# Latarnik (poziom B1)

*Henryk Sienkiewicz*

## Latarnik

To opowiadanie powstało na podstawie prawdziwego wypadku. Pisał o nim kiedyś J. Horain w jednym ze swoich listów z Ameryki.

Pewnego razu zdarzyło się, że latarnik w Aspinwall, niedaleko Panamy, zniknął bez wieści. Stało się to w czasie burzy. Dlatego przypuszczano, że nieszczęśliwy człowiek podszedł nad sam brzeg skalistej wysepki, na której stoi latarnia. Tam zapewne spłukała go wielka fala. To przypuszczenie było tym bardziej prawdopodobne, że następnego dnia nie znaleziono jego łódki, która stała w skalnej szczelinie.

Miejsce latarnika było więc wolne i trzeba je było jak najszybciej zająć. Latarnia ma bowiem duże znaczenie, zarówno dla ruchu miejscowego, jak i dla statków płynących z New Yorku do Panamy. W Zatoce Moskitów jest wiele piaszczystych ławic i zasp. Droga między nimi jest trudna nawet w dzień. W nocy jest prawie niemożliwa, zwłaszcza we mgle, która często podnosi się z tych wód ogrzanych tropikalnym słońcem. Jedynym przewodnikiem dla licznych statków jest wtedy światło latarni.

Kłopot ze znalezieniem nowego latarnika spadł na konsula Stanów Zjednoczonych, który mieszkał w Panamie. A był to niemały kłopot. Po pierwsze, następcę trzeba było znaleźć koniecznie w ciągu dwunastu godzin. Po drugie, następca musiał być nadzwyczaj sumiennym człowiekiem, więc nie można było przyjąć byle kogo. Wreszcie, kandydatów na tę posadę w ogóle brakowało.

Życie na wieży jest bardzo trudne i wcale nie pociąga ludzi Południa, którzy są leniwi i lubią swobodnie wędrować. Latarnik jest niemal więźniem. Poza niedzielą nie może w ogóle opuszczać swojej skalistej wysepki. Łódź z Aspinwall przywozi mu raz dziennie zapasy jedzenia i świeżą wodę. Ludzie, którzy to przywożą, odpływają natychmiast. Na całej wysepce, która ma jedną morgę, nie ma nikogo innego.

Latarnik mieszka w latarni i utrzymuje ją w porządku. W dzień daje znaki kolorowymi flagami, zgodnie ze wskazaniami barometru, a wieczorem zapala światło. Nie byłaby to wielka praca, gdyby nie schody. Aby dostać się z dołu do świateł na szczycie wieży, trzeba przejść przeszło czterysta krętych i bardzo wysokich schodów. A latarnik musi odbywać tę podróż czasem kilka razy dziennie. W ogóle jest to życie klasztorne, a nawet więcej niż klasztorne, bo życie pustelnika.

Nic dziwnego, że Mr. Izaak Falconbridge bardzo się martwił, gdzie znajdzie stałego następcę po nieboszczyku. Łatwo też zrozumieć jego radość, gdy następca zgłosił się niespodziewanie jeszcze tego samego dnia.

Był to człowiek już stary, miał siedemdziesiąt lat albo i więcej, ale był zdrowy i silny. Trzymał się prosto, a ruchy i postawę miał żołnierskie. Włosy miał zupełnie białe, a skórę spaloną jak u Kreolów. Jednak sądząc po niebieskich oczach, nie należał do ludzi Południa. Twarz miał przygnębioną i smutną, ale uczciwą. Od pierwszego spojrzenia spodobał się Falconbridge’owi. Pozostało go tylko przepytać, i tak zaczęła się następująca rozmowa:

— Skąd jesteście?

— Jestem Polak.

— Co robiliście do tej pory?

— Tułałem się.

— Latarnik powinien lubić siedzieć na miejscu.

— Potrzebuję odpoczynku.

— Czy służyliście kiedyś? Czy macie świadectwa uczciwej służby rządowej?

Stary człowiek wyjął spod ubrania spłowiały jedwabny szmat, podobny do kawałka starej chorągwi. Rozwinął go i powiedział:

— Oto są świadectwa. Ten krzyż dostałem w roku trzydziestym. Ten drugi jest hiszpański, z wojny karlistowskiej. Trzeci to legia francuska. Czwarty dostałem na Węgrzech. Potem biłem się w Stanach przeciw południowcom, ale tam nie dają krzyży, więc oto papier.

Falconbridge wziął papier i zaczął czytać.

— Hm! Skawiński? To jest wasze nazwisko?... Hm!... Dwie chorągwie zdobyte własnoręcznie w ataku na bagnety... Byliście walecznym żołnierzem!

— Potrafię być i sumiennym latarnikiem.

— Trzeba tam codziennie wchodzić po kilka razy na wieżę. Czy macie zdrowe nogi?

— Przeszedłem piechotą „pleny”.

— *All right!* Czy znacie służbę morską?

— Trzy lata służyłem na wielorybniku.

— Próbowaliście różnych zawodów?

— Nie zaznałem tylko spokojności.

— Dlaczego?

