że robotnicy, emeryci, stare panie, a nawet kucharki, które wracały z koszykami do domów, na pewno widzą jego łotrostwo. Wreszcie zmęczony przybiegł do kościoła. Pchnął wielkie drzwi wejściowe i wsunął się do zimnych przedsionków. Prowadziły one na chór. Marcinek należał do grupy śpiewaków, którzy po zakończeniu sumy śpiewali hymn państwowy.

W przedsionkach, korytarzach i krużgankach nie było nikogo. Szedł więc na palcach i skradał się do małych drzwiczek. Prowadziły one na schody i na chór. Uroczyste nabożeństwo galowe jeszcze trwało. Organy huczały, dlatego nikt nie słyszał, jak drzwi skrzypnęły.

Marcinek wszedł na kręcone kamienne schody. Stąpał cicho. Chciał niepostrzeżenie wejść na chór. Nie chciał dostać uwagi w dzienniku od nauczyciela śpiewu, który grał na organach.

W wieży było ciemno. Tylko w niektórych miejscach na kamienne stopnie padało światło z wąskich okienek. Od zewnątrz były to tylko szpary. Ale od środka tworzyły dość szerokie wnęki.

Marcinek przeszedł już prawie całą tę wąską wieżę. Zbliżał się do drzwiczek chóru, kiedy nagle zdrętwiał ze strachu.

Pod samymi drzwiami klęczał prefekt, ksiądz Wargulski.

Z okienka padała biała plama światła na jego głowę i na granatowy płaszcz z dużym kołnierzem. W tym świetle widać było całe jego podłużne czoło i surową twarz.

Prefekt miał zamknięte oczy i złożone ręce. Gorąco się modlił. Jego wargi powoli się poruszały, a głowa czasem niespokojnie drgała.

Marcinek stał bez ruchu. Ze strachu nie śmiał oddychać.

Ksiądz był surowy. Cała szkoła panicznie się go bała.

Borowicz powoli zaczął się cofać. Trafił na wnękę okienka i wlazł w nią. Przytulił się do muru. Nie spuszczał oka z głowy księdza i drżał na całym ciele.

Tymczasem gdzieś nisko rozlegał się głos kanonika. Śpiewał modlitwy za cara:

— »Panie, zachowaj imperatora i króla naszego Aleksandra...« »Niech będzie pokój w mocy Twojej...«

Z chóru odpowiadano na te modlitwy. Potem nastąpiła krótka przerwa. W ciszy zabrzmiała przygrywka do hymnu carskiego. Słychać było czysty i równy śpiew młodzieży. Ledwie przebrzmiała pierwsza zwrotka pieśni, kiedy dolne drzwi na schody się otworzyły. Marcina owionął zimny powiew. Słychać było kroki kogoś, kto biegł na górę.

Marcinek skulił się i czekał. Włosy stanęły mu dęba, kiedy tuż obok niego przesunął się inspektor gimnazjum.

Gimnazjalny władca wbiegł po schodach i szedł do drzwi chóru. W ciemnym przejściu wpadł na klęczącego prefekta.

— Kto to idzie? — zapytał ksiądz.

— Ach, *eto wy, otiec*... — powiedział inspektor. — Kazałem wyraźnie, żeby hymn po nabożeństwie śpiewano w języku rosyjskim. Polecałem to dwa razy nauczycielowi śpiewu...

— Nauczyciel śpiewu wcale nie jest temu winien — powiedział spokojnie ksiądz i schował za pazuchę swoją książeczkę do nabożeństwa.

— Więc któż zawinił?

— Ja!

— Co takiego? — zawołał głośniej inspektor. — Kazałem śpiewać...

— Panie inspektorze — powiedział ksiądz spokojnie i z zimną uprzejmością — uczniowie będą śpiewali tutaj, w kościele, hymn po polsku. I to nie tylko dziś, ale zawsze.

— Co takiego? — krzyknął Rosjanin. — Tak będą śpiewali, jak rozkazałem! Ja tu nie zniosę żadnych jezuickich fanaberii. A toż co nowego? Proszę mi wskazać drzwi na ten wasz chór...

— Mogę panu inspektorowi wskazać tylko jedne drzwi... na dole... — powiedział ksiądz i położył swoją ogromną dłoń na klamce.

Właśnie potężnie brzmiała druga zwrotka hymnu:

»Wrogów zamiary złam, Władco wspaniały, Panuj na sławę nam...«

Wtedy Marcinek zobaczył, że ręka księdza Wargulskiego przeniosła się z klamki na ramię przybysza. Inspektor rzucił się do drzwi i szarpnął księdza. Wtedy prefekt jednym ruchem drugiej ręki odwrócił inspektora. Mocno trzymał go prawą ręką za futrzany kołnierz. I zaczął znosić tę dużą osobę ze schodów. Inspektor szarpał się i głośno krzyczał. Ale cały ten hałas ginął w huku organów.

Marcinek był zachwycony tak wspaniałym widowiskiem. Wyszedł z kryjówki. Zatykał sobie usta rękami, żeby nie parsknąć śmiechem. Szedł krok w krok za prefektem.

Ksiądz Wargulski sprowadził inspektora na sam dół. Otworzył drzwi i mocno wypchnął go na korytarz. Inspektor uderzył wyciągniętymi rękami o ścianę naprzeciwko. Potem stanął i poprawił na sobie futro. Zastanowił się i poszedł w dół po schodach.

Tymczasem ksiądz wyjrzał na korytarz. Zobaczył, że nikt nie widział tej sceny. Zawrócił, zrobił wielki krok w ciemności i wpadł na Marcinka. Z niepokojem od razu otworzył drzwi i pociągnął malca do światła.

Borowicz z rozpaczliwą odwagą zadarł głowę. Był pewny, że teraz już nic go nie uratuje. Myślał, że wypędzą go z gimnazjum na cztery wiatry albo spiorą mu skórę na kwaśne jabłko.

— Co tu robisz, błaźnie jeden? — zawołał prefekt.

— Nic nie robię, proszę księdza.

— Dlaczego nie siedzisz na chórze?

— Musiałem wyjść na dwór, proszę księdza... — skłamał na poczekaniu.

Ksiądz chrząknął, zakaszlał i zapytał go cicho:

— Widziałeś?

— Widziałem! — powiedział Marcin stanowczo, choć nie wiedział, czy to dobrze, czy źle.

— Słuchajże ty, ośle, jeżeli mi piśniesz jedno słowo o tym, coś tu widział, to ja ci sprawię! Będziesz gadał?

— Nie będę gadał, proszę księdza.

— Ani matce nie będziesz gadał?

— Ani matce nie będę gadał. Ja nie mam matki.

— Wszystko jedno! Ani ojcu?

— Ani ojcu.

— Ani żadnemu koledze, nikomu a nikomu?

— Ani żadnemu, ani nikomu.

— No, pamiętaj se, ośle zatracony!

### Słowniczek

- **promocja**: przejście ucznia do następnej klasy.
- **wykpiwać się**: wykręcać się sprytem od pracy i obowiązków.
- **korepetytor**: prywatny nauczyciel, który pomaga uczniowi w nauce.
- **spluwaczka**: naczynie z piaskiem, do którego chory wypluwa ślinę.
- **sierota**: dziecko, które straciło matkę albo ojca (albo oboje).
- **wpisowe**: opłata za szkołę.
- **pała, dwójka**: złe stopnie szkolne (pała — najgorszy).
- **lichwiarka**: kobieta, która pożycza pieniądze na bardzo wysoki procent.
- **belfer**: (potocznie) nauczyciel.
- **ściągać**: oszukiwać w szkole: przepisywać od innych albo z ukrytej kartki.
- **wagary**: ucieczka ze szkoły zamiast pójścia na lekcje.
- **dzień galowy, galówka**: urzędowe święto carskie: uroczyste nabożeństwo, mundury.
- **ksiądz prefekt**: ksiądz, który uczy religii w szkole.
- **fagasować**: (potocznie, pogardliwie) służyć komuś, podlizywać się.
- **szynel**: długi płaszcz od munduru.
- **suma**: główna, uroczysta msza w kościele.
- **chór**: tu: balkon w kościele, gdzie stoją organy i śpiewacy.
- **kanonik**: ksiądz o wyższej godności.
- **eto wy, otiec**: po rosyjsku: to wy, ojcze.
- **jezuickie fanaberie**: tu pogardliwie: księżowskie wymysły, kaprysy.
- **spiorą mu skórę na kwaśne jabłko**: bardzo mocno go zbiją.

## VIII

Gospodarzem klasy pierwszej, oddziału *A*, był pan Rudolf Leim. Uczył łaciny w niższych klasach. Należał do grupy starszych profesorów i weteranów szkoły. Pochodził z rodziny niemieckiej. Ta rodzina dawno temu przyjechała do kraju i w połowie stała się polska. Profesor Leim skończył kiedyś studia na uniwersytecie w Lipsku. Od niepamiętnych czasów uczył w dawnych szkołach wojewódzkich. Wykładał tam historię powszechną, języki starożytne i niemiecki. Z charakteru i z zawodu był zapalonym, upartym historykiem. Przez całe życie układał bardzo szczegółowe i dowcipne tablice historyczne. Pokazywały one, co działo się w tym samym czasie w różnych krajach.

Potem w Klerykowie szkoły wojewódzkie zamieniono na gimnazjum rosyjskie. Leim zachował posadę, ale zepchnięto go na sam koniec. Źle mówił po rosyjsku. A historię powszechną (właściwie »rosyjską w związku z powszechną«) mógł wykładać tylko Rosjanin. Dlatego Leim, kiedyś najlepszy nauczyciel, spadł aż do klasy pierwszej. Z łaski dawano mu jeszcze opiekę nad jedną z klas równoległych. Miał z tym mnóstwo kłopotu, ale dostawał za to kilkaset rubli. Pan Leim był wysokim, bardzo chudym starcem. Ciągle pokasływał. Golił twarz po staremu. Czaszkę miał łysą jak kolano. Przykrywał ją czymś w rodzaju pokrywki z włosów, które hodował koło ucha. Kiedy szedł, nadymał swoje zawsze różowe policzki. Co chwilę pokazywał zęby, białe jak ser. Nigdy nie zdarzyło się, żeby profesor Leim opuścił lekcję. Przychodził nawet w największe mrozy i silne wichury. Był zakatarzony i kaszlał, a usta zasłaniał szalem. Ale zawsze przychodził punktualnie o godzinie ósmej. Kiwał głową na powitanie panu Pazurowi. Pazur był drugim weteranem gimnazjum, choć dużo młodszym. Potem Leim zaczynał swój jednostajny spacer po górnym korytarzu. Był niezwykle starannym urzędnikiem i gorliwym lojalistą.

W gimnazjum wprowadzono zakaz mówienia po polsku. Od tej chwili Leim ostro karał za takie przewinienia. Robił to zawsze, gdy któryś z gospodarzy klas wskazał mu winnego. A sam w domu mówił po polsku. Miał żonę Polkę i córki. Te córki robiły w całym mieście patriotyczny hałas. Urządzały zebrania i odczyty. Czytały też utwory polskiej literatury, zakazane przez cenzurę. Te książki brały potajemnie z biblioteki samego pana Leima. Niektóre utwory on sam kiedyś przepisał własną ręką, niezwykle pięknym pismem.

W dni galowe pan Leim maszerował przez miasto w paradnym stroju. Miał mundur z haftowanym kołnierzem i ordery. Wśród nich wisiał miedziany medal »*za usmirenje polskawo miatieża*«. U boku miał szpadę, a na głowie pieróg. Ten pieróg całe miasto znało od dawna. Czasem profesor pojawiał się w tym stroju na ulicy Warszawskiej. Wtedy szewc Kwiatkowski stawał w drzwiach. Jego warsztat był na rogu tej uliczki. Szewc wsuwał ręce pod fartuch i trzymał się za zapadnięty, wiecznie bolący brzuch. Śmiał się tak tylko raz na jakiś kwartał. Ale wtedy wybuchał szczerym i głośnym śmiechem.

Na rynku przekupki od razu dawały sobie znać, że profesor idzie w galowym stroju.

— Pani Jacentowa! — wołała zaraz spostrzegawcza Połóweczka. — Spójrz no pani, z łaski swojej! Przecież to, widzi mi się, profesor idzie w swoim kapelusiku.

— Tak ci, moja kochana pani, tak... — wołała Jacentowa. — On sam. Musi toto być ciężkie, choć i taki cudacki pieróg. Bo jak to profesorzyna nadyma się, a dmucha, a chucha, jakby furę drzewa dźwigał na głowie.

Wszystkie te przykrości były niczym w porównaniu z wrzaskami w gimnazjum.

Kiedy profesor Leim zbliżał się wtedy do szkoły, już z daleka słyszał wołania:

— Panowie! Uwaga! Stary Klej nadciąga w swojej kanapie na głowie i z bronią u boku...

Uczniowie chowali się między stosami drewna na podwórzu. Ich głosy goniły profesora, ale on nie odwracał głowy:

— Panie Klej, może bylibyśmy w stanie ulżyć panu cokolwieczek! Wzięlibyśmy pierożek widłami, jeden z przodu, drugi z tyłu. Nawet byś pan profesor nie czuł, że niesiesz taki wielki statek...

Profesor szedł wtedy szybciej niż zwykle. Nadymał policzki, na których kwitły rumieńce jak u pensjonarki. Nie patrzył ani w prawo, ani w lewo. Miał taką minę, jakby całkiem zgadzał się z uczniakami, którzy śmiali się z jego starożytnego pieroga.

Młodsi koledzy nosili modne kapelusze: błyszczące, niskie i płaskie. Nieraz radzili mu, żeby kupił sobie nowy, modny pieróg. W ten sposób zamknąłby usta tłumowi uczniaków. Ale pan Leim tylko machał ręką i nadymał policzki.

— Do śmierci może doba — mawiał — a ja będę się bawił w kupowanie galowych strojów. To wam o tym myśleć, wiercipiętom. Mój pieróg pamięta lepsze czasy. Taki sam z niego emeryt jak ze mnie. I taki sam los spotkał go na starość jak mnie... Obaj wyglądamy wśród współczesnych jak szczątki mastodonta...

Na lekcji profesor Leim nie znosił szelestu. Przy najmniejszym hałasie krzywił się i niecierpliwie syczał. Do pilnowania porządku w klasie zawsze wyznaczał tak zwanego dyżurnego. Każdy uczeń był nim po kolei. Taki dostojnik przynosił kredę i dbał o atrament i pióro na katedrze. Wypisywał też wielkimi literami nazwiska kolegów, którzy hałasowali.

W czasie przerw chłopcy w klasie pierwszej mówili po polsku. Nie było sposobu, żeby zmusić ich do rozmów po rosyjsku. Po prostu żaden malec nie umiał jeszcze swobodnie mówić w języku urzędowym.

Pewnego razu pan Leim wszedł do klasy i zobaczył na tablicy nazwisko Borowicza. Obok była skarga: »ciągle głośno mówi po polsku«.

Pan Leim czytał ten napis uważnie i dość długo. Widział coś takiego po raz pierwszy. Potem zwrócił się do klasy i zapytał:

— Kto jest dyżurnym?

— Ja — powiedział pucołowaty chłopiec o nazwisku Makowicz.

— To ty napisałeś, że Borowicz ciągle głośno mówi po polsku?

— Tak, ja. On, panie profesorze, ciągle wrzeszczy po polsku i bije się.

— I bije się z tobą?

— Ja z nim nie zaczynam! Niech wszyscy powiedzą! On przyszedł pierwszy i mówi: oddawaj mi zieloną okładkę... Ja mu nie dałem, bo to nie jest jego okładka, tylko moja. I za to kopnął mnie w brzuch...

— Borowicz za gadanie po polsku zostaje na dwie godziny w kozie... — powiedział profesor Leim głośno i surowo.

Wszedł na katedrę i usiadł na krześle. Otworzył duży dziennik i wbił oczy w jakąś pustą stronę.

W klasie zapanował strach. Zrobiło się tak cicho, że nie było słychać ani jednego oddechu. Wszyscy widzieli, że »stary« jest »wściekły«. Każdy powtarzał w myślach wyjątki i przypominał sobie końcówki deklinacji. Powtarzał też drewniane zdania do tłumaczenia. Nauczyciel powoli podniósł oczy i powiedział:

— Borowicz!

Marcinek chwycił książkę z łacińskimi tłumaczeniami Szulca i mały zeszycik »wybranych« słówek. Na drżących nogach poszedł do katedry. Stanął tuż przy jej stopniu i szybko się ukłonił, ruszając tułowiem i nogą. Otworzył książkę. Zaczął czytać rosyjskie zdania i tłumaczyć je na łacinę. Tak w mowie Rosjan i Rzymian zawiadomił wszystkich, że w cieniu wysokiego dębu przyjemnie jest odpoczywać. Zawiadomił też, że sztuka jest długa, a życie krótkie, i tak dalej. Wtedy pan Leim przerwał mu i powiedział:

— Za to, że głośno rozprawiasz w klasie po polsku, zostaniesz na dwie godziny w kozie. Słyszysz?

— Słyszę, panie profesorze... — powiedział Borowicz ze skruchą.

— Dlaczego bijesz się z Makowiczem?

Marcinek spuścił oczy i zrobił pobożną minę. Pomyślał o dwóch godzinach kozy i łzy ścisnęły go za gardło. Nagle zauważył, że jeden guzik przy ineksprymablach profesora jest niezapięty. Od razu poczuł wielką ulgę.

— Nigdy nie bij się z Makowiczem — mówił tymczasem pan Leim surowo i głośno. — Nie zbliżaj się do niego. Nie proś go nigdy o jakieś tam parszywe okładki!...

Marcinek usłyszał słowo *parszywe*. Takie słowo było niezwykłe w ustach pana Leima. Chłopiec spojrzał na niego i wtedy poczuł coś dziwnego. Profesor patrzył na niego ostrym, zagadkowym wzrokiem. Marcinkowi wydało się, że to spojrzenie wstydzi się jego małej osoby. A zarazem bezlitośnie z niej kpi...

Profesor Leim umiał trzymać klasę w ryzach w czasie swojej lekcji. Kiedy tylko się pojawiał, wśród łobuzów zapadała śmiertelna cisza. Za to Ilarjon Stiepanycz Ozierskij, nauczyciel języka rosyjskiego, nie miał ani odrobiny takiej władzy. Był to gruby niezdara z czaszką łysą jak kolano. Miał obwisłe policzki, zadarty nos i oczy śledzia. Wielki brzuch dźwigał na krótkich nogach. Nogi plątały mu się pod tym ciężarem w bardzo zabawny sposób. Ilarjon Stiepanycz nigdy nie omijał żadnej kałuży. Zawsze chodził ubłocony po kostki. Jego frak był zawsze wysmarowany kredą. Wdzięczni wychowankowie malowali mu guziki atramentem.

Kiedy wchodził do klasy, witała go piekielna salwa wrzasków. A co najgorsze, były to wrzaski polskie. Tak witano jego, nauczyciela i siewcę mowy rosyjskiej. Uczniowie gwizdali, tupali i przesuwali ławki. Grali na drumlach i dzwonili małym dzwoneczkiem. To mogło doprowadzić do szału nawet najspokojniejszego człowieka. Głośno uczyli się następnych lekcji. Żywo rozmawiali na zupełnie dowolne tematy. Ilarjon Stiepanycz nie próbował łapać tych, co grali na drumlach. Nie szukał też dzwonników. Wiedział z doświadczenia, jak złe skutki ma taka gorliwość.

Kiedyś skoczył z katedry między ławki. Wcześniej dokładnie zbadał, z którego miejsca bez przerwy słychać dzwonek. Któż mógł przypuszczać, że dzwonienie w jednym miejscu to rodzaj przynęty? Ilarjon biegł między ławkami do winowajcy. Nagle runął jak podcięty cedr. Nie zauważył, że od ławki do ławki przeciągnięto mocny sznurek od cukru. Nazywało się to »łapaniem lwa w sieci — z przynętą«.

Awantury w klasie pierwszej trzymały się zresztą pewnego, jakby tradycyjnego wzoru. Prawdziwe wyrafinowanie w dręczeniu *kałmuka* pokazywały dopiero trochę wyższe klasy: druga, trzecia i czwarta. Szczególnie do klasy trzeciej Ilarjon wchodził blady. Kiedy zbliżał się do katedry, ważył i sprawdzał każdy krok. Zanim usiadł na krześle, oglądał je. Sprawdzał, czy nogi krzesła nie są wykręcone. Badał tablicę, czy nie spadnie mu na głowę podczas lekcji. Patrzył na sufit, czy nie zacznie stamtąd kapać mu woda na łysinę. Zaglądał do szufladek stolika, czy nie wyskoczą na niego szczury. I tak dalej. Kiedy Ozierskij był w klasie, nie było żadnej lekcji. Coś tam mówił, wykładał gramatykę rosyjską albo rozdział historii powszechnej. Ale nikt tego nie słyszał. Wyglądało to tak, jakby nauczyciel zwariował i mówił do siebie.

Czasem wywoływał kogoś z dziennika do odpowiedzi. Wtedy na środek zawsze wychodził jeden i ten sam uczeń. O każdej porze roku mówił jeden i ten sam kawałek. Na przykład w klasie trzeciej uczeń Białek był »specjalistą od kałmuka«. Przez cały rok opowiadał jakąś bzdurę o ruskiej księżniczce Oldze. Olga podobno powiązała wróblom ogony i spaliła jakieś miasto »Iskorostień«. Czasami Ilarjon zaczynał histerycznie wrzeszczeć:

— Ja ci się, bałwanie, pytam, co wiesz o Karolu Wielkim. O księżniczce Oldze słyszałem już sześćset razy od ciebie!

Wtedy uczniowie przewracali ławki i zaczynały się bitwy między grupami. W końcu do klasy wpadał inspektor, brutal. Wsadzał do kozy któregoś z »*zaczinszczików*«. Ale ostro zwymyślał też samego Ilarjona.

Ozierskij był człowiekiem wykształconym. Znał kilka języków. W klasie ósmej pięknie objaśniał utwory Puszkina i Gogola. Był jednak tak roztargniony, że nigdy nie umiał trafić z miasta do swojego domu. Prawie codziennie zdarzała się ta sama historia. Spotykał na ulicy jakiegoś ucznia i wołał do niego:

— Ty, jak ci tam?... Gdzie mieszka nauczyciel Ozierskij?

— No, a przecież pan jesteś nauczyciel Ozierskij.

— To niczego nie dowodzi, o to ci się nie pytają. Prowadź mnie do mojego mieszkania!...

W klasie pierwszej uczono również języka polskiego. Był to przedmiot nieobowiązkowy. Nauczycielem tego »miejscowego języka« był niejaki pan Sztetter. Był to człowiek wykształcony, ale ciągle bał się o swoją posadę. Dlatego właściwie niczego nie uczył. Miał liczną rodzinę. Kilku jego synów chodziło do męskiego gimnazjum, a kilka córek do żeńskiego. Pewnie niepokój o ich los przeszkadzał panu Sztetterowi. Nie nauczył uczniów nawet poprawnej pisowni. W wyższych klasach biedny belfer czasem odważał się wspomnieć coś o literaturze polskiej. Ale mówił to z tak przerażoną miną, że budził tylko śmiech.

W klasie pierwszej lekcje polskiego były cztery razy w tygodniu. Odbywały się w bardzo niewygodnej porze, między ósmą a dziewiątą rano. W zimie było wtedy szaro i zimno. Chłopcy siedzieli skuleni i śpiący. Nauczyciel przychodził w swoim futrze z szopów. Otulał się nim i drzemał z otwartymi oczami. Tymczasem uczniowie przy katedrze tłumaczyli kawałki z czytanek Dubrowskiego. Były one nudne jak napar z lukrecji. Najpierw czytano dany »kawałek« i przekładano go na rosyjski. Potem robiono rozbiór, po rosyjsku i na rosyjską modłę. Przez całą lekcję nauczyciel nie mówił ani słowa po polsku. Niechętnie poprawiał błędy w faktach. Uczniowie odrabiali ten »przedmiot« jak wstrętną katorgę. »Polskie« było sto razy nudniejsze od kaligrafii i »Zakonu Bożego«. Małe próżniaki czuły bowiem w powietrzu zapach pogardy. Ta pogarda unosiła się nad nieszczęsną lekcją. Stopnie z polskiego nikogo nie obchodziły. W oczach malców nauczyciel Sztetter nie był wcale tak ważny jak nauczyciel arytmetyki albo łaciny. Traktowano go pobłażliwie, jak piąte koło u wozu. Był dla nich rzeczą niepotrzebną i bez wartości.

Sam nauczyciel Sztetter, jeśli tego nie widział, to przynajmniej czuł. Był w tej szkole intruzem. Uczył przedmiotu, na który wszyscy patrzyli niechętnie. Wiosną co najmniej połowa uczniów »brykała« mu z lekcji. Woleli »ekstrę«, niż tłumaczyć Dubrowskiego. Woleli to także od kawałków dzieła pod tytułem »*Grammatika polskawo jazyka sostawlennaja po Iwanowu Michaiłom Grubieckim*«. Sztetter nie protestował przeciw tym bezczelnym ucieczkom. Jego senne oczy dobrze widziały tych, co cichcem się wymykali. Ale patrzyły na nich obojętnie, apatycznie, niedbale. Czasami błyskała w nich iskra dziwnie bolesnej drwiny... Lecz gdy na korytarzu słychać było kroki, pan Sztetter tracił nawet swoją senność. Nie potrafił ukryć strachu. Nieraz wydawało się, że ze strachu przed dyrektorem wciśnie się w mur i zniknie w ścianie.

Kiedyś i on bywał śmiałkiem. Pisywał do gazet. Krążyła cicha plotka, że na pewno drukował duże artykuły z jakiejś socjologii. Sam dusił tę plotkę, jak tylko mógł. Dziś, gdy z pana Sztettera nie ma w gimnazjum klerykowskim ani dymu, ani popiołu, możemy coś wyznać. Nie zaszkodzi mu to już, więc wspomnimy o jego drugiej tajemnicy. Przez wiele lat tłumaczył przepięknym, czystym wierszem poezje Shelleya. Był to jego ulubiony smutny poeta. Sztetter chciał wydać ten przekład bez swojego nazwiska. Widocznie jednak »*Grammatika polskawo jazyka*« zabiła jego natchnienie. Przekład bowiem nie ukazuje się w druku...

Sztetter nie miał w klasie pierwszej szacunku. Za to nauczyciel arytmetyki, pan Nogacki, miał go aż za dużo. Był to surowy urzędnik, który dobrze uczył. Był to profesor zimny, sumienny i sprawiedliwy. Nikt nie wiedział, co on myśli. Nikomu nie przyszło do głowy, że on coś czuje. Pan Nogacki prawdopodobnie nie myślał nic nadzwyczajnego. A przecież mówi się, że matematyka jest piękna jak góra porośnięta winoroślą, i tak dalej. Szkołę rosyjską w Klerykowie można porównać do maszyny. Wtedy profesora Nogackiego trzeba by nazwać jednym z jej najważniejszych kół zębatych. Wcale nie myślał o tym, żeby kogokolwiek rusyfikować. Pewnie oburzyłby się, gdyby ktoś nazwał go złym Polakiem. A jednak...

Minie dziesięć lat. Najzdolniejsi rusyfikatorzy bardzo się starali, ale w głowie byłego ucznia z Klerykowa nie zostanie ani szczypta czegoś rosyjskiego. A jednak zapytajmy go nagle, ile jest pięć razy osiem. Ten uczeń nie odpowie w myślach: — czterdzieści, tylko: *sorok*. Było coś w lekcjach pana Nogackiego, co zmuszało chłopców do myślenia po rosyjsku. Wymagał szybkiego, błyskawicznego liczenia w głowie i prędkich odpowiedzi. Wymagał zwięzłych zwrotów, które sam ułożył, i stałych formuł mówienia. Bardzo je lubił. Wbijał je, wtłaczał i wciskał uczniom do głowy i do pamięci. Robił to sposobami, które znał tylko on: przez strach, jaki budził w uczniach. Miał swój własny, stalowy system, dopasowany do systemu szkoły. Przeprowadzał go z niezmordowaną konsekwencją. Gdyby ktoś go zapytał, po co mu to wszystko, na pewno wytrzeszczyłby oczy. I nie umiałby odpowiedzieć.

### Słowniczek

- **gospodarz klasy**: nauczyciel, który opiekuje się klasą i pilnuje jej uczniów.
- **lojalista**: człowiek, który jest posłuszny i wierny władzy.
- **dni galowe**: urzędowe święta carskie; urzędnicy wkładają wtedy mundury.
- **za usmirenje polskawo miatieża**: napis na rosyjskim medalu: za stłumienie polskiego buntu (powstania).
- **pieróg**: dawny galowy kapelusz z dwoma rogami, noszony do munduru.
- **Stary Klej**: przezwisko pana Leima; jego nazwisko po niemiecku znaczy „klej”.
- **Do śmierci może doba**: może został mi już tylko jeden dzień życia.
- **wiercipięta**: ktoś, kto nie umie spokojnie usiedzieć w miejscu.
- **mastodont**: wielkie zwierzę podobne do słonia, które wymarło dawno temu.
- **dyżurny**: uczeń, który danego dnia pilnuje porządku w klasie.
- **koza**: szkolna kara: uczeń musi siedzieć zamknięty w klasie.
- **katedra**: podwyższenie ze stołem nauczyciela w klasie.
- **ineksprymable**: żartobliwie: spodnie.
- **parszywy**: brzydki, nędzny; słowo niegrzeczne.
- **drumla**: mały metalowy instrument, na którym gra się przy ustach.
- **kałmuk**: przezwisko Ozierskiego; Kałmucy to lud ze stepów Azji.
- **zaczinszczik**: prowodyr, ten, kto zaczął awanturę.
- **belfer**: nauczyciel (słowo potoczne, trochę pogardliwe).
- **katorga**: bardzo ciężka praca, jak kara więźniów na Syberii.
- **»brykać« z lekcji, »ekstra«**: uciekać z lekcji; »ekstra« to jakaś uczniowska zabawa, którą chłopcy woleli od lekcji.
- **sorok**: czterdzieści (po rosyjsku).

## IX

Marcinek ciągle mieszkał na stancji pani Przepiórkowskiej. Chodził wtedy do klasy drugiej, a potem trzeciej.

W nauce robił jakieś postępy, ale nie nadzwyczajne.

Dopiero w drugim półroczu klasy trzeciej zabrał się szczerzej do nauki. Wpłynęły na to różne okoliczności.

Wiosną drzewa w starym parku za kanałem okryły się liśćmi. Wtedy chłopcy ze stancji pani Przepiórkowskiej chodzili tam w sekrecie przed korepetytorem. Chowali się w gęstych krzakach i strzelali z pistoletu.

Tę starą broń przywiózł z domu dardanelski Szwarc. Była to chyba prawdziwa pamiątka archeologiczna. Miała ogromny kurek, trochę pękniętą lufę i starą, rzeźbioną kolbę.

Proch kupowali za duże pieniądze bracia Daleszowscy. Byli już wtedy drugoletnimi czwartoklasistami. Dostawali proch od jakiegoś feldwebla z rezerwy, która stała w mieście. Kapiszony i śrut kupowano ze wspólnych składek.

Każdy z Daleszowskich strzelał raz dziennie, a Szwarc i Borowicz na zmianę. Strzały były głuche. Rozlegały się tępo między murami i nikt nie zwracał na nie uwagi. Wspólnicy dali sobie zresztą najuroczystsze słowo honoru. Obiecali, że za nic w świecie nikomu nie zdradzą sekretu.

Pistolet i materiały wybuchowe ukrywali w pniu spróchniałej wierzby.

Pewnej niedzieli po nabożeństwie wszyscy czterej myśliwi zebrali się w parku.

Starszy Daleszowski uroczyście nabijał pistolet, według przyjętego rytuału. Szwarc trzymał worek ze śrutem, a Borowicz kapiszony. Młodszy Daleszowski trzymał pakuły do ubicia naboju. Nagle za parkanem dał się słyszeć jakiś szelest. Ten parkan oddzielał park od sąsiednich ogrodów.

Szwarc spojrzał w tę stronę. W szparze między deskami parkanu zobaczył dwoje oczu. Natychmiast dał znak towarzyszom...

Daleszowski nie zdążył jednak zrozumieć, o co chodzi. Nad parkanem ukazała się czapka z daszkiem i gwiazdą. Potem twarz z wąsami i granatowy mundur. Mignęły naramienniki, brzęknęły ostrogi. Ogromny żandarm jednym skokiem przesadził płot. Borowicz natychmiast rzucił w krzaki kapiszony, a Szwarc śrut. Daleszowscy bez namysłu »dali nogę«.

Żandarm złapał oszołomionych trzecioklasistów i zaprowadził ich do gimnazjum.

Następnego dnia w niektórych kręgach miasta krążyła plotka. Mówiono, że na przedmieściu złapano uzbrojony oddział konspiratorów. W innych kręgach twierdzono, że ci konspiratorzy to socjaliści, czyli komuniści. W jeszcze innych mówiono z całą pewnością, że złapano czterech zbójców. Mieli mieć przy sobie mnóstwo rewolwerów, dynamit i sztylety. Podawano nawet ich nazwiska: Łukasik, Banasik, Wątroba i Józef Zapieralski.

Tymczasem Marcinek Borowicz i jego towarzysz niedoli, Szwarc, spędzili noc w klasie. Tę klasę zamieniono na więzienie. Teraz czekali na rzeczy najstraszniejsze i jakby ostateczne.

Marcinek przez całą noc nie zmrużył oka. Siedział w ostatniej ławce i tonął w bezdennej rozpaczy. Myśli porywał mu jakiś straszny wicher. Strach przygniótł go jak kamień młyński drobne ziarenko. Co chwilę patrzył na zamknięte drzwi. Czekał, że w każdej chwili ktoś wejdzie. Kto ma wejść i co z nim dalej zrobią — wcale nie wiedział.

Przypominały mu się powiedzenia »starej Przepiórzycy«. Mówiła tajemniczo o jakichś Sybirach, cytadelach i szubienicach. Na tę myśl zimny dreszcz ścinał mu krew w żyłach. Widział przed oczami wczorajszego żandarma. Potem ojca, który załamuje ręce nad tak złym synem. Widział dyrektora, który wypędza go z gimnazjum. I starego Leima z zimnym uśmiechem.

Głęboki, nieznany żal ogarniał jego serce, ciemny jak wnętrze nocy. Czuł skruchę tak wielką, że nawet kamień by się wzruszył. Czasem wśród strasznych myśli migała mu krótka sekunda nadziei. Wtedy Borowicz w duszy składał śluby. Patrzył na kawałeczek błękitu, widoczny nad murem sąsiedniej kamienicy. I szukał ratunku u Boga.

Szwarc doskonale się wyspał na gołej ławce. Zjadł cały chleb, który pan Pazur przyniósł dla obu więźniów. Od samego rana siedział na pierwszej ławce i walił obcasami w jej boczną deskę. Mniej więcej około godziny siódmej spojrzał na kolegę i powiedział:

— Ty, jak ci się zdaje, będą nas rżnęli na gółkę czy przez spodnie?

— Daj mi święty spokój!... — powiedział Borowicz.

— No, jak ja strzelę Pazura w zęby, to mu się zaraz odechce. Akurat mu się dam... Jeszcze czego... na gółkę...

— Cicho bądź, bo usłyszą, i dopiero będzie!...

— Kto usłyszy, kapcanie? A zresztą — to niech słyszą. Myślisz, że nie chciałbym się stąd wydostać? Daj Boże, żeby nas *wytrynili!* Już mam tej sztuby po dziury w nosie.

— Szwarc, stul gębę!

— Skaranie boskie... — powiedział Szwarc i splunął niezwykle daleko. — Jeśli mnie wytrynią bez lania, to ojciec znowu mi da, ile się zmieści, póki paska starczy. Ja, wiesz, zawsze mam pecha... Choćby i z tą Franią. Chodzę ci za tą kozą cztery miesiące. Odprowadzam ci ją do samych drzwi tej ich pensji — żeby choć raz na mnie spojrzała! A Sanikowski zapalał się do niej wszystkiego dwa tygodnie. I na galówce w kościele przez całe nabożeństwo patrzyła na niego...

Borowicz nie podtrzymywał rozmowy, więc się urwała. Około godziny ósmej za szklanymi drzwiami ukazał się pan Majewski. Otworzył je i majestatycznymi gestami wywołał więźniów na korytarz. Kazał im iść na piętro. Borowicz szedł jak nieprzytomny. Nogi plątały się pod nim. Myśli błyskały i gasły jak iskry na wietrze. Martwymi oczami zobaczył, jak otwierają się przed nim drzwi głównej kancelarii. Wszyscy nauczyciele siedzieli przy długim stole, nakrytym zielonym suknem. Przez jego mózg przeszła myśl, ostra jak nóż:

— Sesja na nas...

Pan Majewski ustawił winowajców blisko stołu i sam usiadł. Nastała chwila ciszy. Marcinek słyszał w niej wolne i głuche uderzenia swojego serca.

— Borowicz, Szwarc... — powiedział dyrektor zimnym i uroczystym głosem. — Wiecie dobrze, co zrobiliście wczoraj. Nie będę długo z wami rozmawiał. Rada pedagogiczna wezwała waszych rodziców. Obaj zostaniecie wydaleni z gimnazjum, tak samo jak dwaj inni wasi wspólnicy. Ale rada musi jeszcze wiedzieć, czy naprawdę strzelaliście z pistoletu nabitego prochem. Tego wymaga od waszych zeznań policja. Szwarc, czy strzelałeś z pistoletu nabitego prochem strzelniczym?

— Jak Boga szczerze kocham — wcale nie strzelałem z żadnego pistoletu! — powiedział Szwarc krótko i dobitnie.

Marcinek zrozumiał, że sposób obrony Szwarca jest wariacki i zgubny. Było jasne, że kłamanie prosto w oczy do niczego nie prowadzi. Z drugiej strony nie mógł przecież przyznać się do wszystkiego. Okryłby się wtedy hańbą wśród kolegów. Czuł, że trzeba powiedzieć inaczej. Ale jednocześnie trzeba się wyprzeć, ile tylko można, przynajmniej w połowie.

— A ty, Borowicz — zwrócił się do niego dyrektor — przyznajesz się do winy? Czy strzelałeś?

— Tak, panie dyrektorze... — powiedział cicho, głosem pełnym bólu. — Strzelałem, ale bez prochu...

Kiedy Marcinek wypowiedział te słowa, spojrzał na zebranych pedagogów i osłupiał. Wydało mu się, że ci sprawiedliwi sędziowie zdjęli z twarzy surowe maski. Był tam zjadliwy nauczyciel Wielkiewicz. Miał opinię ateusza. Pewnie dlatego zdegradowano go aż do roli nauczyciela geografii. Teraz zadarł głowę i włożył na nos binokle. Przyjrzał się Borowiczowi i powiedział, gwałtownie machając ręką:

— Słyszane rzeczy... strzelał bez prochu. Co za bezczelny i niebezpieczny konspirator!

Nagle cała belferia wybuchnęła głośnym śmiechem, którego nie mogła powstrzymać.

Dyrektor starał się zachować powagę, ale i on zaczął się trząść ze śmiechu.

Obu oskarżonych wyrzucono za drzwi i oddano panu Pazurowi. Pazur znowu zamknął ich w kozie.

Kiedy zaczęły się lekcje, kazano im iść do klasy. Tam usłyszeli wyrok. Z wielkiej łaski skazano ich tylko na długą kozę o chlebie i wodzie.

Wszystkie te nieszczęścia i przeżycia strasznie przygnębiły Marcinka. W głębi serca był pewny, że nie wyrzucono go z gimnazjum dzięki matce. To ona wstawiła się za nim.

Zaraz po wyjściu z kozy poszedł do kościoła. Stara katedra była zupełnie pusta. Zimny mrok wypełniał całą nawę i kąty. Marcinek szukał jeszcze bardziej ukrytego miejsca. Znalazł je w ciemnym przejściu pod chórem.

Był tam rodzaj krypty. W jej głębi były drzwi, które prowadziły prosto z kościoła do wielkich organów.

Stały tam skrzynie ze świecami. Chowano tam też schodki, drabinki, jakieś stare ozdoby i inne kościelne rupiecie.

Marcinek upadł na kolana w tym mroku. Przytulił twarz do zimnych kamieni i zaczął żarliwie się modlić.

Dopiero pan Rozwora wystraszył go z kryjówki. Był to główny kościelny i największy w całym mieście amator tabaki. Dzwonił kluczami na znak, że pod wieczór zamyka się kościół.

Następnego dnia wcześnie rano Borowicz znowu klęczał w tym samym miejscu. Od tej pory wstawał wcześniej. Przed lekcjami zawsze szedł na swoje miejsce pod chórem. Pewnego razu, gdy tam klęczał, wysłuchał kazania. Wygłosił je jeden z wikariuszy, stary księżyna i wielki prostaczek. Tego dnia uczył głównie służące i tłum rzemieślników, jak trzeba zmuszać się do modlitwy. Mówił prostymi, prawie śmiesznymi słowami. Zapewniał, że modlitwa na początku człowieka nudzi i męczy. Potem staje się nawykiem. A w końcu zaczyna być przyjemna. Jest jak czysta i cała koszula dla nędzarza. Ten nędzarz chodził przedtem w brudnym łachmanie i jadły go wszy.

Marcinek wziął sobie tę naukę do serca i zaczął ćwiczyć się w modlitwie. Najpierw odmawiał tylko jeden pacierz. Później szeptał ich kilka, w różnych intencjach. Z czasem od porannych modlitw zaczęły zależeć dobre i złe stopnie. Zależało od nich dobre lub złe rozwiązanie zadań. W końcu w jego umyśle zależały od nich wszystkie zjawiska i wypadki życia.