Stary człowiek wzruszył ramionami.

— Taki los...

— Jednak wydajecie mi się za starzy na latarnika.

— *Sir* — odezwał się nagle kandydat wzruszonym głosem. — Jestem bardzo zmęczony i wyczerpany. Dużo, widzicie, przeszedłem. To miejsce jest jednym z takich, które najgoręcej pragnę dostać. Jestem stary, potrzebuję spokoju! Potrzebuję sobie powiedzieć: tu już będziesz siedział, to jest twój port. Ach, *Sir*! To zależy tylko od was. Drugi raz taka posada może się nie zdarzyć. Co za szczęście, że byłem w Panamie... Błagam was... Jak mi Bóg miły, jestem jak statek, który jeśli nie wejdzie do portu, to zatonie... Jeśli chcecie uszczęśliwić starego człowieka... Przysięgam, że jestem uczciwy, ale... Dość mam już tego tułactwa...

Niebieskie oczy starca prosiły tak gorąco, że Falconbridge, który miał dobre, proste serce, poczuł się wzruszony.

— *Well*! — powiedział. — Przyjmuję was. Jesteście latarnikiem.

Twarz starego zajaśniała radością, której nie można opisać.

— Dziękuję.

— Czy możecie dziś jechać na wieżę?

— Tak jest.

— Zatem *good bye*!... Jeszcze słowo: za każde uchybienie w służbie dostaniecie dymisję.

— *All right!*

Tego samego wieczora słońce stoczyło się na drugą stronę międzymorza. Po promiennym dniu nastała noc bez zmierzchu. Nowy latarnik był już widocznie na miejscu, bo latarnia jak zwykle rzucała na wody swoje snopy jaskrawego światła. Noc była zupełnie spokojna, cicha, prawdziwie tropikalna. Była pełna jasnej mgły, która tworzyła wokół księżyca wielki, tęczowy krąg o miękkich, niewyraźnych brzegach. Tylko morze było wzburzone, ponieważ rósł przypływ.

Skawiński stał na balkonie, tuż przy olbrzymich lampach latarni. Z dołu wyglądał jak mały, czarny punkcik. Próbował zebrać myśli i zrozumieć swoje nowe położenie. Ale jego myśli były pod zbyt silnym naciskiem, by mogły płynąć normalnie. Czuł to, co czuje ścigane zwierzę, gdy wreszcie schroni się na jakiejś niedostępnej skale lub w jaskini. Nadszedł wreszcie dla niego czas spokoju. Poczucie bezpieczeństwa napełniło jego duszę jakąś rozkoszą, której nie można opisać. Na tej skale mógł teraz po prostu śmiać się z dawnego tułactwa, z dawnych nieszczęść i niepowodzeń. Był naprawdę jak statek, któremu burza łamała maszty, rwała liny i żagle. Rzucała nim od chmur na dno morza, biła w niego falą, pluła na niego pianą. A jednak ten statek wpłynął do portu. Obrazy tej burzy przesuwały się teraz szybko w jego myślach, a naprzeciw nich stała cicha przyszłość, która miała się zacząć.

Część swoich dziwnych losów opowiedział sam Falconbridge’owi, ale nie wspomniał o tysiącu innych przygód. Prześladowało go takie nieszczęście. Ilekroć rozbił gdzieś namiot i rozpalił ognisko, by osiedlić się na stałe, przychodził jakiś wiatr. Wyrywał kołki namiotu, rozwiewał ognisko, a jego samego niósł ku zgubie. Patrząc teraz z balkonu wieży na oświetlone fale, wspominał wszystko, co przeszedł.

Bił się w czterech częściach świata, a w czasie tułaczki próbował niemal wszystkich zawodów. Był pracowity i uczciwy, więc nieraz dorabiał się pieniędzy. Zawsze jednak je tracił, mimo wszystkich przewidywań i największej ostrożności. Był kopaczem złota w Australii, poszukiwaczem diamentów w Afryce, strzelcem rządowym w Indiach Wschodnich. Kiedy założył farmę w Kalifornii, zniszczyła go susza. Próbował handlu z dzikimi plemionami, które mieszkały w głębi Brazylii. Jego tratwa rozbiła się na Amazonce. Bezbronny i prawie nagi, tułał się po lasach przez kilka tygodni. Żywił się dzikimi owocami i co chwila mógł zginąć w paszczy drapieżnych zwierząt. Założył warsztat kowalski w Helenie, w Arkansas, i stracił go w wielkim pożarze całego miasta. Następnie w Górach Skalistych wpadł w ręce Indian i tylko cudem uratowali go kanadyjscy strzelcy. Służył jako marynarz na statku, który kursował między Bahią i Bordeaux, potem jako harpunnik na wielorybniku. Oba statki się rozbiły. Miał fabrykę cygar w Hawanie. Okradł go wspólnik, gdy sam leżał chory na „vomito”. Wreszcie przybył do Aspinwall i tu miał być koniec jego niepowodzeń. Co bowiem mogło go jeszcze dosięgnąć na tej skalistej wysepce? Ani woda, ani ogień, ani ludzie. Zresztą od ludzi Skawiński nie doznał wiele złego. Częściej spotykał dobrych niż złych.