Taki był zewnętrzny kształt tego stanu ducha. W gruncie rzeczy ta religijność była jak przebudzenie się martwej istoty do życia. Wiosną z gołej ziemi niespodziewanie wyrasta pęd kwiatu, na oko z niczego. Idzie za słońcem i otwiera do niego swój kielich. Tak samo w duszy Marcinka z niczego wyrosło nieznane uczucie, cudowny kwiat dzieciństwa: ufność. Otoczyła ona chłopca jakby nieziemskim zapachem. W tej zaczarowanej krainie wszystko było zrozumiałe i wyjaśnione. Wszystkie zjawiska i rzeczy mieściły się w jednym gotowym systemie filozoficznym. Punktem wyjścia tego systemu był — pacierz. Nic się tam nie działo bez przyczyny. Każde zdarzenie było skutkiem jakichś dobrych lub złych uczynków. Czasem było karą albo nagrodą za dobre lub złe myśli. Nieraz było karą za marzenia czyste jak pierwszy śnieg. W tamtym kraju takie marzenia nazywały się zbrodniami...

W najbliższym ołtarzu wisiał Jezus Chrystus. Jego zakrwawiona skroń pochylała się w stronę krypty. Wydawało się, że nadstawia ucha i słucha niekończących się modlitw. Im więcej wypowiadały ich dziecięce usta, tym więcej było ich w sercu. Za pacierzami szły zwykłe prośby o drobne rzeczy. Były też dziwne umowy i śluby, a nieraz bardzo pokorne wyrzuty i skargi. Jakaś dziwna siła ciągnęła wszystkie myśli chłopca coraz dalej i dalej. Miała pełną władzę nad jego postępowaniem. Zmuszała go na przykład do ciężkiego wkuwania lekcji. Nie robił tego dla nauki ani dla dobrych stopni. Robił to dla jakichś nieziemskich potrzeb serca.

Przede wszystkim ta pobożność osładzała Marcinkowi sieroctwo. Nie był już sam, jak dawniej. Nie czuł się opuszczony. Jego zmarła matka — żyła. Wiedziała o wszystkich jego troskach, smutkach i radościach. Nieraz w głębi duszy odzywał się jej głos, jako dobre postanowienie. Albo ten głos trzymał go jak ręka. Marcinek nie miał wtedy dawnych niepokojów i żalów. Szkoła rosyjska jest pełna strachu. Ale wśród tych strachów, w głębi sierocych nocy, dobrze wiedział, że nic złego mu się nie stanie. Był to cudowny sen na łonie Boga.

Codziennie o tej samej porze do tej samej kruchty przychodziło pewne »indywiduum«. To indywiduum dostawało w rządzie gubernialnym 20 rubli srebrem pensji miesięcznie. Miało całą gromadę »drugorocznych« synów w różnych klasach gimnazjum. Miało też surdut wytarty do ostatniej nitki. Nosiło krótkie spodnie z drelichu, wypchane na kolanach. Jego buty miały tyle łat, że nie było już widać, jak naprawdę wyglądały. Rzadko kiedy miało ogoloną brodę. Miało siwe oczy, smutne aż do śmierci. Indywiduum nie klękało. Siadało na samym rożku skrzyni ze świecami, żeby zająć jak najmniej miejsca. Opierało głowę na rękach i modliło się aż do godziny ósmej. Słabe promyki porannego słońca przechodziły przez kolorowe szyby wysokich okien. Wpadały do ciemnego przejścia. Oświetlały łysą czaszkę i zwiędłą szyję starego człowieka. Jego znoszone ubranie znikało w mroku. Znikało też jego ciężkie ubóstwo. Marcinek nie umiał jeszcze rozumieć ludzkiej biedy. Widział obok siebie tylko towarzysza modlitwy.

Nigdy nie powiedzieli do siebie ani słowa. Zresztą nie mieliby o czym rozmawiać...

Tylko raz, gdy Marcinek wracał ze szkoły, spotkał na ulicy swojego znajomego z kruchty. W świetle dnia twarz starego pana wydała mu się dużo bardziej wymizerowana. Jego ubranie było jeszcze bardziej zniszczone. Szedł ciężej, z głową zwieszoną na piersi. Pod pachą niósł jakieś zawiniątko w starej serwecie. Przesuwał się blisko murów. Kiedy mijał Marcinka, podniósł oczy. Wtedy jego bezgranicznie smutna twarz rozjaśniła się cudownym uśmiechem.

Marcinkowi oczy zaszły łzami niezwykłego wzruszenia. Przez krótką minutę czuł jakby zachwyt. Poczuł, że dusze dobrych ludzi po życiu pełnym cierpień opuszczają ziemię. Spotykają się potem przy tronie Boga. I na pewno witają się i pozdrawiają wtedy takimi anielskimi uśmiechami.

### Słowniczek

- **stancja**: mieszkanie dla uczniów u obcych ludzi, za pieniądze.
- **korepetytor**: nauczyciel prywatny; tu starszy uczeń, który pilnuje młodszych na stancji.
- **dardanelski**: przezwisko Szwarca („dardanelski osioł”): wielki głupiec.
- **drugoletni czwartoklasista**: uczeń, który drugi rok chodzi do klasy czwartej.
- **feldwebel**: podoficer w wojsku.
- **kurek, kapiszon, śrut, pakuły**: część pistoletu do strzału; mały zapalnik; drobne kulki; włókna do ubijania naboju.
- **żandarm**: rosyjski policjant w mundurze, pilnował spraw politycznych.
- **»dać nogę«**: szybko uciec.
- **cytadela**: twierdza, w której Rosjanie więzili Polaków.
- **na gółkę**: na gołe ciało (o biciu).
- **kapcan**: niezdara, głupiec (obraźliwie).
- **wytrynić**: wyrzucić ze szkoły (gwara uczniowska).
- **sztuba**: szkoła (pogardliwie).
- **koza**: u Szwarca: dziewczyna (żartobliwie); poza tym szkolna kara zamknięcia w klasie.
- **galówka**: urzędowe święto carskie z nabożeństwem.
- **sesja**: zebranie nauczycieli, które sądzi uczniów.
- **kancelaria**: biuro dyrektora i szkoły.
- **ateusz**: człowiek, który nie wierzy w Boga.
- **belferia**: wszyscy nauczyciele razem (żartobliwie).
- **kruchta**: przedsionek kościoła, ciemne miejsce przy wejściu.
- **wikariusz**: ksiądz, który pomaga proboszczowi.
- **indywiduum**: osoba, ktoś (słowo trochę żartobliwe).

## X

Marcinek zdał egzaminy i przeszedł z klasy czwartej do piątej. Wakacje spędzał, jak zwykle, w Gawronkach. Stary pan Borowicz był już wtedy mocno posunięty w latach. Gospodarstwo na folwarku szło coraz gorzej. W domu widać było powolną ruinę. Jedzenie gotowała stara kucharka, która kiedyś niańczyła Marcinka. Gotowała tak, jak jej się żywnie podobało. Talerze były wyszczerbione. Łyżki, noże i widelce ginęły, a te, które zostały, były karykaturami zaginionych. Starszy pan ciągle walczył z Małgorzatą, ale denerwował się na próżno. W domu coraz bardziej brakowało bielizny, ubrań i najprostszych wygód. Nawet meble wyglądały dziwnie zaniedbane i opuszczone.

Największy pokój nazywano bawialnym. Stały w nim stare meble z posagu nieboszczki matki Marcinka. Wisiały tam sztychy z portretami marszałków francuskich, Kościuszki i księcia Józefa. Pokrył je gęsty kurz. Na krzesłach wisiały pokrowce, zupełnie zabrudzone przez ogary i jamniki. Psy urządziły tu sobie legowiska i zajmowały je z całą stanowczością. W »serwantce« było kiedyś pełno pamiątkowych cacek. Teraz »ktoś« powybijał w niej szyby i nie zostawił ani jednego drobiazgu. Przed domem nie było lepiej. Za życia matki obok ganku było mnóstwo klombów z kwiatami. Te kwiaty były tak piękne, że mówiono o nich w całej okolicy. Teraz nie było tam nie tylko kwiatów, ale nawet klombów. Prosięta rozkopały cały ogród kwiatowy. Krowy i źrebięta tu i ówdzie porozwalały sztachety... Tylko bujna rezeda, która sama się wysiewała dookoła, pachniała mocno, jak dawniej. Marcin przyjechał na wakacje i wieczorem stanął w oknie. Wtedy przywitał go ten zapach, jak wspomnienie matki.

Był to koniec czerwca, czas sianokosów. Zaraz następnego dnia o świcie starszy pan obudził Marcinka. Kazał mu iść na łąki »pilnować« kosiarzy. Panicz włożył buty z długimi cholewami i stary, »cywilny« kapelusz. Kiedy miał już wychodzić z domu, ojciec założył mu na ramię dubeltówkę. Dał mu też torbę myśliwską, pełną śrutu, prochu, kapiszonów i pakuł. Marcinek rzucił się całować ojca po rękach. Do tej pory wolno mu było nosić tę dubeltówkę tylko wtedy, gdy nie była nabita. I czasem strzelić do celu.

— A przecież nie wystrzelaj mi wszystkich kaczek, niechże choć z jedna zostanie na mój strzał... — powiedział starszy pan.

Marcinek zbiegał już wtedy ze wzgórza ogrodowego w stronę grobli.

Tuż za ogrodem był duży staw. Zarósł grzybieniem, tatarakiem, wysokim sitowiem i krzakami wierzby. Do stawu wpływała rzeka. Jak długi wąż wiła się licznymi zakrętami przez łąki. Z okolicznych wzgórz spływały do niej potoki. Obok każdego potoku kwitły piękne dolinki. Było w nich pełno bujnych brzóz, malin, tarniny i jeżyn. Rosły tam trawy do pasa i najcudniejsze kwiaty na ziemi. W niektórych miejscach strumień ginął w głębi krzewów. Słychać było tylko jego cichy szmer. Był podobny do wesołego śmiechu żywej i szczęśliwej istoty. Trzeba było rozgarnąć mokre gałęzie, żeby zobaczyć czystą wodę. Po jej dnie pełzały duże, czarne raki.

Kiedy Marcinek biegł nad stawem, z wody dopiero wstawały nocne mgły. Po prawej stronie polna droga szła pod górę. Widać ją było daleko między jałowcami. Obok zieleniły się młode owsy. Były w nich kępy bujniejszych, prawie czarnych źdźbeł. Wyrosły tam, gdzie ziemię lepiej nawieziono. W oddali stało duże, złote pole pszenicy. Na łąkach błyszczała biała rosa. Słychać już było stamtąd klepanie kos i echa rozmów. Nagle we mgle nad wodą coś plusnęło. Zerwały się cztery dzikie kaczki. Pokazały się jak duże czarne plamy na różowym niebie. Szybowały w powietrzu, podobne do rozciągniętych krzyży. Marcinowi serce zaczęło bić. Myśliwska namiętność ogarnęła całą jego duszę. Chciał się odwdzięczyć ojcu za to, że pozwolił mu wziąć broń. Dlatego starał się sumiennie pilnować kosiarzy.

Za najbliższym zakrętem rzeki ukazał się szereg chłopów w koszulach. Szli jeden za drugim. Każdy lekko się pochylał i zabierał kosą spory kawał bujnej trawy. Grube, mokre pokosy leżały wzdłuż łąki jak zaorane zagony. Czasem któryś z kosiarzy się zatrzymywał. Wyjmował osełkę z drewnianego kubełka, przyczepionego z tyłu do paska. Wycierał kosę trawą i zgrabnie ją ostrzył. Wszyscy robotnicy stali tyłem do ścieżki, po której szedł Marcinek. Wcale go nie zauważyli. Dopiero kiedy pozdrowił ich dość nieśmiałym głosem, obejrzeli się. Odpowiedzieli chórem:

— Na wieki... A dyć to paniczek Marcin...

Przez chwilę trwała uprzejma pogawędka o tym i owym.

»Paniczek« szybko ją przerwał i odszedł pod olchy. Kosiarze wrócili do pracy. Tylko spod oka obserwowali tak niezwykłe zjawisko na łące w Gawronkach.

Marcin tymczasem zabrał się do badania strzelby. Chciał pokazać chłopom swoją wyższość i to, że jest już prawie dorosły. Wykręcił więc z luf śrut i wysypał proch. Potem z wielkim zapałem i zbędną starannością nabił obie lufy. Zdejmował kapiszony i zakładał nowe. Powoli odwodził i spuszczał kurki. Celował i z wielką powagą wieszał broń na ramieniu.

Słońce wyszło zza gór. Pokazała się dalsza część łąki. Jakaś nieodparta siła ciągnęła go w dal. Śliczna dolina jakby otwierała przed nim ramiona swoich wzgórz. Pagórki pokryte jałowcami wabiły go do siebie, a daleki las wzywał.

Sumienny dozorca przeszedł brzegiem rzeki tylko kilka kroków. Chciał zobaczyć, czy wszędzie trawa jest tak samo duża jak przy pierwszym zakręcie. Zrobił zaledwie kilka kroków, gdy spod nóg zerwał mu się bekas. Bekas fiknął w powietrzu jednego koziołka, potem drugiego... Marcin chwycił strzelbę i wystrzelił. Bekas chyba ogromnie się przestraszył. Wyrzekł się rodzinnej łąki i odleciał bardzo wysoko w powietrze.

W Marcinku tymczasem wszystko zawrzało. Ruszył jeszcze dalej, z dubeltówką gotową do strzału. Serce biło mu jak rozkołysany dzwon. Brakowało mu tchu.

Skradał się cicho po trawie i pilnie uważał na zamki swojej broni. Rzeka była tu dość szeroka. Nad jej przejrzystą, ruchomą głębią tańczyło mnóstwo błękitnych ważek. W słońcu widać było tuż pod powierzchnią wody okonie. Miały czerwone pręgi na stalowych łuskach. Były tam też białe, srebrne, tańczące płotki. Marcinek spojrzał na jeden z dalszych zakrętów i serce w nim zamarło.

Na samym środku wody pływały dwie duże kaczki. Myśliwy natychmiast rzucił się w trawę i zaczął pełzać. Opierał się na lewej ręce, a w prawej ostrożnie niósł strzelbę.

Niestety! Jakieś cztery kroki od krzaczków wierzby na brzegu dał się słyszeć złowrogi plusk. Potem melodyjne dzwonienie skrzydeł.

Łzy stanęły myśliwemu w oczach. Ale zaraz obeschły, bo kaczki zatoczyły nad łąką szerokie koło. Zniżyły lot i usiadły kilkaset kroków dalej. Od tej chwili Marcinek był stracony dla pilnowania najemnych robotników z Gawronek. Około godziny siódmej pan Borowicz sam przyszedł na łąkę. Ledwie mógł już dojrzeć postać swojego syna. Chłopiec wałęsał się na bałyku bardzo daleko.

Przebiegłe kaczki dosłownie kpiły sobie z najstaranniej obmyślonych podchodów. Wystarczyło już tylko podnieść broń do oka i oprzeć lufę na jakimś wygodnym sęku. Wtedy zrywały się hałaśliwie i uciekały coraz dalej w górę rzeki. W końcu zerwały się z ostatniego, trochę szerszego dołka w rzece. Borowicz nie zdążył nawet podejść na strzał. Odleciały na zawsze. Kilkaset kroków stamtąd zaczynał się już las.

Promienie porannego słońca padały na zwartą ścianę długich gałęzi świerkowych. Cały las, jeszcze mokry od rosy, mienił się pięknymi kolorami. W głębi lasu rzeka rozlewała się w płytkie rozlewiska. Na kępach wśród nich rosły olbrzymie, stare olchy. Były tam miejsca prawie niedostępne, zarośnięte gęstymi kłębami drobnych olszyn. Były też dziwnie urocze, samotne jeziorka. Nad ich płytką wodą stały wielkie czerwone pnie. Marcinek znał te miejsca od dawna. Ruszył stamtąd w lewo, na niewielkie wzgórze. Po wyciętym lesie wyrosły tam młode zarośla. Niektóre drzewka witał z radosnym uśmiechem. Odsłaniały się tam pewne widoki i pewne smukłe brzózki. Czuł do nich coś więcej niż przyjaźń. Kochał je, nie wiedząc o tym, tak głęboko, jakby były częścią jego samego. Jakby były narządami jego czującej natury. W kształtach niektórych drzew mieściły się długie historie smutków i radości. Były w nich całe dzieje powitań i pożegnań. Niektóre z tych drzew widział z okien domu, kiedy był niemowlęciem. Ich kształty połączyły mu się na zawsze z pierwszymi wrażeniami. Pamięć już do nich nie sięga, a rozum nie umie ich objąć. Niektóre miejsca i widoki w tych tak zwanych leśnych »odpadkach« były dla niego przejmująco smutne. Nie wiadomo czemu budziły w nim jakiś bolesny żal i niezrozumiały strach.

Drzewa podrosły. Tu i ówdzie ze zdumieniem widział grube pnie tam, gdzie kiedyś były ledwo krzaki. Dookoła śpiewało mnóstwo ptaków. Natrętne srokosze wykuwały swoje piosenki. Powtarza się w nich jeden pełny, dźwięczny ton. Ten ton budził dziwne echa w zaroślach tarniny i pięknych kalin. Wydawało się, że to on strąca z liści poranną rosę. Ogromne krople dzwoniły, spadając po gałązkach i źdźbłach pachnących smółek. Na jałowcach trznadle śpiewały swoje skargi. Ich żałosny głos brzmiał jak wołanie na pustkowiu. W pewnym miejscu zerwała się kraska. Jej niebieskie skrzydła migały między drzewami. Obudziły w Marcinku na nowo myśliwski instynkt. Ale kraska była jeszcze ostrożniejsza niż kaczki. Zniknęła w gęstwinie bez śladu. Na skraju lasu słychać było nieustanny śpiew.

Oj-da da da-da dy na Oj-da da da-da da da...

Marcin poszedł w tamtą stronę. Za krzakami zobaczył małą dziewczynkę, »pasturkę«. Było to chude, małe stworzenie, spalone od słońca. Na nigdy nieczesanych włosach miało brudną »szmatkę«. Nosiło brudną koszulinę, rozdartą na prawym ramieniu. Do tego postrzępiony »szorc« z grubej wełny. Dziewczynka siedziała na trawie z wyciągniętymi nogami. Biła patykiem w ziemię i śpiewała sobie jednym głosem, monotonnie. Śpiewała jak trznadel, tylko mniej pięknie od niego. Młody panicz nagle wyskoczył na pastwisko i ją przestraszył. Zerwała się na równe nogi. Obejrzała uzbrojonego przybysza wytrzeszczonymi oczami. Potem z głośnym płaczem zaczęła uciekać. Przeskakiwała jak sarna wysokie krzaki i pnie.

Z poręby myśliwy wszedł w las i włóczył się tam aż do zmierzchu. Zapomniał o śniadaniu, obiedzie i podwieczorku. Wrócił dopiero w nocy, ale ojciec nie zbeształ go mocno. Za to stara kucharka narzekała w niebogłosy. Wspominała o zmarnowanym kurczęciu, upieczonym na rożnie. Podobno zjadł je pies, kiedy Marcinka nie było. Mówiła o kawie ugotowanej na próżno i o niezwykle dobrych bułkach. I tak dalej. Winowajca pokornie słuchał przekleństw starej. Szczerze wzdychał za kurczęciem i za sałatą, za młodymi kartoflami i »garusem«. Ale wystarczyło mu niewiele. Zadowolił się bochenkiem żytniego chleba, małą faseczką masła i dzbankiem świeżego mleka.

Od tego dnia zupełnie zdziczał. Wstawał o świcie, brał strzelbę i torbę — i znikał. Na folwarku prawie go nie widywano. Czasem tylko przesuwał się na horyzoncie, zwykle przygarbiony. Skradał się wtedy do jakiegoś zwierza: turkawki, kukułki, żołny, a nawet srokosza lub trznadla. Zdarzały się dni, gdy wracał dopiero przed północą. A następnego dnia znowu wyruszał o świcie. Tylko daleki strzał w lesie, który niósł się po górach, mówił mieszkańcom Gawronek, gdzie jest panicz. Te strzały nie zmniejszyły zbytnio liczby zwierząt w okolicy. Całe polowanie polegało właściwie na chodzeniu za ptakami. Kraski i grzywacze, żołny i jastrzębie wodziły młodzieńca za nos po wszystkich górach. Chodził tam, gdzie nawet kulawy pies by nie zabłądził. Gnała go też z miejsca na miejsce wiecznie głodna ciekawość. Każde nieznane, dalekie drzewo było dla niego zupełnie nowym światem. Tak samo strumień, który błyszczał w słońcu kilka wiorst dalej. Tak samo sine lasy w oddali, góry pokryte jałowcem i smutne gąszcze świerków. Był to dla niego jakby nieodkryty dotąd, zaczarowany świat. Marcinek dziwnie zbratał się ze wszystkimi bezdrożami.

Szczególnie jednak Marcinek pokochał — noc. Chyba nie było dla niego większej rozkoszy niż włóczenie się po zmroku po pustych miejscach. Były one samotne, a cisza była w nich tak wielka, że słychać było szelest dojrzałych, nieskoszonych traw. Słychać było szmer wody. Były wtedy noce księżycowe... Ale po co silić się na opis tych nocy w tamtym kraju! Jaki język potrafi je wyrazić...

Błądząc tak po okolicy, Marcinek często zachodził do dużych wsi. Leżały one tu i ówdzie u stóp wzgórz. Te wsie stały zwykle jakby na ogromnych polanach. Ze wszystkich stron czernił się wokół nich las, stary jak świat. Ludzie z tych wsi odrabiali kiedyś pańszczyznę w dalekich dworach. Ale ukryci w lasach, zachowali bardzo stare obyczaje, wierzenia i prawa. Był to lud zdrowy, silny, żywy i trochę dziki. Z takiego Bukowca, Poręb czy Leszczynowej Góry rzadko kto chodził do kościoła. Księża urządzali na te wsie prawdziwe obławy. Tylko strachem ściągali ludzi do spowiedzi wielkanocnej. Ziemia na zboczach gór była licha. Dlatego tamtejsi chłopi zajmowali się różnymi rzemiosłami. Prawie wszyscy byli kłusownikami. Wielu potajemnie robiło w lasach rządowych gonty. Inni strugali łyżki, solniczki, szafy, skrzynki, grabie, widły, drewniane klucze do chat i tak dalej.

W jednej wiosce robiono dość ładne krzesełka i ozdobne ławki. Panował tam podział zarobków, jakby ustalony niepisaną umową. Na przykład ktoś łapał kwiczoły w sidła, sprzedawał je w mieście i z tego żył. Wtedy nikt inny we wsi nie miał prawa z nim konkurować. Groziło za to bicie. A bito srogo. Kiedy wieś biła złodzieja albo winowajcę, to kołkami i na śmierć.

Prawo bicia i inne prawa publiczne dotyczyły jednak tylko zwykłych ludzi. Nie obowiązywały wiejskich geniuszy.

W Bukowcu mieszkał chłop, który nazywał się Scubioła. Nikomu nie przeszkadzał w jego pracy. A jednak wielu sąsiadów wyrzucił z ich gospodarstw, a innych ciężko sobie podporządkował. Miał kilkaset morgów ziemi i kilkadziesiąt sztuk bydła. Miał duże budynki gospodarskie, jak na folwarku. Jego dom miał ganek i wielkie szyby w oknach, a w izbie podłogę i zegar. Pożyczał każdemu, kto tylko do niego przyszedł. Procent brał w płodach ziemi i w różnych rzeczach. Brał owies, len, wyroby z drewna, grube płótno, zwierzynę, grzyby i jagody. W końcu żądał jako procentu pracy na swoim polu. Wielu biedniejszych chłopów było parobkami Scubioły na własnej ziemi. Zabierał im z tej ziemi wszystko, co na niej wyrosło. A przecież sami to zasiali i wypielęgnowali własnymi rękami. On sam chodził w połatanej, brudnej koszuli. Nawet gdy szedł do miasta, nie wkładał butów.

Bez wątpienia najbiedniejszą wsią w okolicy były same Gawronki. Ta mała wioska liczyła w sumie osiemnaście domów. Żaden gospodarz nie miał tam więcej niż trzy morgi ziemi, najgorszej pod słońcem. Na tym ich »ukaz zastał« i zostawił ich własnej zaradności. W całej wsi żaden gospodarz nie miał nie tylko konia, ale nawet źrebięcia. Niektórzy mieli krowy, jałówki i cielęta. Jeden z kolonistów, Lejba Koniecpolski, miał tylko dwie brodate kozy. Zimą krowy, cielęta i kozy mieszkały w izbach razem z ludźmi. Dlatego tamtejsi ludzie nie wyglądali zbyt pociągająco. Gdyby nieboszczyk Liwjusz obudził się pewnego pięknego poranka w Gawronkach, zobaczyłby to samo co dawniej. Musiałby jeszcze raz z niesmakiem napisać: »*obsita... squalore vestis, foedior corporis habitus pallore ac macie peremti...*«

Pola mieszkańców Gawronek leżały pod górą. Przez wieki woda spływała z tej góry i zmywała żyzną ziemię. Odkrywała skałę, która składała się z samych czerwonych kamyków. Robiła to bardzo pracowicie. Cywilizacja po długim stękaniu i ciężkich bólach w końcu urodziła ukaz. Oddała nim wolnym obywatelom Gawronek kamyki razem z większymi kamieniami. Ale wtedy właściwie nie było już tam w czym grzebać.

Kiedy przychodził czas orki, wszyscy mieszkańcy Gawronek szli z prośbą do Scubioły. On chętnie pożyczał parę koni i parobka. Po kolei obrabiał jedno poletko po drugim. W zamian za tę usługę znowu brał różny procent. Lejba Koniecpolski nie korzystał z łask Scubioły, bo od Lejby mało co można było wziąć. Dlatego skulony, chudy i biedny Lejba sam uprawiał odziedziczoną ziemię. Dosłownie: sam. Do orki pożyczał krowy od sąsiada Piątka. Do brony zaprzęgał samego siebie albo żonę. Ale źle orali i bronowali swoje dziedzictwo. Owies był nędzny. Kilka zagonków żyta nigdy nie oddawało nawet zasianego ziarna. Rodzinę żywił tylko litościwy ziemniak. A rodzina Koniecpolskich była bardzo liczna. Ich chata była krzywa. Obok niej nie było ani stodoły, ani chlewu, ani płotu, ani kołka. Nie było nawet wyższej łodygi ostu. W chacie była jedna jedyna izba, pełna dzieci. Gdyby przybyło jeszcze jedno dziecko albo jedna koza, czarna chałupa pewnie pękłaby na dwoje.

Lejba był rzemieślnikiem. Robił trepy. Miały drewnianą podeszwę i wierzch ze starej skóry, który okrywał palce i część stopy. Zimą mały Lejba biegał po wsiach od chaty do chaty i skupował stare chłopskie buciory. Czasem tu i ówdzie dostał jakiś stary but za darmo. Bo czasem dobry człowiek zlituje się nad drugim człowiekiem, nawet nad Lejbą Koniecpolskim... Kiedy zebrał dość materiału, szedł do lasu rządowego. Tam w nocy ścinał dużą osikę. Potem razem z żoną zaprzęgał się do małego wózka. Nocami potajemnie ciągnęli do chałupy drzewo porąbane na kawałki. Z tego drewna Lejba strugał podeszwy. Wiosną ludzie zaczynali pytać u Lejby o trepy. I szedł handel. Przez kwiecień i maj wpływało trochę grosza na życie.

Ale kiedy przychodził czerwiec, a z nim gawronkowski przednówek, z Lejbą było bardzo kiepsko. Współwyznawcy zbywali go byle jakim datkiem: dziesiątką, dwudziestoma groszami... Wtedy szedł do miasteczka. Kupował tak zwany chleb żydowski albo, jeśli się dało, brał go na kredyt. Przynosił do Gawronek kilkanaście bochenków i sprzedawał je sąsiadom. Zarabiał dwa grosze na funcie. W ten sposób zyskiwał dla siebie i swojej licznej rodziny dwa, czasem trzy bochenki. Ale to nie była najgorsza pora roku w życiu Lejby. Straszny czas przychodził dopiero wtedy, gdy prawie wszyscy mieszkańcy wsi szli na bandos »w pszenne kraje«. Szedł każdy, kto miał choć trochę sił. Chałupy zamykano na klucz i zostawiano pod opieką Boga. Miano nadzieję, że nic złego im się nie stanie. Cały tłum wędrował do pracy. Lejba nie mógł chodzić na bandos. Nie umiał dobrze żąć i nie miał »*dobre sziłe*«. Zostawał więc w pustej wsi i razem z żoną i dziećmi przymierał głodem. Kiedy ludzie wesoło ruszali do pracy, Lejba omdlewał z bólu.

Właśnie wtedy Marcinek często spotykał wśród dojrzewających zbóż tego człowieka. Lejba miał zgasłą twarz i zapłakane oczy.

Najbardziej znaną osobą nie tylko w Gawronkach, ale w całej okolicy był Szymon Noga. Znali go panowie z dalekich dworów, urzędy leśne i kupcy w Klerykowie. Był to strzelec, jakiego nie było drugiego, prawdziwy mistrz sztuki łowieckiej. Za młodu zakładał się na polowaniach ze szlachtą. Mówił, że pięcioma strzałami zestrzeli w locie pięć jaskółek z rzędu. I wygrywał. Gdyby go nie pilnowano jak oka w głowie, wybiłby co do jednego bekasy, kszyki, kuropatwy i przepiórki. Zrobiłby to tak samo, jak wyniszczył w lasach jarząbki. Dawniej znikał na całe miesiące. Chodził po lasach, wabił jarząbki i wybijał je co do sztuki. Pokazywał się dopiero w Klerykowie u znajomych kupców, z workami ptactwa. Jeśli gdzieś pojawiła się para wędrownych sarn, Noga nie darował im życia. Chodził za nimi tak długo, aż je zabił. Nikt nie umiał lepiej od niego wykurzać borsuków i lisów z nor. Nikt lepiej nie wykopywał z jam zajęcy, które schroniły się tam przed ogarami. I tak dalej. W końcu nikt nie znał tak dobrze świata zwierząt jak ten ich niszczyciel.

Był to starszy już chłop, wysoki i chudy. Miał przymrużone oczy i wieczny, przyjemny uśmiech na ustach. Marcinek od wczesnego dzieciństwa ogromnie go lubił. Noga umiał opowiadać wspaniałe, zabawne historie z życia zwierząt. Znał naturę lisów, zajęcy i tak dalej. Co więcej, w całej okolicy umiał wskazać miejsce, gdzie trzeba stanąć, jeśli chce się spotkać z »małym«.

— No, stary zbóju — pytał pan Borowicz, gdy spotkał Nogę na polu — już wszystko wybiłeś co do joty? Jest tam gdzieś jeszcze jaka zajęczyna żywa?

— Dużo nie ma, bo teraz to już wszyscy paprzą, ale się jeszcze trafi, Bogu dziękować. Na Józefowej górce jest ten stary zając, co go to pan zeszłego roku postrzelił w wątrobę. Stary już, zdrowia wielkiego nie ma. Pod górę na ostre, jak to dawniej umiał, już teraz z ledwością idzie, ale ta jeszcze łazi. Na smugu było ich dwu. Jeden to nawet był kotek swarny, ale teraz już go jakoś nie widuję. Czyby go zaś kto uszkodził? A może się i przeląkł młodego pana, bo gdzież to tylośny hałas, jak w powstanie...

— A tobie w to graj! Teraz choćbyś dziesięć razy na dzień strzelił, to powiesz, że to młody z Gawronek tak proch psuje.

— E... czasem to pan wielmożny tak powie... — mówił z uśmiechem Noga i mrugał powiekami. — Gdzieżby zaś stary myśliwiec na początku lipca do kotka strzelił? Nie bolałoby mię to serce! Przecie i tę fuzyjczynę mi zabrał Wasilew...

— Ty mnie okłamuj! Ludzie na przednówku, a ty, chwalić Boga, jakoś nie mizerniejesz. To te smaczne młode zajączki tak widać człowiekowi na zdrowie idą.

— Widzicież-wy, moi ludzie... A i miałbym ja sumienie! Przecie ja tu mam koło dłoni taką dziureczkę. Jak mi się jeść zachce, to se tylko ssać pocznę godzinę czasu i — zgoda.

Noga nie chodził do pracy z bandosami. Twierdził, że ma przestrzeloną kość w ręce i dlatego nie może się schylać. Wysyłał żonę i córkę, a sam siedział w domu i nic nie robił. Czasem łowił raki w rzece. A wieczorem nikt by go w chacie nie zastał.

Marcinek odwiedzał go codziennie. Nieraz wyciągał go do lasu albo na pola. Noga szedł bez strzelby i opowiadał różne historie. Kiedy przychodziło południe, obaj szli do lasu i kładli się w głębokim cieniu. Marcinek wyjmował z torby chleb, masło, jakiś kawałek mięsa i dzielił się z towarzyszem. Pewnego razu leżeli tak na skraju lasu, blisko drogi, która przecinała okolicę. Noga powiedział:

— W tym miejscu to tak samo bywały różności...

— No? — zapytał Marcinek.

— Był w Marsławicach chłop, nazywał się Kostur. To samo myśliwiec był nie byle jaki. Już dawno umarł. Mieli ten Kostur fuzyjczynę lichą, powiązaną, z kurkiem jak kobylica. A swoim porządkiem, jak ta oni strzelili, to już się było po co schylić. Przyszło powstanie, Polaki stały w lesie. Szedł se raz ten Kostur drogą do Cieplaków, a swoją fuzyjczynę miał pod sukmaną. I przyszedł akurat w to miejsce. Patrzy: — jadą dwa Moskale na koniach i prowadzą między sobą powstańca. Przywiązany był do obu koni postronkami. Zdarły z niego widać odzienie szlacheckie, bo był tylko w koszuli i boso. Jadą te rabusie, mówię paniczkowi, dobrym truchtem. A co ten nie może nadążyć, to go albo jeden, albo drugi zdzieli nahają bez łeb, bez gębę, gdzie popadnie. Plecy to mu tak przecie zerżnęły, że całą koszulę miał czerwoną. A krew aże mu nogawkami portek ciekła. Zostawiał po nim na piachu dobrze farbowany trop, nikiej po trafionym rogaczu. Wzięli ten Kostur i pomyśleli se: — a i dokądże te psiekrwie będą prały takiego chudziaka? Widzieliście wy, moi ludzie! Ckliwo im się zrobiło i tak se założyli: jak albo jeden, albo drugi go tknie, to wyrżnę do juchów! A no i akurat rypnął go jeden nahają za to, że upadł gębą na ziemię. Kostur wzięli na oko i plunęli. Zaraz rabuś machnął kozła pod konia. A drugi w try miga odwiązał powstańca i uciekł w górę drogą, co koń skoczy. Oni to samo poszli w gęstą knieję. Dopiero nad wieczorkiem wrócili się w to miejsce. Kozuń leżał nieżywy, ale i powstaniec uświerkł niedaleko od niego... Tylko się dowlókł na bałyku do tamtego świerka. Tam go wzięli Kostur i pochowali wieczorem. Widzi paniczek onę pasyjkę na śroku? Ona ta nad nim stoi...

Rzeczywiście — wysoko na drzewie czerniał czarny, spróchniały krzyż.

— Kostur opatrzyli rabusia — mówił dalej Noga — i znaleźli przy nim pieniądze. Zasmakowało im toto wszystko i od tego czasu chodzili często gęsto na rabusiów. Choćby cała sotnia szła razem — to jak oni z tamtego miejsca wygarnęli, zaraz uciekały, co pary w szkapskach. Powiadali nama dużo potem na polowaniach, że przy każdym rabusiu, co został na placu, bywały pieniądze...

Marcinka niewiele obchodziły te historie. Jego »przekonania polityczne« były słabym odgłosem nauk radcy Somonowicza. Były też echem goryczy ojca. Ojciec stracił w powstaniu majątek po pradziadach. Długo siedział w więzieniach i doznał krzywd od przywódców rewolucji.

Dlatego mały Borowicz wolał rozmawiać z Nogą o polowaniu, niż słuchać niewesołych historii.

Czasem stary raubszyc z jakichś powodów nie mógł wyjść z domu. Wtedy Marcinek cały czas wolny od włóczęgi po okolicy spędzał w swojej altanie.

Wkrótce po przyjeździe na wakacje znalazł świetne miejsce. Z wielkim trudem urządził tam samotne schronienie.

Zbocze najbliższego wąwozu było wysokie na kilkadziesiąt łokci. Porastały je bardzo gęste zarośla tarniny, leszczyny, jeżyn, kaliny i jałowca. Wszystkie te krzaki oplatał dziki chmiel. Przez to miejsce było prawdziwą dziewiczą puszczą. Żaden człowiek nie potrafiłby przejść przez te zarośla.

U stóp urwiska, w cieniu wielkich drzew, było źródło bardzo dobrej wody. Woda rozlewała się dookoła w błotniste bajorko.

Na brzegach rosły wodne rośliny i wielkie, soczyste szczawie. Ich łodygi były w środku puste. Używano ich jak rurek do picia wody ze źródła. Robił tak ten, kto przyszedł spragniony. Nie chciał przecież kłaść się na błotnistym brzegu i pić wody po chłopsku, prosto ustami.

Do źródełka szło się po wielkich, płaskich kamieniach. Ktoś rzucił je tam w bardzo dawnych czasach.

Marcinek pokochał to miejsce za jego dziwny urok i samotność. Pracował łopatą, siekierą i motyką. Wyprowadził od wody pod górę wąską ścieżkę. Była tak zamaskowana krzakami, że żadne oko nie mogło jej wytropić. Kilkadziesiąt kroków dalej, pod szczytem, w największej gęstwinie, zrobił altanę. Wierzchołki krzaków, sto razy przeplecione nićmi chmielu, tworzyły nad nią szczelny dach. Wyciął tarninę i zrobił półokrągłą jaskinię. Tam Marcin wykopał w ziemi dołek. Zbudował szeroką ławę i skrytkę, w połowie z darni, w połowie z kamieni. Kamienie przydźwigał z daleka. Skrytkę starannie przysypał ziemią. Leżały w niej romanse pornograficzne, które klasa czwarta wtedy namiętnie czytała. Był tam też scyzoryk z długim ostrzem, bokser, śrut, kapiszony, sznurki i gwoździe...

Do altanki Marcinek zawsze wchodził skradając się, schylony. Wymagała tego ostrożność i sama ścieżka, która szła pod krzakami tarniny. W kryjówce czytał po raz setny i tysięczny nieprzyzwoite fragmenty. Kompetentni poprzednicy zakreślili je niebieskim ołówkiem. Albo oddawał się lenistwu i marzeniom, licho wie o czym. Śniły mu się na jawie jakieś fantastyczne, aż absurdalne sceny lubieżne. Albo znowu bitwy, podróże i wyprawy do Ameryki. Śnił o awanturniczych przygodach na jakichś stepach i o burzach morskich. Śnił o ogromnych zwycięstwach nie tylko nad Czerwonoskórymi, ale także nad Turkami.

Od pewnego czasu Noga ciągle wspominał o głuszcach. Według niego gnieździły się w pewnym zakątku lasu, który znał tylko on sam. Obiecał nawet, że w jakiś tajemniczy dzień przy nowiu zaprowadzi tam młodego myśliwego. Nauczy go wabić te głuszce. Ale pod jednym warunkiem: Marcinek nie może nikomu powiedzieć ani słowa. Sprawa musi zostać w tajemnicy przed urzędem leśnym. Marcinek z ogromną niecierpliwością czekał na ten dzień. Według opowieści Nogi głuszce to ogromne ptaki, wielkie jak tuczony indyk. W tamtejszych lasach były niesłychanie rzadkie. Wreszcie po długim czekaniu zbliżył się dzień wyprawy.

Już kilka dni wcześniej Noga kazał Marcinkowi kupić wódki. Kazał mu wysmarować nią dubeltówkę, torbę i samego siebie. Te ptaszyska podobno bardzo ciągną do zapachu gorzałki. Marcinek sumiennie, a nawet z pewną przesadą wykonał polecenie swojego mistrza. W wyznaczonym dniu o świcie Noga już czekał na skraju lasu. Marcinek zrobił, co mu kazał. W tajemnicy przed ojcem kupił w karczmie pół garnca mocnej wódki. Ze spiżarni wziął całą kiełbasę, bochenek chleba, suchy ser i sporo masła. Wyprawa miała przecież trwać aż do wieczora.

Kiedy to wszystko przyniósł, Noga odkorkował butelkę. Powąchał gorzałkę i orzekł, że »ma wiatr i będzie ciągnęła«. Potem kazał Marcinkowi troszkę się napić. Chłopiec musiał też odejść w krzaki, rozebrać się do naga i znowu natrzeć się gorzałką. Zaraz po nim Noga zrobił to samo. Nacierał się w zaroślach dość długo. Wkrótce potem weszli w las i żwawo ruszyli pod górę Józefową. Długo szli różnymi przesmykami. Dopiero w pewnym prześlicznym miejscu Noga się zatrzymał. Było to wśród gąszczu sosen o czerwonawych pniach. Wybrał świetnie ocieniony zagajnik i usiadł tam na ziemi. Z wielkimi ceregielami i obrzędami wyjął zza pazuchy jakąś maszynkę. Wziął w usta jej koniec z piórka. Zaczął wydobywać z niej dwa rodzaje dźwięków. Jeden był to jednostajny gwizd na trzy takty. Drugi — chrapliwy bulgot.