Wydawało się natomiast, że prześladują go wszystkie cztery żywioły. Ci, którzy go znali, mówili, że nie ma szczęścia, i tym wyjaśniali wszystko. On sam stał się wreszcie trochę maniakiem. Wierzył, że jakaś potężna i mściwa ręka ściga go wszędzie, po wszystkich lądach i wodach. Nie lubił jednak o tym mówić. Czasem tylko, gdy pytano go, czyja to ręka, pokazywał tajemniczo na Gwiazdę Polarną. Odpowiadał wtedy, że to idzie stamtąd... Rzeczywiście, jego niepowodzenia były tak stałe, że aż dziwne. Łatwo mogły namieszać w głowie, zwłaszcza temu, kto sam ich doznawał.

Zresztą miał cierpliwość Indianina i wielką, spokojną siłę oporu, która płynie z uczciwego serca. Kiedyś na Węgrzech dostał kilkanaście pchnięć bagnetem. Nie chciał bowiem chwycić za strzemię, które pokazywano mu jako ratunek, i krzyczeć: *pardon*. Tak samo nie poddawał się nieszczęściu. Wspinał się pod górę tak pracowicie jak mrówka. Zepchnięty sto razy, spokojnie rozpoczynał swoją podróż po raz sto pierwszy. Był to na swój sposób niezwykły dziwak. Ten stary żołnierz, opalony Bóg wie w jakich ogniach, zahartowany w biedzie, bity i kuty, miał serce dziecka. W czasie epidemii na Kubie zachorował dlatego, że oddał chorym całą swoją chininę. Miał jej duży zapas, a nie zostawił sobie ani grama.

Było w nim jeszcze coś dziwnego. Po tylu rozczarowaniach zawsze był pełen ufności i nie tracił nadziei, że jeszcze wszystko będzie dobrze. W zimie zawsze się ożywiał i przepowiadał jakieś wielkie wydarzenia. Czekał na nie niecierpliwie i żył myślą o nich przez całe lata... Ale zimy mijały jedna za drugą, a Skawiński doczekał się tylko tego, że wybieliły mu głowę. Wreszcie się zestarzał i zaczął tracić energię. Jego cierpliwość stawała się coraz bardziej podobna do rezygnacji. Dawny spokój zmienił się w skłonność do wzruszeń. Ten zahartowany żołnierz zaczął zmieniać się w beksę, gotowego płakać z byle powodu. Poza tym od czasu do czasu dręczyła go najstraszniejsza nostalgia. Budziły ją drobiazgi: widok jaskółek, szarych ptaków podobnych do wróbli, śnieg na górach. Czasem była to jakaś melodia, podobna do słyszanej dawniej...

Wreszcie opanowała go tylko jedna myśl: myśl o odpoczynku. Zawładnęła starcem zupełnie i pochłonęła wszystkie inne pragnienia i nadzieje. Wieczny tułacz nie mógł już sobie wymarzyć nic bardziej upragnionego, nic droższego niż jakiś spokojny kąt. Tam mógłby odpocząć i cicho czekać końca. Los dziwnie rzucał nim po wszystkich morzach i krajach, tak że prawie nie mógł złapać tchu. Może właśnie dlatego wyobrażał sobie, że największe ludzkie szczęście to po prostu nie tułać się. Co prawda, należało mu się takie skromne szczęście. Ale tak już przywykł do rozczarowań, że myślał o nim tak, jak ludzie marzą o czymś nieosiągalnym. Nie odważył się mieć nadziei. Tymczasem niespodziewanie, w ciągu dwunastu godzin, dostał posadę jakby wybraną dla niego spośród wszystkich na świecie.

Nic dziwnego, że gdy wieczorem zapalił swoją latarnię, był jakby odurzony. Pytał sam siebie, czy to prawda, i nie śmiał odpowiedzieć: tak. Tymczasem rzeczywistość przemawiała do niego dowodami, którym nie mógł się oprzeć. Godziny płynęły mu więc jedna za drugą na balkonie. Patrzył, nasycał się, przekonywał. Można by pomyśleć, że pierwszy raz w życiu widzi morze. Bo północ wybiła już na aspinwallskich zegarach, a on wciąż nie opuszczał swojego miejsca wysoko w powietrzu i patrzył.

W dole pod jego stopami grało morze. Soczewka latarni rzucała w ciemność olbrzymi stożek światła. Poza nim oko starca ginęło w dali, zupełnie czarnej, tajemniczej i strasznej. Ale ta dal zdawała się biec ku światłu. Fale długie na wiorstę wytaczały się z ciemności i z rykiem szły aż do stóp wysepki. Widać było wtedy ich spienione grzbiety, które świeciły różowo w blasku latarni. Przypływ rósł coraz bardziej i zalewał piaszczyste ławice. Tajemnicza mowa oceanu dochodziła z otwartego morza coraz potężniej i głośniej. Czasem była podobna do huku armat, czasem do szumu olbrzymich lasów, czasem do dalekiego, niewyraźnego gwaru ludzkich głosów. Chwilami cichła. Potem do uszu starca dochodziło kilka wielkich westchnień, potem jakieś łkania i znów groźne wybuchy.