Trwało to dość długo. Noga miał minę kapłana, który odprawia tajemniczy obrzęd. Czasem przerywał, marszczył brwi i uważnie słuchał, patrząc w głąb lasu. Marcinkowi serce biło jak młotem. Siedział pod jałowcami, które kłuły go w szyję tysiącem igieł. Trzymał dubeltówkę w pogotowiu i też słuchał. Las milczał. Czasem w jego tajemniczej dali brzmiał jakiś niezrozumiały głos. Było to zabłąkane echo z innej puszczy, jak westchnienie, które lata po lesie. Czasem krzyk jakiegoś ptaka przerywał zupełną ciszę i drżąc, zamierał w oddali. Blask słońca sączył się na ziemię przez gęste korony sosen. Białymi plamami płynął po leśnych trawach i ziołach. Małe zięby cicho pogwizdywały nad głowami myśliwych. Wydawały się zupełnie spokojne, jakby wiedziały, że nikt nie będzie na nie polował. Dopiero koło południa Noga przestał wabić głuszce. Powiedział ze smutkiem w głosie:

— Psiatreść! Widać się dalej wyniosły. Daj mi paniczek przekąsić skibeczkę chleba, bo mię tak zeczczyło od tej gorzałki, że o kęs... Nie lubię tego gorzałczyska...

Marcinek poczęstował towarzysza wszystkim, co miał. Sam zadowolił się małym kawałeczkiem chleba i kiełbasy. Kiedy Noga się najadł, wstał i oświadczył, że trzeba rozejrzeć się po okolicy. Poszli znowu trochę wyżej w górę. Chłop ciągle przystawał z tyłu za Marcinkiem i rozglądał się. W pewnym miejscu coś zobaczył. Kazał Marcinkowi natychmiast usiąść na ziemi. Dał mu tę maszynkę do wabienia i kazał w nią dmuchać. Młody Borowicz posłuchał. Łatwo wydobywał te dwa wabiące głosy. Noga tymczasem odszedł, szepcząc mu do ucha:

— Niech panicz nie pyta nic, tylko ciągle gwiżdże, choćby najdłużej. Ony to przyjdą na pewno, jużem ich słyszał.

Pokazał ręką kierunek i zniknął w zaroślach.

Marcinek z całym nabożeństwem i zapałem zabrał się do wabienia. Gwizdał godzinę, dwie, trzy, cztery. Wcale nie czuł zmęczenia. Raz wydało mu się, że bardzo daleko słyszy dźwięk zupełnie podobny do głosu wabika. Wtedy dmuchał z podwójnym entuzjazmem. Dopiero gdy po lesie rozszedł się cień późnego popołudnia, zaczął tracić nadzieję. Szczęki mu zdrętwiały od ciągłego wysiłku. Odpoczywał więc przez chwilę. Ale wkrótce znowu wziął się do dzieła i wabił aż do zmierzchu. Czerwony blask zachodu przedarł się w głąb lasu. Dookoła było cicho. Marcinek wstał, bo stracił już wszelką nadzieję. Chciał odnaleźć Szymona i wracać.

Ale zaledwie uszedł kilkanaście kroków, usłyszał jakiś zupełnie inny głos. Było to jednocześnie mocne pogwizdywanie i coś w rodzaju bulgotu. Marcinek chwycił broń obiema rękami. Krok za krokiem szedł w stronę tego głosu. Był pewny, że wreszcie zobaczy głuszca. Dziwny głos ciągle rozlegał się tuż za najbliższymi krzakami. Marcinek zachowywał śmiertelną ciszę. Obszedł jedną grubą sosnę, potem drugą i wyjrzał zza młodych sosenek. Zamiast głuszca zobaczył tam Nogę. Chłop leżał rozwalony pod cienistym drzewkiem. Chrapał z pogwizdywaniem i bulgotem. Obok śpiącego leżała pusta butelka po wódce.

Dużo później Marcinek dowiedział się, że ta maszynka służyła do wabienia słomek. A głuszców w tamtejszych lasach nie było od stu lat.

### Słowniczek

- **folwark**: duże gospodarstwo rolne przy dworze szlacheckim.
- **sztych**: obraz odbity z rytej metalowej płyty, rycina.
- **książę Józef**: książę Józef Poniatowski, polski wódz.
- **serwantka**: mała oszklona szafka na pamiątki i ozdoby.
- **rezeda**: ogrodowy kwiat o mocnym zapachu.
- **dubeltówka**: strzelba o dwóch lufach.
- **kapiszon, śrut, pakuły**: mały zapalnik do strzelby; drobne kulki; włókna do ubijania naboju.
- **grobla**: wał z ziemi przy stawie.
- **osełka**: kamień do ostrzenia kosy.
- **bekas, srokosz, trznadel, kraska, żołna**: gatunki ptaków żyjących na łąkach i w lasach.
- **szorc**: (gwara, z niemieckiego *Schürze*) fartuch, zapaska.
- **garus**: dawna potrawa, rodzaj słodkiego sosu.
- **pańszczyzna**: dawny obowiązek darmowej pracy chłopów na polu pana.
- **gonty**: drewniane deszczułki do krycia dachów.
- **morga**: dawna miara ziemi, około pół hektara.
- **ukaz**: rozkaz cara; tu ukaz z 1864 roku, który dał chłopom ziemię na własność.
- **»*obsita... squalore vestis...*«**: łaciński cytat z Liwjusza: ludzie w brudnym ubraniu, bladzi i wychudzeni.
- **trepy**: proste buty z drewnianą podeszwą.
- **przednówek, bandos**: czas głodu przed nowymi zbiorami; praca przy żniwach daleko od domu.
- **dobre sziłe**: „dobre siły”, tak to wymawia Lejba.
- **nahaja (nahajka), sotnia**: skórzany bat; oddział kozaków, około stu jeźdźców.
- **raubszyc**: kłusownik.
- **bokser**: metalowa nakładka na palce do bicia pięścią.
- **głuszec, słomka**: duży, rzadki ptak leśny; słonka, leśny ptak z długim dziobem, na którego się poluje.
- **»mały«**: (znaczenie niepewne) tajemnicze, żartobliwe słowo; może tak myśliwi nazywali jakieś zwierzę, a może chodzi o diabła.
- **na bałyku**: (gwara, znaczenie niepewne) może: na brzuchu, czołgając się; może: po łące.

## XI

Borowicz wrócił z wakacji i zastał w gimnazjum duże zmiany. Dawny dyrektor gimnazjum przeszedł na emeryturę i zniknął z horyzontu Klerykowa. Inspektora przeniesiono do innej szkoły. Odszedł zupełnie stary Leim. Odeszli też jeden z pomocników gospodarzy klas i dwaj nauczyciele historii. Na ich miejscu pojawił się nowy zarząd. Byli to: dyrektor Kriestoobriadnikow, inspektor Zabielskij i nowy nauczyciel łaciny, Rosjanin Pietrow. Przyszli też pomocnik gospodarzy klas Mieszoczkin i nauczyciel Kostriulew.

Jednocześnie ogólny nastrój i wygląd szkoły zmieniły się całkowicie. Starsi uczniowie od razu poczuli, że dopiero teraz wzięto ich krótko. Pan Pazur zamilkł. Tylko minami i wytrzeszczaniem oczu pokazywał dawnym ulubieńcom, że za nic w świecie nie powie ani słowa. Nauczyciele Polacy w ogóle nie odzywali się do uczniów *extra muros* szkoły. Nie chcieli bowiem mówić z nimi po rosyjsku. A jeśli musieli rozmawiać, robili to tylko w języku urzędowym. Nowy zarząd wprowadził nowe szkolne obrzędy. Podczas uroczystego otwarcia roku w głównej sali dyrektor wygłosił niezwykle patriotyczną mowę. Sam wzruszył się do łez. Ale słuchacze go nie rozumieli. Nie potrafili wzruszać się tym, co on pewnie czuł żywo i szczerze.

Inspektor od razu zaczął tak działać, jak uczniowie w Klerykowie nawet sobie nie wyobrażali.

Przede wszystkim zabrano się do stancji i wprowadzono tam różne nowości. Na każdej stancji wyznaczono »starszego«. Miał on obowiązek pilnować kolegów z niższych klas. Wprowadzono też książki wyjść z mieszkania. Trzeba było wpisywać do nich każdy krok i każdą chwilę nieobecności. Wpisywano tam także skargi na złe zachowanie współlokatorów.

Pomocników gospodarzy klas i wszystkich nauczycieli wciągnięto do czegoś w rodzaju kohorty policyjno-śledczej. Wszyscy musieli po kolei odwiedzać stancje co jakiś czas, w dzień i w nocy.

Inspektor i jego pomocnicy ciągle chodzili po tych stancjach. Robili rewizje. Zaglądali nie tylko do kuferków, ale nawet własnymi rękami grzebali w siennikach. Podsłuchiwali pod oknami i czaili się pod drzwiami. Rano nagle wbiegali do mieszkań uczniów i tak dalej.

Trudno ocenić, jak to wszystko wpłynęło na moralność uczniów w Klerykowie. Moralność może nie podskoczyła zbyt wysoko. »Starsi«, »dyżurni«, korepetytorzy i w ogóle siódmo- i ósmoklasiści dalej wymykali się o północy na miasto. Robili to po staremu, w celach, które tylko oni znali. Ale książki wydrukowanej polskimi literami naprawdę nie dało się już trzymać na stancji.

To wygnanie polskich książek z niektórych pokoi w mieście było niezwykle komiczne. Inne książki mogły przecież leżeć w tych samych pokojach, nawet w bezużytecznych stosach.

Polskie książki, skazane na wygnanie do sąsiednich pokoi, mogły bez końca pytać jak wariat Gogola w szpitalu: »dlaczego ja nie jestem kammer-junkrem? dlaczego jestem tylko radcą tytularnym? dlaczegóż ja, i dlaczego mianowicie radcą tytularnym?...« Ale na te pytania nikt w Klerykowie by nie odpowiedział. Były jak wołanie na pustyni.

Częste rewizje, a szczególnie nagłe i niespodziewane wizyty, źle działały na tę umoralnianą młodzież. Tak samo działał strach w oczekiwaniu i niepokój, że ktoś podsłuchuje. Dla wszystkich, którzy mieszkali na stancjach, pobyt w szkole był jak pobyt w więzieniu. Mały obywatel rano otwierał oczy i już mógł spotkać badawcze oko Mieszoczkina. Przez pół dnia patrzyło na niego i słuchało go naraz kilku Mieszoczkinów, Majewskich, Zabielskich i tak dalej. Po południu ciągle czekał, że się pojawią. Nawet w nocy mogli go obudzić. Śnił wtedy o polach, kwiatach i ptakach. Śnił o kochających rodzicach, krewnych i znajomych. Wszyscy oni, jakby na złość Mieszoczkinowi, mówili zakazanym językiem polskim. I nagle znowu widział nad sobą przeklęte oczy. Wydawało się, że podglądają jego słodkie sny. Chciały je chyba dokładnie opisać we właściwej rubryce, pod odpowiednim numerem.

Cały ten arsenał sposobów i system pilnowania do końca oddzieliły nauczycieli od uczniów. Co prawda, w Klerykowie nigdy nie było wielkiej zgody między »ciałem pedagogicznym« a gromadą uczniów. Zawsze były to dwa obozy. Te obozy wyraźnie walczyły ze sobą. Nieraz używały przebiegłości, podstępu, a nawet zupełnie łajdackiej zdrady. Aż do przyjazdu dyrektora Kriestoobriadnikowa i jego pomocników tę walkę toczono w szkole. Jej areną były klasy, korytarze i podwórze. Przybysze rozszerzyli pole walki tak daleko, że dziecko nie widziało już miejsca bez niej. W nowym systemie pilnowania uczniów z góry uważano za istoty, które trzeba śledzić. Trzeba ich było podglądać, ścigać, łapać i przesłuchiwać. Patriotyczna gorliwość śledzących patrzyła jednak przede wszystkim na przewinienia polityczne, a nie moralne. Dlatego cała zwykła walka uczniów z nauczycielami powoli zmieniała się w głuchy spór polityczny.

Przed czasami Kriestoobriadnikowa polscy nauczyciele czasem robili pewne kroki, żeby złagodzić tę fatalną wojnę obozów. Czasem kierował nimi wrodzony charakter. Czasem jakieś uczucie, ukryte w dziewięćdziesiątej dziewiątej komóreczce oportunistycznego serca. Trzeba przyznać, że te malutkie uczynki i lękliwe półsłówka robiły wrażenie. Prawie każde z tych słów było jak biblijne ziarno, które pada na żyzną ziemię. Z nadejściem nowej ery wszystkie mosty zostały spalone, a znajomości zerwane. Miny nauczycieli oportunistów mówiły wyraźnie: liczcie, o młodzieńcy, tylko na siebie. Róbcie, co się wam żywnie podoba. My musimy pilnować naszych posad jak oka w głowie.

I tak się stało.

Dyrektor Kriestoobriadnikow i inspektor Zabielski byli parą niezwykłych polityków. Żaden z nich nie wszczynał prostackich awantur z rodzicami. Nie prześladowali też uczniów. Uczniów łapano wprawdzie za pomocą groźnej machiny, ale nie po to, żeby okrutnie ich karać. Winę zawsze darowywano. A gdy trzeba było ukarać, robiono to bardzo wyrozumiale i pobłażliwie. Chodziło o to, żeby młodzieniec nie czuł na sobie bicza tyrana, lecz kochającą rękę ojca. Czasem zdarzał się spór między uczniem a nauczycielem Polakiem. Wtedy dyrektor i inspektor zawsze i bezwarunkowo stawali po stronie ucznia. Zmniejszali jego winę. A gdy nie dało się inaczej, prosili nauczyciela Polaka, żeby darował uczniowi karę.

Taka taktyka wpłynęła trochę na młodzież.

Uczniowie drżeli przed nowym zarządem. Ale jednocześnie czuli, że mają mocne plecy w walce z Nogackimi, Wielkiewiczami i tak dalej. Kierownicy gimnazjum nie poprzestali zresztą na reformach w murach szkoły. Byli to patrioci w szerszym stylu, jak już powiedziano. Dlatego uważnie patrzyli na miasto, na jego okolice, na gubernię i w ogóle na kraj. Ich praca płynęła jakby dwoma korytami. Po pierwsze, chcieli wzmocnić życie »*ludzi ruskich*« w Klerykowie. Po drugie, chcieli odpolszczyć tak zwanych Polaków. Zgodnie z tą zasadą dyrektor i gospodarze klas prawie nigdy nie pozwalali uczniom iść do teatru na polską sztukę. Za to jesienią zaczęto usilnie urządzać rosyjskie teatry amatorskie. Robiono to głównie z inicjatywy działaczy z gimnazjum. W Klerykowie stale, choć niezauważalnie, przybywało Rosjan. Dzięki temu można było zebrać siły do takich przedstawień. Przybysze, czyli urzędnicy, nauczyciele, ich żony i córki, z entuzjazmem poparli pomysł dyrektora.

Z konieczności, a raczej dla kariery, musieli go też wspierać »Nadwiślanie« na wyższych stanowiskach. Miejscowi ludzie byli wobec tego wszystkiego jak zwykle zupełnie bierni. Tak bardzo przywykli do wszelkich dziwów, że nic by ich nie zdziwiło. Pewnego pięknego poranka mogłoby wyjść zarządzenie, że znosi się mowę polską. Mogłoby kazać mówić, pisać i myśleć po chińsku. Nikogo by to nie zdziwiło. Oczywiście nadal mówiono by własnym językiem, z przyzwyczajenia. Ale publicznie pisano by i mówiono po chińsku.

Miasto Kleryków powoli przeżywało wtedy epokę napływu Rosjan. Starym ulicom nadawano nowe nazwy. Znoszono dawne instytucje i rzeczy, a wprowadzano nowe, równie zgrzybiałe, ale rosyjskie. Bruki, bałagan, zaduch, brud i rudery zostały zresztą zupełnie te same. Afisze ogłosiły miastu i światu, że odbędzie się teatr amatorski. W gimnazjum zrobiło się wtedy trochę gorąco. Władza nie proponowała uczniom kupowania biletów. Ale dawała pewne znaki, które były jakby zapachem ukrytego życzenia.

W klasie piątej jeden z kolegów bąknął podczas przerwy, że warto by iść na ten teatr. Ktoś inny bąknął z głębi sali dużo głośniej, że na takie »szopki« chodzi tylko zupełny mandryl. Powiedział to nie wiadomo czemu, ot tak sobie, jak to mówią, od śliny. I też nie wiadomo czemu wszyscy przyjęli to milczeniem jak uchwałę. Po prostu zrobił swoje ślepy, głuchy i nic niewiedzący *vox populi*. Jest jakaś »szopka«. Gadają, że tylko mandryl może na nią iść. Więc się nie idzie i cała parada.

Borowicz był osobistym przyjacielem ucznia, który chciał pójść na ten teatr. Dlatego bardzo zabolał go zarówno ostry wyrok, jak i ogólna zgoda na niego. W czasie lekcji myślał o tej sprawie. Uparł się i postanowił na przekór wszystkim iść na przedstawienie. Na następnej lekcji obaj z pechowym autorem pomysłu uknuli spisek przeciw głosowi z głębi klasy. Zrobili to z zemsty za obraźliwy wyrok. Tak się złożyło, że kiedy Marcin wrócił na stancję, w pokoju starej Przepiórzycy rozmawiano właśnie o tym teatrze. Radca Somonowicz chodził po pokoju i wykrzykiwał:

— Cóż mnie mogą obchodzić jakieś teatra, choćby też i najbardziej amatorskie? Pytam! Nigdy tego znieść nie mogłem, i to ja, dziś, na stare lata...

— Ale któż radcy każe chodzić, kto tu proponuje, żebyś radca łaził na ruski teatr! — przekonywała go staruszka.

— Ja za to pójdę, panie radco — wtrącił się do rozmowy Borowicz.

— Ty pójdziesz? A ty tam po co? Radzę ci, jak ojciec, gryź lepiej Alwara...

— Jakiego Alwara?...

— O, on tam będzie niezbędny wśród Moskali, jak pies w kręgielni! Rzeczywiście, niech idzie! — odezwała się zza portiery panna Konstancja.

Do piątoklasistów zwykle mówiła w trzeciej osobie.

— Za pozwoleniem — przerwał radca i stanął w pół drogi. — Jeżeli z tej beczki zaczynamy, to sprawa całkiem inna. Czy teatr moskiewski, jak się waćpannie podoba mówić, czy teatr polski, to zupełnie ta sama strata pieniędzy. Ale gdy władza to urządza, gdy sobie życzy, żebyś tam był, i będzie patrzeć na ten twój krok życzliwie... A z drugiej strony, gdy stary szowinizm podjudza cię do krnąbrnego uporu, do trwania w jakiejś paskudnej nienawiści... To radzę ci, a nawet rozkazuję — idź na tę hecę, chciałem powiedzieć — na to widowisko!

Staruszka Przepiórkowska szybko robiła na drutach skarpetki. Kilka razy poruszyła dużymi wargami i kwaśno się uśmiechnęła. W końcu powiedziała:

— Ja tam nie wiem... Pewno, że to tak... Ale po cóż ty, Marcinek, wydawać będziesz pieniądze? Co ci z takiego teatru przyjdzie?...

— Powinien iść, powinien! Ma święty obowiązek nie tylko względem własnej przyszłości, ale także względem nas wszystkich.

— Względem nas wszystkich... — szydziła demonicznie panna Konstancja, schowana w tajemniczej głębi za przepierzeniem.

— Tak mówię i powtarzam! Należy raz przecie wyrwać ze siebie korzenie odwiecznej...

Marcinek nie słuchał dalszych tyrad starego urzędnika, bo miał jakąś pilną robotę. Somonowicz go przekonał i umocnił w postanowieniu. Teraz piątoklasista miał w zapasie mnóstwo argumentów. Mógł ich użyć, gdyby pokłócił się z kolegami o przedstawienie.

W dniu przedstawienia poszedł do sali teatralnej. Była stara jak miasto Kleryków. Była tak odrapana, jakby nie zrobili jej ludzie, tylko burze, wichry i kataklizmy. Zebrali się już tam »ludzie ruscy«. W brudnych lożach siedziały wystrojone damy. Większość z nich była »ruska« tylko dlatego, że były żonami twórców »ruskiego dzieła« w Klerykowie. Na całym parterze błyszczały naramienniki, dźwięczały ostrogi, stukały szable. W kilku głównych lożach siedzieli najważniejsi ludzie z rodzinami. Byli wśród nich dyrektor, inspektor i ważniejsze osoby z gimnazjum. Zanim podniesiono kurtynę, w sali było dość głośno.

Marcinek stał na »stojącym« parterze z kilkoma zaledwie kolegami z różnych klas. Poczuł coś dziwnego. Był to niepokój cudzoziemca, który nagle wysiada z pociągu. Idzie ulicami obcego miasta. Nie umie dobrze odróżnić tego, co widzi, od snu, który przed chwilą uciekł. To wrażenie wzrosło, gdy podniesiono kurtynę. Mała scena teatru w Klerykowie była dla chłopca jak otwór. Widać było przez niego daleki, obcy kraj, lud i zwyczaje. Widać było codzienne życie i zabawne zdarzenia. Farsę grano z talentem, ale jej intryga wcale go nie zajmowała ani nie śmieszyła. Przeciwnie, wpędzała go w jakiś dziwny smutek. Umiał dobrze mówić po rosyjsku. Pisał w tym języku wypracowania i recytował lekcje. Nawet myślał o nich gotowymi zwrotami. Ale, choć sobie tego nie mówił, traktował ten »przedmiot« jako język szkoły. Był to dla niego język martwy, coś w rodzaju nowej łaciny. Teraz ze sceny ta sama mowa pokazywała mu się jako mowa prawdziwego życia. Było w niej swobodne życie, które wre i kipi. Tak bardzo nie mógł się otrząsnąć z tego wrażenia, że ciągle się wahał. Myślał, czy nie uciec do domu.

Rozmyślając tak, powiódł wzrokiem po lożach. Zauważył, że patrzą na niego aż cztery lornetki. Przyglądał mu się dyrektor, jeden z nauczycieli i jakaś dama gruba i pękata jak dynia... Pod okiem profesorów w Borowiczu natychmiast odezwała się natura ucznia. Przestraszył się, czyli »*spietrał*«. Ale po chwili pomyślał, że te spojrzenia wcale nie zapowiadają gniewu. Różne osoby z lóż obok loży dyrektora żywo mówiły i gestykulowały. One też patrzyły przez szkła na gromadkę uczniów. Większość tej gromadki stanowili Rosjanie. Z Polaków, oprócz Marcina, było tam kilku synów urzędników. Wkrótce cała ta uczniowska gromadka zrozumiała, że wszyscy ją podziwiają i są z niej zadowoleni. Borowicz też to zauważył. Na wpół świadomie wysunął się trochę do przodu, żeby dyrektor mógł go dobrze widzieć.

Podczas pierwszej przerwy na parterze pojawił się pan Majewski. Witał wszystkich bardzo grzecznym ukłonem. Starszym uczniom nawet podał rękę. Kilku Polaków, a wśród nich Borowicza, grzecznie poprosił, żeby poszli za nim. Borowicz bez oporu ruszył za tym przewodnikiem. Znalazł się na wąskich schodach, potem na korytarzyku, który biegł półkolem. Stanął przed jakimiś drzwiami. Majewski delikatnie uchylił te drzwi i lekko wepchnął Marcina do loży dyrektora. Kriestoobriadnikow wstał z krzesła i przywitał przybyłych. Kilku wprowadził do sąsiedniej loży i przedstawił gubernatorowi i jego damom.

— Oto Borowicz z klasy piątej, Michawski z siódmej, Biene z szóstej.

Gubernator był starszym człowiekiem o miłej twarzy. Każdemu uścisnął rękę. Damy przyłożyły do oczu *pince-nez* i uśmiechnęły się przyjemnie. Jedna z nich zapytała Borowicza po rosyjsku:

— Jakże się panu podobała pierwsza *pijesa?*

Marcinek nie wiedział, co to jest *pijesa*. Ale zrozumiał, że cokolwiek to jest, powinno mu się tu podobać. Powiedział więc:

— Bardzo mi się podobała...

Dama się uśmiechnęła. Potem zaszczyciła tym samym pytaniem przystojnego bruneta z klasy siódmej. On odpowiedział z głębokim ukłonem:

— Ogromnie mi się podobała...

Inne damy tylko przyglądały się młodzieńcom. Ta sama scena, z bardzo małymi zmianami, powtórzyła się w innej loży. Siedział tam prezes izby skarbowej. Kiedy zadzwoniono drugi raz, Majewski delikatnie dał znać przedstawicielom uczniów, że trzeba wrócić na miejsca. Drugą komedyjkę grano z równym zapałem. Pod jej koniec na parter przyszedł pan Mieszoczkin. Niósł dwa olbrzymie pudła najlepszych cukierków. Z wdziękiem wręczył je najstarszemu z uczniów. Poprosił go, żeby rozdzielił ten dar panów i pań z lóż między kolegów w teatrze. Borowicz zajadał wyborne cukierki. Wreszcie pozbył się pierwszego przykrego wrażenia. Poczuł rozkosz, że przebywa z tak dostojnymi ludźmi. Pierwszy raz poczuł zadowolenie z zetknięcia się z nieznanym mu światem luksusu.

Następnego dnia w czasie przerwy odezwał się zjadliwy dowcipniś klasy, Nieradzki. Było to tuż przed wejściem inspektora. Nieradzki zwrócił się nie wiadomo do kogo. Zdrobnił przy tym słowo *orangoutang*:

— Podobno byłeś, Orciu, wczoraj w teatrze? Siedziałeś w loży? Czy ci smakowały cukierki?...

Borowicz wstał z ławki. Odwrócił się do mówiącego i spojrzał mu w oczy dumnie i ponuro. Po chwili wszedł inspektor, który uczył języka rosyjskiego. Powitał Borowicza tak miłym uśmiechem, że całą klasę ogarnęła zazdrość. Wszyscy szczerze żałowali, że bez wyraźnego powodu nie poszli do rosyjskiego teatru.

Tego samego dnia po lekcjach Zabielskij poprosił Marcinka, żeby zaniósł do jego mieszkania zeszyty z ćwiczeniami klasy piątej. W domu inspektor przyjął Borowicza bardzo gościnnie. Posadził go w swoim zacisznym gabinecie na miękkiej sofie. Pokazywał mu albumy ze ślicznymi fotografiami i kolekcję ładnych sztychów. Pokazywał ilustrowane wydawnictwa, swoje książki, a nawet przypadkowy zbiór różnych monet. Tak bardzo polubił Marcinka, że poczęstował go nawet papierosem. Chłopiec bał się podstępu i prosto w oczy zaprzeczył, że pali. Wtedy inspektor kazał przynieść ciastka i poczęstował swojego ulubieńca. Dużo przy tym mówił o nieufności, jaką okazują mu uczniowie klasy piątej. Skarżył się, że żaden go nie odwiedza. Żaden nie przyjdzie na szczerą, braterską rozmowę. Nie powie, czego chce młodzież, co jej dolega, jakie ma pragnienia i cele. Pod koniec wizyty Borowicz był już prawie zakochany w inspektorze. Było to płomienne i entuzjastyczne uczucie, jakie młoda dusza czuje do pierwszego mistrza.

Dobroć przełożonego obudziła w nim czułą wdzięczność. Postanowił zrobić wszystko, żeby klasa piąta poczuła to samo co on. Po głowie chodziły mu plany częstych, wspólnych odwiedzin u inspektora. Prawie słyszał rozmowy, jakie będą tam prowadzić.

Widok pięknie urządzonego gabinetu wzruszał go. Jego duma była połechtana. W głowie miał rozkoszny zamęt. Kiedy wychodził, już tęsknił za następną wizytą. Dumnie patrzył na przechodniów. Jakby chciał jednym spojrzeniem powiedzieć im, że jest za pan brat z kimś tak potężnym w gimnazjum.

Od tej pory Marcinek Borowicz był częstym i prawie stałym gościem inspektora Zabielskiego.

### Słowniczek

- **extra muros**: poza murami (łac.); tu: poza szkołą.
- **stancja**: mieszkanie dla uczniów u obcych ludzi, za pieniądze.
- **»starszy«**: uczeń, który miał pilnować kolegów na stancji.
- **rewizja**: przeszukanie mieszkania lub rzeczy.
- **kohorta**: oddział, zwarta grupa ludzi.
- **siennik**: worek wypchany słomą, na którym się spało.
- **kammer-junkier, radca tytularny**: rosyjski tytuł dworski i niski tytuł urzędnika; słowa wariata z opowiadania Gogola.
- **nadwiślański, Nadwiślanie**: urzędowe rosyjskie słowa na „polski” i „Polacy”.
- **ludzie ruscy**: Rosjanie.
- **oportunista**: ktoś, kto zawsze dopasowuje się do władzy dla własnej korzyści.
- **mandryl**: rodzaj małpy; tu: głupiec.
- **szopka**: tu: byle jakie, śmieszne przedstawienie.
- **vox populi**: głos ludu (łac.).
- **gryźć Alwara**: uczyć się łaciny; Alwar to autor dawnego podręcznika łaciny.
- **jak pies w kręgielni**: zupełnie niepotrzebny, tylko przeszkadza.
- **portiera**: ciężka zasłona w drzwiach.
- **szowinizm**: przesadna miłość do własnego narodu i nienawiść do innych.
- **heca**: śmieszna, głupia sprawa.
- **loża**: osobne miejsce dla kilku osób w teatrze, wyżej niż parter.
- **spietrał**: przestraszył się (gwara uczniowska).
- **pince-nez**: binokle, okulary bez zauszników.
- **pijesa**: sztuka teatralna (po rosyjsku).
- **izba skarbowa**: urząd finansów w guberni.
- **orangoutang*, Orciu**: orangutan, wielka małpa; „Orciu” to złośliwe zdrobnienie.
- **za pan brat**: w bliskiej przyjaźni, jak równy z równym.

## XII

Był jeden z ostatnich dni sierpnia. Nad pagórkowatą okolicą żarzył się nieznośny upał. Gorąco ogarnęło pola i wysysało wodę z mokrych łąk. Dosięgło nawet najbardziej cienistych kryjówek lasu. Żniwa już się skończyły. Cały kraj, jak okiem sięgnąć, spał w tym cieple twardym, kamiennym snem.

Dookoła ciągnęły się żółtawoszare ścierniska. Błyszczały szczeciną równo uciętych źdźbeł. Tu i tam złociło się małe pole lnu. Czerniały stożki koniczyny albo kawałek pola ziemniaków z więdnącymi łodygami. Pola były teraz puste. Dlatego lepiej niż zwykle widać było między nimi białe pasmo szosy. Szosa ginęła za najbliższym pagórkiem. Wyglądało, jakby nagle urywała się w otwartym polu. Dalej znowu się pokazywała jako równa i ostra linia. Dzieliła równinę na dwie części. Potem kryła się w zaroślach. I znowu, jak wąż, bielała bardzo daleko, pod niebieskawą smugą lasu, na samym końcu horyzontu.

Brzegiem tej szosy szedł równym krokiem Jędruś Radek. Miał na sobie mundur ucznia, a na głowie czapkę z palmami. Na plecach niósł tornister, w ręce patyk. W takie gorąco źle się szło. Buty miał na wysokich obcasach z podkówkami. Kupił je kiedyś na rynku, kiedy były jeszcze żółte. Cholew nawet w ostatniej chwili nie dało się uczernić. Dlatego zostały w swoim dawnym, juchtowym kolorze. Za to przyszwy i obcasy Jędrek starannie wyczyścił szuwaksem. Ten szuwaks zrobił sam, z odrobiny mleka i drobno utłuczonego węgla. Był to kiepski szuwaks. But nie miał *glancu*. Spod czerni świeciła okropna żółć, szczególnie w szparach między podeszwą a przyszwą. Jędrek chciał nadać butom jakiś kształt. Dlatego musiał w środku kłaść duże wiechcie słomy i owijać nogi w duże onuce. Dzięki temu przyszwy wydawały się węższe. Ale za to nogi bardzo bolały, szczególnie w drodze. Drelichowe spodnie zakrywały brzydkie cholewy. Mundur Radka był kiepski. Przerobiono go z kapoty, którą ufarbowano na granatowo. Na kołnierzu nie było srebrnego galonka. Zamiast niego przyszyto zwykłą bawełnianą tasiemkę, po dwa grosze za łokieć. Płaskie guziki munduru były wytarte i nie miały srebrnego blasku.

Tylko palmy i litery *P. P.* (Progimnazjum Pyrzogłowskie) błyszczały w słońcu. Tornister mocno odparzał plecy wędrowca. Były w nim bowiem wszystkie gramatyki, podręczniki algebry i geometrii. Były dzieła Cezara i Ksenofonta, »*Słowiestnost’*« i niemieckie *lezesztyki*. Okładka każdej z tych książek była starannie owinięta w papier. Wszystkie zeszyty były w porządku. Już drugi dzień Jędrek »dymał« spod samych Pyrzogłów w stronę Klerykowa. Noc zaskoczyła go w pustej okolicy. Nigdzie dookoła nie było widać wsi. Przespał się więc w stogu pod lasem. Nad ranem porządnie zmarzł. Drugiego dnia szedł szybko od samego świtu. Przed południem trafił przy drodze na dużą, starą karczmę. Wszedł do niej, żeby odpocząć. Zapytał, co można zjeść. Odpowiedziano mu, że nie ma nic oprócz bułek i piwa. Kazał sobie przynieść pięć bułek i kwartę piwa. Bułki były stare i twarde jak rzemień. Piwo nazywano »drozdowskim«. Pewnie dlatego, że smakowało jak kwaśna woda z ogórków. A ciepłe było jak kałuża na drodze w upalny dzień. Jędrek wyjął z tornistra kawałek masła zawinięty w czystą szmatkę. Kroił bułki nożykiem i smarował je masłem. Popijał »drozdowskim« i odpoczywał w chłodzie izby. Naprzeciwko niego siedziała gospodyni. Zza balasek szynkwasu widać było tylko jej tłustą czy spuchniętą twarz, owiązaną chustkami. Złe oczy tej baby świeciły jak węgle. Uważnie wpatrywały się w podróżnego.

— Skądże to kawaler? — zapytała w końcu. — Wolno spytać?...

— Z daleka, moja pani — powiedział Radek. Wcale nie był zadowolony z tego wypytywania.

Karczmarka przysunęła sobie bliżej rondel z duszoną kiełbasą. Gniewnie odetchnęła i powiedziała:

— Z daleka? *Uczyń* i sam idzie *piechtą?* Cóż to znowu za moda!

Jędrek zaczerwienił się i bardzo się zmieszał.

— Idę do Klerykowa — powiedział. — Skończyłem cztery klasy w Pyrzogłowach, a teraz chcę się dostać jakoś do piątej...

— Widzicie... A i cóż to rodzice nie mogli odesłać *kuniamy*, nie żeby zaś piechotą rypać tyli świat? Przecie od nas do Pyrzogłowów, a bo ja wiem, będzie pewnie osiem mil z *ogunem*. Cóż ta za rodzic i taki musi być bez honoru, żeby zaś...

— Ja nie mam rodziców — skłamał szybko Radek. Ze złością kroił swoje czerstwe bułki.

— No, to krewni przecie jacyś muszą być u Boga Ojca?

— Daleko stąd jeszcze do Klerykowa? — zapytał. Chciał przerwać wszystkie pytania.

— Do Klerykowa? Ho ho!... Do Klerykowa, mój panie, to jest po naszemu siedem mil — i oha. W jeden dzień nie zajdzie, choćby zaś nie wiem jak szedł...

Zmęczenie przygniatało ramiona ucznia jak ogromny ciężar. Chętnie położyłby się na długim, szerokim stole karczmy. Było tam miło i wilgotno, choć trochę śmierdziało wódką i starymi kiełbasami. Ale po prostu bał się pytań karczmarki. Dopóki nic nie wiedziała o jego rodzinie, traktowała go z jakim takim szacunkiem. Gdyby dowiedziała się wszystkiego, na pewno mówiłaby mu *ty*. Patrzyłaby na niego z góry.

Życie Jędrzeja Radka było krótkie i zwyczajne. Urodził się we wsi Pajęczyn Dolny, w dworskich czworakach. Był synem biednego fornala. Jako małe dziecko przebywał w izbie, w której mieszkały rodziny trzech ratajów. Albo był pod gołym niebem, nad gnojówką. Ta gnojówka zawsze stała tuż przed drzwiami czworaków. Jej woda miała ciemnofioletowy kolor. Od brzegu gnojówki do nóg łóżka, wkopanych w ziemię, pełzał na czworakach. W zębach nosił swoją koszulinę, nie zawsze czystą. Pełzał przez wysoki, na pół zgniły próg chałupy. Potem sam zwiedzał nie tylko ten skromny kawałek ziemi. Zwiedzał też dużo szersze obszary gnoju, błota i kałuż. Robił to już na dwóch nogach, z twarzą zwróconą do nieba. A to, jak wiadomo, odróżnia człowieka od bydła. Tak było aż do chwili, kiedy kazano mu pilnować najpierw gąsiąt. Potem pilnował maciory z prosiętami na dworskim okólniku. Nie można powiedzieć, żeby robił to wzorowo.

Pewnego razu karbowy tak go »wytatuował« sznurem po plecach i okolicy, że winowajca bardzo niechętnie siadał na ziemi. Innym razem sam dworski lokaj wyrwał mu sporo włosów. Zrobił to za to, że chłopiec po kryjomu wylizywał kuchenny rondel. Trzeba przyznać, że włosy rosły mu wtedy aż za gęsto. Były to wskazówki, jak się moralnie zachowywać na okólniku i w szerszym świecie. Było ich dużo więcej, w tym samym guście. Położyły one pierwsze fundamenty zasad społecznych w duszy małego pastuszka. Pewnie wystarczyłyby mu na długo, aż do następnych, równie kształcących. Tak wystarczają wszystkim Jędrkom z folwarków. Ale wtedy wmieszał się Antoni Paluszkiewicz, którego nazywano Kawką.

Kawka był nauczycielem dwóch młodych paniczów. Kiedyś chodził na uniwersytet i często się tym chwalił. Głosił wolnomyślne poglądy wśród ludzi, których nic nie mogło do nich przekonać. Byli to bowiem księża i szlachta z bogatych folwarków. A on nosił długie, niezgrabne palto i zdeptane buty. Do tego okropnie kaszlał. Guwerner mieszkał w śpiczastej baszcie. Dobudowano ją niedawno do bardzo starego dworu. O każdej porze dnia i prawie każdej nocy słychać było stamtąd równe pokasływanie. Stąd wzięło się drugie nazwisko Paluszkiewicza. Jego dwaj wychowankowie bardzo często urządzali mu pod oknami coś w rodzaju koncertów. Zbierali dzieci z folwarku i chowali je w krzakach. Kazali im kaszleć na komendę i naśladować głos guwernera. Dziedzic z rodziną, cała wyższa służba i w ogóle wszyscy mieszkańcy Pajęczyna mieli z tego dużą uciechę. Tylko Kawka nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Z krzaków dochodziły zabawne głosy, a ze wszystkich stron słychać było śmiech. Wtedy on jak zwykle wychodził na balkonik z książką w ręku. Siadał okrakiem na krześle i ani trochę nie zmieniał sposobu kaszlania. Z czasem bywało tak, że szedł przez dziedziniec obok czworaków albo wiejską ulicą. Wtedy z każdego kąta słychać było śmieszny głos jakiegoś ukrytego psotnika:

— Ku — wyk... eee... ku — wyk... eee...

Najwięcej talentu w dręczeniu Paluszkiewicza miał właśnie Jędrek Radek. Przed początkiem uroczystego koncertu zawsze wydawał, pod batutą panicza, wspaniałe beknięcie. Nikt nie umiał go naśladować. Było to coś w rodzaju wstępu. Dopiero po nim zaczynały się wrzaski chóru. Radek świetnie przedrzeźniał »belfra«, nie tylko głosem, ale i ruchami. Kawka często chodził na plebanię. Kłócił się tam na cały głos z wikarym o pozytywizmy i determinizmy. Za każdym razem szedł za nim Jędrek, jak cień, i naśladował go jak małpa. Pastuszek brał na siebie długą płachtę, a do ręki patyk. Na nos zakładał drucik zwinięty w kształt binokli. Jeszcze bardziej mierzwił sobie włosy i garbił się. Wchodził w błoto tak jak »prefesor«. Sama dziedziczka dawała mu za te sztuki kromkę chleba z miodem, kawałek cukru albo na pół zgniłe jabłko. Jędrek czuł za plecami potężnych opiekunów. Dlatego coraz bardziej doskonalił swoją sztukę.

Doszło do tego, że kiedy tylko Kawka pokazywał się na dziedzińcu, ten biedak wołał go po imieniu i nazwisku. Wyzywał go i wyśmiewał. Ale przyszła kara i na niego. Pewnego pochmurnego, deszczowego dnia mały Radek siedział przy płocie. Przykrył się workiem od deszczu i wiatru. Nagle dwie ręce chwyciły go za kark i podniosły w górę. Chłopak przeraźliwie krzyknął i zaczął się gwałtownie szarpać. Nic to jednak nie pomogło. Paluszkiewicz chwycił go wpół i wlókł przez cały ogród. Zziajany, ledwo żywy, wciągnął go po schodach do swojego mieszkania. Jędrek zapierał się nogami w drzwiach. Bił Kawkę głową w brzuch, bo inaczej nie mógł. Szarpał na nim ubranie. Ale w końcu musiał się poddać. Paluszkiewicz wepchnął malca do pokoju i zamknął drzwi na klucz. Potem ze zmęczenia upadł na łóżko.

— Ty mi zerżniesz dudy — dobrze... — powiedział mu chłopak bezczelnie. — Ale poczekaj, zapamiętasz se ty! Co masz za rację do mnie — chy?

Kawka odsapnął i się uspokoił. Zapalił papierosa i zaczął chodzić po izdebce. Minęło tak kilkanaście minut. Chłopakowi wydawało się, że »belfer« zapomniał, że on tu jest. Więc powiedział:

— No — bić to bić — mali, a nie, to mię, panie, wypuszczaj!

Młody człowiek spojrzał na niego zza okularów i mruknął:

— Poczekaj, poczekaj, nic pilnego!...

Potem zaczął przewracać stosy swoich książek i papierów. Robił to bez ładu i porządku. Rzucał tomy na prawo i na lewo. Jędrek miał się na baczności. Pilnie uważał na każdy ruch nauczyciela. Był pewny, że ten zaraz wyciągnie z jakiejś dziury niewidzialne, straszne narzędzie męki. Szybko spoglądał na klamkę i na szyby okna. Patrzył też na oszklone drzwi, za którymi był balkonik. Tymczasem Kawka wyciągnął z głębi swoich zbiorów duży atlas zoologiczny. Był pełen kolorowych obrazków zwierząt. Kawka położył go przed chłopcem na stole i powiedział:

— Weź i obejrzyj sobie te obrazki.

Jędrek wcale nie myślał patrzeć. Wydawało mu się, że odkrył sekret belfra.

— Ja bym się zabawiał obrazkami — rozumował — a on by mię, para, z tyłu w łeb tak ćwieknął, żebym ani tchnął...

Tymczasem belfer już maszerował po izbie. W ustach trzymał papierosa, a w ręku książkę. Półgłosem mruczał na pamięć angielskie słowa i zwroty. Tego dnia miał się ich nauczyć.

Znowu minął kwadrans.

— Jak tam prosięta w ziemniaki dworskie wlezą, żeby na mnie zaś nie było, bo ja tu nic nie krzyw! — nagle wrzasnął mały więzień.

— Prosięta... a tak... No to niech będzie na mnie.

— A tak, to tak... — powiedział urwis obojętnie. Z rezygnacją zaczął patrzeć na okno, potem na piec, na stół, na książki i na samego belfra. W końcu spojrzał na malowane żyrafy i nosorożce. Te ostatnie wkrótce tak bardzo go zaciekawiły, że patrzył na nie bez ruchu. Patrzył jak cielę na malowane wrota.

— A i cóż toto za koń taki, mój Jezus kochany — myślał. Ogarnął go ogromny podziw. — Chylośna to szyja u takiego gada...

Rozpalona ciekawość pchała go, żeby przewrócić stronę. Chciał po kryjomu zobaczyć, co jest na następnych kartkach. W końcu wypatrzył chwilę, kiedy Kawka chodził i był do niego odwrócony plecami. Mocno pośliniał palec i cicho przewrócił grubą kartkę. Stał na niej duży tygrys z ognistymi oczami.

— Chy, to ci kot! — krzyknął chłopak. Zapomniał o wszystkim.

— To nie kot. Takie zwierzę nazywa się tygrys — powiedział Paluszkiewicz i dalej mamrotał swoje słowa.

Teraz Jędrek był całkiem pochłonięty. Odkładał kartkę za kartką aż do zmroku. Dopiero wtedy Paluszkiewicz wypuścił go z mieszkania. Dał mu przy tym bardzo smaczne ciastko. Prosięta naprawdę weszły w ziemniaki. Mały badacz zwierząt z obcych krajów źle pilnował zwierząt swojskich. Dlatego po powrocie do domu dostał od matki mocno po karku. Ojciec, fornal, bił go jeszcze dużo mocniej. Ale ani ta kara, ani tamte nie poprawiły obyczajów młodzieńca. Zupełnie się zbuntował. Kiedy tylko miał okazję, po cichu uciekał do byłego studenta. Biegał tam na ciastka i na oglądanie obrazków. Wykradał mu też sprzed nosa tytoń. Oglądanie obrazków wkrótce stało się u niego prawdziwie chłopskim nałogiem. Taki nałóg można wyrwać z ciała chyba tylko razem z duszą.

Kawka sam nie wiedział, kiedy nauczył urwisa świetnie czytać. Stało się to tak szybko. Już jesienią tego samego roku Jędrek zapisywał krzywymi literami grube zeszyty. W długie zimowe wieczory czytał już po *rusku*. A latem następnego roku Paluszkiewicz zaczął myśleć o tym, żeby oddać wychowanka do progimnazjum w Pyrzogłowach. Od kilku lat Kawka uczył »na kondycji« w różnych Pajęczynach. Żył przy tym niewiele wygodniej niż dawny mędrzec Diogenes. Dzięki temu zebrał kilkaset rubli. Sam coraz głębiej i coraz szybciej zapadał na suchoty. Rzucił więc posadę. Zawiózł ulubieńca do Pyrzogłów. Prawie siłą zabrał go rodzicom. Rodzice płakali za tym dzieckiem jak za zmarłym. Kawka oddał go do pierwszej klasy. Z góry zapłacił za niego koszty życia na niezbyt drogiej stancji. Sam został w tym miasteczku i żył »z kapitału«. Chłopak dużo wycierpiał i najadł się wstydu, zanim jakoś dorósł do poziomu pyrzogłowskiej kultury. Dzięki korepetycjom opiekuna uczył się świetnie. Z pochwałą przeszedł do drugiej klasy.

Tymczasem opiekun zupełnie opadał z sił. Mieszkał w maleńkiej izdebce. Jej okno wychodziło na śmierdzące żydowskie podwórze. Chodził tam z kąta w kąt i ciągle uczył się różnych rzeczy. Były mu potrzebne do szerokich studiów psychologii. W drugim roku zresztą więcej leżał na sienniku, niż chodził. Wtedy także zaczął przepisywać na czysto dzieło swojego życia. Było rozpisane na luźnych kartkach, które zajmowały większą część pokoju. Pewnej jesiennej nocy, nocy wichru i deszczu, zasnął na zawsze przy tej pracy.

W Pyrzogłowach i w całej okolicy wiedziano o nim tylko jedno. Był to człowiek, który wcale nie chodził do kościoła, i taki umarł. Z pogrzebem były pewne kłopoty. Tamtejsi księża nie chcieli pochować zmarłego na cmentarzu katolickim. Dopiero w ostatniej chwili zgodzili się pokropić trumnę wodą święconą i zawieźć ją na cmentarz. Kilka miesięcy przed śmiercią Paluszkiewicz dał resztę swoich pieniędzy pani, która prowadziła stancję Jędrzeja Radka. Po śmierci filozofa ta pani, ile mogła, zmniejszyła ten spadek. Ale tak czy inaczej Jędrek wytrzymał u niej do końca roku i przeszedł do trzeciej klasy. Potem już sam sobie radził. W progimnazjum w Pyrzogłowach lepsi uczniowie klas trzeciej i czwartej mieli prawo dawać korepetycje wstępniakom i pierwszakom. Nieźle na tym zarabiali. Radek należał do gimnazjalnych »kowali« i był znany jako dobry uczeń. Z trudem, prawie o głodzie i w ciężkiej biedzie, przetrwał dzięki korepetycjom trzecią i czwartą klasę. I zdał na patent.

W Pyrzogłowach był taki obyczaj. Większość biednych uczniów, którzy kończyli szkołę z patentem, szła prosto ze szkoły: *primo* do seminarium na księży; *secundo* do szkoły junkierskiej na oficerów; *tertio* do apteki. Wszyscy przepowiadali Radkowi stan duchowny: chłopski syn, kowal, mumia egipska... Ale on miał co innego w głowie. »Pan« pokazał mu bardzo daleki horyzont w nauce i na świecie. Dlatego Radek nie miał żadnej ochoty zostać księdzem. Nie rozumiał, co to jest uniwersytet. Nie wiedział, jak ogromna jest nauka. Ale wiedział, że ten uniwersytet istnieje. Zresztą w jego duszy trwały słowa Paluszkiewicza, jak wiecznie żywe stygmaty. Trwały nawet takie słowa, których nie mógł do końca zrozumieć. Rady, wskazówki i napomnienia opiekuna żyły w nim jak prawa, których nie można zmienić. Wdzięczność dla opiekuna stała się dla niego jakby jeszcze jednym zmysłem. Za jego pomocą poznawał świat i żył w nim. Inni dostali wiele w spadku po długim szeregu wykształconych przodków. Dostali to też w wychowaniu domowym. On miał to wszystko od »pana«. Tym żył i tym się krzepił w swojej biedzie.

— Nauka jest jak niezmierne morze... — mówił pan. — Im więcej jej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony. Kiedyś poznasz, jaka to jest rozkosz... Ucz się, co tylko jest sił w tobie, żeby jej zakosztować!

Radek przysiągł sobie, że będzie się uczył na przekór wszystkiemu. Tak przecież kazał mu pan przed śmiercią. Zresztą nic go do wsi nie ciągnęło. Ciągle pamiętał bicie karbowych, lokajów i paniczów. Pamiętał je każdym nerwem i jakby każdym mięśniem. Przypominał sobie ochłapy, które rzucano mu z dworskiego ganku za dręczenie Paluszkiewicza. Wtedy krew w nim kipiała, a głowa płonęła. Nie przebaczał też rodzicom. Pamiętał, jak matka zachęcała go, żeby wyśmiewał nauczyciela. Chciała w ten sposób zdobyć łaskę dworu. Pamiętał też ślepe ciosy pięści ojca. Ojciec karał go za to, że uciekał na górkę do pana. Naprzeciw całego tamtego otoczenia stał w jego myślach biedny, cichy, chory człowieczek. Patrzył z obojętnym uśmiechem na całą głupotę świata, na jego brudną złość i podłą przemoc. Jasno objaśniał, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Robił to tak, jakby rozwiązywał równanie z algebry. Dla innych było ono zagmatwane, a dla niego jasne.

Te uczucia szczególnie urosły w sercu młodego gimnazjalisty, kiedy przyjechał do Pajęczyna. Nie był tam przez cztery lata. Teraz był już kandydatem do piątej klasy. Przez cały pobyt w szkole ani razu nie odwiedził rodziców. Wakacje spędzał albo z opiekunem, albo na letniej kondycji. Zarabiał na niej piętnaście rubli srebrem. Teraz znalazł się w domu rodzinnym. Po raz drugi musiał jakby zobaczyć samego siebie. Musiał przemyśleć swoje życie i zmiany, które w nim zaszły. Każde miejsce mówiło mu o tym, co było. Ludzie, których spotykał, wcale nie interesowali się zmianami, jakie w nim zaszły. Stwierdzali ciągle tylko jedno. Ten uczeń, który przed nimi stoi, to przecież ten sam Jędrek Radków, pastuch prosiąt z okólnika. Nikogo nie wzruszały jego prace, trudy i męki. To one zmieniły wiejskiego obdartusa w ucznia. Ludzi obchodziło tylko to, że oni, znajomi, pamiętają tego ucznia jako świniarza. Wszyscy tak myśleli. Dlatego Jędrek sam nie mógł odnaleźć siebie takiego, jakim był teraz. Cztery lata, wszystko, co było jego prawdziwym życiem, jakby gdzieś zniknęło. Zostały za to znane miejsca, ciągle takie same, aż to dusiło. Było tam podwórze i baszta na końcu dworu, pod którą urządzał muzykę. Był cały świat pajęczyńskich pojęć i praw, wciąż niezmiennie takich samych.

Radek jakby stykał się piersią z kimś, kim był dawniej. Jakby wchodził z powrotem w swoją dawną, porzuconą skórę. Czuł przy tym ogromny wstręt. Mieszkał u rodziców w czworakach, a właściwie obok tego budynku. W pogodne noce razem z ojcem spali na dworze. W czasie deszczu spali pod pustą szopą. Ojciec i matka bez przerwy przyglądali mu się ze zdumieniem. Szczególnie ojciec ciągle się mu dziwił. Mało do niego mówił. A jeśli powiedział jakieś słowo, to w jego oczach było pytanie, czy w ogóle wypada to mówić. Młody Radek wstydził się ojca i matki. Wstydził się, że w ogóle jest w przeklętym Pajęczynie, choć nie wiadomo, przed kim. Specjalnie nosił grube chłopskie szmaty i chodził boso. Wyręczał ojca w pracy na folwarku. Chciał, żeby nikt z przejezdnych go nie poznał. Był to jednak wstyd tylko połowiczny. Krył się w nim głęboki żal, gorzki jak piołun.

Rodzice nie mogli dać mu na dalszą naukę nic więcej oprócz kilku kawałków masła i kilku sztuk grubej bielizny. Wszyscy dookoła mieli dla niego tylko mniej lub bardziej gryzącą ironię. Mimo to, a może właśnie dlatego, energia Jędrka rosła, a odwaga twardniała. Przywołał na pomoc wspomnienie nauczyciela. Z tym kapitałem zarzucił na plecy tornister i wyruszył w szeroki świat. Oboje rodzice płakali. Odprowadzili go daleko, daleko za pola folwarku. Nie wiedzieli, jakim słowem się pożegnać. Było to pewnie ostatnie pożegnanie. Nie wiedzieli, co mu radzić i przed czym go ostrzegać. Tylko patrzyli w milczeniu. Chcieli zachować w oczach obraz jego postaci. Jędrek też milczał. Za nic w świecie nie mógł zostać w Pajęczynie Dolnym. Czuł, że nie ma tam dla niego nawet tyle miejsca, żeby postawić dwie stopy. A jednak szedł po twardej szosie, nie oglądał się za siebie i płakał. Płakał cichymi, chłopskimi łzami.

Teraz w karczmie przy rozstajnych drogach jakoś się posilił. Dał karczmarce należne kilkanaście groszy. Już miał wziąć ze stołu tornister, kiedy tłusta baba znowu go zagadnęła:

— A czy aby kawaler skąd nie ucieka? Żebym zaś jakiego kłopotu nie miała...

— Odczep się pani! — powiedział Radek głośno i stanowczo.

— Tak? Z takiego *kamerdunu?* Zaraz my się tu prawdy dowiemy!

Powiedziała to i szybko skoczyła do drzwi. Chciała zamknąć je na klucz. Gimnazjalista pchnął ją tak mocno, że zatoczyła się aż pod beczki, które stały w kącie. Potem wyszedł. Szybko szedł przez wieś. Za sobą słyszał wrzaskliwy głos karczmarki:

— Po sołtysa, po sołtysa! Łapaj, trzymaj!...

Za wsią, za jej ostatnim drzewem, znowu chwycił go w szpony upał. To, co zdarzyło się w karczmie, wcale go nie zmartwiło. Przeciwnie, dało mu pewną satysfakcję. Ale zaraziło go też maleńką odrobiną przesądu.

— Zły znak, zły początek... — szeptał do siebie.

W tej okolicy pagórki prawie zupełnie znikały. Jak okiem sięgnąć, leżała ogromna, zimna i nudna równina. Ziemia była piaszczysta, a miejscami był to sam piasek. Daleko szarzały małe, nędzne kawałki lasu. Bliżej, gdzieniegdzie między polami, widać było mały, brzydki pagórek. Była to wydma piasku, jałowa i martwa jak grób. Rosło na niej kilka rozgałęzionych, suchych sosenek i brzózek. Były zgarbione od urodzenia. Po obu stronach drogi ciągnęły się dwa suche rowy. Zarosła je wysoka trawa. Dźwigała tak ogromny ciężar kurzu z szosy, że wydawało się, że pod nim umiera. Słupy telegraficzne rzucały na białe płótno szosy krótkie, martwe cienie. Gdzieniegdzie sterczał z ziemi podłużny kamień. Był grubo ociosany, a u góry zaokrąglony w półkole. Na tych kamieniach były jakieś drogowe kolory i krzywe cyfry. Wyglądały jak prości wiejscy chłopi przebrani w państwowe mundury. Stoją »*wo front*« i czegoś pilnują, ale sami nie wiedzą czego. Poza tym na całej szosie panowała martwota.

Jedzenie, a szczególnie piwo, nie wyszło Radkowi na zdrowie. Głowa mu ciążyła, nogi się plątały i chciało mu się spać. W pewnym miejscu zobaczył w polu gruszę, a obok niej chorowite krzaczki. Poszedł tam i przespał się w cieniu. Ale wkrótce znowu maszerował. Duże krople potu stały na jego spalonej twarzy i szyi. Pot brudził tasiemkę na kołnierzu. Nawet sam kołnierz farbował na jasnosiny kolor. Radek szedł niezbyt szybko. Dogonił wóz z deskami, który wlókł się noga za nogą. Obok zaprzęgu szedł chłop. Radek zapytał go, czy za dwadzieścia groszy pozwoli mu usiąść na deskach. Chłop długo na niego patrzył. Potem wyciągnął rękę po pieniądze. Jędrek usiadł bokiem na deskach i zwiesił nogi. Wóz ciągnęły małe konie, chude i nędzne »chety«, prawie bez żadnej maści. Miały wielkie łby, grzywy i ogony. Szły ledwo ledwo, prawie dotykały nozdrzami kurzu szosy. Ich właściciel był wysoki i obdarty. Bezmyślnie machał nad nimi batem i co chwila wykrzykiwał:

— Wijo-a-ocha... Wijo-a-ocha!...

Kiedy Jędrek usiadł na wozie, chłop nie spuszczał z niego oczu. Nawet zapomniał o swoim okrzyku. Kiedy już się napatrzył do woli, zapytał:

— A skądże to pan?

— Taki ja pan, jak i wy, gospodarzu... — powiedział Radek.

Chłop zamilkł i znowu mu się przyglądał. Dopiero po długiej chwili mruknął z niedowierzaniem:

— Niby, jak ja?

— E, wiecie co, pójdę ja lepiej... — powiedział nagle uczeń. — Szkapy wasze nie najbogatsze, ledwo idą, a mnie pilno. Oddajcież mi te dwadzieścia groszy...

— Dwadzieścia groszy? Niby one, co mi je pan dał?

— A no jakież?

— Ij, gdzież ja bym ta pieniądze panu oddawał... — powiedział chłop. Machał batem i patrzył na ogony swoich koników.

— A no i jakże, przeciem nie siedział na waszym wozie pacierza...

— A cóż mi ta z tego? Jechać to jechać, a gdzież ja bym ta pieniądze oddawał...

— Dajcież te pieniądze, żeby między nami nie było znowu czego!...

— Między nami niby?

— No!

— Wijo-a-ocha!... — powiedział chłopisko tak spokojnie, jakby Radka wcale przy nim nie było.

Łzy zakręciły się w oczach wędrującego chłopca. Źle mu się wiodło w tej podróży. Nie powiedział już ani słowa i poszedł dalej. Zamyślony stawiał wielkie kroki. Ani się obejrzał, jak przeszedł kilka wiorst. Ciągle było bardzo gorąco. Tylko słupy i krzaczki przy drodze rzucały dłuższe cienie. Nagle wędrowiec usłyszał za sobą głuchy turkot. Zobaczył dużą chmurę kurzu, która szybko się zbliżała. Wkrótce dogoniła go para wspaniałych bułanych koni. Były zaprzężone do bryczki. Na bryczce siedział furman w liberii i szlachcic w słomkowym kapeluszu. Szlachcic był owinięty płóciennym płaszczem. Był młody, wąsaty i oczywiście opalony. Miał gwałtowne, bystre i ciężkie spojrzenie. Było ono tak prawdziwie pańskie, że Radek od razu poczuł w sobie chamską duszę. Zdjął czapkę. Bryczka minęła go i sypnęła dookoła chmurą kurzu. Radek stał z zamrużonymi oczami, odwrócony do pól. Czekał, aż piasek opadnie. Nagle usłyszał chrapliwy, rozkazujący głos:

— Hej, kawalerze, hej!

Radek otworzył oczy. Zobaczył, że bryczka stoi kilkadziesiąt kroków dalej. Szlachcic woła go do siebie takim gestem, jakby obiecywał mu pięćdziesiąt batów.

— Kawalerze! — wołał coraz głośniej.

Radek podbiegł do bryczki z gołą głową i stanął przy jej stopniu.

— A skąd to kawaler? — zapytał szlachcic pewnym głosem, jak sędzia śledczy.

— Spod Pyrzogłów.

— Skąd?

— Z Pajęczyna Dolnego.

— A kawaler coś za jeden, czyj syn?

— Tam jednego...

— Co za jednego... tam?

— Włościanina.

— Proszę... włościanina. A dokądże to tak walisz samopas, kochanku?

— Do Klerykowa.

— Fiu — fiu. A po cóż to?

— Do szkół, proszę wielmożnego pana.

— Cóż, u licha! Ojciec na szkoły dla ciebie ma, a na furmankę nie ma? Konie trzymają ojciec?

— Nie.

— Więc skądże, do diabła, bierze na szkoły, jeśli nawet koni...

— Mój ojciec służy we dworze... — powiedział Radek i zaczerwienił się.

— Za karbowego, czy jak?

Młodzieniec przez chwilę się wahał. Z całej siły chciał skłamać i powiedzieć, że tak. Ale w końcu się przemógł i wyznał:

— Nie, za rataja.

— Patrzcie państwo! Już teraz rataje kształcą swoje potomstwo w Klerykowie. A do którejże to klasy walisz z takim tornistrem, mój filozofie?

— Do piątej, proszę wielmożnego pana.

— Do piątej? No, proszę... Jakże to sobie radę dajesz w tym Klerykowie, skoro tak rzeczy stoją?

— W Pyrzogłowach dawałem korepetycje.

— W Pyrzogłowach? Ja się pytam o Kleryków.

— Nie znam Klerykowa, wielmożny panie.

— To ty dopiero pierwszy raz?

— Pierwszy.

— I myślisz tam również tymi korepetycjami handlować?

— Nie wiem, proszę wielmożnego pana. Tak idę...

— Tak idziesz? No, to siadaj na koźle, podwiozę cię do miasta.

Radek szybko wdrapał się na kozioł. Usiadł obok tęgiego furmana. Furman miał czapkę od liberii i letnie ubranie w białe i niebieskie paski. Konie skoczyły z miejsca. Poniosły bryczkę w chmurach szarego kurzu. Tylko od czasu do czasu młodzieniec widział małe chaty, drzewa, słupy z wiorstami i dalekie gaje. Nie panował już nad sobą ani nad swoimi decyzjami. Wszystkim zaczął rządzić ślepy przypadek albo czyjś kaprys. Wiedział tylko jedno. Już sam ten przyjazd był szczęśliwym trafem. A po przyjeździe czeka go cały szereg wstrząsów i różnych zdarzeń. Nie znał ich kształtu, wielkości ani kierunku. Co będzie dalej? Jaki jest ten Kleryków? — myślał. — A może się uda... Początek był chyba zły, ale może właśnie dlatego...

Na szosie pojawiały się znaki, że Kleryków jest blisko. Szło tu więcej pieszych. Jechały wozy z deskami i szlacheckie bryczki. Jechały też ogromne fury, na których trzęsły się całe stosy Żydów. W pewnym miejscu pod górką wyrosła duża cegielnia. Dalej, na horyzoncie, stała fabryka z czerwonej cegły. Radek widział takie budynki po raz pierwszy. Serce mu się ścisnęło. Wszystkie uczucia chwycił i zdławił jakby długi skurcz. W tym pozornym spokoju młodzieniec przyjechał do miasta. Kleryków wydał mu się kamiennym labiryntem, czymś ogromnym. Wielkość domów wydawała mu się wprost nie do uwierzenia. Hałas go oszałamiał. Ulice wydłużały mu się w oczach bez końca. Na rynku szlachcic rzucił furmanowi krótki rozkaz:

— Na Targowszczyznę!

Bryczka skręciła w boczne, brudne i śmierdzące uliczki. Zjechała z bruku na szosę, przy której rosły ogromne drzewa. Wśród nędznych domków przedmieścia stanęła przed bramą większego budynku. Wyglądał jak duży wiejski dwór, który zapada się w ziemię. Szlachcic wysiadł z bryczki i powiedział do Radka:

— Złaź, kawaler, i chodź za mną!

Chłopiec zeskoczył z kozła. Machinalnie, noga za nogą, szedł za tym, który mu rozkazywał. Ziemianin wszedł po schodkach z kamieni do krzywej i brudnej sionki. Otworzył drzwi na lewo i sam poszedł dalej. Jędrkowi gestem kazał zostać. W kuchni krzątały się dwie służące. Jedna była grubą kucharką. Miała chustkę zawiązaną w kształt bocianiego gniazda. Druga była młodą dziewczyną z gołą głową. Obie po kryjomu spoglądały na przybysza. Stał bez ruchu obok dużego komina. Zapadał wieczór. Złoty blask zachodu wpadał do izby przez brudne, stare szybki. Radek mimo woli spojrzał w stronę okna. Prawie nie wiedział, co się z nim dzieje. W głębi myśli szukał samego siebie. Zgubił się bowiem wśród zdarzeń, które niosły go w pędzie. Cały był pokryty kurzem, zmęczony podróżą i spragniony. Niedaleko stała beczka z wodą, a na jej brzegu blaszany kubek. Ale bał się ruszyć z miejsca. Za sąsiednimi drzwiami słychać było głośną rozmowę. Słychać było rubaszny śmiech mężczyzny i okrzyki kobiet. Młoda pokojówka zaczęła nastawiać samowar. Stara kucharka przygotowywała mięso na kotlety. Nagle drzwi się otworzyły. Szlachcic, który zabrał Radka na wózek, zawołał:

— No, filozofie, jak się tam wabisz..., kim!

Radek jak automat ruszył naprzód, z tornistrem na plecach. Przeszedł przez wysoki próg i stanął w pokoju. Pokój oświetlała wisząca lampa. Na środku stał duży stół, nakryty ceratą, tu i tam podartą. Za stołem, między dwoma oknami, stała szeroka sofa. Obok niej, aż na środek pokoju, wystawała wielka, czarna szafa. Na sofie siedziała pani. Była widocznie bardzo małego wzrostu. Jej głowę zdobił wysoki zwój sztucznych warkoczy. A jednak ledwie było ją widać zza brzegu stołu. Obok tej pani stał chłopiec, pewnie dwunastoletni. Miał małe oczka i podłużną twarz z jakimś niemiłym uśmiechem. Chłopiec bez przerwy kołysał się na prawo i na lewo. Tak robią arabskie konie, które wieziono statkiem przez morze. Zza ramion chłopca i siedzącej damy wyglądała dziewczynka. Była bardzo do nich podobna, ale miała bystrzejszy wzrok. Na rogu stołu, w świetle lampy, stał jegomość średniego wzrostu. Był łysy i groźny z wyglądu. Miał podkręcone do góry wąsy i potężny orli nos. Jędrek wszedł i się ukłonił. Wtedy jego opiekun głośno powiedział:

— To właśnie jest ten piątoklasista. Macie go we własnej osobie.

— Aha — powiedział pan z podkręconymi wąsami. — Aha!... Więc idziesz, kochanku, do szkół, do klasy piątej?

— Tak jest... — wykrztusił Radek.

— Bardzo to jest pięknie z twojej strony, że się garniesz do nauki, bardzo to pochlebnie... Czy masz tu znajomych albo krewnych?

— Nie mam, proszę łaski pana.

— A czy jesteś przynajmniej pewny, że w klasie piątej będzie miejsce dla ciebie?

— Mam patent...

— Hm... ja szukam niedrogiego korepetytora do syna. Gdybyś wszedł do gimnazjum, to kto wie... może znalazłbyś u mnie stół, stancję, światło, pranie, opał i wszelkie wygody.

Po plecach Radka przebiegł lodowaty dreszcz. W jego duszy zadrżał i zamarł jakby czyjś krzyk: o Boże, Boże!...

— Władzio przeszedł do klasy pierwszej... — powiedziała dama wyniośle i smutno.

— Jest to chłopiec w pełnym znaczeniu tego słowa zdolny, ale z łaciną nie da sobie rady.

— Tak, z łaciną nie da sobie rady... — powtórzył Jędrek z głębokim przekonaniem.

— A więc zgadzasz się, kawaler? — zapytał nagle przyjezdny szlachcic. Położył przy tym na tornistrze Radka swoją potężną prawą rękę.

— Zgadzam się, proszę wielmożnego pana, a jakże, zgadzam się...

— Może mi pana przedstawisz, Alfonsie? — wycedziła tymczasem dama do opiekuna Radka.

— A prawda. Nie wiem nawet, jak się nazywasz...

— Nazywam się Andrzej Radek.

Chłopiec i dziewczynka mrugnęli do siebie znacząco i trącili się łokciami.

— A ja nazywam się Płoniewicz — powiedział ojciec małego ucznia.

Przyjezdny nie zdradził Radkowi swojego nazwiska. W czasie tej rozmowy zacierał ręce i szybko chodził po pokoju. Od czasu do czasu rzucał krótkie, niejasne zdania:

— Historia, jak mi Bóg miły... Awantura hiszpańsko-arabska!

— Zanim coś się wyjaśni, może pan nocować u mnie... — mówił pan Płoniewicz. Potem odwrócił twarz w stronę kuchni i zawołał: — Maryśka, wysprzątaj mi tam do czysta kancelarię i połóż siennik z pościelą na szezlongu.

Jędrek stał przy drzwiach. Wszystko tak go oszołomiło, że prawie nie widział ludzi w mieszkaniu. Obok niego kilka razy przeszła pokojówka z talerzami. Sam gospodarz chodził tu i tam. Skakał jakiś mały piesek. Twarze obecnych Radek widział jakby przez mgłę albo przez cienkie smugi dymu. Nakryto do stołu i wniesiono półmisek z mięsem. Wtedy pan Płoniewicz trochę szorstko kazał Radkowi usiąść na końcu stołu. Chłopiec niepostrzeżenie odpiął tornister, położył go na ziemi i usiadł. Dostał maleńki kotlecik. Ale po tak długiej wędrówce był on cudownie smaczny. Po kolacji gospodarze z kuzynem i dziećmi przeszli do sąsiedniego salonu. A Jędrek poszedł za młodą służącą do swojego *locum*. Z kuchni prowadziły tam brudne i bardzo krzywe drzwi. Za nimi była wąska izba z jednym okienkiem. Ściana naprzeciwko drzwi była zbita z desek, pobielonych wapnem. Między deskami widać było szerokie szpary. Stała tam kanapa, tak zniszczona, jakby dopiero co przyniesiono ją z szafotu. Wyglądała, jakby kat zdzierał na niej skórę z ludzi. Pod oknem stał stolik, a przy nim krzesełko. W rogu nudziła się pleciona szafka. Wszystkie jej półki były zawalone książkami różnej wielkości.

Służąca zaraz przyniosła siennik, hojnie wypchany słomą. Przyniosła też poduszkę, prześcieradło i nędzną kołderkę. Szybko posłała na szezlongu wysokie łóżko i wyszła. Zostawiła po sobie, jak wspomnienie, trochę zakopconą lampę. Kiedy wyszła, Radek oparł się pięściami o stolik. Wpatrzył się w płomień i głęboko się zamyślił. Wszystkie zdarzenia tego dnia tonęły w gęstej ciemności. Myśli chłopca przesuwały się od zdarzenia do zdarzenia, od sceny do sceny, od osoby do osoby. Było to jak wzrok, który bada kształty w zupełnej ciemności. Tak jest, kiedy wychodzi się ze światła i przyzwyczaja się do mroku. Jędrek szedł po omacku tą trudną drogą. Dochodził do spotkania ze szlachcicem i znowu cofał się aż do tej chwili. Serce ściskała mu męcząca ciekawość. Myślał o następnym dniu. Ten dzień stał gdzieś w przestrzeni, prawie jak zła i bezlitosna osoba. Ale chłopiec tłumił i odpychał tę ciekawość. Ciągle na nowo rozważał to, co już się stało.

W końcu ogromne zmęczenie i twarda senność oderwały go od tych rozmyślań. Rozejrzał się dookoła. Zatrzymał wzrok na czystej pościeli i westchnął z głębi piersi. Z wielką ulgą ściągnął buty. Zgasił lampę i wyciągnął się na posłaniu. Była już głęboka noc. Od czasu do czasu ciszę przerywał daleki turkot wozu. Jego zabłąkane echo ściskało serce Jędrka, jakby nadchodziło niebezpieczeństwo. Wtedy Jędrek podnosił głowę i czekał. Jakby miał nadzieję, że usłyszy wyrok przyszłości.

Następnego dnia poszedł do gimnazjum z Władziem, który pokazywał mu drogę. Oddał swoje świadectwa dyrektorowi. Kriestoobriadnikow przychylnie rozpatrzył sprawę. Kazał zapisać Radka do klasy piątej. Tego samego dnia chłopiec z Pyrzogłów objął, jakby urzędowo, stanowisko korepetytora Władzia Płoniewicza. Ten Władzio nie należał do gwiazd i chluby gimnazjum. Do klasy wstępnej wprowadzono go za pomocą dużej łapówki. A ze wstępnej do pierwszej przeciągnięto go w sposób jeszcze bardziej rujnujący.

Już przy pierwszej lekcji Radek zauważył, że jego uczeń z trudem myśli. Zauważył też, że prawie wcale nie ma pamięci. W trakcie zadania z arytmetyki malec nagle zupełnie stawał. Wyglądało to tak, jakby rozkręciła się w nim do końca sprężyna, która pchała jego myśli. Wtedy wpatrywał się w jakiś znak albo plamę na papierze. Nie pomagały żadne prośby, zachęty, bodźce, nagany ani groźby. Nic nie mogło go zmusić, żeby choć ruszył rzęsą. Potrafił tak stać kwadransami i godzinami. Na pewno stałby tak całe dnie i noce. Nie zmieniałby pozycji i nie odrywałby oka od tego punktu. Radek przeraził się, kiedy zobaczył taki wielki upór. Ale wkrótce pocieszył się jedną obserwacją. Był to upór bez woli i bez świadomości, coś w rodzaju niemocy umysłu. Zaraz po otwarciu roku szkolnego zaczęło się ssanie matki-łaciny. Przyszły słówka, rozbiory, tłumaczenia i gramatyka rosyjska, etymologie i składnie... Władzio utonął w odmętach pracy. Kiedy tylko zjadł ostatni kęs pieczeni z obiadu, zaczynały się korepetycje. To znaczy, Radek zaczynał objaśniać zadane lekcje. Mówił głosem równym, mocnym i wyraźnym. Mocno, jakby czarodziejsko, akcentował sylaby. Tłumaczył tak, jak chłop, który rozumie sprawę, objaśnia ją komuś ciemnemu. Trafiał do umysłu Władzia słowami i dźwiękami, które były jak ostre strzały i haki. Doskonale wiedział, że te wysiłki nie dadzą od razu dobrego skutku. Wiedział, że Władzio mimo wszystkich dowodów będzie mrużył czerwonawe powieki. Będzie się uśmiechał odrobinę złośliwie.

Korepetytorowi chodziło bardziej o to, żeby rozruszać pamięć ucznia. Chciał mu wbić do głowy przynajmniej formę zadania. Przez całe popołudnie Władzio uczył się z korepetytorem zadań z arytmetyki po prostu na pamięć. Tak samo było z geografią. W gimnazjum w Klerykowie nauka geografii zaczyna się od podstawowych wiadomości z geografii fizycznej. Nawet rozsądni i zdolni uczniowie pierwszej klasy nie mają z tego wykładu dużej korzyści. A cóż dopiero mówić o Władziu?... Ośmioletnie dziecko w Szwajcarii z największą łatwością i radością uczy się geografii. Lekcje mówią mu bowiem najpierw o placu szkolnym. Potem o rodzinnej wiosce albo miasteczku i o sąsiedniej wsi. Potem o dalszych drogach, o rzeczce i lesie, o bliskich wzgórzach. W końcu o kantonie i o kraju. A Władzio z historyjek o ruchu Ziemi i Księżyca, o równikach, południkach i tak dalej nie rozumiał zupełnie nic. Radek przesiadywał nad nim okropne godziny, jak diabeł nad dobrą duszą. Rysował mu nie wiadomo ile kul ziemskich. Tłumaczył po polsku rosyjskie nazwy i formy — wszystko na próżno. Po całym dniu męki malec uczył się tych martwych wiadomości. Szedł spać pobity nimi jak rózgą. Wieczorem była nauka łaciny. Władzio nie miał dobrej pamięci. Dlatego Radek musiał razem z nim wkuwać łacińskie słówka i tłumaczenia. Robił to tak długo, aż jakby wchłostał je w uśpiony mózg. Korepetytor i uczeń siedzieli przy stole zawalonym książkami i zeszytami. Oddawali się zbawiennemu zajęciu mordowania rozumu. Radek równo się kiwał i pytał jednostajnym głosem:

— Słowik?

— *Luscinia*.

— Śpiewa?

— *Cantat*.

— W nocy?

— *Noctu*.

— *Noctu?*

Władzio wytrzeszczał oczy i zaczynał się drwiąco uśmiechać.

— Co znaczy *noctu?*

Milczenie, długie, niezmierne milczenie.

I znowu:

— Słowik?

— *Luscinia.*

— Śpiewa?

— *Cantat.*

— W nocy?

— *Noctu.*

— Co znaczy *noctu?*

Znowu milczenie.

Radek powtarzał to kilkanaście razy. Było to jak cierpliwe uderzenia młotem w kamień. W końcu wyskakiwała iskra świadomości. Władzio ze złością zaciskał wargi i marszczył czoło. Na pytanie, co znaczy *noctu*, opryskliwie odpowiadał:

— W nocy!

Dopiero wtedy te dwa potrzebne słowa przyklejały się do jego mózgu. Było pewne, że zostaną tam na jakiś czas. Tak samo Radek musiał postępować, kiedy uczył Władzia morderczych rozbiorów. Tak samo uczył go reguł gramatyki rosyjskiej i łacińskiej, działań na liczbach mianowanych, miar i wag. Tak samo uczył go rosyjskich wierszy i formułek z katechizmu. W krótkim czasie zrobił ze swoich lekcji z małym Płoniewiczem system pedagogiczny. Był to jedyny skuteczny system. Z dnia na dzień go ulepszał.

Pracę z Władziem wykonywał *con amore*, z łatwością i chęcią. Niewzruszenie wierzył, że w końcu zwycięży. Nie rozumiał, że chłopiec jest obciążony pracą jak ciężkimi kajdanami. Nie rozumiał, że umysł chłopca nie rozwija się, bo brakuje mu odpoczynku. Przeciwnie, dodawał małemu roboty. Od siódmej do ósmej rano obaj szybko powtarzali lekcje, których Władzio nauczył się poprzedniego dnia. Potem pili śniadanie, zarzucali na plecy tornistry i maszerowali do szkoły. Po drodze jeszcze ćwiczyli słówka, wiersze, miary i wagi. W ogóle ćwiczyli wszystkie rzeczy pamięciowe, które były zadane na ten dzień. Lekcje w gimnazjum trwały do wpół do trzeciej. Od czwartej zaczynało się wałkowanie materiału na następny dzień. Trwało, z krótką przerwą na kolację, często aż do dwunastej w nocy. Kiedy Władzio przepisywał zadania z brudnopisów, Jędrek odrabiał lekcje z panną Micią. Była ona uczennicą drugiej klasy gimnazjum żeńskiego. Tam też była ta sama arytmetyka, język rosyjski i tak zwany polski. Do tego jeszcze francuski, niemiecki, rysunki i tak dalej. Z panną Micią było jednak dużo łatwiej. Sama rozwiązywała zadania, choć często »nie wychodziły«. Uczyła się rzeczy pamięciowych. A nawet bardzo zręcznie okłamywała syna fornala.

Gimnazjum tylko zadawało lekcje, przepytywało i stawiało stopnie. Korepetytorowi nie dawało żadnych wskazówek. Cała nauka każdego przedmiotu odbywała się nie w murach szkoły, ale w domu. Było to wbrew wynikom pedagogiki, które stosuje się na przykład w Szwajcarii. Cały prawdziwy trud kształcenia spadał hurtem na plecy domowego pomocnika. To on właściwie wychowywał i rozwijał umysł dziecka. Nie znał żadnej metody. Po omacku i na domysł budził charakter i pobudzał pamięć. Własnymi sposobami rozwijał spostrzegawczość i umiejętność myślenia. Do swoich własnych lekcji Radek brał się w nocy, zwykle po dwunastej. Władzio szedł już spać. Jego ojciec zamykał na klucz wszystkie drzwi i odchodził. Służące kładły się spać. Wtedy korepetytor w swoim apartamencie zapalał krzywą lampę. Brał się do Sallustiusza, geometrii i algebry. Wtedy także wyjmował z kieszeni małe pudełeczko z nędznym tytoniem i bibułkami. Kręcił papierosy i w sekrecie zaciągał się do syta. O tej nocnej godzinie zdarzało się też, że wyjmował z kryjówki stare, wyschnięte kromki chleba. Ściągał je z kredensu albo szybko odkrawał od bochenka, kiedy w jadalni nikogo nie było. Państwo Płoniewiczowie nie starali się utuczyć swojej służby. Dawano jeść skąpo i nędznie. Na śniadanie Radek dostawał szklaneczkę kiepskiej herbaty z dwoma cienkimi kawałkami cukru. Na kolację dzień w dzień dostawał pół talerza maślanki z ziemniakami albo tyle samo kwaśnego mleka, albo różowego barszczu. Obiady były pod psem, a nawet pod całym stadem psów. Pokojówka ciągle zmieniała salaterki. Przynosiła delikatne talerzyki, łyżeczki i rogowe nożyki. Ale chamski syn wstawał po tych ceremoniach tak samo głodny, jak siadał.

Pan Płoniewicz był dawnym ziemianinem. Kiedy przyszedł czas kształcenia dzieci, sprzedał folwark. Kupił na przedmieściu Klerykowa dużą posiadłość. Były na niej budynki, rudery, stara szopa i kawał ziemi. W ruderach mieszkała biedota Klerykowa. Byli tam szewcy bez butów i bez kopyt szewskich, stare dewotki i urzędnicy z małą pensją. Byli robotnicy i ludzie bez pracy i bez żadnej własności. Główny dom zajmował sam pan Płoniewicz. Okna tego frontowego budynku wychodziły na ten właśnie opuszczony park. To tam kiedyś Borowicz z kolegami uczył się strzelać z pistoletu.