Wreszcie wiatr rozwiał mgłę, ale przygnał czarne, poszarpane chmury, które zasłaniały księżyc. Z zachodu wiało coraz mocniej. Wielkie fale skakały z wściekłością na skałę latarni i lizały pianą już jej kamienną podstawę. W dali pomrukiwała burza. Na ciemnej, wzburzonej przestrzeni zabłysło kilka zielonych latarek, zawieszonych na masztach statków. Te zielone punkciki to wznosiły się wysoko, to opadały w dół, to chwiały się na prawo i na lewo.

Skawiński zszedł do swojej izby. Burza zaczęła wyć. Tam, na dworze, ludzie na tych statkach walczyli z nocą, z ciemnością, z falą. W izbie zaś było spokojnie i cicho. Nawet odgłosy burzy słabo przedzierały się przez grube mury. Tylko równe tik–tak! zegara kołysało zmęczonego starca jakby do snu.

### Słowniczek

- **piaszczystych ławic i zasp**: miejsc w morzu, gdzie piasek jest blisko powierzchni wody.
- **morgę**: stara miara ziemi, trochę ponad pół hektara.
- **sumiennym**: taki, który dokładnie i uczciwie wykonuje swoją pracę.
- **pleny**: wielkie, płaskie, trawiaste równiny w Ameryce.
- **wielorybniku**: statku, z którego łowi się wieloryby.
- **tułactwa**: życia bez domu, w ciągłej drodze; tułać się: ciągle chodzić z miejsca na miejsce, nie mieć domu.
- **uchybienie**: błąd w pracy.
- **dymisję**: zwolnienie z pracy.
- **międzymorza**: wąskiego pasa lądu między dwoma morzami.
- **vomito**: ciężka choroba gorących krajów, żółta febra.
- **żywioły**: wielkie siły natury: woda, ogień, ziemia, powietrze.
- **strzemię**: metalowa część przy siodle, na której jeździec opiera nogę.
- **pardon**: słowo, którym żołnierz prosi wroga o życie.
- **zahartowany**: silny i odporny dzięki trudnemu życiu.
- **wiorstę**: stara miara długości, około jednego kilometra.

## II

Zaczęły płynąć godziny, dni i tygodnie... Marynarze twierdzą, że czasem, gdy morze jest bardzo wzburzone, coś woła ich wśród nocy i ciemności po nazwisku. Jeśli nieskończoność morza może tak wołać, to może człowieka, który się zestarzał, woła także inna nieskończoność. Jest ona jeszcze ciemniejsza i bardziej tajemnicza. A im bardziej jest zmęczony życiem, tym milsze są mu te wołania. Ale żeby ich słuchać, potrzebna jest cisza. Poza tym starość lubi samotność, jakby przeczuwała grób. Latarnia była już dla Skawińskiego takim półgrobem.

Nie ma nic bardziej jednostajnego niż takie życie na wieży. Młodzi ludzie, jeśli się na nie zgodzą, po pewnym czasie porzucają służbę. Latarnik jest więc zwykle człowiekiem niemłodym, ponurym i zamkniętym w sobie. Gdy przypadkiem opuści swoją latarnię i znajdzie się wśród ludzi, chodzi jak człowiek zbudzony z głębokiego snu. Na wieży nie ma tych wszystkich drobnych wrażeń, które w zwykłym życiu uczą człowieka odnosić wszystko do siebie. Wszystko, z czym styka się latarnik, jest olbrzymie i nie ma wyraźnych kształtów. Niebo to jedna całość, woda to druga, a wśród tych nieskończoności samotna ludzka dusza! W takim życiu myśl jest raczej ciągłym zamyśleniem. Z tego zamyślenia nic nie budzi latarnika, nawet jego praca. Dzień staje się podobny do dnia jak dwa paciorki w różańcu. Chyba tylko zmiany pogody przynoszą jakąś różnorodność.

Skawiński jednak czuł się tak szczęśliwy, jak nigdy w życiu. Wstawał o świcie, jadł posiłek, czyścił soczewki latarni, a potem siadał na balkonie i wpatrywał się w morską dal. Jego oczy nigdy nie mogły się nasycić obrazami, które widział przed sobą.

Zwykle na olbrzymim turkusowym tle widać było stada wydętych żagli. Świeciły w słońcu tak mocno, że trzeba było mrużyć oczy od nadmiaru blasku. Czasem statki korzystały z wiatrów, które nazywają się pasatami. Płynęły wtedy w długim szeregu, jeden za drugim, podobne do łańcucha mew lub albatrosów. Czerwone beczki, które wskazywały drogę, kołysały się na fali lekko i łagodnie. Każdego dnia w południe pojawiał się między żaglami olbrzymi, szarawy pióropusz dymu. To parowiec z New Yorku wiózł podróżnych i towary do Aspinwall, ciągnąc za sobą długi pas piany.