Radek od razu nie tylko polubił te miejsca, ale mocno je pokochał. Przyjęły go życzliwie. Tu dano mu izbę, posłanie i możliwość uczenia się nocami... Nic w tym wszystkim nie było dla niego złe. Wszystko było dobre. Za korepetycje z Władziem i Micią zgodziłby się nawet spać w stajni. Czasem jednak w czasie »dużej« pauzy koledzy z piątej klasy kupowali u stróżki po pięć, osiem, dziesięć bułek. Kupowali po cztery i po sześć serdelków. A on siedział o suchej gębie i słuchał, jakie marsze umieją grać jego kiszki. Wtedy w myślach przeklinał skąpe obiady i oszczędzanie na ziemniakach i kaszy. Ale przecież to wszystko wynagradzała mu ta własna izba. Sprawiała mu tak wielką przyjemność, że czuł ją ciągle, kiedy siedział tam nocami. Wiedział dobrze, jak bardzo się nią cieszy. Jego pokoik sąsiadował ze spiżarnią i był zupełnie podkopany przez szczury. Ledwie Radek zgasił światło, zaraz było słychać szelesty, szmery, piski i chrupanie. Ogromne zwierzaki spacerowały nie tylko po deskach podłogi. Chodziły też wzdłuż i w poprzek szezlongu.

Za oknem rósł dziki głóg. Dolna rama okna była na poziomie podwórza. Wysoka łodyga głogu, uzbrojona w krzywe kolce, zaglądała do mieszkania Radka. Kiedy Jędrek pierwszy raz obudził się w nowym miejscu, zobaczył ten samotny głóg. Wydał mu się bratem z pól i z chałup. Zdawało mu się, że głóg zagląda do niego i pozdrawia go w smutku. Od tej pory biedny głóg był Radkowi tak bliski, jakby korzeniami tkwił w jego sercu. Był to zresztą jego jedyny przyjaciel w Klerykowie.

Pierwsze miesiące przybysz spędził całkiem samotnie. Tylko raz, w jakiejś sprawie, poszedł do dwóch kolegów z piątej klasy. Mieszkali niedaleko, u krewnych. Byli to synowie bogatego rejenta z prowincji. Mieli własny pokoik z osobnym wejściem. Radek trafił u nich na... bal. Synowie rejenta przyczepili na sznurku do haka na środku sufitu blaszaną miednicę. Miednica wisiała dnem do góry. Na jej zawiniętym brzegu przylepione były palące się łojowe świeczki. Całość udawała żyrandol. Tu i tam powtykano gałązki wierzby. Była to majowa dekoracja sali. Ktoś ukryty w kącie grał na grzebieniu. Wilczkowicki, który drugi rok siedział w piątej klasie, grał na drumli. Kilku kolegów namiętnie i z zapałem tańczyło walca. Nie było żadnych panien, więc z wdziękiem obejmowali krzesełka. Pewien dryblas ostro wywijał. Tulił do piersi poręcz od kanapy, specjalnie do tego walca odłamaną. Radek wszedł i nie był pewny, czy to prawdziwa, pańska zabawa, czy tylko uczniowskie błazeństwo. Stanął w kącie i z nabożną miną przyglądał się bawiącym się. Dlatego zaraz wzięto go na fundusz.

W klasie żaden kolega się do niego nie zbliżył. Przeciwnie, wszyscy mu dokuczali. Od razu zauważono podkówki u jego juchtowych butów. Zauważono drelichowe spodnie, grubą koszulę, tasiemkę i chłopskie wyrażenia w mowie. Był nawet w klasie dowcipniś, niejaki Tymkiewicz. Ciągle go przedrzeźniał. W czasie dużej pauzy specjalnie zachowywano ciszę. Z ostatnich ławek słychać było głos, który naśladował chłopską gwarę:

— Wojciechu, lubują woma zimioki z maślanką?

Z drugiego końca odpowiadano żałośnie:

— Oj, mój kumosicku, lubują, lubują...

— A miso woma lubuje?

— Kez by to miso nie lubowało człowiekowi! Ino co nie umiem onego misa jeść po ślachcicku...

— Po ślachcicku?

— Ajści. Jak mię tatuś oddali do szkoły na stancyą, tom ci dopiéro zobocéł, jak se to ślachta jedzą. Bierze takie świecące widełki, żgnie ono miso, dopieros je do gęby niesie, nikiej chłop snopek w zapole...

Radek słuchał tych dialogów i na pewno czuł palący wstyd. Ale obok wstydu czaiła się w nim zemsta. Kryła się pod maską obojętności i pogardy, tak głęboko jak iskra w krzemieniu. Nauczyciele nieświadomie pogarszali stosunki nowego ucznia z kolegami. Często wywoływali go na środek, żeby sprawdzić i ocenić, co wie. Przybyszowi z Pyrzogłów wydawało się, że wszyscy z niego drwią. W progimnazjum najważniejsze przedmioty wykładały różne niedołęgi, dziwacy i mamuty okręgu szkolnego. Dlatego Radek z łaciny, greki, matematyki i tak dalej recytował prawdziwe *curiosa*. Recytował je jak perły wiedzy, które dali mu mędrcy z Pyrzogłów. Przez to wszystko Jędrek, choć był bardzo dobrym i pilnym uczniem, stał się celem drwin. Jeśli nie był pośmiewiskiem, to był tarczą, w którą wszyscy strzelali szyderstwami.

Minęły prawie dwa miesiące od początku roku szkolnego. Na pewnej lekcji pan Nogacki wezwał go do tablicy. Kazał mu wyprowadzić wzór z geometrii, zadany na ten dzień. Radek stanął przy katedrze, chwycił kredę i zaczął rysować ucięty graniastosłup. Mocne wzruszenie zaćmiło na chwilę jego pamięć i bystrość. W rysunku zrobił błąd. Jedną z linii bryły poprowadził za bardzo w prawo. Nogacki kilka razy go poprawiał. Mówił swoim zimnym głosem:

— Radek, linię *F G* trzeba prowadzić na lewo...

Uczeń starł tę linię, ale nową poprowadził jeszcze gorzej.

— Linię *F G* — na lewo... — znowu wyrecytował nauczyciel.

Koledzy już cicho się śmiali. Jędrek tracił coraz bardziej pewność siebie. Znowu starł nieszczęsną linię. Narysował zupełnie bezsensowną, gdzieś poza figurą.

— Ależ, Radek, linię *F G* trzeba poprowadzić na lewo...

Wzburzony i drżący uczeń starł ją i bezwładnie opuścił ręce. Czarne płatki latały mu przed oczami. Ślina przestała mu płynąć. Usta mu schły, kurczyły się i drgały. Wtedy z przedostatniej ławki wysunął głowę Tymkiewicz. Głośno szepnął po polsku:

— Wojtek, ady k’sobie!

Właśnie w tej chwili Radek się opanował. Jednym ruchem poprowadził linię prawidłowo i zaczął świetnie dowodzić. W klasie wybuchnął ogólny śmiech. Nawet zimny Nogacki miał na ustach wesoły uśmieszek. A przecież karcił Tymkiewicza za to, że na lekcji odezwał się »w innym języku«. Radek szybko skończył twierdzenie i rozwiązał zadanie z geometrii. Dostał stopień bardzo dobry i wrócił na miejsce.

Lekcja się skończyła. Radek zaraz wstał z ławki, zanim jeszcze profesor wyszedł z klasy. Z zagryzioną wargą szybko podbiegł do Tymkiewicza. Lewą ręką, zaciśniętą w pięść, uderzył go w zęby, raz i drugi... Napadnięty rzucił się do bójki. Ale Radek mocno chwycił go za szyję i kilka razy nim potrząsnął. Przywlókł go do muru i zaczął bić po chamsku, cios za ciosem. Bił w zęby, w gardło, w nos, w szczękę. Zanim zdołano rozdzielić walczących, z nosa i ust Tymkiewicza popłynęła strumieniem krew. Nauczyciel przyglądał się całej awanturze z katedry. Tymkiewicz był zakrwawiony i blady jak trup. Położono go na ławce. Wtedy Nogacki wyszedł i zamknął drzwi. Kazał wszystkim zostać na swoich miejscach. Po kilkunastu minutach do sali weszli Kriestoobriadnikow, inspektor, gospodarz klasy, jego pomocnik i kilku nauczycieli. Radek stał w ławce ze zwieszoną głową. Z jego rzęs rzadko kapały łzy. Spadały na ławkę i rozpryskiwały się. Dyżurny krótko opowiedział całe zajście. Nogacki to potwierdził. Tymkiewicz miał zmasakrowaną twarz i jedno podbite oko. Usta wciąż miał pełne krwi. Dyrektor uważnie wysłuchał całej sprawy. Potem powiedział do obecnych nauczycieli:

— Zdaje mi się, panowie, że nie będę w niezgodzie z radą pedagogiczną, jeżeli Radka wydalę z gimnazjum. Jest to rozbójnik, nie uczeń. Jest to cham, prawdziwy cham...

Po chwili zwrócił się do winowajcy:

— Radek, ja pana wydalam z gimnazjum raz na zawsze.

Powiedział to i polecił gospodarzowi klasy dwie rzeczy. Tymkiewicza, kiedy wyzdrowieje, następnego dnia trzeba było wsadzić na cztery godziny do kozy. A Radka trzeba było skreślić z listy. Potem dyrektor odszedł ze swoją świtą. Gospodarz klasy spojrzał ze współczuciem na Jędrka. Ze smutkiem w głosie powiedział:

— Cóż robić... musi pan zaraz opuścić gimnazjum.

Radek zgarnął swoje książki i zeszyty do tornistra. Zarzucił go na plecy. Ukłonił się gospodarzowi klasy i wyszedł, tak jakby wychodził na pauzę. Było już po dzwonku. Górny korytarz i schody były puste. Z którejś klasy słychać było równy głos nauczyciela fizyki:

— W tym celu bierzemy dwa pręty metalowe...

Radek schodził po schodach noga za nogą. Bezwładnie myślał: w tym celu bierzemy... Był spokojny. Ale serce z bolesną siłą tłukło mu się o żebra. Zimne dreszcze przeszywały mu ciało i kości. Przeszedł przez przedsionek i wyszedł na podwórze. Tam zakręcił się w miejscu. W tej chwili przypomniał sobie złamaną łodygę głogu. A raczej przypomniał sobie szczęśliwe westchnienie, które z tym głogiem się łączyło.

— Już po wszystkim... — szepnęły jego słabe wargi.

Jak błędny podszedł do muru, który zamykał podwórze. Usiadł na kamieniu, który tam leżał. Był to długi, ociosany głaz z piaskowca. Leżał w tym miejscu pewnie od wieków. A przynajmniej od czasu, kiedy ojcowie jezuici założyli tu konwikt. Niedaleko widać było dobrze udeptane mety do gry w *extrę*. Podwórze było w tej chwili puste. Jesienny wiatr szumiał w nagich gałęziach kasztanów, które zwisały nad murem. Zgarniał na kupę suche, skurczone, ceglaste i żółte liście. Zgarniał też strzępy pobazgranych papierów. Zmiatał je wirem razem ze śmieciami w róg podwórza. Jędrek oparł się plecami o ścianę i wyciągnął nogi. Długie ręce zwiesił między kolanami tak bezwładnie, że prawie dotykały ziemi. Głowa opadła mu na piersi. Ten wypadek zbyt niespodziewanie go zgniótł. Jego promienne nadzieje umarły zbyt szybko. Trzeba się wynosić z izby, powiedzieć panu Płoniewiczowi, że już nie będę, zabrać rzeczy, książki i iść... W wyobraźni widział przed sobą szosę przykrytą lotnym kurzem, nieskończenie długi biały pas. Przez chwilę widział karczmę. Słyszał krzyk karczmarki, jakby naprawdę tam był:

— A czy aby kawaler stąd nie ucieka?... Po sołtysa, po sołtysa! Trzymaj, łapaj!

Wtedy zdusiła go taka wściekłość i taka rozpacz, że nie mógł złapać tchu. Cierpienie paraliżowało mu rozum jak skurcze. A jednak błąkała się wśród niego decyzja:

— Nie pójdę tamtędy, nie pójdę!

To męstwo odmowy rosło. Trzeźwiło go i ciągnęło na szafot rozmyślań.

— Cóż będę robił na świecie, jeśli tamtędy nie pójdę? — myślał. Patrzył pod nogi szklanymi oczami. — Gdzież ja się podzieję, co będę jadł? Na księdza?...

Wszystkie umierające złudzenia rzuciły się na niego jak huragan wypuszczony z więzienia. Przygniotły go jak tysiąc kamieni. Zgarbił się jeszcze bardziej. Z martwą duszą wpatrzył się w suchy liść. Nagle poczuł, że ktoś przed nim stoi. To uczucie było tak przykre, jakby ktoś wyrywał mu garściami włosy. Podniósł głowę dopiero wtedy, kiedy usłyszał, że ktoś do niego mówi. Obok starego kamienia zobaczył nieznanego kolegę. Kolega patrzył na niego przyjaźnie. Był to Marcin Borowicz, wtedy uczeń szóstej klasy.

— Panie — mówił tamten — byłem na korytarzu i słyszałem, jak pana wylewali.

— Co powiadacie, panie? — zapytał Radek. Przez to nieszczęście wymawiał sylaby po chłopsku.

Oczy miał bez żadnego wyrazu, przymknięte i szkliste. Dolna warga mu zwisała.

— Uważa pan — mówił żywo Borowicz — trzeba znaleźć drogę do starego przez protekcję. To jedyny sposób. Nie ma pan w mieście jakichś wpływowych znajomych?

— Nie, nie mam — odpowiedział Radek szybko i zwiesił głowę.

— Czekaj pan, ja pójdę do Zabielskiego i będę go nabierał...

Radek jeszcze raz podniósł głowę. Ale zrobił to tylko po to, żeby sprawdzić, czy nieznajomy już odszedł. Wciągnęła go w swoją mroczną głębinę leniwa bezwładność. Było to coś jak drzemka i jak gorączka. Siedział skulony, tak jak przedtem, aż do końca godziny. Dopiero po długim czasie usłyszał, że znowu go wołają. Zerwał się na równe nogi. W drzwiach przedsionka zobaczył inspektora. Dwa schodki niżej stał Borowicz. Borowicz z zapałem coś mówił i gestykulował. Inspektor jeszcze raz zawołał Jędrka. Kiedy chłopiec stanął przed nim, inspektor uważnie mu się przyjrzał. Kazał mu iść za sobą. Wkrótce wszyscy trzej stanęli przed drzwiami kancelarii na górnym korytarzu. Borowicz odsunął się na bok. Inspektor sam wszedł do pokoju. Radek stał przed drzwiami z tornistrem na plecach, jak żołnierz na warcie. Stał tak aż do dzwonka. W czasie kilkuminutowej pauzy otoczyli go koledzy z piątej klasy i z niższych klas. Większość starszych i młodszych wyśmiewała jego los. Niektórzy patrzyli na niego życzliwie. Inni patrzyli w milczeniu. A jeszcze inni patrzyli w milczeniu, ale z szyderczym uśmiechem na ustach. W pewnej chwili tłum, który ciasnym kołem otaczał wypędzonego, rozstąpił się i zamilkł. W drzwiach kancelarii pojawił się dyrektor. Władca gimnazjum spojrzał orlim wzrokiem na Radka. Chłopiec odruchowo się wyprostował.

— Ostatni raz — powiedział dyrektor — daruję ci winę. Przeprosić się z Tymkiewiczem i zachowywać się porządnie. Jesteś na liście najbardziej podejrzanych osób w gimnazjum. Tu bić pięściami nie wolno! Dlatego mówię przy wszystkich kolegach: ostatni raz! Najmniejsze przewinienie i bez litości pójdziesz precz. Teraz marsz na lekcję!

Jędrek rozstawił nogi, ukłonił się gorąco i ruszył do klasy. Twarz miał tak samo bladą jak przedtem. Oczy miał tak samo zgasłe. Tylko teraz brwi, nozdrza i wargi drgały mu kurczowo. Otaczała go wrzeszcząca gromada. Miał już z powrotem przejść przez próg klasy. Nagle się zatrzymał. Zaczął szukać oczami w tłumie pewnej twarzy. Nigdzie w pobliżu jej nie było. Tymczasem zadzwonił dzwonek. Uczniowie rozbiegli się w różne strony. Radek usiadł na swoim miejscu. Właśnie była lekcja greki. Przez całą lekcję siedział wyprostowany i patrzył na nauczyciela. Pilnie łapał każdy dźwięk z katedry. Ale jego dusza była poza murami tej klasy. W wielkim pośpiechu i z trudem ciągle szukał w myślach tego ucznia, który go uratował. Był wtedy prawie nieprzytomny. Dlatego nie zapamiętał rysów Borowicza. W jego sercu zostało tylko słabe wspomnienie twarzy, która się nad nim pochylała... Im dłużej o niej myślał, tym goręcej starał się wydobyć z niedawnej przeszłości całą tę postać. I tym cudowniejszy blask otaczał ją dookoła, jakby blask księżyca. Ciche, wewnętrzne łzy Radka, łzy bardziej duszy niż ciała, płynęły i płynęły do tego najczystszego widma...

### Słowniczek

- **czworaki**: dom, w którym mieszkało kilka rodzin robotników dworskich.
- **fornal, rataj, karbowy**: robotnicy we dworze (fornal i rataj pracują przy koniach i w polu); karbowy pilnuje ich pracy.
- **okólnik**: ogrodzone miejsce dla zwierząt przy dworze.
- **juchtowy**: w kolorze juchtu, czyli mocnej, wyprawionej skóry, z której robiono buty.
- **szuwaks, *glanc**: czarna pasta do butów; połysk butów.
- **cholewy, przyszwy, onuce**: górna część buta; przednia część buta; kawałki płótna do owijania nóg w butach.
- **galonek**: srebrny pasek, ozdoba na kołnierzu munduru.
- **łokieć, kwarta, mila, wiorsta**: dawne miary: ok. 60 cm; ok. 1 litra; ok. 7 km; ok. 1 km.
- **Słowiestnost’*, *lezesztyki**: podręcznik literatury (po rosyjsku); czytanki (po niemiecku).
- **»dymać«**: (gwara uczniowska) szybko iść pieszo.
- **uczyń, piechtą, kuniamy, ogunem, kamerdun**: (gwara karczmarki) uczeń, pieszo, końmi, z okładem (więcej), kamerdyner.
- **zerżnąć dudy**: (gwara) zbić kogoś.
- **belfer, »prefesor«**: nauczyciel (pogardliwie); profesor (przekręcone przez chłopca).
- **»na kondycji«**: praca nauczyciela, który mieszka i uczy w obcym domu.
- **suchoty**: gruźlica, ciężka choroba płuc.
- **stancja**: mieszkanie dla uczniów u obcych ludzi, za pieniądze.
- **patent**: świadectwo ukończenia szkoły.
- **primo, secundo, tertio**: po łacinie: po pierwsze, po drugie, po trzecie.
- **szkoła junkierska**: rosyjska szkoła dla przyszłych oficerów.
- **»kowal«**: uczeń, który bardzo pilnie uczy się na pamięć.
- **stygmat**: znak, który zostaje na zawsze.
- **niezmierny**: tak wielki, że nie da się go zmierzyć.
- **wo front**: po rosyjsku: na baczność.
- **»chety«, bułany**: małe, słabe chłopskie konie; koń jasnożółty z czarną grzywą.
- **liberia**: strój służącego w bogatym domu.
- **locum**: po łacinie: miejsce; tu: pokój, w którym Radek mieszka.
- **szezlong**: długa kanapa, na której można leżeć.
- **szafot**: miejsce, gdzie kat wykonywał karę śmierci.
- **korepetytor, korepetycje**: nauczyciel prywatny; płatne lekcje w domu.
- **łapówka**: pieniądze dane po cichu, żeby ktoś coś załatwił.
- **luscinia, cantat, noctu**: po łacinie: słowik, śpiewa, w nocy.
- **con amore**: po włosku: z miłością, bardzo chętnie.
- **rejent**: notariusz, urzędnik, który spisuje umowy.
- **drumla**: mały metalowy instrument, na którym gra się przy ustach.
- **wziąć kogoś na fundusz**: (gwara uczniowska) wyśmiewać się z kogoś.
- **gwara Tymkiewicza**: przedrzeźnia mowę chłopów: *zimioki* — ziemniaki, *miso* — mięso, *ślachta* — szlachta, *nikiej* — jak.
- **curiosa**: po łacinie: ciekawostki, dziwne rzeczy.
- **graniastosłup**: bryła w geometrii, np. w kształcie pudełka.
- **»ady k’sobie!«**: (gwara) przecież w lewo! (tak chłopi wołają na konie).
- **gospodarz klasy, dyżurny**: nauczyciel, który opiekuje się klasą; uczeń, który pilnuje porządku w klasie.
- **rada pedagogiczna**: zebranie nauczycieli, które sądzi uczniów.
- **koza**: szkolna kara: uczeń musi siedzieć zamknięty w klasie.
- **konwikt**: dawny dom, w którym mieszkali i uczyli się uczniowie zakonników.
- **extra**: gra, w którą uczniowie grali na podwórzu.
- **protekcja**: pomoc kogoś ważnego, kto się za kimś wstawia.
- **nabierać kogoś**: tu: sprytnie namawiać, przekonywać.

## XIII

Kiedy Borowicz był w szóstej klasie, liczyła ona trzydziestu trzech uczniów. Z kolegów, którzy razem z nim zaczęli naukę od klasy wstępnej, doszło tutaj zaledwie kilkunastu. Resztę stanowili drugoroczniacy i nowi przybysze. Ogromną większość stanowili Polacy. Było bowiem tylko trzech Żydków i dwóch Rosjan. Z tych Żydków Szlama Goldbaum był prymusem. Cała ta młodzież dzieliła się na dwie nierówne części. Były one jakby dwiema warstwami społecznymi, a przynajmniej dwoma obozami. Do pierwszej gromady należał Borowicz, jego zwolennicy, Rosjanie i Żydkowie. Ta gromada była pod wpływem inspektora. W pewnym sensie była maleńkim stronnictwem ugodowym. Druga gromada była zupełnie bezbarwna. Była wrogo nastawiona do pierwszej. Ubierała się, jak tylko mogła, elegancko. W obu grupach były różne mniejsze odcienie. Brały się one z pokrewieństwa, ze wspólnej stancji, z palenia wspólnych papierosów. Brały się też ze »ściągania« ze wspólnych podręczników albo z zakochania w tych samych pensjonarkach. Grupę inspektora nazywano pogardliwie »literatami«. Druga grupa sama chętnie nazywała się ligą wolno-próżniaków.

W pierwszej grupie Borowicz odgrywał dużą rolę. Już w piątej klasie inspektor delikatnie go do tego zachęcił. Wtedy Borowicz założył wśród przyjaciół małe kółko. Spotykali się w niedzielę po nabożeństwie na jednej ze stancji. Chcieli studiować literaturę rosyjską, żeby lepiej pisać wypracowania. W szóstej klasie »literatów« było już kilkanaście osób. Po świętach Bożego Narodzenia połączyli się z dwiema takimi samymi grupami z siódmej i ósmej klasy. Zbierali się razem w mieszkaniu pewnego siódmoklasisty. Często spotykali się też w mieszkaniu samego inspektora. Na tych zebraniach czytano i omawiano byliny i dzieła Karamzina, Żukowskiego, Gribojedowa, Puszkina, Lermontowa, Kryłowa, Gogola, Ostrowskiego i tak dalej. Czytanie tych pisarzy rozwijało w młodzieży zmysł artystyczny. Uczniowie szóstej klasy mieli w programie byliny. Były to opowieści o bohaterach sprzed czasów Włodzimierza, jak Wołga Swiatosławicz i Mikuła Sielaninowicz. Były też opowieści o bohaterach kijowskich, jak Illja Muromiec, Alosza Popowicz, Dobrynia Nikiticz i tak dalej. Były to rzeczy nudne jak flaki z olejem. Dla młodych chłopców, którzy lubili wszystko badać rozumem, były też ogromnie śmieszne. Za to z zapałem czytali piękne dzieła Puszkina, jak »Eugeniusz Oniegin«, albo »Demona« Lermontowa.

Pierwsze własne uczucia tych młodzieńców, ich namiętne miłostki, marzenia i sny znajdowały wyraz w dziełach rosyjskich pisarzy. Tam znajdowały swój dźwięk i kolor. Ale za tą zewnętrzną formą krył się głębszy sens. Na niedzielnych zebraniach uczniowie wyższych klas często wygłaszali referaty o polityce. Czasem nawet o polityce i religii razem. Ci starsi uczniowie byli jakby sztabem tego obozu. Byli to samorodni badacze, »maleńcy uczeni«, jak mówił inspektor. Byli wśród nich Rosjanie, Polacy i Żydzi. Wszyscy w swoich wypracowaniach masakrowali nieszczęsną »Polszę«. Opisywali ją według książek, które dawał im kierownik. Przedstawiali ją jako dom niewoli. Przedstawiali ją jako gniazdo rozpasanej szlachty, która mordowała lud *ruski* przy okrzykach »psiakrew« i »psiadusza«.

Niektórzy z tych referentów szli jeszcze dalej. Pisali wprost programy dla Polaków, długie odezwy do nich albo hymny na cześć Rosji. Szczególnie dużo takich hymnów pisali starozakonni. Zdolniejsi uczniowie z siódmej i ósmej klasy też zajmowali się polityką, ale w trochę mniej pospolitej formie. Pisali o śmiertelnie nudnym wstępie Karamzina do »Historii państwa rosyjskiego«. Pisali o dziełach Gogola, w których źle mówi się o »Polszy«. Pisali o wierszu Puszkina pod tytułem »Oszczercom Rosji« i tak dalej. Niektórzy z »maleńkich uczonych« z własnej woli zanurzali się w tak zwany panslawizm. Nabijali sobie głowy ogromnymi dziełami różnych zakazanych Czechów. Czytali niezmiernie długie poematy, które wychwalały caryzm. Z tego materiału pisali pouczenia dla »przywiślańskiej« grzesznicy. Uczyli ją, jak ma wyrzec się błędów i stać się »Słowianką«. Wśród siódmoklasistów trafił się nawet mały polski poeta. Tłumaczył rymami na rosyjski wiersze Vajanský’ego i innych »panslawistów«, którzy obrażali Lachów. W końcu sam zaczął w tym guście brzdąkać na własnej lirze. Większość »literatów« należała do tego stowarzyszenia dla dobrych stopni. Dla nich czytali dzieła i pisali wypracowania. Ale byli wśród nich także szczerzy entuzjaści. Byli to ludzie o umysłach krytycznych, badawczych i samodzielnych. Z młodzieńczą furią i namiętnością uczyli się pogardzać polskością, wśród której wyrośli.

Bardziej rozgarnięci spośród nich na własną rękę zaczęli czytać historię Polski. Robili to według zasady: *audiatur et altera pars*. Akurat za szybą wystawową miejscowej księgarenki leżała książka profesora Michała Bobrzyńskiego. Miała tytuł »Dzieje Polski w zarysie«. Wydrukowano ją bez wcześniejszej cenzury. Ale gimnazjalni badacze nie znaleźli tam szowinistycznego buntu przeciw temu, co inspektor gimnazjum mówił o »otcziźnie«. Polski historyk uginał się pod ogromnym ciężarem wiedzy. Sam nawet wiele razy narzekał na ten ciężar. Twierdził jasno i dobitnie, że starą Polskę nic innego, tylko »anarchia doprowadziła do upadku«. Pisał też, że »w ciągu dwu ostatnich wieków istnienia Rzeczypospolitej nie można znaleźć w jej dziejach ani jednego prawdziwie wielkiego, rozumnego czynu, ani jednej prawdziwie wielkiej, historycznej postaci«. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego podawał te prawdy uczniom gimnazjum w Klerykowie stanowczo. Nie wyjaśniał jednak, co według niego jest »wielkim czynem« i »wielką postacią«. Zastrzegał się przy tym, że »nie należy do tych, co, obnażając nasze błędy i wady, sądzą, że już wszystko zdziałali«. Pokazywał całą przepaść upadku własnego narodu. Zachęciła go do tego myśl starego Marka Tuliusza: *historia magistra vitae*. Robił to po to, żeby na przyszłość ogłosić stanowczy program. Był on dla wszystkich, a więc i dla uczniów z miasta Klerykowa:

»Musimy poznać we wszystkich szczegółach objawy i następstwa zabijającej równości, ażeby w dzisiejszej pracy społecznej uszanować jednostki, przodujące siłą swojej tradycji, talentu, wykształcenia, zasług, ażeby zdrową hierarchię wyrobić i utrzymać, ażeby jedni umieli prowadzić, a drudzy ich popierać i słuchać. Musimy odsłonić w całej grozie skutki lekkomyślnych, na chwilowym uczuciu polegających porywów, ażeby, zachowując zapał, zbudzić w sobie zmysł polityczny, wyzyskanie warunków, męską energię wytrwania i pracy«.

Tak więc działania inspektora Zabielskiego przyniosły owoc. Zniechęciły całą młodzież z kółka literackiego do spraw ojczystych, których zresztą wcale nie znała. Zasiały w umysłach szczególny, typowo klerykowski wstręt do wszystkiego, co polskie. W tym kręgu młodzieży rusofilizm we wszystkim, aż do religii, uchodził za znak postępu, krytycyzmu i siły.

Partia wolno-próżniaków składała się głównie z synów szlachty i ludzi zamożnych. Zajmowała się przede wszystkim próżnowaniem. Członkowie »naciągali« każdego »belfra«, który tylko dał się naciągnąć. W karnawale tańczyli do upadłego. Jeździli na łyżwach i po kryjomu jeździli konno. Jeszcze bardziej w sekrecie chodzili na maskarady. Bawili się tam z aktorkami, które na krótko przyjeżdżały do Klerykowa, i z dziewczętami, które mieszkały tam stale. Ta partia nie mogła znieść wszystkich zajęć literackich. Ale głównie dlatego, że wymagały one dodatkowej pracy poza klasą. Wolno-próżniacy grywali w karty. Członkowie drugiej grupy nie mogli nawet o tym marzyć. Było bowiem wśród nich bardzo wielu lisów i zwykłych szpiegów. Wolno-próżniacy jako całość działali wbrew przepisom. Ale nie było wśród nich ani jednego donosiciela. Łączyła ich przyjaźń. Tworzyli zwarte koło gimnazjalnego *high-life’u*. Dlatego tajemnica gry w *stukułkę* trwała wśród nich do końca. Nie wykryły jej nawet najsilniejsze śledztwa inspekcji.

Miejsce gry wybierano raz tu, raz tam. Najczęściej grano w domu lekarza Wyszobierskiego. Właściwie grano w pokoju jego syna, Antosia, lubianego przez wszystkich wolno-próżniaka. Spotykali się późno wieczorem, przed dwunastą. Wybierali takie dni, kiedy mogli usprawiedliwić nieobecność na stancji. Mówili, że byli w teatrze albo na obserwacji gwiazd z nauczycielem kosmografii. Mówili, że byli na balu dla dzieci albo u rodziny, za pozwoleniem swojego opiekuna. Wtedy szczelnie zamykano okiennice. W pokoju było tyle dymu z papierosów, że nie było widać ludzi. Grano w *stukułkę* do późna w nocy. Namiętności ogromnie się rozpalały. Stawka dochodziła czasem do 40 rubli. Zdarzało się, że ktoś z rodziny doktora, kto znał sekret, robił figla w środku nocy. Stukał do drzwi i naśladował głos inspektora, żeby rozpędzić graczy. Wtedy dzielni wolno-próżniacy gasili światło i chowali karty. Pakowali się pod łóżka, za szafę i do szafy. Tłukli się i gnietli w ciemności.

Szczyt karciarstwa przypadł na czas rekolekcji przed spowiedzią wielkanocną. Cztery wyższe klasy zebrano w jednej wielkiej sali. Kilkunastu nauczycieli katolików usiadło w pierwszych ławkach. Na katedrze stanął wikary z miejscowej fary. Poprosił go o to ksiądz prefekt. Ten ksiądz był chudy i mały. Mówił cichutkim, jednostajnym głosem. Był on tak bezbarwny, że nawet najwytrwalszym słuchaczom chciało się spać. Wąsaci i golący brody wolno-próżniacy z ostatnich klas zajęli tylne ławki w głębi sali, obok pieca. Było to podczas drugiego spotkania. Ksiądz mówił dalej o skrusze. Zaczął budować bardzo długie zdania. W sali było cicho jak w kościele. Wydawało się, że nie ma tam ani jednego żywego człowieka. Nauczyciele siedzieli bez ruchu. Szklanymi oczami, z pobożnym skupieniem wpatrywali się w mówcę. Uczniowie się nie ruszali. Kto założył nogę na nogę, siedział tak przez cały czas. Kto wpatrzył się w jakiś gwóźdź w podłodze, nie odrywał od niego oczu ani na chwilę. Minęła jedna godzina. Zegar wybił wszystkie kwadranse drugiej. W końcu zaczęła się trzecia... Nagle w tej absolutnej ciszy z ostatnich ławek rozległ się wyraźny i zniecierpliwiony głos:

— Ależ bij treflem!

Trudno opisać, jaki hałas wywołały te słowa. Władze rzuciły się, żeby złapać bezwstydnych graczy. Przeszukały i przesłuchały całą tę część sali. Ale żadne sposoby nie wykryły winowajcy, który wołał, żeby bić treflem. Nie wykryły też jego partnerów.

Inna grupa z entuzjazmem zajmowała się jazdą konną. Za przedmieściem Rokitki, w szopach od strony pól, jesienią i zimą stacjonował szwadron dragonów. Niektórzy wolno-próżniacy nawiązali znajomość z podoficerem jednego z oddziałów. Płacili mu dużo. Za to późnym wieczorem dostawali na kilka godzin trzy osiodłane konie. Umówiony żołnierz po kryjomu wyprowadzał je w otwarte pole i tam czekał. Jeźdźcy przebierali się w długie buty, cywilne kurtki i czapki. Ukradkiem przychodzili na umówione miejsce. Wskakiwali na siodła i pędzili, ile sił w koniach, po rzadko uczęszczanych dróżkach.

Mniej rycerska »paczka« szalała za aktorkami. Przebierali się za stróżów, Żydów, dziewczyny, stare baby i tak dalej. Tak przebrani chodzili na przedstawienia »Pięknej Heleny«. Oklaskiwali piękności z wędrownej trupy, o których mówił cały Kleryków.

Bajeczne sztuki w tej dziedzinie wyczyniał uczeń siódmej klasy, Wolski. Był do szaleństwa zakochany w tak zwanej »Iskierce«. Grywała ona role nieme, ale za to z bardzo dużym dekoltem. Wolski zawsze i wszędzie nosił przy sobie jej fotografię. W czasie lekcji udawał, że pilnie czyta »Eneidę« albo »Iliadę«. A w rzeczywistości bez przerwy patrzył na fotografię, jak wrona w kość. Ale mimo różnych starań nie znał jej osobiście. Koledzy mu współczuli. A raczej w ten sposób dawali ujście własnej miłości do »Iskierki«, która pożerała także ich dusze. Według ich rady Wolski kupił za trzy ruble duże pudełko cukierków. Postanowił pewnego wieczoru pójść z nim prosto do mieszkania ukochanej. W wielkim sekrecie przyniósł pudło na stancję. Schował je w swoim łóżku, pod kołdrą. Ale zły los chciał inaczej. W czasie obiadu Wolskiego nie było w sypialni. Weszło tam wtedy dwóch trzecioklasistów z tej samej stancji. Zaczęli się kłócić i bić. Szarpali się i upadli na łóżko zakochanego. Pod wieczór Wolski chciał wyjąć z łóżka symbol swojej miłości. Zobaczył smutny widok. Tekturowe pudełko z pomadkami, czekoladkami i całym arcydziełem sztuki cukierniczej było zgniecione na placek. W cukierkach były różne soki. Teraz te soki z placka ściekały. Wolski szalał. Nie miał pieniędzy na drugie pudełko. A ból zawodu nie pozwalał mu czekać, aż z domu przyjdzie tak zwana »flota«. W takim stanie ducha chwycił się rozpaczliwego sposobu. Od znajomych pensjonarek dostał dwa puste, mniejsze pudełka po cukierkach. Najpierw zgniótł zmiażdżoną masę i pracowicie ją rozmiękczył. Dopiero z tej miazgi palcami ulepił kopie pomadek. Kiedy zrobił cały zapas, ułożył go w pudełkach. Związał oba pudełka niebieskimi wstążeczkami i poszedł do bogini swojego serca...

Przedmioty z ostatnich klas nie miały wpływu ani na jedną, ani na drugą grupę młodzieży. Większość uczniów naprawdę uczyła się tylko matematyki. I tylko ta nauka naprawdę rozwijała umysły. Od szóstej klasy interesowano się także fizyką, choć uczono jej nieudolnie. Resztę przedmiotów, a więc języki starożytne, rosyjski, historię i tak dalej, wszyscy uważali za zło konieczne. Cierpliwie znoszono to, co można wyrazić zdaniem: *non vitae sed scholae discimus*. Ogromnie dużo czasu zajmowały rozszerzone kursy gramatyki łacińskiej i greckiej. Zajmowało go też niekończące się, nieznużone tłumaczenie. Tłumaczono »Iliadę«, »Odyseję«, »Eneidę«, tragedie Sofoklesa i utwory Horacego. Tłumaczono mowy starego adwokata Cycerona, »Wspomnienia« Platona, dialogi Lukiana, przemówienia Demostenesa i tak dalej. Tłumaczono po kawałeczku i w taki sposób, że do młodych mózgów wcale nie docierała myśl tych cudownych dzieł klasycznych. Nie docierała ich treść, całość ani forma, choć uczniowie czytali je w oryginale. Ani jeden uczeń nie umiał opowiedzieć treści »Iliady«. Nie umiał wyjaśnić, jakie przygody wkuwa na pamięć po grecku całymi rozdziałami. Zresztą nikt go o to nie pytał. W Klerykowie czytanie »Iliady« w oryginale znaczyło jedno. Trzeba było nauczyć się ogromnej liczby greckich słów i form gramatycznych. A przy tym trzeba było wkuwać na pamięć całe strony.

Greki uczył Rosjanin. Z zamiłowania był archeologiem i slawistą. Homera objaśniał z musu, jako urzędnik określonej rangi. Rząd wysłał go, żeby wpompował uczniom określoną liczbę kubłów greki. Nigdy nie dał uczniom do przeczytania eposu w żadnym tłumaczeniu. A tylko z tłumaczenia mogliby poznać jego treść. Przeciwnie, wszelkie tłumaczenia były surowo zakazane. Może trochę więcej sensu miały tłumaczenia greckiej prozy. Ale i tu przez pół roku czytano jeden kawałek dzieła. Nie objaśniano przy tym, o czym jest całe dzieło.

Zimą, w szarym świetle smutnych dni, uczniowie po kolei recytowali ustne tłumaczenia. Cała klasa była wtedy pogrążona jakby w dziwnym śnie. Słowa i zwroty powtarzały się monotonnie. Działały na umysł jak szelest kropli deszczu albo jak widok powoli topniejącego śniegu. Myśl nie miała prawa ruszać się ani do przodu, ani do tyłu. Dlatego stała w miejscu. Z pozoru mogło się wydawać, że młodzież z Klerykowa ćwiczy na klasykach, jeśli nie duszę, to przynajmniej pamięć. Ale i to było złudzeniem. Słowa i zwroty wkuwano z ogromnym wysiłkiem i trudem. Ale nie łączyły się one w myślach ze światem zewnętrznym. Nie budziły poczucia piękna. Nikt ich nie oceniał rozumem, jak pracy, którą robi się w jakimś celu. Były to martwe dźwięki o jałowym brzmieniu. Prądy w mózgu, które im odpowiadały, płynęły tylko niektórymi drogami. Nic dziwnego, że kilka lat po szkole wychowanek z Klerykowa zupełnie zapominał grekę. Z trudem rozróżniał litery tego języka. A przecież niedawno umiał wyrażać w nim swoje myśli. Cały zapas wiadomości z gramatyki i literatury znikał z jego mózgu bez śladu. Znikał tak, jak znika obraz wywołany na kliszy w ciemni fotograficznej. Tak się dzieje, kiedy z zupełnej ciemności wyniesie się kliszę na światło dzienne.

Podobny skutek miały lekcje historii w gimnazjum. W szóstej klasie był kurs dziejów Rosji z epoki tak zwanych dzielnic i wieców. Borowicz i wszyscy jego koledzy czasem po całych nocach uczyli się na pamięć. Uczyli się prawdziwych kolekcji małych książąt ruskich. Uczyli się dat ich różnych zdrad, morderstw, oślepień i przejęć władzy. Uczyli się dat bitew i śmierci. Budowali sobie w głowach prawdziwą barykadę z tych wiadomości. A nauczycielowi nawet się nie śniło, żeby pokazać ducha i sens tamtych odległych czasów. Suchy i zawzięty Rosjanin, Kostriulew, wchodził do klasy i siadał na katedrze. Jednym spojrzeniem obrzucał wychowanków. Drżeli ze strachu i w myślach powtarzali sobie rodowody książąt, nazwy ich ziem i daty ich śmierci. Nagle Kostriulew wymawiał nazwisko któregoś z winowajców. I od razu rzucał w niego pytaniem:

— Synowie Jarosława Pierwszego, Mądrego?

— Izjasław Kijowsko-Nowogorodzki; Światosław Czernihowski, Wsiewołod Perejasławski, Igor Władimiro-Wołyński, Wiaczesław Smoleński... — trzepał uczeń jednym tchem.

Kiedy dochodził do końca listy, już musiał recytować odpowiedź na drugie pytanie:

— Bitwa na brzegach Kałki?