Z drugiej strony balkonu widział Skawiński, jak na dłoni, Aspinwall i jego ruchliwy port. W porcie był las masztów, łodzie i łódki. Nieco dalej widać było białe domy i wieżyczki miasta. Z wysokości latarni domki wyglądały jak gniazda mew, a łodzie jak żuki. Ludzie poruszali się jak małe punkciki na białym, kamiennym bulwarze. Rano lekki wschodni wiatr przynosił zmieszany gwar ludzkiego życia, a ponad nim górował świst parowców.

W południe nadchodziła godzina sjesty. Ruch w porcie ustawał. Mewy chowały się w szczelinach skał, a fale słabły i stawały się jakieś leniwe. Wtedy na lądzie, na morzu i na latarni zapadała chwila zupełnej ciszy. Żółte piaski, z których odpłynęły fale, lśniły jak złote plamy na wodzie. Wieża odcinała się twardo od błękitu. Potoki promieni słonecznych lały się z nieba na wodę, na piaski i na skały. Wtedy i starca ogarniała jakaś słodka słabość. Czuł, że ten odpoczynek jest wspaniały. A gdy pomyślał, że będzie trwały, niczego mu już nie brakowało.

Skawiński marzył, pełen własnego szczęścia. Człowiek jednak łatwo przyzwyczaja się do lepszego losu, więc on stopniowo nabierał wiary i ufności. Myślał tak: jeśli ludzie budują domy dla inwalidów, to dlaczego Bóg nie miałby wreszcie przygarnąć swojego inwalidy? Czas płynął i umacniał go w tym przekonaniu. Stary zżył się z wieżą, z latarnią, ze skałą, z ławicami piasku i z samotnością.

Poznał też mewy, które składały jaja w szczelinach skał, a wieczorem odbywały wiece na dachu latarni. Rzucał im zwykle resztki swojego jedzenia. Szybko się oswoiły. Gdy to robił, otaczała go prawdziwa burza białych skrzydeł, a stary chodził między ptakami jak pasterz między owcami.

W czasie odpływu wybierał się na niskie piaszczyste ławice. Zbierał tam smaczne ślimaki i piękne perłowe muszle żeglarków, które zostawiała na piasku odpływająca fala. W nocy, przy świetle księżyca i latarni, łowił ryby, których pełno było w szczelinach skał. W końcu pokochał swoją skałę i swoją bezdrzewną wysepkę, na której rosły tylko drobne, tłuste roślinki, wydzielające lepką żywicę. Ubóstwo wysepki wynagradzały mu zresztą dalsze widoki.

W południowych godzinach, gdy powietrze stawało się bardzo przezroczyste, widać było całe międzymorze, aż do Pacyfiku. Było pokryte najbujniejszą roślinnością. Skawińskiemu wydawało się wtedy, że widzi jeden olbrzymi ogród. Pęki palm kokosowych i olbrzymich muz układały się jakby we wspaniałe, spiczaste bukiety, tuż za domami Aspinwallu. Dalej, między Aspinwall a Panamą, widać było ogromny las. Każdego ranka i pod noc wisiał nad nim czerwonawy opar. Był to las prawdziwie tropikalny, zalany u dołu stojącą wodą i oplątany lianami. Szumiał jedną falą olbrzymich storczyków, palm, drzew mlecznych, żelaznych i gumowych.

Przez swoją strażniczą lunetę stary mógł dojrzeć nie tylko drzewa i rozłożyste liście bananów. Widział nawet gromady małp, wielkich marabutów i stada papug, które wzlatywały czasem jak tęczowa chmura nad lasem. Skawiński znał z bliska takie lasy. Po rozbiciu się na Amazonce błąkał się bowiem przez całe tygodnie wśród podobnych zielonych sklepień i gąszczów. Wiedział, ile niebezpieczeństw i śmierci ukrywa się pod cudowną, uśmiechniętą powierzchnią. Podczas nocy, które w nich spędził, słyszał z bliska grobowe głosy wyjców i ryki jaguarów. Widział olbrzymie węże, które kołysały się na drzewach jak liany. Znał te senne leśne jeziora, pełne drętw i krokodyli.

Wiedział, w jakiej niewoli żyje człowiek w tych głębokich puszczach. Pojedyncze liście są tam dziesięć razy większe od niego. Roją się tam krwiożercze moskity, drzewne pijawki i olbrzymie jadowite pająki. Wszystkiego sam doznał, sam doświadczył, wszystko sam przecierpiał. Dlatego tym większą rozkosz sprawiało mu teraz patrzenie z wysoka na te matos. Mógł podziwiać ich piękność i być bezpieczny od ich zdrad. Jego wieża chroniła go przed wszelkim złem.

Opuszczał ją tylko czasami, w niedzielę rano. Wkładał wtedy granatową kapotę strażniczą ze srebrnymi guzikami, a na piersi zawieszał swoje krzyże. Przy wyjściu z kościoła Kreole mówili między sobą: „Porządnego mamy latarnika”. — „I nie heretyk, chociaż *Yankee*!” Gdy to słyszał, jego mleczna głowa podnosiła się z pewną dumą. Zaraz po mszy wracał jednak na wyspę i wracał szczęśliwy, bo wciąż jeszcze nie ufał stałemu lądowi.