Języki francuski, niemiecki i polski były kopciuszkami w programie gimnazjum. Z dwóch pierwszych uczeń mógł wybrać tylko jeden język. Na polski, oczywiście, mógł bezkarnie nie chodzić. Co więcej, uczeń Rosjanin w żadnym razie nie miał prawa chodzić na lekcje polskiego. A te lekcje prowadzono po rosyjsku. Lekcje tych nowożytnych języków »zgniłego Zachodu« były, mówiąc szczerze, godzinami humoru. Nauczyciele byli albo strasznymi dziwakami, jakich świat nie widział, albo ludźmi takimi jak Sztetter. Byli wewnętrznie rozbici i na zawsze obojętni. Dość powiedzieć, że po ukończeniu całego gimnazjum »filologicznego« żaden wychowanek nie znał francuskiego ani niemieckiego. Nie znał ich nawet tyle, żeby swobodnie przeczytać rozdział prostej powiastki dla ludu. Za to wszystkie siły umysłowe starszej młodzieży szły na pisanie rosyjskich wypracowań. Pisano je na tematy historyczne, literackie i abstrakcyjne. Każde wypracowanie, zależnie od rodzaju, trzeba było układać według wzoru, który nazywano planem. Musiało mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Każda z tych części była podzielona na tak zwane »myśli«. Trudno było zachować równowagę, kiedy wypisywało się te »myśli«. Ale tak samo trudno było uważać na »polonizmy«. Opracowanie i wykończenie rosyjskiego wypracowania było pracą bardzo ciężką, niewdzięczną i drewnianą. Każdy uczeń wolałby wkuć na pamięć całe ody Łomonosowa, niż napisać jedną rozprawkę. Dlatego wychowankowie pana Zabielskiego najczęściej »ściągali« wypracowania. Ściągali ze starych zeszytów albo z podręczników literatury, sprowadzonych Bóg wie skąd. Ściągali też z książek wypożyczonych z biblioteki szkolnej.

Biblioteka była na dole budynku i zajmowała kilka dużych sal. Stały tam rzędem szafy pokryte wieloletnim kurzem. Były w nich polskie książki z XVI, XVII i XVIII wieku, a nawet rzadkie inkunabuły. Skazano je na bezczynność. Pogardzano nimi i tylko je tolerowano, jak zgniłe drzewa. Takich drzew nie można spalić, a nie ma ich gdzie wyrzucić. Bliżej drzwi wejściowych ustawiono rosyjskie książki do wypożyczania.

Młodsi uczniowie brali stamtąd opisy wypraw Mayne Reida, Fenimore’a Coopera, Juliusza Verne’a i tak dalej. Starsi brali dzieła Łomonosowa, Karamzina i tak dalej, i tak dalej. Władze gimnazjum bardzo się starały chronić wychowanka z Klerykowa przed każdą książką, która mogłaby wyprowadzić jego myśl na otwarte pole. Jego myśl miała zostać za płotem lojalności, a nawet czynnej miłości do Rosji. Nie mogła wyjść na pole samodzielnego myślenia. Mimo tak ścisłego nadzoru niepożądana książka wśliznęła się jednak nawet do rąk szóstoklasistów. A przecież przeszukiwano uczniom i kuferki, i tornistry. Był to rosyjski przekład dzieła Henryka Tomasza Buckle’a *History of civilisation in England*. Pewien ósmoklasista mieszkał u zamożnych krewnych. Znalazł tę książkę w bibliotece swojego wujka. Zaczął ją czytać i dał kolegom — i poszło zepsucie! Buckle był genialnym samoukiem. Świetnie ułożył swoje paradoksy. Podziałały one na umysły uczniów z Klerykowa jak nagły błysk pochodni. Taki błysk pokazuje w ciemności przedmioty i niewyraźne kształty. Pokazuje, jak to, co można zobaczyć, łączy się z dalekim, tajemniczym światem! Buckle dowodził, że zjawiska duchowe następują po sobie według stałych praw. Dowodził tego statystyką popełnionych przestępstw i zawartych małżeństw. Dowodził też statystyką listów, które ludzie z roztargnienia wysłali bez adresu. Ten dowód od razu stał się ewangelią myślenia pewnej grupy młodzieży. Buckle występował przeciw nauce teologów o predestynacji i przeciw teorii metafizyków o wolnej woli. Było to jak dźwignia, którą włożono pod budynek wiary. Buckle rozważał też wpływ czterech czynników fizycznych na umysł człowieka i na organizację społeczeństw. Były to: klimat, żywność, gleba i ogólne zjawiska przyrody. Z tego zrodziła się prawdziwa filozoficzna furia.

Szczególne znaczenie miał przypis z pierwszego rozdziału tej książki:

»Doktryna o Opatrzności stoi w związku z doktryną o przeznaczeniu, ponieważ Bóstwo, przewidując wszystko w swym wszechwiedzeniu przyszłości, — musi przewidywać zarazem z góry i własne zamiary. Zaprzeczać takiego wszechwidzenia przyszłości, — jest to zaprzeczać wszechwiedzy Bogu. Ci zatem, którzy utrzymują, że w pewnych razach Opatrzność zmienia zwykły bieg wypadków, muszą zgodzić się na to, że w każdym takim razie zmiana tego rodzaju była już w przeznaczeniu, inaczej zaprzeczyliby jednego z przymiotów boskich«.

Właśnie ta krótka uwaga zrodziła całą szkołę filozoficzno-materialistyczną. Ta szkoła miała swoich mistrzów, wyznawców, badaczy, mówców i zagorzałych przeciwników. Mistrzami byli dwaj siódmoklasiści: Nochaczewski i Miller. Pierwszego nazywano »Spinozą«. Drugiego nazywano bardziej zagadkowo: »Balfegorem«. Obaj tłumaczyli Buckle’a, obaj byli dialektykami i szerzyli postępowy kierunek. »Spinoza« pierwszy zrozumiał niejasne miejsca rozdziału drugiego. Wyłożył je mniej zdolnym buckle’istom, którzy szli za innymi jak owce. Objaśnił, co to jest wartość, renta, czynsz, zysk i tak dalej w znaczeniu ekonomicznym. Do tego budował swój własny system. »Balfegor« miał umysł ostrożniejszy. Czytał Buckle’a bardzo powoli. Czasem siedział nad jedną stroną tydzień. Nie szedł dalej, dopóki wszystkiego nie zrozumiał. Dokładne zbadanie sprawy wymagało specjalnych studiów z różnych dziedzin.

Dlatego »Balfegor« ogromnie dużo pracował. Brakowało mu książek i podstawowych wiadomości z botaniki, chemii, zoologii i tak dalej. Te braki musiał wypełniać własnymi domysłami i własnymi obliczeniami. Ile popełnił błędów! Ile razy sam musiał burzyć budowlę złudzeń, którą postawił na fałszywym założeniu! Tymi złudzeniami szczerze zajmował się »Spinoza«. Burzył je. Był świetnym matematykiem i bystrym obserwatorem. Bez głębokich studiów szedł na przodzie. W dyskusjach zawsze udowadniał, że jest lepszy. Mówiąc tamtejszym żargonem, udowadniał swoją *smiekałkę*.

Wśród najbardziej zdecydowanych materialistów był Marcin Borowicz. Wtedy już nie mieszkał u »starej Przepiórzycy«. Mieszkał gdzie indziej, jako korepetytor dwóch malców. Mieszkało tam też kilku zamożniejszych uczniów z ostatnich klas. Właśnie tam, na stancji u tak zwanej »Czarnej pani«, było gniazdo buckle’izmu. Wieczorami, czasem do późna w nocy, toczyły się zawzięte spory. Kłócono się z »metafizykami«, z »idealistami« i z »pomidorowcami«, czyli z grupą wierną katolicyzmowi. Ileż szyderstw i obelg wycierpiały tam »ciemne łby« takie jak Kant, Hegel, Fichte i Schelling! Według ulubionego zdania »Balfegora«, wziętego oczywiście z »książki«, ci filozofowie »sami wzbili chmurę pyłu i dziwią się, że on im oczy zasypuje«... Taki sam los jak ci filozofowie miał miejscowy prefekt. Bez swojej woli, chęci i zasługi stał w gromadzie zdecydowanych wrogów materializmu, ramię w ramię z Kantem i Heglem.

Zwolennicy panslawizmu, rusofile *par excellence*, bali się otwarcie czytać Buckle’a albo lekceważyć spowiedź. Bali się skutków. Dlatego wewnątrz samego stronnictwa literackiego rusofile materialiści walczyli z rusofilami — »maleńkimi uczonymi« i karierowiczami. Cała grupa wolnomyślnych gorliwie pracowała. Pytania, które postawił w swoim dziele utalentowany Anglik, tak bardzo obudziły umysły młodzieży z Klerykowa, że zaczęto nawet studiować łacinę i grekę. W tym dziele mówiono bowiem i o tych dziedzinach wiedzy. Matematyki i fizyki uczono się tak usilnie, że Borowicz w szóstej klasie wkuł cały kurs trygonometrii. Zrobił to, żeby łatwiej zrozumieć buckle’izm. A trygonometrii uczono dopiero w siódmej klasie. Każdą książkę, która pojawiła się na horyzoncie, czytano na wyścigi. Był to na przykład przypadkiem zabłąkany większy podręcznik fizyki, kurs chemii czy matematyki wyższej. To, co w ten sposób zdobyto, od razu przynoszono do wieczornych dyskusji. Wszystkie przedmioty z programu gimnazjum służyły tylko jako rodzaj papki do tych dyskusji.

Borowicz był jakby specjalistą od ateizmu. W tej dziedzinie wyprzedzał ostrożnego »Balfegora« i bystrego »Spinozę«. Jego stała wiara nagle się rozsypała. To wprowadziło osiemnastoletniego szóstoklasistę w zupełnie nowy świat. Znalazł się jakby na dzikiej, nigdy nieuprawianej ziemi. Chodził po niej samotnie i ze zdumieniem. Wszystko tam było zupełnie obce. Wszystko musiał sobie sam wyjaśniać. Każdą rzecz, którą spotykał, oglądał ze wszystkich stron. Każdą najzwyklejszą myśl rozważał i ważył jak coś całkiem nowego. A »książka« dawała tyle zdumiewających myśli! Pokazywała, że historia, której uczono w gimnazjum, to nieudolnie ułożony spis wydarzeń. Pokazywała, że matematyka to dopiero alfabet tej wiedzy. Wymieniała z nazwy całą listę nieznanych nauk. Pokazywała ich perspektywę bez końca. Ciągnęła młode umysły przez lądy i morza, wśród najciekawszych zjawisk. Prowadziła je przez wydarzenia świata żywego i umarłego. I siała ziarno zuchwałego szturmu do nieba. W kursie fizyki był krótki opis budowy oka i ucha. Obudził on w gimnazjalnych badaczach szalone pragnienie, żeby uczyć się chemii, anatomii, fizjologii i tak dalej. Marzyli o dniu, kiedy to nastąpi, jak o chwili ogromnej radości. Trzej przywódcy buckle’istów (»Balfegor«, »Spinoza« i Borowicz) po kryjomu chodzili do rzeźni. Hojnie płacili rzeźnikom za oczy wołów i cieląt. Kroili je scyzorykami. Prześcigali się w pokazywaniu wszystkiego, co było opisane w tej krótkiej wzmiance.

Książka Buckle’a budziła umysły skrępowane pieluchami szkolnego programu. Ale odegrała też inną, dużo ważniejszą rolę. Była nie tylko kodeksem moralności i bodźcem do niej. Była wprost siłą moralną.

Młodzieńcy dojrzewali fizycznie. Ich cała energia duchowa mogła popłynąć w byle jakim kierunku. A książka mocno ujęła ją w koryto i porwała ku najwyższym sprawom. Każdy buckle’ista nosił w sercu marzenie pełne zachwytu. Chciał nie tylko zdobyć wiedzę mistrza, ale sam stać się Buckle’em. Chciał zamknąć się w murach jakiegoś domu i zebrać nieprzebraną liczbę książek. Chciał uczyć się przez całe życie. A nawet umierać, wołając jak on:

— »O, dzieło moje, o, dzieło moje!«...

Na kartach »Historii cywilizacji Anglii« odsłaniał się ogromny obszar wiedzy. Przede wszystkim zmusiło to Borowicza i jego współwyznawców do pracy. Nauczyło ich uczciwie cenić czas na wagę złota. Kto ma zostać Buckle’em, ten nie może tracić ani minuty. Musi dobrze rozplanować godziny i kwadranse i wszystkie wypełnić pracą. Z tej wysokości buckle’izmu żaden z wyznawców ani na chwilę nie zszedł do świata wolno-próżniaków. Młodzież, która się tak zabawiała, uważał za nędzne stado. Siły ich dusz zostały zupełnie pochłonięte przez naukę. A raczej przez marzenia i piękne sny o świecie nauki. To oderwało ich od wszelkiego brudu ziemi. Podniosło ich bardzo wysoko. Szybko i na zawsze ich uszlachetniło.

»Książkę« znano tylko w rosyjskim przekładzie. Dlatego, z natury rzeczy, wszystkie terminy naukowe i gotowe formuły ścisłego myślenia przyklejały się do mózgów w rosyjskiej formie. Na wieczornych dyskusjach wszystko, co dotyczyło rzeczy »abstrakcyjnych«, mówiono między sobą po rosyjsku. Nikt nie umiałby dokładnie wyłożyć swoich »przekonań« po polsku. Była to najbardziej zjadliwa forma »*obrusienja*«. Młodzież bowiem sama, z własnej woli, stopniowo wprowadzała je we wnętrzu własnych czaszek. Ale nie mogło być inaczej. Ta młodzież była głodna pokarmu naukowego. Znalazła go i karmiła się tym, co znalazła. Wykształceni mieszkańcy miasta umieli tylko w największym sekrecie stękać na »ucisk«. Umieli się tylko dziwić, jak w polskim kraju można uczyć polskiej gramatyki »*pa russki*«. Ale nie mieli dość zdolności politycznych, żeby założyć dla tej młodzieży czytelnię. Mogłyby w niej być własne i tłumaczone dzieła naukowe, które kształciłyby systematycznie.

### Słowniczek

- **prymus, drugoroczniak**: najlepszy uczeń w klasie; uczeń, który drugi rok siedzi w tej samej klasie.
- **stronnictwo ugodowe**: grupa ludzi, którzy chcą żyć w zgodzie z władzą, a nie walczyć z nią.
- **»literaci«, wolno-próżniacy**: uczniowie z kółka inspektora; uczniowie, którzy wolą zabawę niż naukę.
- **byliny**: dawne rosyjskie pieśni o bohaterach.
- **starozakonny**: Żyd (dawne, uprzejme słowo).
- **panslawizm**: idea, że wszyscy Słowianie powinni połączyć się pod władzą Rosji.
- **Lachy**: dawna, pogardliwa nazwa Polaków.
- **audiatur et altera pars**: po łacinie: niech będzie wysłuchana i druga strona.
- **cenzura**: urząd, który sprawdza książki i zakazuje tego, co nie podoba się władzy.
- **Marek Tuliusz, *historia magistra vitae**: Cyceron, rzymski mówca; po łacinie: historia jest nauczycielką życia.
- **rusofilizm, rusofil**: miłość do Rosji i wszystkiego, co rosyjskie; człowiek, który tak myśli.
- **high-life**: po angielsku: wyższe towarzystwo, elita.
- **stukułka*, trefl**: gra w karty; jeden z kolorów w kartach.
- **rekolekcje**: dni modlitwy i kazań przed spowiedzią.
- **szwadron dragonów**: oddział żołnierzy na koniach.
- **»flota«**: (gwara uczniowska) pieniądze przysyłane z domu.
- **non vitae sed scholae discimus**: po łacinie: uczymy się nie dla życia, lecz dla szkoły.
- **kopciuszek**: tu: coś, czym wszyscy pogardzają.
- **polonizm**: polskie słowo lub zwrot w tekście w innym języku (tu: błąd w wypracowaniu rosyjskim).
- **inkunabuły**: najstarsze drukowane książki (z XV wieku).
- **predestynacja, Opatrzność**: nauka, że Bóg z góry zdecydował o losie człowieka; Bóg, który opiekuje się światem.
- **smiekałka**: po rosyjsku: spryt, bystry rozum.
- **»pomidorowcy«**: (gwara uczniowska) uczniowie wierni katolicyzmowi.
- **par excellence**: po francusku: w pełnym znaczeniu tego słowa.
- **obrusienje*, *pa russki**: po rosyjsku: rusyfikacja, robienie z Polaków Rosjan; po rosyjsku.

## XIV

Mdłe jesienne światło wpadało do klasy siódmej. Wypełniało ją dziwnie smutnym i nudnym półmrokiem. Przed chwilą wyszedł »Grek«, z którym tłumaczono dialogi Lukana. Wkrótce miał przyjść nauczyciel historii. Wszyscy uczniowie siedzieli w klasie. Z szóstej do siódmej przeszło ich zaledwie dwudziestu trzech. Na miejscu zastali pięciu drugorocznych. To oni nadawali »sztubie« szyk i odpowiedni ton. Właśnie jeden z nich, blady i wychudzony mężczyzna w mundurze ucznia, szybko opowiadał sprośną anegdotkę. Słuchało jej kółko kolegów zebranych przy jego ławce. Co chwilę wybuchali homeryckim śmiechem.

W drugim kącie sali Borowicz żywo dyskutował z Waleckim, zwanym »Figą«. Walecki miał dopiero siedemnaście lat. Był tak małego wzrostu, że uważano go za trzecioklasistę. Była to dla niego śmiertelna męka. Uczył się znakomicie. Tylko z powodu »złego sprawowania« był na liście drugim uczniem z kolei. Pierwszeństwo miał Szlama Goldbaum. Złe sprawowanie, czyli czwórkę zamiast piątki, Walecki zdobywał niezwykłą hardością. Nie było tygodnia, żeby ten prześliczny chłopak nie skoczył do oczu któremuś z belfrów. Na każdą uwagę musiał coś odpowiedzieć. Odpowiadał dowcipnym sarkazmem albo przynajmniej znaczącym chrząknięciem. Albo piorunującym spojrzeniem oczu, podobnych do pary diamentów.

Całe stronnictwo literacko-buckle’owskie starało się przeciągnąć »Figę« na swoją stronę. Ale on unikał bezbożnych rozmów. Miał kilka sióstr i był jedynym synem matki. Matka była katoliczką i miała niewielki sklep z materiałami piśmiennymi. Jak agent tajnej policji kontrolowała każdy krok syna. Wyrywała mu z rąk nie tylko książki wolnomyślne, ale wszystkie tak zwane »złe«. Panowała też całkowicie nad wiedzą tego wybitnego siódmoklasisty. Musiał jej sumiennie opowiadać, o czym rozmawiał z kolegami. Musiał zdradzać swoje tajne myśli, które ona z góry uważała za grzeszne. Musiał wyjawiać wszelkie plany i marzenia. Tak prowadzony hardy Tomasz musiał unikać nie tylko dyskusji. Nie miał nawet prawa słuchać »złych« myśli i wpuszczać ich do swojej głowy.

Matka, która szalała za »Figą«, trzymała go jak konia na uzdzie. Doprowadzało go to do ukrytej, głuchej, dzikiej wściekłości. Ale poddawał się, bo w jego sercu nie było miejsca na otwarty bunt przeciw matce. »Figa« wierzył tylko w to, co razem z nią uznał za słuszne. Zgodnie z jej poleceniami przewyższał wiedzą wszystkich »literatów«, choć nie chodził na ich zebrania. Czytał wszystko, czego potrzebował do pisania rosyjskich wypracowań. Ale żadnej bezbożnej książki jeszcze nie miał w ręku. Borowicz nie opuszczał żadnej okazji, żeby drażnić »Figę« swoimi uwagami. Dlatego między nimi dwoma trwała ciągła walka.

Pan Kostriulew, nauczyciel historii, wszedł do klasy i usiadł na katedrze. Był to rusyfikator w najbardziej prostackim znaczeniu tego słowa. Prawie na każdej lekcji wyciągał sprawy bolesne dla polskiej młodzieży (gdyby była w stanie je czuć). Rozwijał je szeroko. Kazał uczyć się mnóstwa niepotrzebnych faktów spoza programu gimnazjum. W podręczniku historii Iłowajskiego była krótka, typowo moskiewska wzmianka o upadku Polski. Kostriulew na niej nie poprzestał. Przynosił ze sobą jakieś grube rękopisy, które nazywał »dopełnieniem«. Wyczytywał z nich różne skandale.

Tego dnia przepytał zaledwie jednego ucznia. Potem rozłożył swój rękopis i zaczął czytać. Na zmianę rzucał jadowite uśmiechy i spojrzenia. Długo i szeroko opisywał historię »dobrowolnego« prawosławia na Litwie. Wyliczał przykłady zdzierstwa księży katolickich i gorszących scen z ich życia, i tak dalej. Lekcja zbliżała się już do końca. Wtedy, chyba żeby pokazać sprawę na wyraźnym fakcie, zaczął opowiadać o konfiskacie wielkiego klasztoru żeńskiego koło Wilna.

— Kiedy wywieziono mniszki — mówił — urzędnicy zabrali się do zbadania budynku. Podczas rewizji cel przypadkiem odkryto tajne schody. Prowadziły one do podziemnych lochów. Tam przybyli zobaczyli straszny widok. Stało tam mnóstwo maleńkich drewnianych trumienek, prawie jednakowej wielkości. Leżały w nich ciała ledwo narodzonych dzieci. Niektóre z tych trumienek były już zupełnie zbutwiałe, chyba sprzed stu lat. Inne rozsypywały się w proch. Ale były też zupełnie nowe, lśniące bielą sosnowego drewna...

Nauczyciel przerwał na chwilę czytanie i spojrzał na słuchaczy. Wtedy Walecki wstał z miejsca i powiedział ostro:

— Panie nauczycielu!

— A co tam? — zapytał Kostriulew, poprawiając swoje niebieskie binokle.

— Panie nauczycielu! — mówił »Figa« głosem wzburzonym i drżącym, ale bardzo zuchwałym. — Ja... to jest... ja w imieniu moich kolegów... uczniów klasy siódmej, ja proszę, ażebyś pan nie czytał tutaj podobnych rzeczy.

— Co takiego? — zawołał historyk i zerwał się z krzesła.

Walecki wspiął się na palce. Oparł ręce o deskę ławki i pochylił się do przodu. Mówił coraz głośniej. Jego głos ciął jak ostra szabla:

— Ja jestem katolikiem i nie mam prawa słuchać tego, co pan czytasz. Dlatego w imieniu całej klasy, w imieniu... całej klasy...

— Milczeć, smarkaczu! — wrzasnął nauczyciel i zszedł z katedry.

Było to najboleśniejsze przezwisko, jakie mógł usłyszeć tak mały »katolik«. Słowo »smarkacz« przeszyło go jak bagnet. Nozdrza jego klasycznego nosa zaczęły drgać. Brwi skoczyły do połowy czoła. Twarz zbladła jak papier.

— Ja nie chcę słyszeć tego, co pan czytasz! — krzyknął na cały głos. — Tego nie ma w kursie, a zresztą jest to potwarz i nędzny fałsz! Nędzny fałsz! Ja w imieniu całej klasy...

Kostriulew mruknął coś pod nosem. Szybko zgarnął na kupę swój rękopis, dzienniki i książkę Iłowajskiego. Gwałtownym krokiem wyszedł z klasy. Walecki usiadł na swoim miejscu. Oparł głowę na pięściach i siedział tak bez ruchu. W sali zapadła cisza. Nie było słychać żadnego szmeru ani oddechu. Nagle Borowicz powiedział coś półgłosem. W tej napiętej ciszy zabrzmiało to jak krzyk:

— To ci ognisty katolik!

Walecki natychmiast podniósł głowę i odwrócił się. Zmrużył oczy i szepnął przez zaciśnięte zęby:

— Tak, ty... libertynie!

— »Pomidorowiec«... — odpowiedział mu Borowicz. — On w imieniu całej klasy...

Ledwie zdążył to powiedzieć, gdy drzwi otworzyły się z trzaskiem. Do klasy wszedł prawie cały sztab gimnazjum. Dyrektor szybko podszedł do pierwszych ławek. Zaczął krzyczeć i bić w nie pięściami:

— A to co? Bunt? Bunt? Bunt? Ja was nauczę! W tej chwili won cała klasa! Won! Myślicie, że ja się zawaham! Walecki! — krzyknął w prawdziwej furii. — Tutaj!

»Figa« stanowczym krokiem wyszedł na środek i stanął przed dyrektorem.

— Od ziemi nie odrósł, żak, ssipalec! — pienił się Kostriulew. — I to takie... przeciwko mnie... Protest... Ja dla dobra nauki, a ty, chłystku!...

— Tak... — powiedział »Figa« chrapliwym basem, który co chwilę przechodził w dyszkant. — W imieniu całej klasy... My chodzimy do spowiedzi, wyznajemy naszą religię... A zresztą ja nic nie chcę... Niech on przeczyta panu dyrektorowi i wszystkim to, co my tu słyszeliśmy przed chwilą! Niech on to przeczyta. Ja nic... tylko niech on to przeczyta! Jeżeli panowie...

Głos mu się łamał i dziwnie drżał z ogromnego wzburzenia.

— Któż to — on? — zapytał nagle inspektor.

— No on... ten nauczyciel, Kostriulew... — powiedział »Figa« z pogardą.

Nawet nie odwrócił głowy w stronę historyka.

— Panowie słyszycie? — zapytał szybko Kostriulew.

Inspektor tymczasem zaczynał już formalne śledztwo. Zwrócił się do klasy i pytał stanowczym głosem:

— Czy upoważniliście Waleckiego do zgłaszania protestu?

Uczniowie milczeli.

— Kto wysłał Waleckiego? Winni, którzy przyznają się natychmiast, zmniejszą sobie karę o połowę. Później rada pedagogiczna będzie nieubłagana.

Znowu odpowiedziało mu milczenie. Żaden z kolegów nie naradzał się z Waleckim. Ale prawo koleżeństwa kazało bronić towarzysza. Nikt nie wiedział, co robić. Wszyscy siedzieli zupełnie ogłupiali. Ratowali się milczeniem i zupełnym bezruchem, jak gromada chłopów zaskoczona przez niezrozumiałe wydarzenia. Inspektor był na to przygotowany. Miał doświadczenie w przesłuchaniach, więc szybko zmienił metodę:

— A więc nie przyznajecie się? Dobrze. Goldbaum, czy upoważniłeś pan Waleckiego?

Prymus powoli podniósł się z miejsca. Stał w ławce zgięty i patrzył w ziemię.

— No i cóż, należałeś do buntu?

— Ja dziś nie rozmawiałem w klasie... Mnie dziś bardzo głowa boli.

— Tu trzeba dać odpowiedź kategoryczną! — przerwał mu dyrektor.

— Ja jestem starozakonny... — powiedział cicho Goldbaum.

Inspektor wodził oczami po klasie. Zatrzymał je na swoim ulubieńcu.

— Borowicz! Czy byłeś pan w zmowie z Waleckim, czy dawałeś mu jakie zlecenia?

Marcin wstał z ławki i milczał. Śmiało patrzył dyrektorowi w oczy.

— Więc jakże?

— Ja nie mogłem namawiać kolegi Waleckiego do wystąpienia. Uważam bowiem za bardzo pożyteczne te »dopełnienia«, które czytał nam właśnie profesor Kostriulew. Było to krytyczne spojrzenie na machinacje jezuitów w upadającej i upadłej Polsce. Zdaje mi się, że wszyscy z przyjemnością słuchaliśmy uwag spoza programu. I muszę wyznać, że Walecki protestował tylko we własnym imieniu.

Uczniowie z wielką ciekawością łowili słowa Borowicza. Te słowa wyprowadzały ich z ciężkiego kłopotu. Wszyscy mieli wrażenie, że Marcin zwala całą winę na Waleckiego i w ten sposób niszczy podejrzenie o bunt. A co ważniejsze, samemu winowajcy zmniejsza karę. Dlatego kiedy inspektor pytał ich po kolei, odpowiadali prawie słowo w słowo to samo co Borowicz. Mówili, że Walecki zapalił się niesłusznie. Nauczyciel nie czytał przecież nic złego. Mówił to samo, co jest w kursie, tylko pokazywał to na odpowiednich przykładach. W całej klasie znalazł się tylko jeden »pomidorowiec«, niejaki Rutecki. Inspektor zapytał go, czy zmawiał się z Waleckim. Wbrew oczekiwaniom nauczycieli i kolegów Rutecki powiedział:

— Tak.

Postawiono go obok Waleckiego. Po skończonym śledztwie wyprowadzono go z klasy. Kiedy sztab profesorów znalazł się za drzwiami, wszyscy zerwali się z miejsc. Zbili się w gromadki i zaczęli z krzykiem rozprawiać o tym, co się stało.

— Jeżeli to nie jest świństwo — powiedział grubym głosem Pieprzojad, najstarszy w klasie drugoroczny, zwany tak z powodu potężnego nosa — to niech mi zaraz Goldbaum daje byka w ucho...

— Ciekawym, co mogliśmy zrobić innego? — zapytał Borowicz.

Czuł, że to do niego piją.

— Czemużeś kolega popełnił to samo »świństwo«?

— Dlaczego? Bagatela... Dlaczego? A bo ja wiem, dlaczego... Ale małego wyleją na dwór...

— Nie przypuszczam, a zresztą to trudno! — zapalił się Marcin. — Że jemu się zachciewa bronić »pomidorów«, to jeszcze nie racja, żebyśmy wszyscy mieli być wyrzuceni. Co do mnie, to stanowczo twierdzę, że Kostriulew miał zupełną słuszność. W nauce historii chodzi o prawdę, o prawdę i jeszcze raz o prawdę. Trzeba mieć jakieś zdanie. Albo się je ma, i wtedy nie można bronić polsko-jezuickich morderczyń nieprawych dzieci, albo się jest trąbą klechów...

— A naturalnie! — przytakiwano ze wszystkich stron.

Tymczasem z kancelarii obok klasy siódmej słychać było gwar. Ponad nim ciągle unosił się ostry głos Waleckiego. Po korytarzu co chwilę biegali pomocnicy gospodarzy klas. Inspektor nie przyszedł na lekcję logiki, która właśnie wypadała w klasie siódmej. Po kilkudziesięciu minutach od wyprowadzenia Waleckiego uczniowie zobaczyli przez oszklone drzwi kapelusz i twarz jego matki. Biegła kłusem razem z panem Mieszoczkinem. Twarz tej pani była śmiertelnie blada, oczy wytrzeszczone. Nozdrza drgały jej zupełnie tak samo jak synowi.

— Mówię, że to jest świństwo, pomnożone przez łajdactwo — mruknął znowu kolega Pieprzojad.

Przy tym podkręcał do góry wąsiki i czesał czuprynę grzebieniem.

Za ścianą gwar stawał się coraz większy. Brzmiał jak wściekła kłótnia, a czasem znowu zupełnie cichł. W pewnej chwili rozległ się krzyk Waleckiego, histeryczny, rozpaczliwy... Uczniowie rzucili się do drzwi. Stawali na ławkach, wspinali się na palce i wyglądali na korytarz przez szybki w drzwiach. Zobaczyli Waleckiego otoczonego przez trzech woźnych i pana Pazura. Nieśli go w powietrzu. »Figa« szarpał się i wyrywał im z rąk jak lis złapany w żelazne sidła. Niedaleko kancelarii stała jego matka. Jej twarz nic nie wyrażała. Tylko wargi chwilami dziwnie się wydymały, a lewa powieka drgała. Wrzucono »Figę« przez drzwi do izby zwanej »zapasową«. Wtedy pani Walecka szybko odwróciła się w stronę wyjścia. Szła przy samej ścianie i coś do siebie mamrotała...

Wkrótce do klasy przyszedł Rutecki, skazany na długą kozę. Przyniósł wiadomość. Mały, za zgodą matki, dostanie rózgi. W zamian nie wyrzucą go ze szkoły z »wilczym biletem«...

W połowie następnej lekcji, którą prowadził zawsze spokojny matematyk, drzwi się uchyliły. Pan Majewski wpuścił do sali Waleckiego. Nieszczęsny buntownik miał twarz tak nabiegłą krwią, że wydawała się prawie czarna. Dolną wargę miał wysuniętą jak u matki. Białe zęby dolnej szczęki przykrywały górną wargę. Oczy cofnęły się i ukryły pod boleśnie ściągniętymi brwiami. Szedł do swojego miejsca powoli, jakby po omacku. Kiedy miał już usiąść, w jednej chwili spojrzał na Borowicza. Marcin zadrżał, bo było to straszne spojrzenie.

### Słowniczek

- **»Grek«**: tak uczniowie nazywali nauczyciela greki.
- **drugoroczny**: uczeń, który drugi rok chodzi do tej samej klasy.
- **sztuba**: klasa, szkoła, uczniowie (słowo potoczne).
- **homerycki śmiech**: bardzo głośny, długi śmiech.
- **prymus**: najlepszy uczeń w klasie.
- **hardość**: duma i brak posłuszeństwa wobec starszych.
- **stronnictwo literacko-buckle’owskie**: „literaci” i uczniowie, którzy czytali książkę Buckle’a; wielu z nich przestało wierzyć w Boga.
- **rusyfikator**: ktoś, kto zmusza Polaków, żeby stali się Rosjanami.
- **prawosławie**: wiara rosyjska, chrześcijaństwo wschodnie.
- **konfiskata**: zabranie czyjegoś majątku przez władzę.
- **libertyn**: człowiek bez wiary i bez zasad moralnych.
- **»pomidorowiec«, »pomidory«**: kpiąca nazwa uczniów wiernych wierze katolickiej.
- **smarkacz, żak, ssipalec, chłystek**: obraźliwe słowa na małego, nic niewartego chłopaka; „ssipalec” to dziecko, które jeszcze ssie palec.
- **dyszkant**: wysoki, cienki głos.
- **starozakonny**: Żyd (dawne, uprzejme słowo).
- **jezuici**: zakon katolicki; dla Rosjan symbol wpływu Kościoła w Polsce.
- **dać byka w ucho**: uderzyć kogoś palcem w ucho, dać prztyczka.
- **trąba klechów**: głupiec, który bezmyślnie powtarza słowa księży; „klecha” to obraźliwie: ksiądz.
- **koza**: szkolna kara: uczeń musi siedzieć zamknięty w klasie.
- **rózgi**: kara bicia cienkimi gałązkami.
- **wilczy bilet**: świadectwo wyrzucenia; z nim nie przyjmie żadna szkoła.

## XV

Na początku trzeciego kwartału uczniowie klasy siódmej wrócili ze świąt Bożego Narodzenia. Zastali nowego kolegę. Był nim Bernard Sieger. Wyrzucono go z tej samej klasy jakiegoś gimnazjum w Warszawie. Nikt w Klerykowie nie wiedział na pewno, za co Siegera raz na zawsze wypędzono ze stolicy. Nie wiedziano też, dlaczego przyjęto go do Klerykowa. Krążyły tylko niepewne plotki, że to »ptaszek«. Dopiero z czasem jeden z ósmoklasistów trochę wyjaśnił sprawę. Był w Warszawie w czasie świąt. Rozgłosił, że tajemniczego przybysza wyrzucono za »*niebłagonadiożnost’*«. Według tej relacji do Klerykowa przyjęto go za specjalnym zezwoleniem kuratora okręgu naukowego. A kurator dał takie zezwolenie dzięki wstawiennictwu jednej ze znakomitych osób z wielkiego świata.

W nowej szkole Siegera od razu otoczono szczególną opieką. Mieszkał sam u pana Kostriulewa. Poza murami szkoły nie miał prawa spotykać się z kolegami. W gimnazjum również pilnowano go tak, że nie można było nic temu zarzucić. Codziennie ktoś upoważniony przeszukiwał jego tornister. Robili to pan Majewski, inspektor, dyrektor, Mieszoczkin. Wszyscy upominali go surowiej niż innych. Bez przerwy wywoływano go do odpowiedzi. Bernard Sieger miał osiemnaście, może dziewiętnaście lat. Był średniego wzrostu, krępy, trochę dziobaty od ospy. Miał wyraziste rysy twarzy i duży nos. Jego oczy miały nieokreślony kolor, jak woda. Te oczy patrzyły spokojnie, ale ze szczególną uwagą. Sieger nigdy nie okazywał strachu ani złości, gdy go niepokojono. Nie okazywał ich, nawet gdy rozkazującym tonem czegoś mu »surowo zabraniano«. Na jego twarzy stale malował się pewien wyraz. Można by go chyba nazwać uprzejmą drwiną.

Najlepsi uczniowie klasy siódmej już po kilku lekcjach zauważyli, że Sieger wszystko »kapuje«. Rozwiązywał zadania matematyczne niezbyt błyskotliwie, ale bystro. Tłumaczył *Disputationes tusculanae* Cycerona powoli, ale samodzielnie. Pisał wypracowania literackie i »logiczne« na czwórkę. Krótko mówiąc, był to dobry uczeń.

Pewnego dnia galowego przed nabożeństwem buckle’iści krótko z nim porozmawiali. Pilnujący byli wtedy zajęci małymi uczniami i nie przeszkadzali w rozmowie. Buckle’iści dowiedzieli się, że nowy czytał Buckle’a i Drapera. Co więcej, usłyszeli, jak pytał o dzieła, których w Klerykowie nikt nie widział ani nie słyszał. Sieger żył zupełnie samotnie. Prosto z klasy szedł do mieszkania. Na spacer, na łyżwy, po zakupy chodził tylko z Kostriulewem, który pilnował go jak cerber. Miejscowi uczniowie klasy siódmej obserwowali go uważnie i ciekawie. Czuli też trochę niechęci i zazdrości. Już samo to, że Sieger przyjechał z Warszawy, gniewało wszystkich, którzy poza Klerykowem nic nie znali. Jego uprzejmą grzeczność uważano za wyniosłość i arystokratyzm. W czasie przerw uczeni slawiści chwalili się swoją wiedzą, a on ironicznie milczał. To milczenie uważano za nieuctwo w tej dziedzinie ludzkiej wiedzy.

Sieger miał pewne trudności z chodzeniem na lekcje języka polskiego. Najpierw władze nie pozwalały mu chodzić na lekcje profesora Sztettera. Dopiero po miesiącu dały zezwolenie.

Tego dnia lekcja języka »miejscowego« była ostatnia, więc wypadła między drugą a trzecią. Sztetter jak zwykle wszedł do klasy z niechęcią na twarzy. Usiadł i zaraz wymienił czyjeś nazwisko. Poprosił o przetłumaczenie z polskiego na rosyjski wiersza Czajkowskiego pod tytułem »Pająk«.

Uczeń, którego spotkał taki nudny los, chciał się wykręcić. Zaczął mówić, oczywiście po rosyjsku:

— Panie profesorze, mamy nowego ucznia.

— Nowy kolega, z Warszawy uczeń... — błaznowali inni.

— Nowy uczeń? — zapytał Sztetter ze zdziwieniem. — Gdzie, jaki uczeń?

Sieger wstał z miejsca i ukłonił się nauczycielowi.

— A... — mruknął Sztetter. — *Wasza familja?*

— Zygier — powiedział nowy uczeń.

Nauczyciel zaczął szukać tej *familii* w spisie alfabetycznym pod literą *Z* — i nie znalazł.

— Mówisz pan...

— Tak. W papierach i w metryce stało — Sieger, jak pisał się mój dziad i ojciec. Dlatego pewnie zapisano mnie pod *S*. Ja nazywam się Bernard Zygier, *Zet*, *y*, *gier*...

Nauczyciel spojrzał na nowego ucznia. W jego smutnych oczach na chwilę zabłysnął słaby promyczek radości.

— Niech będzie Zygier... — powiedział. — Chcesz pan chodzić na lekcje języka polskiego?

— Rozumie się! Przecież to nasz język ojczysty... (*Wied’ eto nasz rodnoj jazyk*).

Sztetter szybko spojrzał na oszklone drzwi, na tego ucznia i na dziennik. Poruszył wargami, jakby mówił jakieś słowo. Ale nikt go nie usłyszał. Po chwili powiedział:

— No... czytaj pan!

Zygier wziął książkę, którą ułożył profesor Wierzbowski. Zaczął czytać wskazany fragment. Koledzy widzieli, że przedstawianie się skończyło i zaczynają się zwykłe »nudy narodowe«. Zabrali się więc do odrabiania lekcji albo jawnie czytali inne rzeczy. Niektórzy po prostu jakoś układali się do drzemki. Inni, lepiej wychowani, z przyzwyczajenia do przyzwoitości wpatrywali się w »Pająka«. Jeszcze inni oglądali ściany pomalowane na siny kolor i szerokie brązowe lamperie. Patrzyli na żółty stoliczek katedry, na czarną tablicę, na zaparowane szyby...

Tymczasem Zygier przeczytał kilka zwrotek wiersza i przetłumaczył je na język urzędowy. Potem po kolei rozbierał zdania gramatycznie i logicznie. Wszystkich zdziwiło, że robił to bardzo starannie i rozbierał po polsku. Sztetter oparł się ramieniem o krzesło. Podniósł zwieszoną głowę, bębnił palcami w stół i spod oka przyglądał się Zygierowi. Podmiot, orzeczenie, słowa określające, rzeczownik, zaimek, mianownik, dopełniacz, celownik, imiesłowy odmienne, nieodmienne i tak dalej... Te słowa brzmiały w tej klasie bardzo dziwnie i zabawnie. Wszyscy uczniowie słyszeli je po raz pierwszy. Ze śmiechem spoglądali to na profesora, to na ucznia. A on ciągnął swoją pracę w skupieniu i z uwagą. Zygier skończył rozbiór całego wiersza i położył książkę na ławce. Nauczyciel otworzył swój prywatny notes i dziennik klasowy. Wziął pióro i obracał je w palcach. Myślał o czymś głęboko.