W niedzielę czytał też hiszpańską gazetę, którą kupował w mieście, albo nowojorskiego »Heralda«, pożyczonego od Falconbridge’a. Szukał w nich gorliwie wiadomości z Europy. Biedne stare serce! Na tej wieży strażniczej, na drugiej półkuli, biło jeszcze dla kraju... Czasem także schodził z wieży na pogawędkę ze strażnikiem Johnsem. Działo się to wtedy, gdy przybijała do wysepki łódź, która codziennie przywoziła mu jedzenie i wodę.

Potem jednak widocznie zdziczał. Przestał chodzić do miasta, czytać gazety i schodzić na polityczne rozmowy Johnsa. Mijały całe tygodnie, w których nikt go nie widział i on nikogo nie widział. Jedynymi znakami, że stary żyje, były znikanie jedzenia zostawianego na brzegu i światło latarni. Zapalało się ono co wieczór tak regularnie, jak słońce wstaje rano z wody w tamtych stronach.

Widocznie stary stał się obojętny wobec świata. Powodem nie była nostalgia, ale właśnie to, że nawet ona przeszła w rezygnację. Cały świat zaczynał się teraz i kończył dla starca na jego wysepce. Przyzwyczaił się już do myśli, że nie opuści wieży aż do śmierci. Po prostu zapomniał, że istnieje jeszcze coś poza nią.

Przy tym stał się mistykiem. Jego łagodne niebieskie oczy stały się jak oczy dziecka, zawsze zapatrzone, jakby utkwione w jakiejś dali. W ciągłej samotności, wśród otoczenia bardzo prostego, a wielkiego, stary zaczął tracić poczucie, że jest kimś odrębnym. Przestawał istnieć jako osoba, a coraz bardziej łączył się z tym, co go otaczało. Nie rozmyślał nad tym, czuł to tylko nieświadomie. W końcu wydawało mu się, że niebo, woda, jego skała i wieża to jedna wielka całość. Należały do niej także złote ławice piasku, wydęte żagle i mewy, odpływy i przypływy. Była to dla niego jedna, ogromna, tajemnicza dusza. A on sam pogrążał się w tej tajemnicy i czuł tę duszę, która żyje i uspokaja się. Zatonął, ukołysał się, zapomniał o sobie. W tym ograniczeniu własnego, odrębnego istnienia, w pół czuwaniu, pół śnie znalazł spokój tak wielki, że prawie podobny do półśmierci.

### Słowniczek

- **półgrobem**: tutaj: miejscem prawie jak grób.
- **różańcu**: sznurek z paciorkami, którego używa się przy modlitwie.
- **pasatami**: stałymi wiatrami w gorących krajach.
- **mewy**: białe ptaki morskie.
- **szczelinach**: wąskich pęknięciach w skale.
- **inwalidów**: starych, rannych żołnierzy.
- **wiece**: spotkania wielu ludzi; tutaj: mewy zbierają się razem.
- **żeglarków**: małych zwierząt morskich z piękną, perłową muszlą.
- **muz**: wielkich roślin podobnych do bananowca.
- **lunetę**: rurę ze szkłem, przez którą widać daleko.
- **marabutów**: dużych ptaków z długim dziobem.
- **wyjców**: małp, które bardzo głośno krzyczą.
- **drętw**: ryb, które mogą uderzyć prądem.
- **matos**: gęste, dzikie lasy (obce słowo).
- **heretyk**: człowiek innej wiary niż katolicka.

## III

Ale nadeszło przebudzenie.

Pewnego razu łódź przywiozła wodę i zapasy jedzenia. Godzinę później Skawiński zszedł z wieży i zauważył, że oprócz zwykłego ładunku jest jeszcze jedna paczka. Na wierzchu paczki były znaczki pocztowe Stanów Zjednoczonych i wyraźny adres „Skawiński Esq.”, napisany na grubym płótnie żaglowym. Zaciekawiony starzec przeciął płótno i zobaczył książki. Wziął jedną do ręki, spojrzał i odłożył z powrotem, a ręce zaczęły mu mocno drżeć. Zasłonił oczy, jakby im nie wierzył. Wydawało mu się, że śni: książka była polska. Co to miało znaczyć?! Kto mógł mu przysłać książkę?

W pierwszej chwili widocznie zapomniał o pewnej sprawie. Na początku swojej pracy latarnika przeczytał kiedyś w pożyczonym od konsula »Heraldzie«, że w New Yorku powstało polskie Towarzystwo. Zaraz wysłał Towarzystwu połowę swojej miesięcznej pensji, z którą zresztą nie miał co robić na wieży. Towarzystwo w podziękowaniu przysyłało mu teraz książki. Przyszły więc zwykłą drogą, ale w pierwszej chwili starzec nie mógł pozbierać tych myśli. Polskie książki w Aspinwall, na jego wieży, w jego samotności! Była to dla niego jakaś niezwykła rzecz, jakiś powiew dawnych czasów, jakiś cud. Wydało mu się teraz, jak owym żeglarzom wśród nocy, że coś zawołało na niego po imieniu. Zawołało głosem bardzo kochanym, a prawie zapomnianym.