— Dosyć... — powiedział w końcu. — Mam panu postawić stopień. Ale jaki? Cóż ja panu postawię? Ja nie mam... na to... stopnia, panie Zygier...

Mówiąc to, znowu przyglądał się nowemu uczniowi. Kilka razy wracał do niego oczami, jakby nie mógł oderwać ich od tej twarzy. Zygier stał w ławce i spokojnie, uważnie patrzył na Sztettera.

— Proszę mi powiedzieć — odezwał się jeszcze nauczyciel — co pan czytałeś, w jakim kierunku?

— Czytałem... tak dosyć rozmaitych rzeczy.

— A z literatury polskiej?

— Uczyliśmy się kolejno, systematycznie, okresami.

— Tak, tak... — mówił Sztetter i zabawnie strzepywał ręką piasek z dziennika. — No i jakież to tam okresy?

— Czytaliśmy utwory wieku złotego dosyć pobieżnie, za to romantyków szczegółowo.

— Któż to... my? — zapytał nauczyciel dużo ciszej, patrząc na drzwi.

— To tam w Warszawie... my... sami...

— Cóż pan czytałeś na przykład z Mickiewicza?

— No, zdaje się... Niektórych rzeczy żadną miarą nie mogliśmy dostać.

— Ja się o to nie pytam, nie chcę wiedzieć! Jakiż utwór podobał się panu najbardziej?

— Czy ja wiem? Trzecia część... Improwizacja, Pan Tadeusz, Księgi Pielgrzymstwa...

Sztetter umilkł. Po chwili zapytał jeszcze:

— No, a cóż pan wiesz o Mickiewiczu?

Uczeń zaczął mówić po rosyjsku, wyraźnie, jasno i bardzo szczegółowo. Opisał młodość poety, związek Promienistych, Filomatów i Filaretów. Opowiedział o aresztowaniach, więzieniu i zesłaniu. Prosto od tych szczegółów zupełnie niespodziewanie przeskoczył z Wilna do Warszawy. Zwrócił się już nie do profesora, ale w stronę klasy. Doskonałym i bardzo pięknym rosyjskim, bez żadnych »polonizmów«, zaczął malować obraz. Opisywał napad podchorążych na Belweder w nocy 29 listopada.

Oszołomiony belfer chciał jak najszybciej przerwać ten wykład. Rzucił pytanie:

— Umiesz pan może co na pamięć?

— Tak, umiem to i owo.

— Proszę powiedzieć.

Zygier zamknął książkę i przez chwilę się namyślał. Zaraz potem zaczął mówić. Jego głos nie był głośny, ale dźwięczny jak szlachetny metal:

»Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na działo...«

Gdy Sztetter usłyszał te słowa, zerwał się na równe nogi i zaczął machać rękami. Ale Zygier nie umilkł. Nauczyciel usiadł na krześle, jakby odepchnięty jego wzrokiem. Podparł głowę rękami. Nie spuszczał oka z szybek w drzwiach. W klasie zrobiło się cicho. Wszystkie oczy patrzyły na tego, kto mówił »wiersze polskie«. Zygier mówił równo, spokojnie i z umiarem. Ale jednocześnie w jego słowach była jakaś ukryta, wewnętrzna gwałtowność. Czasem, w niektórych przerwach wiersza, wyrywała się ona między sylabami. Dziwne, niesłychane słowa przykuwały uwagę. Przed oczami słuchaczy otwierał się potężny obraz bitwy. I nagle mówca podniósł głos o stopień wyżej:

»Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże, Gdy poselstwo francuskie twoje stopy liże, Warszawa jedna mocy twej urąga! Podnosi na cię rękę...«

Nauczyciel syknął i zaczął kręcić głową. Wtedy »Figa«-Walecki wyszedł ze swojej ławki. Podszedł do drzwi i wspiął się na palce. Uważnie patrzył na korytarz i machnął ręką na Zygiera, żeby mówił dalej.

To nie była już recytacja utworu wielkiego poety. Było to oskarżenie polskiego ucznia, zamknięte w wydarzeniach bitwy. Był to jego własny utwór, jego własna mowa. Każdy obraz dawno przegranej walki wyrywał się z ust mówcy. Wyrywał się jako pragnienie, żeby wziąć udział w tej zgubionej sprawie. Uczucia dzieci i młodzieży były obrażane miliony razy. Teraz leciały między słuchaczy w słowach poety. Pękały wśród nich jak granaty i świszczały jak kule. Ogarniały dusze jak kurz bitwy. Jedni słuchali wyprostowani. Inni wstali z ławek i podeszli bliżej do mówcy. Borowicz siedział zgarbiony, z brodą opartą na pięści. Rozpalone oczy wbił w Zygiera. Męczyło go przykre złudzenie, że to wszystko już kiedyś słyszał. Że nawet gdzieś jakby widział to na własne oczy. Ale nie mógł zrozumieć, co będzie dalej. Słuchał ze wstrętem i złością, ale w piersi czuł dreszcz dziwnego bólu. Nagle Zygier zaczął mówić:

»...nieraz widziałem Garstkę naszych, walczącą z Moskali nawałem, Gdy godzinę wołano dwa słowa: — pal! nabij! Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi, A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność, Nakoniec bez rozkazu pełnią swą powinność, Nakoniec bez rozwagi, bez czucia pamięci Żołnierz, jako młyn palny, nabija, grzmi, kręci Broń od oka do nogi, od nogi — na oko... Aż ręka w ładownicy długo i głęboko — Szukała... Nie znalazła... I żołnierz pobladnął, Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął I poczuł, że go pali strzelba rozogniona I puścił ją i upadł... Nim dobiją, skona...«

Borowicz zamknął oczy. Wszystko już zrozumiał. To ten sam żołnierz, o którym przed laty mówił mu strzelec Noga na pagórku pod lasem. Ten sam, zabity nahajami, który leży w zakrwawionym grobie pod świerkiem. Serce Marcina nagle szarpnęło się, jakby chciało wyrwać się z piersi. Jego ciałem wstrząsało wewnętrzne łkanie. Mocno zacisnął zęby, żeby nie szlochać na głos. Wydawało mu się, że nie wytrzyma, że umrze z żalu. Sztetter siedział na swoim miejscu wyprostowany. Jego powieki były jak zwykle przymknięte. Tylko teraz co jakiś czas wymykała się spod nich łza i płynęła po bladej twarzy.

### Słowniczek

- **kwartał**: tu: jedna czwarta roku szkolnego.
- **»ptaszek«**: tu: ktoś podejrzany dla władzy, buntownik.
- **niebłagonadiożnost’**: polityczna niepewność; podejrzenie, że ktoś jest przeciw władzy.
- **kurator okręgu naukowego**: wysoki urzędnik, który rządził wszystkimi szkołami w okręgu.
- **dziobaty od ospy**: z małymi bliznami na twarzy po chorobie zwanej ospą.
- **»kapować«**: szybko rozumieć (słowo potoczne).
- **Disputationes tusculanae**: łacińskie dzieło Cycerona o filozofii.
- **buckle’iści**: uczniowie, którzy czytali książkę Buckle’a i byli jej zwolennikami; wielu z nich przestało wierzyć w Boga.
- **cerber**: w mitach groźny pies, który pilnował wejścia do piekła; tu: surowy strażnik.
- **slawista**: znawca języków i kultury Słowian; tu (z ironią): uczniowie, którzy chwalili się wiedzą o Słowianach.
- **Wasza familja?**: Jak się pan nazywa? (po rosyjsku).
- **metryka**: dokument urodzenia.
- **Wied’ eto nasz rodnoj jazyk**: Przecież to nasz język ojczysty (po rosyjsku).
- **lamperia**: dolna część ściany, pomalowana na inny, ciemniejszy kolor.
- **Promieniści, Filomaci, Filareci**: tajne związki studentów w Wilnie, do których należał Mickiewicz.
- **polonizm**: polskie słowo lub zwrot w obcym języku, tu: w rosyjskim.
- **napad podchorążych na Belweder**: atak młodych kandydatów na oficerów na pałac w Warszawie; początek powstania listopadowego (1830).
- **»Nam strzelać nie kazano...«**: początek wiersza Mickiewicza „Reduta Ordona” o obronie Warszawy w 1831 roku; reduta to umocnienie wojskowe.
- **spiże, ładownica**: działa z brązu; torba żołnierza na naboje.
- **ten sam żołnierz**: Marcin rozpoznaje w żołnierzu z wiersza powstańca z opowieści Szymona Nogi o Kosturze.
- **nahaja**: skórzany bat kozaków.

## XVI

Przez cały czas nauki w klasie ósmej Borowicz i jego koledzy bardzo kochali jedno miejsce. Był to tak zwany Stary Browar. Była to duża posesja przy wejściu na przedmieście Wygwizdów. Kiedyś naprawdę była tam fabryka marnego piwa. Z czasem jej właściciel zupełnie zbankrutował, a cały »interes« upadł. Wielkie mury, budynki dookoła, składy i piwnice stały puste. Dopiero po kilku latach kupił wszystko za małe pieniądze chudy Żydek z czarną bródką. Za jeszcze mniejsze pieniądze przerobił browar i składy na mieszkania. Cały ten szereg budynków z ogromnym podwórzem i ogrodami był osobną dzielnicą. Z jednej strony zamykała ją wiecznie gnijąca rzeczka, z trzech pozostałych boczne uliczki. Dookoła terenu browaru, wzdłuż sąsiednich ulic, biegł wysoki mur, jak w więzieniu. Miał ponure bramy, które wychodziły na trzy strony świata. Nad kanałem stał tylko mocny parkan z grubych desek.

Wielkie podwórze było wybrukowane. Przecinał je nawet w poprzek chodnik z marmurowych płyt. Ale tuż obok chodnika były głębokie doły, wykopane nie wiadomo po co. Kiedy deszczowy październik napełnił je wodą, wyglądały jak pułapki. Jakby właściciel Starego Browaru zastawił je, żeby łapać żywcem lokatorów. Chodziło o tych, którzy nie płacili komornego, tylko trwonili pieniądze w knajpach i cukierniach. A potem późną, ciemną nocą wracali do rodzinnych gniazd.

Mieszkania otaczały podwórze ceglanym prostokątem. Wyglądały wcale nie weselej niż więzienie Mazas. Okna w nich były małe, a drzwi krzywe. Sienie były jak jaskinie, pogrążone w wiecznym mroku. Schody były śliskie i brudne. Naprzeciw głównej bramy, w głębi podwórza, stał główny budynek. A raczej widać było jego ścianę, bardzo wysoką i nagą. Tu i ówdzie tkwiły w niej okna, wmurowane dużo później. Stary tynk, kiedyś pomalowany, poodpadał. Leżał na ziemi, a deszcze powoli go niszczyły. Miejsca, gdzie tynk jeszcze się trzymał, miały wątpliwy, żółtawo-różowy kolor. Namokły i powstały na nich różne mapy, zygzaki, dziwaczne kształty i odwieczne symbole. Przypominały różne zjawiska tego ziemskiego świata. Jakby chciały potwierdzić myśl Schellinga. Schelling uważał, że natura dąży do wiecznego poznania samej siebie. W tej drodze zawsze wraca do kształtów, które już raz stworzyła i które są gdzie indziej.

W tej oficynie, na piętrze, mieszkali rodzice Mariana Gontali. Był to ósmoklasista, jeden z kolegów Borowicza. Ojciec »Mańka« był drobnym urzędnikiem izby skarbowej. Mieszkanie Gontalów miało trzy małe, wilgotne izdebki i kuchnię. Mieszkały tam dzieci, jakaś ciotka Matylda z ogromnymi kuframi i stara babka. Maniek z dwoma braćmi mieszkał na »górce«. Bracia chodzili do niższych klas gimnazjum. Od klasy piątej Maniek, jak większość biednych uczniów w Klerykowie, sam się utrzymywał z korepetycji. Dawał ich dużo. Płacono mu bardzo mało, ale zarabiał tyle, że mógł pomagać rodzinie w jej ciężkim życiu.

»Górka« była na strychu. Kiedyś były tam jakieś suszarnie. Cały strych był zawalony starymi deskami i krokwiami. Dlatego właściciel domu bez wielkiego gniewu zgodził się na pewną przeróbkę. Pozwolił przegrodzić dwiema ścianami dużą zagrodę, która już tam była. Pozwolił wybić w murze okienko, a w przegrodzie drzwi. W ten sposób na strychu powstała osobna mała stancja. Młody Gontala za własne pieniądze ozdobił mieszkanie żelaznym piecykiem. Rura od piecyka była wygięta jak bagnet. Wychodziła na świat boży przez otwór wycięty w szybie. Żeby dostać się na górkę, trzeba było wdrapać się z bocznej sieni po bardzo stromych kuchennych schodkach. Potem trzeba było przejść cały strych, przez prawdziwy las belek i krokwi.

W zamian za ten trudny dostęp gość miał z okna izby piękny widok. Widział daleko jedno z przedmieść Klerykowa, pola, łąki, wzgórza i sine lasy. Tuż przy domu widać było stamtąd duży ogród. Był tam też parkan na murowanej podstawie, który wisiał nad rzeką. W tym parkanie było pewne miejsce, które goście górki nazywali »dziurą Efialtesa«. W kącie sadu drewniany parkan stykał się z murem. Była tam pewna deska. Jak wszystkie, była przybita na górze dużym gwoździem. Ale na dole przegniła daleko poza gwoździem, który łączył ją z dolną belką. Dlatego swobodnie wisiała na górnym gwoździu. Łatwo można ją było odsunąć w prawo i w lewo.

Kilka kroków od »dziury Efialtesa«, idąc po murku, dochodziło się do grubego bala. Leżał nad rzeką. Można było po nim łatwo przejść suchą nogą nad smutnymi falami bagna. Brzegiem kanału, a dalej ukośnie w górę, biegła między parkanami uliczka. Prowadziła do przedmieścia, gdzie mieszkali prawie wyłącznie Żydzi. Była tak strasznie błotnista i brudna, że ochrzczony człowiek mógł ją przejść tylko w bardzo wysokich butach. Te buty musiały być naprawdę nieprzemakalne. Tylko ósmoklasiści umieli tamtędy skakać po kamieniach i kopczykach, które znali tylko oni. Tak dochodzili do *Ponte Rialto*. Przechodzili po nim w najgłębszej ciemności. Po omacku znajdowali »dziurę Efialtesa«.

Tą drogą chodzili wszyscy, a najczęściej Zygier, Borowicz, Walecki, Pieprzojad i siódmoklasista Andrzej Radek. Gontala wracał ze swoich »korep« o dziewiątej, dziesiątej wieczorem. Pił na dole »u starych« herbatę i szedł na górę. Jeśli miał wolny czas albo chciał zobaczyć się z przyjaciółmi, zapalał świecę i stawiał ją w oknie. Radek widział to światło wysoko w górze, jak daleką błyszczącą gwiazdę. Patrzył ze swojego okna, którego strzegł badyl głogu. Zygier codziennie około dziesiątej uciekał sprzed nosa Kostriulewowi. Szedł albo do Gontali, albo do Radka. Z Radkiem łączyła go przyjaźń na śmierć i życie.

W norze Radka nie można było rozmawiać. Za cienką ścianą podsłuchiwał jego chlebodawca, czyli dobroczyńca, pan Płoniewicz. Dlatego w ciepłe wieczory szli najczęściej do Mańka albo dróżką za przedmieście, w pole. Na górce zebrania były zupełnie bezpieczne. Zamykano drzwi do mieszkania. W kuchni przy schodach stawiano wartę. Pełnili ją *con amore* dwaj młodsi Gontalowie. Za to traktowano ich po koleżeńsku.

Duszą i przywódcą był Zygier. Dzięki niemu kierunek i nastrój myślenia młodzieży, która kończyła gimnazjum, zmienił się zupełnie. Nie trzeba było do tego wielkiej wiedzy ani mocnego nacisku. Kiedy podniesie się zastawkę, woda z jeziora gwałtownie się wylewa. Tak samo na znane tym młodzieńcom obszary wdarło się coś, czego dotąd nie widzieli. Była to wielka poezja wygnańców i historia rewolucji i klęsk. Była to prawdziwa historia czynów ludu, a nie jego rządu. Była zawsze nowa i przesiąknięta krwią. Pełno w niej było życiorysów godnych pióra Plutarcha albo Carlyle’a... Ta samodzielna, oryginalna kultura wciągnęła ich w swoją głębię.

Był to skutek, którego nie dało się uniknąć. Policyjny zakaz traktował geniusz Mickiewicza tak, jakby go nie było. Próbował zniszczyć pamięć o czynach i życiu Kościuszki. Ale wzmógł tylko ciekawość, chęć poznania i miłość. Rzeczy »zabronione« czytano z podwójną starannością. Uczono się ich namiętnie i z zachwytem. Może nie byłoby tak, gdyby te dzieła były legalne, jak pisma Puszkina i Gogola. Rodzina Płoniewiczów wyrzuciła do pokoju Radka szafkę. Leżały w niej zniszczone książki, zostawione na łaskę i niełaskę szczurów. Były tam utwory Mickiewicza i Słowackiego oraz »Historia powstania listopadowego« M. Mochnackiego. Było mnóstwo pamiętników z lat 1831 i 1863 i broszury polityczne. Było wydanie pisarzy z czasów Zygmuntowskich. Był przekład »Boskiej Komedii«, dzieła Szekspira, powieści Wiktora Hugo, Balzaca i tak dalej. Było wreszcie sporo utworów literatury »miejscowej«.

Radek najpierw sam połknął to wszystko w ciągu trzech samotnych lat. Kiedy poznał Zygiera i ósmoklasistów, przynosił na zebrania książkę po książce. Każda przyniesiona książka była nowością. Rzucano się na nią z taką ciekawością, z jaką dziś czyta się telegramy w najnowszej gazecie. Takie telegramy mówią o najświeższych wydarzeniach w świecie polityki. A więc co mówi ten Dante w swoim »Piekle«? Co opisuje Szekspir w »Królu Learze«? Co to jest ten »Faust«? W rozmowach porównywano przeczytane książki, nieraz w bardzo zabawny sposób. Często prosto od »Jerozolimy wyzwolonej« przechodzono do Eugeniusza Sue. Albo do jakiejś angielskiej autorki, której nazwiska polski tłumacz w ogóle nie podał w tytule. Jakby chciał uchronić szanowną *lady* przed kompromitacją wobec publiczności »Kraju Przywiślańskiego«. I znowu z płomiennym zapałem oceniano postacie, charaktery i sytuacje. Ta banda młodzików podchodziła do każdego dzieła ludzkiej myśli natrętnie i bez litości. Rozbierała je nieraz po prostacku. A najczęściej z zachwytem, który drugi raz w życiu się nie powtarza.

Gdy Borowicz przeczytał »Dziady«, nie mógł z nikim mówić. Uciekł do najbliższego lasu. Błąkał się tam, ogarnięty nieopisanym wzruszeniem. W jego zachwycie było coś bolesnego. Było w nim jakieś mętne, zamglone, a jednak żywe wspomnienie. Było jak płacz, który ciągle dzwonił mu w uszach. Nie wiadomo, czyj był ten płacz i kiedy go słyszał. Może nigdy go nie słyszał. Może ten płacz powstał razem z nim, w łonie matki. Matka, kiedy była w ciąży, starała się uwolnić męża z twierdzy. W milczeniu płakała nad męką, klęskami, niedolą i bólem upadającego powstania...

Poezja i literatura epoki Mickiewicza bardzo wiele nauczyła Marcina. Przechodził przez te arcydzieła jak przez chłostę. Jakby szedł między szeregami ludzi, którzy patrzyli na niego z pogardą. Pod wpływem tej lektury jego dusza walczyła z własnymi błędami. Stawała się lepsza. Zahartowała się raz na zawsze w stały kształt. Była jak żelazo rozpalone do białości i wrzucone do zimnej wody.

Niemniej ważne zmiany przeżywali w tym czasie koledzy Marcina. Walecki zbuntował się przeciw matce. Pokochał Buckle’a, którego objaśniał mu Borowicz. Brał też udział w badaniach przyrodniczych. Były one teraz dużo lepiej prowadzone, bo »Spinoza«, »Balfegor« i inni studiowali już medycynę w Warszawie. Przysyłali stamtąd litografowane wykłady i odpowiednie podręczniki. Zygier prowadził stałe, »urzędowe« zebrania w każdą niedzielę. Na takie posiedzenie ktoś z uczestników musiał przygotować rozprawkę. Mogła być na dowolny temat, z książek, które ostatnio czytał.

Na nieurzędowych spotkaniach u Mańka nie tylko czytano i dyskutowano o literaturze. Uczono się też przedmiotów szkolnych, zadanych na lekcje. Niektórzy byli zmęczeni korepetycjami. Radkowi, Gontali czy Waleckiemu zabierały one pięć, sześć i siedem godzin. Przychodzili na górkę jak do stacji naukowej, żeby szybko »wykuć« lekcje. Tu wspólnie rozwiązywano zadania z trygonometrii, algebry i geometrii. Bardzo ułatwiało to zmęczonym jałowe, nudne »podstawienia« i wyliczenia. Tu razem uczono się czytać wiersze Horacego, tłumaczyć je i omawiać. Objaśniano Demostenesa. Badano, jak trzeba skandować chóry w »Antygonie«, i tak dalej.

Na niedzielne zebrania przychodzili też wolno-próżniacy. A przecież pisane po polsku wypracowania budziły w nich nie mniejszy wstręt niż dawniej rosyjskie *uprażnienia*. I jedno, i drugie było poza klasą, a więc niepotrzebne. Nie można jednak twierdzić, że wolno-próżniacy w ogóle nie ulegli wpływowi zmienionych »literatów«, którzy ciągle szli naprzód. Przeciwnie, stara gwardia wlokła się za Zygierem, Waleckim, Borowiczem i Gontalą. Tylko żeby nie marnować zbyt wiele drogiego czasu, po cichu rżnęła w karty. Ta paczka składała nawet formalne prośby do kierownictwa. Prosili, żeby niedzielne ćwiczenia połączyć z tanim, ale też urzędowym »preferkiem«. Powoływali się na zasadę: »*omne tulit punctum, qui miscuit utile dulci*«. Ale »literaci«, jak mówiono, obłąkani, stanowczo się sprzeciwili. Górka nigdy nie splamiła się hazardem.

Tylko raz pozwolono sobie tam na »bibę«. Było to pod koniec trzeciego kwartału, na początku kwietnia. Jeden z kolegów był synem kupca, który miał największą i najstarszą piwnicę win w mieście. Kolega zawiadomił Mańka, że wieczorem przyniesie butelkę maślacza. Wycyganił ją od matki ze specjalnej, rodzinnej piwniczki. Gontala rozesłał wiadomość, że zebranie zaczyna się o dziewiątej. Borowicz tego dnia dłużej siedział na korepetycjach. Dopiero przed dziesiątą wybrał się w stronę górki. O tej godzinie bramy posesji były już zamknięte na głucho. Dlatego »wieczorna« droga szła obok żydowskich chałupek. Borowicz minął je i miał właśnie skoczyć w uliczkę. Nagle w kręgu światła jedynej latarni w tej okolicy zobaczył wysoką postać. Miała na głowie cylinder, a na sobie długi płaszcz z bobrowym kołnierzem.

— Majewski — wyszeptał Borowicz.

Gorączkowo próbował uporządkować spłoszone myśli. Szukał szybkiego sposobu ratunku dla siebie i kolegów. Zanim zdążył cokolwiek wymyślić, odruchowo wsunął się między stosy drewna. Leżały ogromnymi kupami na pustym placu, przy samym wejściu w błotnistą uliczkę. Skulił się, przykucnął i nie spuszczał oka z ciemnej sylwetki, która ruszała się w mroku.

Majewski podszedł do zaułka. Przez pewien czas tam stał, chyba sprawdzał, jak wygląda sytuacja. Potem ruszył w dół, w stronę rzeczki. Jego kalosze chlupały w grząskim, lepkim, świeżo rozmokłym błocie wiecznego bajora. Laska, którą macał w ciemności drogę, stukała o kamienie leżące tu i ówdzie. Kiedy stanął już nad brzegiem kanału, Borowicz wyszedł z kryjówki. Z odległości mniej więcej trzydziestu kroków śledził jego ruchy. Majewski stanął przy kładce. Pewnie patrzył na szyby Gontali, które świeciły wysoko. Jego cylinder, widoczny w słabym blasku z tego okna, był mocno przechylony do tyłu. Borowicz też zadarł głowę. Z niepokojem sprawdzał, czy z tego miejsca szpieg zobaczy głowy zebranych kolegów. Nie było jednak widać ani twarzy, ani nawet sylwetek. Czasem tylko po szybach przesuwał się powiększony cień jakiejś osoby.

Nagle błysnęło światełko. To pan Majewski zapalił zapałkę. Trzymał ją w ręku i przechodził po kładce nad kanałem. Światełko szybko zgasło i Borowicz stracił z oczu postać strażnika uczniowskiej moralności. Był pewien, że Majewski dobrze wie o szczelinie Efialtesa. Że już odsunął deskę i jest w ogrodzie.

Zastanawiał się, jak najszybciej dostać się na górkę i ostrzec przyjaciół. Podszedł cicho i stanął przy kładce. Łowił uchem każdy szelest. Gdyby poszedł za Majewskim, mógłby wpaść mu w ręce i zgubić siebie i wszystkich. Nie wiedział, co robić, którędy przejść... Nagle usłyszał szmer tam, skąd wcale się go nie spodziewał. Wytężył wzrok i ze zdumieniem rozpoznał na tle parkanu postać Majewskiego. Czarna plama sunęła wzdłuż drewnianego ogrodzenia. Była już kilkanaście kroków w bok od kładki. Brzeg rzeki był od dawna obmurowany. Na tym murze stał parkan. Między parkanem a kanałem zostawało jakieś trzy czwarte łokcia muru. Można było po nim chodzić jak po wygodnej ścieżce. Ale po obu końcach drewnianego płotu były wielkie ściany. Nie dało się ich przejść bez drabiny. Borowicz zachichotał w głębi duszy.

Teraz zrozumiał. Majevius dostał donos albo sam wyśledził, że uczniowie chodzą do żydowskiego sadu przez dziurę w parkanie. Ale nie wiedział, którą deskę trzeba odsunąć, żeby zrobić przejście. To Borowiczowi wystarczyło. Widział, że cień na słabo szarzejących deskach przesuwa się coraz dalej. Chwycił obiema rękami bal, który tworzył kładkę. Zaczął ostrożnie, ale z całej siły ciągnąć go do siebie. Drugi koniec drewna wysunął się z ziemi. Marcin powoli opuścił go na powierzchnię bagna w kanale. Bez szelestu wyciągnął całą kładkę na swój brzeg. Odsunął ją na środek uliczki. Potem zaczął się cicho skradać pod osłoną stosów desek. Te stosy były tam jak całe budowle.

Kiedy był już naprzeciwko Majewskiego, przykucnął. Zgarnął rękami ogromną kupę gęstego, cuchnącego błota. Ulepił z niego kulę wielkości bochenka chleba. Z całej siły rzucił nią w nauczyciela, który szedł po murku po drugiej stronie rowu. Majewski jęknął głucho i stanął. Borowicz lepił już drugą kulę, jeszcze bardziej rzadką. Od razu zrobił z niej właściwy użytek. »Profesor« widocznie stracił głowę. Stał bez ruchu. Tylko głębokie stęknięcia świadczyły, że pociski trafiają. Borowicz nie przestawał. Przysiadł na ziemi, chwytał całe bryły błota i walił z wściekłością. Przy tym szeptał do siebie przez kurczowo zaciśnięte zęby:

— Masz, psie, masz, draniu! Masz — za teatr, masz za inspektorskie zebrania, masz za literaturę! Tyś mnie chciał do siebie podobnym... Masz, renegacie, masz, szpiegu, masz szpiegu!

W pewnej chwili Majewski przykucnął. Pewnie chciał oszukać wzrok napastnika. Borowicz zauważył ten manewr. Dwa razy szybciej zaczął bombardować sam cylinder.

— Myślisz, że cię nie widzę! — krzyknął nagle Majewski po polsku jęczącym głosem. — Zapłacisz ty mi za to!

Uczeń bił bez przerwy. Wtedy wychowawca wstał i co sił ruszył w stronę kładki. Szukał jej laską w ciemności. Wdzięczny wychowanek posuwał się równo z nim. Chichotał i bez przerwy obrzucał go błotem. Majewski stanął w miejscu, gdzie była kładka. Potarł zapałkę o pudełko. Światło pokazało mu straszny widok: kładki nie było. Był więc w prawdziwej pułapce. Za plecami miał parkan wysoki na kilka łokci. Przed sobą miał głęboki miejski ściek. Krąg światła nie sięgał do brzegu, na którym stał Borowicz. Za to w całości pokazał twarz Majewskiego, czarną od błota. Marcin wykorzystał tę chwilę. Trzepnął tę właśnie twarz ogromną bryłą błota. Nauczyciel przez chwilę pluł i charczał. Potem wrzasnął:

— Gdzieś podział deskę?

Marcin znowu odpowiedział mu bryłami błota.

— Nie chcę wcale wiedzieć, kim jesteś — wołał Majewski — niech cię wszyscy diabli wezmą! Dostaniesz dziesięć rubli, rzuć deskę w dawnym miejscu.

Na jego głowę spadł nowy grad pocisków. W końcu Marcin się zmęczył i nasycił zemstę. Zauważył, że belfer znowu idzie po murku bez celu, w tę samą stronę co przedtem. Wsunął się więc między stosy drewna. Przemknął aż do końca parkanu i usiadł. Chciał odpocząć i zobaczyć, co będzie dalej.

Stamtąd widział, jak nieszczęsny więzień zapalał jedną zapałkę po drugiej. Schylał się z tym światłem nad rzeką i bez nadziei szukał brodu. Próbował oderwać deskę od parkanu. Wyrywał siłą kamienie z muru i rzucał je w bagno, żeby zrobić małą groblę. W końcu Borowicz usłyszał paskudny plusk. Domyślił się, że nauczyciel przechodzi rzekę klerykowską w bród. Wtedy po cichu podszedł bliżej. Szedł krok w krok i śledził wzrokiem ciemną sylwetkę, która zmierzała do brukowanej ulicy. W świetle latarni Majewski pokazał mu się w strasznej postaci. Był to prawdziwy potwór. Stąpał na szeroko rozstawionych nogach, pokrytych kupą błota. Na głowie miał cylinder zgnieciony jak stary kalosz. Marcin jeszcze raz się zaśmiał i ruszył z powrotem. Szybko położył kładkę na dawnym miejscu i wszedł do ogrodu. Zameldował się młodym Gontalom i znanym bocznym wejściem wbiegł na górę.

Zebrali się tam już wszyscy. Nie mogli doczekać się Borowicza, więc wypili już pękatą butelkę maślacza. Twarze i oczy były wesołe, języki rozwiązane i nie próżnowały. Zygier leżał na łóżku Gontali z rękami pod głową. Szeptem coś tłumaczył czterem kolegom wolno-próżniakom. Leżeli obok niego, patrzyli mu w oczy i słuchali. Przy stoliku mówił Walecki, podniecony winem i tym, co mówił. Na drugim łóżku siedzieli rzędem czterej wolno-próżniacy. Byli najbardziej prawym skrzydłem tej prawicy. W skupieniu wpatrywali się w ściany izdebki. Co jakiś czas puszczali obiema dziurkami nosa niezwykle obfite strugi dymu. Przy piecyku siedział na krześle Radek. Głowę miał zwieszoną i opartą na ręce. Jego jasna czupryna opadła pojedynczymi pasmami. Leżała mu na czole i na pięściach. Kiedy Borowicz wszedł do izby, wszyscy zasypali go pytaniami, dlaczego przychodzi tak późno. Marcin nabrał tchu, a raczej dymu w płuca. Wysapał się i powiedział:

— Zabierajcie, *o ándres klerykowiajoj*, manatki i rwijcie stąd z kopyta!

— Co? Dlaczego? — wołano dookoła.

— Zabierajcie manatki, bo tu zaraz może być rewizja! Nie ma o czym długo gadać. Jutro rozpowiem.

Po tych słowach zepchnął Zygiera z łóżka i sam się na nie rzucił. Wszyscy umilkli i przyglądali się Marcinowi. Myśleli, że żartuje. Nagle Jędrzej Radek wstał z miejsca i stanął na środku izby. Jego głowa sięgała sufitu. Włosy kosmykami spadały mu na czoło. Wzrok miał trochę zamglony, a raczej skierowany na coś bardzo dalekiego. Zimny półuśmiech lekko krzywił mu górną wargę. Ukrywał się pod nim głęboki zachwyt.

— Słuchajcieno, ja wam powiem!... — zaczął mówić swoim twardym głosem.

— Słuchajno, chłopie, idziemy! — przerwał mu Zygier.

Radek potrząsnął głową. Cofnął się na swoje miejsce i usiadł. Nagle, ni z tego, ni z owego, zaczął śpiewać. Głos miał szorstki, ale mocny jak szczęk stali. Śpiewał pieśń, której nikt nie znał:

»...Młoty w dłoń, Kujmy broń!...«

Zygier szybko skoczył do niego. Potrząsnął go za ramię i zawołał rozkazującym głosem:

— Radek, bądź cicho!

Andrzej spojrzał na niego, kiwnął głową i mruknął:

— Cicho?... No, to cicho...

Wszyscy szybko opuścili górkę, zbiegli ze schodów i przeszli przez ogród. Za radą Borowicza wychodzili przez dziurę Efialtesa pojedynczo, co pewien czas. Wkrótce wszyscy rozbiegli się na wszystkie strony świata. Nad kanałem zapanowała zwykła, głucha cisza i pustka.

Około dwunastej w nocy z brukowanej uliczki dał się słyszeć łoskot kroków kilku osób. To pan Majewski, przebrany i osuszony, wracał na miejsce, gdzie tyle wycierpiał. Szło z nim dwóch strażników miejskich. Strażnicy mieli ze sobą ślepą latarkę. Nagle ją otworzyli i zbadali miejsce. Wbrew temu, co mówił nauczyciel, bal leżał nad kanałem. Dziury w parkanie strażnicy bezpieczeństwa publicznego także teraz nie mogli znaleźć. Pan Majewski żądał, żeby pod osłoną nocy zostać w tym miejscu. Chciał czekać na bandytów, którzy go tak zmasakrowali. Ale strażnicy niezbyt gorliwie poparli ten pomysł. W zasadzie zgadzali się czekać. Tylko nie nad brzegiem cuchnącego kanału, lecz w szynku. Według nich szynk był bardzo niedaleko. Samemu panu Majewskiemu przedstawiciele władzy nie przeszkadzali czatować przy kładce. Chcieli mu nawet pożyczyć ślepą latarkę. Ale noc była ciemna i wietrzna, a w okienku Gontali światło było zgaszone. Dlatego pan Majewski sam postanowił odłożyć zemstę *ad calendas graecas* i poszedł do domu.

### Słowniczek

- **browar**: fabryka, w której robi się piwo.
- **posesja**: teren z domami, podwórzem i ogrodem, który należy do jednego właściciela.
- **komorne**: opłata za wynajęte mieszkanie.
- **Mazas**: dawne więzienie w Paryżu.
- **oficyna**: boczny lub tylny budynek przy podwórzu.
- **krokwie**: skośne belki, na których opiera się dach.
- **»dziura Efialtesa«**: Efialtes w starożytności pokazał wrogom ukrytą ścieżkę; tu: tajne przejście w parkanie.
- **bal (dyl)**: gruba, długa belka z drewna.
- **Ponte Rialto**: słynny most w Wenecji; tu żartem: belka nad kanałem.
- **»korepy«**: korepetycje, płatne lekcje prywatne.
- **con amore**: z miłością, bardzo chętnie (wł.).
- **Plutarch, Carlyle**: pisarze, którzy opisywali życie wielkich ludzi.
- **litografowany**: powielony, odbity na kamieniu.
- **skandować**: czytać wiersz tak, żeby było słychać jego rytm.
- **wolno-próżniacy**: liga leniwych uczniów, którzy nie chcieli się uczyć.
- **uprażnienia**: ćwiczenia, wypracowania (po rosyjsku).
- **»preferek«**: preferans, gra w karty.
- **»*omne tulit punctum, qui miscuit utile dulci*«**: wygrywa ten, kto łączy pożyteczne z przyjemnym (łac.).
- **biba, maślacz**: zabawa z alkoholem; gatunek dobrego węgierskiego wina.
- **Majevius**: żartobliwe, łacińskie przezwisko Majewskiego.
- **renegat**: zdrajca swojego narodu lub wiary; Majewski przeszedł na prawosławie i udaje Rosjanina dla kariery.
- **o ándres klerykowiajoj**: o, mężowie klerykowscy (żartem po grecku).
- **rewizja**: przeszukanie mieszkania przez władze.
- **ślepa latarka, szynk**: latarka, którą można zasłonić; karczma, gdzie pije się wódkę.
- **ad calendas graecas**: nigdy (łac.).

## XVII

Po świętach Wielkiej Nocy gromadka ósmoklasistów w skupieniu przygotowywała się do egzaminu *maturitatis*. Powtarzano wszystkie przedmioty gimnazjalne od *a* do *z*. Ćwiczono je z uporem i zawziętością. Tworzyły się osobne gromadki, zależnie od zdolności. Były pary i trójki, które »kuły« poszczególne przedmioty. Całość była rozbita, a jednak dziwnie się połączyła. Zbiła się w jedną masę, która czuła to samo. Mało kto wiedział, że minął kwiecień i większa część maja. Dla »powtarzaków« były to tylko dni. Każdy dzień miał tyle a tyle godzin pracy i tyle a tyle snu. Niektórzy mniej zdolni mało spali i jedli mniej niż zwykle. Przygniatało ich przygnębienie. Inni ciągle wątpili w siebie i rozpaczali.

A wiosna już zawładnęła światem. Stary park miejski okrył się płaszczem błyszczących, jasnozielonych liści. W jego głębi, pełnej cudownych cieni i świateł, rosły młode kwiaty i trawy. Ścieżki były ubite z okruchów cegły i wysypane żółtym piaskiem. Ginęły wśród zieleni jak małe strumyki między brzegami. Na jednym końcu ogrodu stały mury starych domów. Ukryły swoją nagość pod wieńcami dzikiego wina. Nawet bardzo stare kamienne ławki błyszczały od zielonego, miękkiego mchu. Park leżał dość nisko, między murami. Był pełen wilgoci i chłodu. Ogromne drzewa rzucały na jego wnętrze taki cień, że w upalne dni było tam chłodno jak w podziemnej jaskini. W zakątkach krzaki bzu i czeremchy zbijały się w gęstwiny, przez które nie można było przejść. Gdzie indziej rosły w klomby. Rzędy młodych grabów tworzyły aleje do ustronnych ławek. Jedna z takich jasnożółtych ścieżek prowadziła półkolem do źródła. Spod zrujnowanego muru wypływał tam strumień czystej, zimnej wody. Płynęła przez kamienne gardło Fauna. Spadała do wielkiej misy, wyciosanej z piaskowca, i ginęła w jej wnętrzu. Misa była zawsze pełna po brzegi. Z jej środka wznosiła się ładna kolumna z urną na szczycie. Do źródła prowadziły marmurowe schodki. Nieubłagany czas zniszczył te schodki, samą misę, rzeźbione ozdoby kolumny i urnę. Wyżarł je, wyszczerbił i pokrył rudawą pleśnią. Przez środek zbiornika biegły dwa grube, wygięte i zardzewiałe pręty z żelaza. Kiedyś pewnie stawiano na nich konwie i wiadra. Było to wtedy, kiedy wolno było czerpać stąd wodę. Później korzystały z nich już tylko wróble, skowronki, pliszki, srokosze i makolągwy. Siadały bez strachu pod samym strumieniem lecącej wody. Chwytały krople prosto z niego i otwierały dzioby jak najszerzej.

Kiedy ugasiły pragnienie, długo tam siedziały. Ze zdumieniem wpatrywały się w swoje odbicia w głębi misy. Widziały je na tle delikatnej tkaniny wodnego mchu i ciemnobrązowego osadu. Źródło było na placyku o średnicy jakichś dwudziestu kroków. Z jednej strony otaczały go gęste zarośla grabów i stary mur. Z drugiej strony był trawnik i grządki kwiatów. Po obu stronach zbiornika, kilkanaście kroków od siebie, stały naprzeciwko siebie dwie kamienne ławki. Były bardzo stare, wrośnięte w ziemię. W każdej szczelinie miały pełno mchu. Jedną z nich na czas przed egzaminem wziął wyłącznie dla siebie Marcin Borowicz. Wszyscy jego koledzy uczyli się w grupach. A on, wbrew temu zwyczajowi, uczył się sam. Pod koniec kwietnia i na samym początku maja powtarzał z Zygierem. Ale wkrótce zerwał tę umowę i zniknął wszystkim z oczu. Wiedziano tylko tyle, że codziennie od wczesnego świtu »kuje« w parku. Każdy ósmoklasista był zajęty sobą. Zwracał najwyżej przelotną uwagę na kolegów z grupy, z którą się uczył. Dlatego o Borowiczu prawie zapomniano. A on tymczasem nie uczył się sam.

Pewnego razu, w pierwszych dniach maja, wyszedł o świcie z kursem historii w ręku. Chciał się otrzeźwić po nocy spędzonej nad książką. Szedł obok parku. Skręcił w boczną uliczkę, bo chciał napić się wody ze źródła. Stanął na końcu złotej ścieżki, blisko basenu. I serce w nim zamarło...