Przesiedział chwilę z zamkniętymi oczami, prawie pewny, że gdy je otworzy, sen zniknie. Nie! Rozcięta paczka leżała wyraźnie przed nim, oświetlona blaskiem popołudniowego słońca, a na niej otwarta już książka. Gdy stary znowu wyciągnął po nią rękę, słyszał w ciszy bicie własnego serca. Spojrzał: to były wiersze. Na górze stał tytuł napisany wielkimi literami, a pod nim imię autora. To imię nie było Skawińskiemu obce. Wiedział, że należy do wielkiego poety, którego utwory nawet czytał po trzydziestym roku w Paryżu. Później, gdy walczył w Algerze i w Hiszpanii, słyszał od rodaków o coraz większej sławie wielkiego wieszcza. Ale tak przywykł wtedy do karabinu, że nawet nie brał książek do ręki. W czterdziestym dziewiątym roku wyjechał do Ameryki. W swoim pełnym przygód życiu prawie nie spotykał Polaków, a polskich książek nigdy. Dlatego z tym większym zapałem i z tym mocniej bijącym sercem odwrócił kartę tytułową.

Wydało mu się teraz, że na jego samotnej skale zaczyna się dziać coś uroczystego. I rzeczywiście, była to chwila wielkiego spokoju i ciszy. Zegary aspinwallskie wybiły piątą po południu. Jasnego nieba nie zasłaniała żadna chmurka, tylko kilka mew pływało w błękicie. Ocean był ukołysany. Fale przy brzegu szemrały cichutko i rozpływały się łagodnie po piasku. W dali uśmiechały się białe domy Aspinwallu i cudowne grupy palm. Naprawdę było jakoś uroczyście, cicho i poważnie. Nagle w tym spokoju natury rozległ się drżący głos starego, który czytał głośno, by się samemu lepiej rozumieć:

Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie...

Skawińskiemu zabrakło głosu. Litery zaczęły mu skakać przed oczami. W piersi coś się urwało i szło jak fala od serca wyżej i wyżej, tłumiło głos, ściskało za gardło... Jeszcze chwila, opanował się i czytał dalej:

Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogrodzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie, dziecko, do zdrowia powróciłaś cudem,

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść, za zwrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono...

Wezbrana fala przerwała tamę woli. Stary ryknął i rzucił się na ziemię. Jego mleczne włosy zmieszały się z nadmorskim piaskiem. Czterdzieści lat dobiegało, jak nie widział kraju, i Bóg wie ile, jak nie słyszał mowy rodzinnej. A tymczasem ta mowa przyszła sama do niego. Przepłynęła ocean i znalazła go, samotnika, na drugiej półkuli, taka kochana, taka droga, taka śliczna! W łkaniu, które nim wstrząsało, nie było bólu. Była tylko nagle rozbudzona, ogromna miłość, przy której wszystko jest niczym... Tym wielkim płaczem po prostu przepraszał tę ukochaną, daleką. Przepraszał za to, że już tak się zestarzał i tak zżył się z samotną skałą. Tak zapomniał o sobie, że nawet tęsknota zaczynała się już w nim zacierać. A teraz „wracał cudem” — więc się w nim serce rwało.

Chwile mijały jedna za drugą, a on wciąż leżał. Mewy przyleciały nad latarnię i krzyczały, jakby się niepokoiły o swojego starego przyjaciela. Nadchodziła godzina, w której karmił je resztkami swojego jedzenia, więc kilka z nich sfrunęło ze szczytu latarni aż do niego. Potem przyleciało ich coraz więcej. Zaczęły go lekko dziobać i trzepotać skrzydłami nad jego głową. Szum skrzydeł go obudził. Wypłakał się i miał teraz w twarzy jakiś spokój i blask, a oczy jakby natchnione. Nie wiedząc o tym, oddał ptakom całe swoje jedzenie. Rzuciły się na nie z wrzaskiem, a on znowu wziął książkę. Słońce przeszło już nad ogrodami i dziewiczym lasem Panamy i powoli staczało się za międzymorze, ku drugiemu oceanowi. Ale i Atlantyk był jeszcze pełen blasku, a w powietrzu było zupełnie widno, więc czytał dalej:

Tymczasem przenoś duszę moją utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych...

Dopiero zmierzch zatarł litery na białej karcie, zmierzch krótki jak mgnienie oka. Starzec oparł głowę o skałę i przymknął oczy. A wtedy „Ta, co jasnej broni Częstochowy” zabrała jego duszę i przeniosła „do tych pól malowanych zbożem rozmaitym”. Na niebie paliły się jeszcze długie pasy, czerwone i złote, a on w tym świetle leciał ku kochanym stronom. Zaszumiały mu w uszach lasy sosnowe, zaszemrały rodzinne rzeki. Widzi wszystko, jak było. Wszystko go pyta: „Pamiętasz?”. On pamięta! A zresztą widzi: szerokie pola, miedze, łąki, lasy i wioski. Noc już! O tej porze jego latarnia zwykle rozświetlała już ciemności morza, ale teraz on jest w rodzinnej wsi. Stara głowa pochyla się na piersi i śni.

Obrazy przesuwają się przed jego oczami szybko i trochę bez ładu. Nie widzi domu rodzinnego, bo starła go wojna. Nie widzi ojca ani matki, bo umarli, gdy był dzieckiem. Ale wieś jest taka, jakby opuścił ją wczoraj: szereg chałup ze światełkami w oknach, grobla, młyn. Są też dwa stawy, leżące obok siebie, które całą noc brzmią chórami żab.

Kiedyś w tej swojej wiosce stał nocą na widecie, a teraz ta przeszłość nagle wraca w szeregu widzeń. Oto znowu jest ułanem i stoi na widecie. Z daleka karczma patrzy płonącymi oczami. Brzmi, śpiewa i huczy w nocnej ciszy tupotem, głosami skrzypiec i basetli. „U-ha! U-ha!” To ułany krzeszą ogień podkówkami, a jemu tam nudno samemu na koniu! Godziny wloką się leniwie, wreszcie światła gasną. Teraz, jak okiem sięgnąć, mgła i mgła nieprzejrzysta. Opar widocznie podnosi się z łąk i otacza cały świat białawą chmurą. Powiedziałbyś: zupełnie ocean. Ale to łąki: niedługo derkacz odezwie się w ciemności, a bąki zahuczą w trzcinach. Noc jest spokojna i chłodna, prawdziwie polska noc! W oddali bór sosnowy szumi bez wiatru... Jak fala morska.

Wkrótce świt wybieli wschód. I rzeczywiście koguty pieją już za płotami. Jeden drugiemu podaje głos z chaty do chaty, a wysoko krzyczą już gdzieś żurawie. Ułanowi jakoś rześko, zdrowo. Coś tam mówili o jutrzejszej bitwie. Hej! To i pójdzie, jak pójdą inni, z krzykiem i furkotem chorągiewek. Młoda krew gra jak trąbka, choć nocny wiatr ją chłodzi. Ale już świta, świta! Noc blednie. Z cienia wychylają się lasy, zarośla, szereg chałup, młyn, topole. Studnie skrzypią jak blaszana chorągiewka na wieży. Jaka ta ziemia kochana, śliczna w różowym blasku świtu! Oj, jedyna, jedyna!

Cicho! Czujna wideta słyszy, że ktoś się zbliża. Zapewne idą zluzować warty.

Nagle jakiś głos rozlega się nad Skawińskim:

— Hej, stary! Wstawajcie. Co to wam?

Stary otwiera oczy i patrzy ze zdziwieniem na człowieka, który przed nim stoi. Resztki snu walczą w jego głowie z rzeczywistością. Wreszcie widzenia bledną i znikają. Przed nim stoi Johns, strażnik portowy.

— Co to? — pyta Johns. — Chorzyście?

— Nie.

— Nie zapaliliście latarni. Pójdziecie precz ze służby. Łódź z San–Geromo rozbiła się na mieliźnie, szczęściem, nikt nie utonął; inaczej poszlibyście pod sąd. Siadajcie ze mną, resztę usłyszycie w konsulacie.

Stary pobladł: naprawdę nie zapalił tej nocy latarni.

W kilka dni później widziano Skawińskiego na pokładzie statku płynącego z Aspinwall do New Yorku. Biedak stracił posadę. Otwierały się przed nim nowe drogi tułaczki. Wiatr porywał znowu ten liść, by rzucać nim po lądach i morzach, by dręczyć go do woli. Dlatego stary przez te kilka dni bardzo się postarzał i pochylił. Tylko oczy miał błyszczące. Na nowe drogi życia miał także na piersi swoją książkę. Przyciskał ją od czasu do czasu ręką, jakby w obawie, by mu i ona nie zginęła...

### Słowniczek

- **Esq.**: angielski grzecznościowy dodatek do nazwiska na listach.
- **wieszcza**: wielkiego poety, którego naród bardzo szanuje.
- **tęsknię po tobie**: bardzo chcę znów być z tobą (dziś mówimy: tęsknię za tobą).
- **Panno Święta**: Maryjo, matko Jezusa.
- **w Ostrej świecisz Bramie**: Ostra Brama to brama w Wilnie z obrazem Maryi.
- **gród zamkowy**: stare miasto z zamkiem.
- **Ojczyzny łono**: ojczyzna jako matka, do której ludzie wracają.
- **miedze**: wąskie pasy trawy między polami.
- **grobla**: wał z ziemi przy stawie lub rzece.
- **na widecie**: na warcie: żołnierz na koniu w nocy pilnuje wojska.
- **ułanem**: żołnierzem na koniu, z lancą.
- **basetli**: dużego instrumentu muzycznego ze strunami, podobnego do skrzypiec.
- **derkacz**: ptak, który w nocy głośno odzywa się na łąkach.
- **bąki**: wodne ptaki, które głośno huczą w trzcinach.
- **zluzować**: zmienić kogoś na warcie lub w pracy.