W cieniu grabów, wśród książek, na kamiennej ławce siedziała — »Biruta«. Była to jedna z lepszych uczennic siódmej klasy gimnazjum żeńskiego, panna Anna Stogowska, nazywana »Birutą«. Jej ojciec był lekarzem wojskowym. W całym mieście był sławnym karciarzem i łobuzem. Kończył studia lekarskie w petersburskiej akademii chirurgicznej. Mieszkał wtedy u pewnego *czynownika*. Wdał się w mały romans z jego córką. Musiał potem ożenić się z ofiarą swoich zapałów. Wkrótce po studiach dostał posadę lekarza przy pułku piechoty, który stacjonował w Klerykowie. Żona urodziła mu kilkoro dzieci. Najstarszym z nich była właśnie panna Anna. Matka tych dzieci była prawosławna. Dlatego chrzcił je pop, a szkoła zaliczała je do Rosjan. Lekarz Stogowski w gruncie rzeczy nie był ani złym, ani głupim człowiekiem. Ale z natury był lekkomyślny. Kiedy zobaczył skutki jednego nierozważnego uczucia, jego lekkomyślność podwoiła się i potroiła. Pił i grał w karty. Jakby chciał zapomnieć o domu, o żonie i o prawosławnym dziedzictwie.

W tym małżeństwie żona była sto razy bardziej nieszczęśliwa. Kiedy zamieszkała w Klerykowie, nauczyła się polskiego z miłości do męża. Nauczyła się tak dobrze, że nie zdradzał jej nawet obcy akcent. Co więcej, polski stał się językiem całego domu. Z biegiem lat dużo czytała i poznała straszne dzieje ucisku. Wtedy stała się Polką z czystego sumienia. Każdy nowy cios, który spadał na nieszczęśliwy naród, czuła dziesięć razy mocniej. Żaden Rosjanin, który pracował w mieście jako urzędnik, nie miał prawa wejść do jej domu. Co więcej, zerwała wszystkie więzy z rodziną. Spaliła wszystkie mosty. Wypowiedziała własnemu narodowi wojnę scytyjską. Zrobiła to bez wahania, bo słuchała wewnętrznego głosu sprawiedliwości. Ale sama z własnej woli zepsuła sobie przez to życie. Wyrwała z niego z korzeniami radość, zadowolenie i spokój.

Na pewno nie było w Klerykowie drugiej kobiety, która postępowałaby tak obywatelsko jak pani Stogowska. Żadna inna nie stawiała każdego kroku tak rozumnie, tak rozważnie i tak odważnie. Ale nie było tam też ani jednej, która nosiłaby w sercu taki bezbożny wstręt do tego świata, do jego porządków i do samego życia. Tylko w jednym kraju jej myśl mogła na chwilę odpocząć. Były to wspomnienia z dzieciństwa. Ale tam zakazała sobie chodzić. Czuła przecież, że to ona jest główną przyczyną upadku męża. I to tylko dlatego, że jest Rosjanką.

Stała się Polką. Wyrwała z siebie wszystko, co rosyjskie, aż do wspomnień i upodobań. A wtedy przychodził pop i zabierał dzieci, żeby zrobić z nich Moskali. Miłość do męża nie wiadomo jak stawała się źródłem zła. Dzieci urodzone z tej miłości przychodziły na świat z piętnem przekleństwa. Były wrogami swojego ojca, wrogami jej samej, wrogami samych siebie. Chciała zniszczyć i zmazać ten straszny grzech pierworodny. Dlatego ze wszystkich sił starała się zrobić z nich Polaków. Sączyła w ich dusze nienawiść do wszystkiego, co przecież w tajemnicy kochała. Ale mimo wszystkich trudów codziennie czytała w oczach męża wieczny, głuchy żal...

Przyszedł czas, kiedy życie stało się dla niej męką nie do zniesienia. W jej sercu zagnieździła się ukryta trucizna. Była to tęsknota za czymś, Bóg wie za czym. Ta tęsknota wiecznie gryzła ją jak nienasycony pies. W duszy nie było takiej kryjówki ani zakątka, gdzie można by się przed nią schować. Była jak mała, słaba mucha, która lekkomyślnie usiadła na żelaznych szynach. Pod kołami pędzącego pociągu straciła skrzydła i nogi. Pani Stogowska tak samo wlokła swoje życie ze zmiażdżonym sercem. Ciągle pełzała wzdłuż tej samej drogi. Aż do śmierci...

Zachorowała na zapalenie płuc i szybko zgasła. Miała ledwie trzydzieści kilka lat. Panna Anusia, najstarsza córka, była wtedy czternastoletnią smarkulą. W ostatnich latach życia matki była jej jedyną powiernicą, schronieniem i pomocą. Nic dziwnego, że odziedziczyła po niej cały spadek duchowy. Już w trzeciej klasie panna Anna wiedziała, jakie »pociechy« daje religia z przymusu. Wiedziała, co to znaczy kochać ucisk i czcić nieszczęścia, które on sprawił. Wiedziała, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Czy wyszłaby za Rosjanina, czy za Polaka, zawsze czekałby ją los matki. Sama nie miała żadnych rosyjskich wspomnień. Wychowywała się wśród ciągłego gwałtu na sumieniu. Żyła między nienawiścią a miłością na śmierć i życie, w samym środku tej rodzinnej tragedii. Dlatego już we wczesnym dzieciństwie stała się służką narodowej nędzy. Do jej pierwszych, przedwczesnych uczuć przylgnęła zemsta za matkę. Wszystkie strzały jej pragnień i marzeń dostały od niej stalowe groty i ostrza. Myśli dziewczynki wyrosły na zagubionym, nieziemskim gruncie. Były jak drzewka, trawy i kwiaty na niedostępnej skale. Z tej wysokości patrzyła dziecięcymi oczami na świat. Była samotna i do nikogo na ziemi niepodobna. Koleżanki nazwały ją »Birutą«. Nigdy bowiem nie uśmiechała się oczami do chłopców. Przysięgła, że na zawsze zostanie dziewicą. Mówiła, że poświęci życie czemu innemu. W gimnazjum musiała chodzić do cerkwi i nazywać się Rosjanką. Starała się nie wypełniać przepisów obrzędów. Ciągle się buntowała, jawnie i po cichu. Dlatego karano ją na różne sposoby. Grożono, że wyrzucą ją ze szkoły. Odwoływano się do pomocy ojca. Doktorowi Stogowskiemu wiecznie źle się wiodło. Od śmierci żony szło mu już całkiem źle. Pod tą groźbą sam, wbrew swojej chęci i woli, ze łzami namawiał córkę do posłuszeństwa. Wszystko to napełniało jej młodą duszę grozą i wstrętem. Z biegiem lat utrwaliły się jej prawdziwe zasady. Weszły w jej charakter jako jego żywe części. Stały się jej usposobieniem i nawykiem. Panna Anna dużo czytała. Jakby pod szkolną ławką zdobyła wykształcenie dużo szersze, niż sądzono. Była nieufna, zamknięta w sobie, milcząca i niedostępna.

Teraz, po śmierci matki, wzięła w swoje ręce prowadzenie domu i opiekę nad młodszym rodzeństwem. Trzech braci uczyło się w gimnazjum męskim, a dwie młodsze siostry w żeńskim. Pilnowała nie tylko ich jedzenia i nauki. Robiła też to samo co matka. Uczyła ich nienawiści do ducha moskiewskiego. Ale między jej szeptem a szeptem matki była różnica. Matka robiła to jak szlachetny człowiek, który walczy ze słabością sił i wypełnia obowiązek. Córka wypełniała go inaczej, tak jakby »nóż ostrzyła tajemnie...«

Borowicz zakochał się w pannie Annie pod koniec zimy. Był mroźny, śnieżny dzień. Szedł w stronę gimnazjum i spotkał panienkę, która szła do cerkwi. Był to czas najbardziej zażartych dyskusji i czytania u Gontali. Borowicz przelotnie spojrzał na dziewczynę. W roztargnieniu poczuł dawne, martwe wrażenie rusofila: »ach, to ta... »Birutka««. I nagle przypomniał sobie, co mu o niej mówiono. Zawrócił w miejscu i powlókł się za nią. »Biruta« szła powoli. Lekkie jak puch płatki śniegu płynęły w powietrzu. Krążyły dookoła jej głowy w barankowej czapce. Jedne po kryjomu siadały na pasmach jasnych włosów, które wysuwały się spod czapki. Inne bezczelnie leciały do różowych ust. Za tę świętokradczą odwagę umierały w gorącym oddechu. Jeszcze inne czepiały się brwi i długich rzęs i zaglądały w smutne oczy. Borowicz tylko raz w nie spojrzał. I od razu spadło na niego coś jakby zaćmienie słońca w biały dzień. Te duże, lazurowe oczy dawały nawet białkom lekki odcień błękitu. Wcieliły się w jego duszę...

»Biruta« nigdzie nie bywała, u żadnej z koleżanek. Cały wolny czas zabierała jej praca w domu i lekcje z siostrami. Dlatego Borowicz nie mógł jej poznać, choć bardzo się o to starał. Czasem widywał ją na ulicy, kiedy szła do domu albo do gimnazjum z młodymi »Stogówkami«. Wtedy przez krótkie chwile radości mógł na jawie wielbić jej cudowną twarz. Mógł podziwiać jej oczy, w których mieszkała wieczna, chłodna troska. Pewnego razu jedna żwawa siódmoklasistka dała mu sztambuch, żeby wpisał wiersz na pamiątkę. Niedbale przerzucał kartki tego albumu. Z ironią czytał drewniane uczucia gimnazjalistek. Nagle rzucił mu się w oczy wierszyk napisany ręką panny Stogowskiej. Borowicz zerwał się na równe nogi. Drżącymi ustami czytał tę zwrotkę:

»Ach, kiedyż wykujem, strudzeni oracze, Lemiesze z pałaszy skrwawionych?

Ach, kiedyż na ziemi już nikt nie zapłacze Prócz rosy łąk naszych zielonych?...«

Na dole strony był taki dopisek:

»Droga moja, jeżeli kiedy spojrzysz na tę kartkę i odczytasz niniejszą piosenkę Mieczysława Romanowskiego, wspomnij o »Birucie« i myśl o niej ze współczuciem«.

Borowicz długo stał z oczami wpatrzonymi w te słowa. Tego samego dnia wpisał właścicielce sztambucha jakiś szumny frazes. Ale za to wyrwał z tej pięknie oprawionej książki kartkę z pismem »Biruty«. Bezczelnie ją ukradł i schował. Od tej pory ta kartka bardzo często leżała między stronami »Antygony«. Ilekroć Marcin powtarzał lekcję, nowoczesny poeta przeszkadzał mu skupić całą uwagę na skargach ślepego króla.

Tymczasem skończył się rok szkolny, przyszły święta i wkrótce zwaliło się powtarzanie. W tym czasie Marcin widział pannę Annę tylko raz. Z wściekłością kuł całymi dniami, czasem aż do bladego świtu. Wtedy wychodził z domu. Krążył jak wartownik po ulicy, przy domu, w którym mieszkała »Biruta«. Wiedział na pewno, że jej nie zobaczy. Ale kiedy zbliżał się do jej mieszkania, czuł szczególne ściśnięcie serca, bolesne i rozkoszne zarazem. Jego umysł był wtedy na siłę wkręcony w żelazne tryby dat, aorystów i wzorów. A mimo to wyrywał się do cudownego zjawiska. Spał u stóp ukochanej w ciszy i wśród marzeń. Ulica była wybrukowana dużymi kamieniami. Miała wąziutkie chodniki z płyt piaskowca, zupełnie wydeptanych. O tej porze była zupełnie pusta. Okiennice, często tuż nad samym chodnikiem, były zamknięte. Firanki były zasunięte, bramy i drzwi do sieni zabarykadowane. Pierwsze światło świtu spływało z dachów, pokrytych nocną rosą, w brudną ulicę. Pokrywało ją całą bladoniebieskim kolorem. Borowicz chodził na palcach. Nie chciał nikogo budzić ani zwracać na siebie uwagi. Jego oczy leciały do rzędu okien na pierwszym piętrze starej kamienicy. Czepiały się ich. Wisiały na zasuniętych roletach z szarego płótna... Zdarzało mu się stać tam bez ruchu i bez świadomości, nie wiadomo jak długo. Oczy miał utkwione w te szyby. Kiedy sklepikarze zaczynali otwierać swoje sklepiki, Marcin z głodnym sercem odchodził. Szedł w stronę parku, który leżał zaraz po drugiej stronie tych domów.

I oto nagle los się nad nim zlitował. Wszedł na placyk przy źródle i zobaczył »Birutę«. Panna Stogowska spojrzała na niego niechętnie. Drgnęła, jakby chciała odejść. Ale po namyśle zacisnęła wargi i została. Borowicz chciał trzymać książkę przed oczami i patrzeć na nią zza książki. Ale nie mógł jej podnieść z kolan. Teraz przypomniał sobie, że kiedyś widywał tę panienkę. Była wtedy chudą, mizerną dziewczynką o surowych oczach. Czy to ta sama? — pytał się w kółko. W tym pytaniu kryła się bezgraniczna rozkosz. Blada twarzyczka zmieniła się teraz w dziewczęcą twarz o bardzo pięknych rysach. Wyglądało to tak, jakby właśnie z niej wzięto wzór do boskich profilów Pallas Ateny. Takie profile są na rycinach w starych wydaniach pieśni Homera. Pod prostymi brwiami błyszczały w cieniu rzęs wielkie oczy. Nad białym czołem lśniły w porannym świetle pasma włosów, jak piękny len. Chude ramiona podlotka zmieniły się teraz w ramiona dziewczyny. Cudownymi liniami łączyły się z zarysem piersi. Piersi napinały stanik ciasnego, brązowego mundurka.

Park był zupełnie pusty i cichy. Leżała w nim jeszcze cienka warstwa nocnej mgły. Tylko ptaki nawoływały się na drzewach. Niektóre goniły za jedzeniem w wysoką trawę. Od czasu do czasu przerywały ciszę trzepotem skrzydeł. Czepiały się wtedy grubych łodyg i kołysały się razem z nimi w powietrzu.

Czas leciał jak błyskawica. Borowicz ze zdumieniem usłyszał, że zegar bije siódmą. Panna Anna wstała z miejsca i odeszła, nie podnosząc oczu. Marcin odprowadzał ją wzrokiem. Kiedy krzaki zasłoniły jej głowę, wyciągnął się na ławce i leżał tak bez ruchu. Dopiero około dziewiątej wrócił na stancję. Przez cały dzień zawzięcie pracował. Chciał przemóc uczucia, które napadały go jak ataki gorączki. Chciał pokonać odrętwienie mózgu. Czasem ogarniały go dziwne złudzenia. Zmieniały jego samego i cały świat w coś innego. Właściwie zmieniały wszystko w jedną jedyną, niewypowiedzianą, senną rozkosz. Ten sen na jawie przeszkadzał mu w nauce. Dlatego Marcin musiał zarywać noce. Spał ledwie parę godzin. Przed samym świtem, około drugiej, obudził go nagły nerwowy wstrząs. Wstał, polał głowę wodą i poszedł do źródła w parku. Usiadł na swojej ławce. Oparł łokcie na kolanach i ujął głowę w ręce. Oddał się marzeniom. Było to tak, jakby po niepewnych schodach schodził w czarną głąb studni bez dna. Od czasu do czasu na tej drodze zastępował mu drogę żal albo strach... W innych chwilach ściskała mu pierś tęsknota, której nie mógł pokonać.

W parku i w mieście była jeszcze zupełna ciemność. Nawet ptaki drzemały w gniazdach. Tylko woda ze źródła spadała na żelazne pręty. Rozpryskiwała się kroplami po powierzchni wody w kamiennej misie. I grała swoją wieczną melodię. Borowicz wiedział, co znaczy ten dźwięk, chichotliwy i żałosny zarazem. Wpadał mu do ucha i zostawał tam na zawsze. Był symbolem dziwnych minut, które przemijają. Tymczasem między grubymi pniami stanęła czerwona jak krew zorza. Jej liliowy blask rozpalił się nad koronami drzew. Wypędził mrok nawet z zakątków starego muru, który rozpadał się w gruzy. Kosy zaczęły gwizdać swoje wesołe trele. Wtedy Borowicz, który siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, usłyszał chrzęst drobnego żwiru na ścieżce. Usłyszał zbliżające się kroki. Czuł, że ta osoba zatrzymała się przy wejściu. Dopiero po chwili usiadła na ławce naprzeciwko. Bał się ruszyć, żeby nie spłoszyć spełnionego marzenia. Dopiero kiedy usłyszał szelest przewracanych kartek, wyprostował się i podniósł głowę. Zobaczył pannę Annę.

Od tej chwili patrzył na nią jak na tęczę. Myślał sobie, że to źle. Że może wszystko stracić, jeśli panienka się rozgniewa i odejdzie. Ale były to głosy wołające na pustyni. Nienasycone oczy bez końca się upajały i tonęły w swoim szczęściu. »Biruta« nie zwracała na to wszystko nawet przelotnej uwagi. Gorliwie uczyła się czegoś na pamięć. Po prostu poruszała wargami. Widocznie powtarzała jakieś słowa, zdania albo liczby. W pewnej chwili przelotnie spojrzała na sąsiada. Zmieszała się, kiedy zobaczyła jego twarz. Twarz ta była rozjaśniona uśmiechem zachwytu, ale blada. Była podobna do twarzy człowieka, którego śmiertelnie zraniono i z którego uchodzi krew. Wtedy bolesny dreszcz wstrząsnął nią od stóp do głów...

Następnego dnia już nie przyszła do źródła. Borowicz siedział tam na próżno cały ranek. Drugiego dnia też jej nie zobaczył. W ciągu tych dni przeżył bardzo wiele. Myślał o losie panny Stogowskiej. Myślał o przymusie, który wycierpiała w swoim krótkim życiu. Te myśli prowadziły go po krawędziach stromych gór, nad przepaściami. Prowadziły tam, gdzie odważa się wejść tylko młodość. Na tej drodze z jego serca wypadła nędzna litość szczęśliwego człowieka dla kogoś nieszczęśliwego. Zamiast niej serce wypełniło się po brzegi obywatelskim współczuciem. Takie współczucie łączy spiskowców, którzy idą na szafot za tę samą sprawę. Na końcu tych rozważań czekał okrutny wyrok: nigdy... Trzeba było skazać na śmierć tę miłość, od której pęka serce. Trzeba było wypalić wszystko, aż do ostatniego wspomnienia, jakby żelazem rozpalonym do białości. Postanowił zacząć tę pracę od razu i od razu znieść tę mękę. Postanowił unikać widoku »Biruty«. Minęła trzecia noc od ostatniego »spotkania«. Tym razem nie poszedł do parku. Ranek spędził w lesie. Leżał tam twarzą do ziemi, jak człowiek pogrążony w letargu, przysypany ziemią grobu. Jego ciało nie czuło głodu ani pragnienia, zimna ani bólu. W głowie miał taką pustkę, jakby przed chwilą rozwaliła mu ją bomba. Tylko w głębi serca tliło się jak płomyk cierpienie zranionej duszy. Czasem ten płomyk błyskał żywiej i przybierał formę przysięgi: gdybyś kiedy we śnie poczuła, że oczy moje już nie patrzą na ciebie z miłością, wiedz, żem żyć przestał...

W południe wrócił na stancję i znowu rzucił się do pracy. Praca była teraz sposobem ratunku. Była jakby dobrym przewodem dla kipiącego buntu, dla zebranego gniewu, dla burzy, która szalała w sercu. Porywała z serca uczucia wysoko, aż do nieba. Unosiła je w nieznane głębiny. Te głębiny wchłaniają ich tak dużo, a nigdy nie oddają ani okruszyny. Tak minął dzień i część nocy. Przed świtem następnego dnia Borowicz cicho wstał. Wyszedł z domu jakby po kryjomu przed samym sobą. Nogi same go niosły. Nie czuł ani iskry oporu. Nie mógł myśleć o tym, co robi. Wiedział na pewno, że panienki nie będzie. Ale tęsknił do tego zakątka, do szmeru wody i do widoku roślin. Kiedy tam przyszedł, było jeszcze ciemno. Jak obłąkany podszedł do miejsca »Biruty«. Usiadł w tym rogu, w którym widział ją dwa razy. Czuł się tak, jakby po kryjomu kradł albo szpiegował i oskarżał kolegów. Jego ręce obejmowały pustkę. Głowa opadła na miejsce, gdzie były ramiona niebieskookiej. Usta całowały powietrze. Nogi ze czcią dotykały żwiru, na którym stały stopy panny Anny. Tłumił w sobie gwałtowny szloch. Trzymał w objęciach cudowną chimerę. Tak minął czas przed świtem. Dopiero poranna zorza zawstydziła Marcina. Wstał z tego miejsca i przeszedł na swoją ławkę. Próbował znowu zabrać się do pracy.

Zupełnie się tego nie spodziewał. Za krzakami zachrzęścił żwir. Panna Anna szybko przeszła ścieżkę i placyk w stronę swojej ławki. Jej przyjście zapowiedział jakiś pachnący powiew. Brwi miała zmarszczone. Była zmieszana i jakby przestraszona. Borowicz siedział oszołomiony. Jego ból zniknął szybko jak ciemność przy świetle. Na jego miejscu była już wielka rozkosz. Teraz hojnie wynagradzał sobie tak długą tęsknotę. Bez żadnego wstydu wielbił oczami ukochaną postać.

»Biruta« miała spuszczone powieki. Zaczęła się uczyć, ale widocznie nie mogła. Jej wzrok przeszedł ze stron książki na kamyki pod stopami i tam utkwił. Czuła spojrzenie zakochanego. Kilka razy jej rzęsy drgnęły, jakby strząsały z siebie ciężar cudzego wzroku. Jej policzki okrywały się cudownym rumieńcem, a potem szybko bladły... Marcin posyłał jej w spojrzeniu całą swoją duszę. Posyłał tysiące słodkich imion, całą historię swoich rozmyślań, tęsknot i żalów. W myślach błagał ją jak człowiek, który umiera z pragnienia, o jedną kroplę wody. I oto po długim czasie te powieki powoli się uniosły.

Oczy »Biruty«, pokonane i bezradne, przywitały spojrzenie pełne miłości. Na jej ustach błąkał się uśmiech, którego nie da się opisać. Nie był to ani strach, ani wstyd, ani rozpacz...

W tym uścisku spojrzeń przetrwali chwile nie z tej ziemi. W końcu panna Anna odwróciła głowę i zakryła oczy rękami. Ale nie minęła chwila, a znowu je podniosła. Jej twarz była blada jak śnieg. Na czoło zsuwały się promyki włosów. Ręce kurczowo splotła nad kartkami zeszytu. Teraz nie mogła już się sprzeciwiać i opierać. Kiedy odwracała oczy, nieme błaganie przyciągało je z powrotem, jak krzyk. I ta szalona pieszczota trwała dalej, jakby w jakimś innym, wiecznym świecie. Nikt nie mącił ich szczęścia. Żaden głos nie płoszył ciszy, oprócz szmeru wody. Woda mówiła coś swojego, czego nie da się zrozumieć...

### Słowniczek

- **egzamin *maturitatis**: matura, egzamin na końcu gimnazjum.
- **»kuć«, »powtarzaki«**: (gwara uczniowska) uczyć się na pamięć; uczniowie, którzy powtarzają materiał przed egzaminem.
- **Faun**: leśny bożek z mitów, pół człowiek, pół kozioł; tu: jego kamienna głowa przy źródle.
- **urna**: ozdobne naczynie z kamienia.
- **srokosz, makolągwa, pliszka**: małe ptaki, które żyją w Polsce.
- **czynownik**: po rosyjsku: urzędnik państwowy.
- **pop, cerkiew, prawosławny**: ksiądz rosyjskiej wiary, jej kościół i człowiek tej wiary.
- **wojna scytyjska**: tu: walka bez litości, w której pali się wszystko za sobą.
- **piętno, stygmat**: znak hańby, który zostaje na zawsze.
- **grzech pierworodny**: według religii grzech, z którym każdy człowiek się rodzi; tu: wina, z którą rodzą się dzieci.
- **Biruta**: litewska kapłanka z legendy, która przysięgła nie wychodzić za mąż.
- **»nóż ostrzyła tajemnie...«**: słowa z jakiegoś wiersza; tu: po cichu szykowała zemstę.
- **sztambuch**: album, do którego przyjaciele wpisują wiersze.
- **lemiesz, pałasz**: żelazna część pługa; długa, prosta szabla.
- **Antygona**: tragedia greckiego pisarza Sofoklesa, którą uczniowie czytali po grecku.
- **aoryst**: jeden z czasów przeszłych w języku greckim.
- **Pallas Atena**: grecka bogini mądrości.
- **podlotek**: młoda dziewczyna, prawie dziecko.
- **głos wołający na pustyni**: słowa, których nikt nie słucha.
- **letarg**: stan podobny do głębokiego snu albo śmierci.
- **chimera**: marzenie, które nie może się spełnić.

## XVIII

Na początku września tego samego roku Borowicz przyjechał do Klerykowa z wakacji. Był już teraz młodzieńcem »dojrzałym« i nosił cywilne ubranie. Niby przyjechał załatwić jakieś sprawy kolegów, których nie można było odłożyć. Jego opalona twarz była chuda, a wzrok płonął. Od chwili, kiedy w parku wyznali sobie miłość spojrzeniami, bez słów, ani razu nie widział »Biruty«. Na próżno szukał jej wszędzie. Na próżno czekał na nią na rogach ulic i w bramie sąsiedniej kamienicy. Czekał w parku i pod murami gimnazjum żeńskiego, w dzień i w nocy. Zniknęła dla niego, jakby zapadła się pod ziemię. Wiedział tylko tyle, że jest w Klerykowie i że zdaje na patent dojrzałości. Egzaminy pisemne i ustne, wręczenie świadectw, uczta pożegnalna, zdjęcie mundurów, ostatni dzień i ostatnia noc w Klerykowie — wszystko to minęło dla niego jak sen. Jakby to wszystko tylko trochę go dotyczyło. Wakacje spędził w domu u ojca, który bardzo podupadł na zdrowiu. Marcin musiał prowadzić całe gospodarstwo na folwarku. Musiał pilnować sianokosów i żniw. Kiedy wszystko już zebrał, wyrwał się z domu na kilka dni. Ledwie wysiadł z bryczki, umył się w zajeździe i pędem wybiegł z jego bramy. I od razu wpadł w otwarte ramiona »starej Przepiórzycy«. Babcia od razu się rozpłakała.

— Takiś to ty, Marcinek, taka to dobroć w twoim sercu... Gimnazjum skończyłeś, patent masz w garści, a do starej, co ci tylim ssipalcem widziała, nie przyszedłeś powiedzieć: — *adiu Fruziu*, jadę se w świat! Ładnie to tak, godzi się to tak? A przecie my z twoją matką nieboszczką...

Nie było rady. Marcin musiał iść razem z nią na uroczystą kawę. Stanął w drzwiach znajomego mieszkania. Zobaczył przed sobą radcę Somonowicza, który dreptał po izbie. Staruszek był już teraz zupełnie zgarbiony. Plecy wygięły mu się w łuk. Końce długiego surduta zwisały z obu stron skulonej postaci jak opuszczone skrzydła. Radca bardzo podupadł od śmierci kolegi Grzebickiego. Teraz już prawie nikt nie rozumiał, co mówił o przyczynach, powodach i błędach rewolucji 1831 roku. Nikt się z nim świadomie nie zgadzał ani nie kłócił. Radca patrzył na Marcina wytrzeszczonymi oczami i go nie poznawał.

— Nie mam... — mruczał — nie mam waćpana, wcale nie mam przyjemności...

— Cóż radca znowu wyprawiasz — krzyknęła na niego »stara Przepiórzyca«. — Przecie to nasz Borowicz, Marcinek...

— A prawda — mamrotał Somonowicz — przecie to nasz Borowicz... Marcinek...

Ale ciągle patrzył na niego z niedowierzaniem. Dolna warga żałośnie mu zwisała. Dopiero po jakimś czasie nagle krzyknął:

— Ba, cóż mi gadacie? Przecie to jest ten smarkaty Borowicz, Marcinek Borowicz, co tu mieszkał!

— To pan radca teraz mię dopiero poznaje?... — zaśmiał się przyszły student.

— Ale bo z waćpana tyli koń wyrósł, że ani sposobu! Patrzcież się państwo!... Czemuż to znowu mundur zdjąłeś i latasz w cywilnej szacie?

— Albo to nie czas, panie radco? Skończyłem gimnazjum.

— O, jak mi Bóg miły! — krzyknął staruszek. — Gimnazjum skończył! No i cóż teraz — do ojca na wieś walisz?

— Ale gdzież tam — jadę do Warszawy...

— A ty tam po co?

— No, na uniwersytet.

— Jest! Znowu na uniwersytet... Co ci po tym, wal na wieś, zajmij się interesami starego!...

— Nie, ja pojadę do Warszawy.

Radca wydął bezzębne usta i wytrzeszczył oczy. Znowu zaczął chodzić z kąta w kąt pokoiku. W czasie tej rozmowy zza portiery wyszła panna Konstancja. Borowicz wyciągnął do niej rękę i serdecznie ją uścisnął. Stara panna była już zupełnie zestarzała. Szepnęła swoje:

— A, powinszować!...

I usiadła w kącie izby, żeby robić na drutach. Od czasu do czasu panna Konstancja patrzyła z wielkim smutkiem na barczystą postać Marcina. Wszystko na świecie rosło, nabierało siły i z zapałem szło gdzieś w życie. Wszystko oprócz niej, tylko jej jednej. Ona wrosła w swoje miejsce jak próchniejące drzewo. Z sąsiedniego pokoju wysunął się młody Przepiórkowski. Był już łysy jak kolano. Przywitał się z Marcinem i usiadł w drugim kąciku. »Stara Przepiórzyca« zarządziła, jakie imbryki trzeba postawić. Potem wróciła do pokoju i powiedziała:

— O nas to już wiesz pewno, Marcinek?

— Cóż ja mam wiedzieć?

— No, jak to? Że nam stancję zamknęli?

— Pierwsze słyszę!

— Tak, tak! Kriestoobriadnikow wezwał mię do siebie przed dwoma tygodniami i zapowiedział, żebym sobie kosztów oszczędziła, bo on nam stancji trzymać nie da, niby katoliczkom. Od tego, podał, będą specjalne moskiewki, a następnie jakieś tam internaty.

— Czy to możliwe? — powiedział Marcin, szczerze zmartwiony.

— Już my nawet sprzedali, co się dało: stoły, krzesła, lampy. Szukamy mniejszego lokalu, bo po cóż nam taka buda?

Staruszka bezwiednie otarła łzę. Zrobiła to takim ruchem, jakby odganiała muchę.

— Internaty... przednia to jest myśl... — powiedział Somonowicz. — Środek do zaprowadzenia wzorowej karności, należytego rygoru, ale...

— I moskwicyzmu... — powiedział Marcin.

— Co mówisz, filozofie? Moskwicyzmu? Jaki już rezon, a co, a co? — wołał radca. Patrzył po kolei na panią Przepiórkowską, na jej syna i na córkę.

— Ależ tak, moskwicyzmu... — mówił Borowicz, wcale nie zrażony. — Nie tylko w klasie, ale i w domu uczniowie będą musieli ciągle mówić po rosyjsku. Społeczeństwo nie daje nam przecież żadnych środków ratunku...

— Społeczeństwo... fiu... fiu!... Więc cóż niby to społeczeństwo?

— Panie radco, czy pan naprawdę nie współczuje babci Przepiórkowskiej? Zamykają jej stancję, nie wiadomo dlaczego, choć prowadziła ją uczciwie i doskonale. I w ten sposób zabierają jej środki do życia. Czy pan naprawdę współczuje brutalnym kaprysom gimnazjalnych karierowiczów?

— Wara waćpanu do tego, z czym ja współczuję! — krzyczał stary i tupał pantoflami. — Z niczym i z nikim nie współczuję, skoro mam przed oczyma wolę rządu.

— Tak to rozumiem, to jasne! A ja inaczej, ja nie mogę tego znieść! — wołał Borowicz. Coraz bardziej się zapalał.

Starzec wyprostował swoje wykrzywione plecy. Patrzył na niego rozpalonymi oczami.

— Acan masz mleko pod nosem i tyle akurat masz prawa mówić o znoszeniu, co... Nie chcę zresztą gadać ci otwarcie! Ze mną się będziesz spierał, com sześćdziesiąt lat temu...

— Ja nie widziałem ani rewolucji, ani powstania. Ale przecież to nie powód, żebym nie miał prawa czuć ucisku, myśleć o nim i opierać mu się ze wszystkich moich sił...

— A co, a co, słyszeliście? — krzyknął Somonowicz. — Trzeci dziesiątek lat upływa, to jest nasionko. Macie państwo! Czy nie mówiłem? Ja to przeczuwam, ja to widzę! Tu mi włosy wyrosną, jeżeli ty znowu czego nie zmajstrujesz — wołał i podsuwał Borowiczowi pod oczy swoje pomarszczone ręce. — Tu mi włosy wyrosną! Ale to sobie waćpan zapisz w głowie, że ja nie chcę tego dożyć. Nie zgodzę się pod żadnym pozorem na to patrzeć. I sobie w twoich oczach, gołowąsie, z pistoletu w łeb wypalę! To sobie zapamiętaj!...

— Po cóż znowu pan radca ma sobie w łeb strzelać? — pytał zmieszany Borowicz.

— Po co mam sobie w łeb strzelać? Bo mam już dosyć. Nie chcę trzeci raz patrzeć, nie chcę patrzeć, słyszeć, czuć, nie chcę, nie chcę!

— Ależ o co radcy chodzi? — wtrąciła się staruszka.

— O co chodzi? O to chodzi, że nie mam już sił ani przeciwdziałać, ani wstrzymywać. A patrzeć i po nocach na próżno wzywać wszechmocy boskiej nie chcę, choćbym miał duszę wydać na potępienie wieczne. Na to wam mogę w tej chwili przysiąc, że nie chcę patrzeć i nie będę! Wy sobie słuchajcie takiego siewcy, a ja wam powtarzam milion set razy, że to jest wróg waszej nacji, oto ten, który tu stoi!

— Ech, jużem się nasłuchał tych kabalistycznych przekleństw pana radcy i wiem, co za nimi idzie... — powiedział Borowicz i machnął ręką. — Nie ma o czym gadać...

— Jest o czym gadać! Ja cię widzę na wylot! Oddaj się w ręce sprawiedliwości!...

Marcin nie mógł już wytrzymać. Nie czekał na kawę, tylko szybko ze wszystkimi się pożegnał. Stary radca wychylił się za nim z sieni i wołał na cały głos:

— Oddaj się w ręce sprawiedliwości, to ci radzę, jak ojciec...

Prosto z Wygwizdowa Borowicz pobiegł galopem na ulicę »Biruty«. Kiedy zbliżał się do tych miejsc, szedł jak lunatyk. Tyle dni i nocy spędził w tęsknocie za tym widokiem! Tyle razy budził się z marzeń i widział, że ich naprawdę nie ma! Dlatego teraz, kiedy w końcu znalazł się w tych uliczkach, wydawały mu się gorączkowym przywidzeniem. Tu toczyło się zwykłe życie: w małych sklepikach, w jeszcze mniejszych warsztatach, w brudnych i ciasnych mieszkaniach, na ulicy i w sieniach. Było mu ono drogie i czcigodne jak święty obrzęd. Było jak ukochana świątynia samego bóstwa. Szedł noga za nogą. Powoli podnosił oczy do szyb pierwszego piętra. O, gdyby mógł ją zobaczyć, gdyby tylko raz spojrzeć!...

Już z daleka zobaczył, że z okien zdjęto płócienne rolety i firanki. Większość okien była otwarta, wszystkie tak samo. Z mieszkania wiało pustką. W głębi jednego z pokoi widać było podwójną drabinę z białego drewna, zachlapaną olejną farbą. Dalej, tam gdzie kiedyś stały w białych wazonikach piękne złocienie, stał garnek z niebieską ultramaryną. Sterczał z niego gruby pędzel.

Serce Marcina przeszył złośliwy ból. Było to, jak mówi Hamlet, »taki jedynie rodzaj przeczucia, jakiby zmieszał, być może, kobietę«. Borowicz chciał od razu znaleźć ratunek na to przygniatające uczucie. Wszedł w bramę. Spotkał tam starą, zabrudzoną stróżkę. Czyściła bramę wjazdową dużą miotłą na długim kiju.

— Proszę pani — szepnął i wsunął babie do ręki pół rubla — czy doktor Stogowski teraz przyjmuje chorych?

— Ten, co tu na górze mieszkał, ruski doktór, to się już wyprowadził, ale przyjdzie na kwaterę to samo doktór, tylko inszy, a tera nie ma żadnego... — powiedziała babina. Osłupiała ze zdumienia na widok takiej kupy pieniędzy.

— A gdzież tamten?

— Tamtego przeniosły aże w głęboką *Rosiją*.

— W głęboką *Rosiją?* — powtórzył Marcin drżącymi wargami.

— Mówił ta *dzieńszczyk*, że tam niby ten doktór Stogowski będzie brał lepszą zasługę. Na *jednoroła* tam poszedł, to samo przy wojsku.

— Ale gdzież to jest?

— Gadał on toto, ale nie potrafię wymówić. Jakosi tak, jakby... *Śmierno*, czy co?

— A czy to już wyjechali?

— O, już będzie z pięć niedziel, jak pojechały.

— I ta panienka, córka, to samo?

— A ino, pojechała i ona. Zapłakała se, chudziątko, jak przyszło włazić na furę. Jeszcze mi złotówkę wetknęła, żem, widać, sterczała, jako się patrzy, przy bramie.

Marcin odszedł stamtąd. Nie widział ani jednego przechodnia. Prawie instynktownie trafiał z ulicy w ulicę, z ulicy w ulicę, z ulicy w ulicę. Sam nie wiedział, jak znalazł się przy bramie parku. Wszedł tam i skręcił na swoją aleję. Doszedł do źródła. W tym ustroniu było pusto. Kamienne ławki stały tak samo. Tylko liście bzu sczerniały i ucichł śpiew ptaków. Borowicz usiadł na swoim miejscu. Martwymi oczami przyglądał się sąsiedniej ławce.

Od czasu do czasu z wysokich drzew spływał suchy liść. Kołysał się w powietrzu i cicho spadał między zwiędłe trawy. Od czasu do czasu za żelaznymi sztachetami słychać było stukot kroków przechodnia po kamiennym chodniku. Albo z daleka dochodziły okrzyki uczniów, którzy grali w piłkę na podwórzu gimnazjum.

Drżącymi palcami Marcin wyjął z bocznej kieszeni kartkę z pismem »Biruty«. Przycisnął do sinych ust słowa piosenki: »Ach, kiedyż wykujem, strudzeni oracze, lemiesze z pałaszy skrwawionych?...«

Jego duszę miażdżył ból tak głęboki, jakby trzymał przy ustach rękawiczkę albo wstążkę wyjętą z trumny. W jego rozbitej głowie snuł się nędzny orszak myśli. Było ich coraz mniej, coraz mniej... Tylko dwa, trzy pytania ciągle wracały.

Po co ludzie to wszystko robią? Po co z własnej woli robią na złość słabszym od siebie, dzieciom? Czy to jest pomoc, którą starsi i mądrzejsi dają młodym? Nic, tylko mściwe, obłudne i umyślne kłamstwo, gdzie się tylko da. Tylko podstawianie nogi, żebyś upadł i żebyś się rozbił. A ty wierzysz, że wykujem lemiesze z pałaszy skrwawionych... — zapłakał w głębi serca.

Nagle usłyszał nad sobą cichy głos:

— Borowicz, panie, panie...

Marcin podniósł głowę. Zobaczył twarz Radka, który był wtedy uczniem ósmej klasy. Radek stał pochylony nad nim. Był to barczysty, chudy i śniady chłop. Wpatrzył swoje szare oczy w twarz Marcina i cicho pytał:

— Cóż ci to, Borowicz, cóż ci to?

Marcin nie mógł powiedzieć ani słowa. Nie mógł patrzeć. Wyciągnął tylko rękę. Poczuł uścisk kościstej prawej ręki Radka, twardej, jakby zrobionej z żelaza. I ten uścisk dodał mu sił.

### Słowniczek

- **»dojrzały«, patent dojrzałości**: tu: człowiek, który zdał maturę; świadectwo maturalne.
- **»stara Przepiórzyca«**: przezwisko pani Przepiórkowskiej, u której Marcin mieszkał jako uczeń.
- **ssipalec**: (gwara) mały dzieciak.
- **adiu Fruziu**: do widzenia, Fruziu (Fruzia to imię staruszki).
- **radca**: emerytowany urzędnik (tytuł).
- **waćpan, acan**: dawne formy zwracania się do mężczyzny („pan").
- **rewolucja 1831 roku**: powstanie listopadowe przeciw Rosji (1830–1831).
- **portiera**: gruba zasłona w drzwiach.
- **internat**: dom, w którym uczniowie mieszkają pod nadzorem szkoły.
- **moskwicyzm**: zmuszanie Polaków, by stali się Rosjanami.
- **karierowicz**: człowiek, który myśli tylko o swojej karierze.
- **gołowąs**: młody chłopak, któremu jeszcze nie rosną wąsy.
- **siewca, nasionko**: tu: ktoś, kto sieje bunt; młode pokolenie, które znowu może zacząć powstanie.
- **kabalistyczny**: tajemniczy i niezrozumiały.
- **ultramaryna**: niebieska farba.
- **Hamlet**: bohater dramatu Szekspira.
- **Rosiją, inszy, tera, aże, jakosi**: (gwara stróżki) Rosję, inny, teraz, aż, jakoś.
- **dzieńszczyk**: po rosyjsku: żołnierz, który służy oficerowi.
- **jednoroła**: słowo przekręcone przez stróżkę; chodzi o wyższe stanowisko w wojsku.
- **Śmierno**: przekręcona nazwa miasta w Rosji.
- **pięć niedziel**: pięć tygodni.
- **lemiesz, pałasz**: żelazna część pługa; długa, prosta szabla.
